Zastanawiał się, czy kiedy umierał jego ojciec, świat wyglądał w ten sposób – czy zamiast rodziny otaczały go ostre światła jarzeniówek, sterylne ściany sali zabiegowej, wszechobecny zapach wybielacza, spirytusu i tanich chusteczek uniwersalnych firmy Clinell. Zastanawiał się, czy Rex zdążył się z nim pożegnać i czy miał mu cokolwiek do powiedzenia – śmierć wprawdzie kładła kres sporowi, ale jednocześnie na zawsze przedłużała ciszę. Kiedy do niego zadzwonił, głos miał schrypnięty i niewyraźny – myśl, że jego brat mógłby się rozpłakać, wydała mu się wtedy odrażająca i odsunął telefon od ucha, żeby słyszeć go słabiej, prawie się rozłączył, zanim Rex mógłby powiedzieć mu o pogrzebie. Pamiętał, że kiedy byli dziećmi, ojciec powtarzał im, że pogrzeby nie są miejscem dla dzieci, choć mówił to w sposób, który sugerował nie tyle, że wydarzenie okazałoby się dla nich zbyt trudne, co raczej, że mogłyby narobić hałasu – kiedy zmarła babcia, a później dziadek siedzieli sami w domu, choć teraz nie mógł już przypomnieć sobie, co wtedy robili lub czy ktokolwiek został wtedy z nimi, żeby ich pilnować lub dotrzymać im towarzystwa. Nie patrzył, jak wkładali trumnę z ciałem jego ojca do grobu, ale następnego dnia pochylił się dyskretnie nad ramieniem pacjenta, który trzymał gazetę otwartą na stronie z jego nekrologiem i zastanowił się przelotnie, czy tekst został napisany przez dziennikarza czy też może ojciec napisał go sam, jeszcze za życia, co jakiś czas aktualizując go o kolejne nagrody i wyróżnienia. Jensen Rosberg był wspaniałym człowiekiem, pisarzem i ojcem, przeczytał i przez chwilę zamierzał usiąść obok i wyjaśnić obcemu mężczyźnie, że to nie było takie proste, opowiedzieć o tym, jak, kiedy miał osiem lat, ojciec zostawił go na stacji benzynowej w Apsley.
W szpitalu śmierć okazała się być dużo bardziej powszechna, niż się spodziewał – umierali mężczyźni, kobiety i dzieci, umierali ludzie, których śmierci można było się spodziewać i tacy, których życie zostało przerwane nagle, podczas porannej kawy, w środku tygodnia, na ławce w parku. Jeszcze tej samej nocy do szpitala przywieziono czterech nastolatków, spośród których na sali został tylko jeden – kiedy ścielił mu łóżko, myślał o tym, jak to jest, być jedynym, który przeżył, jedynym, który nadal mógł umrzeć. Chłopak miał twarz kogoś dużo starszego od siebie, krótkie, ciemne włosy i gniewne spojrzenie – przypominał mu Rexa w sposobie, w jaki marszczył brwi i mierzył go wzrokiem, podobieństwo było na tyle wyraźne, że musiał odwrócić głowę. Jego brat był daleko stąd i nie miał już siedemnastu lat – potrzebował dwóch, głębokich oddechów, żeby uprzytomnić sobie niedorzeczność swojego strachu, kiedy wyszedł na korytarz, wciąż czuł się jednak nieswojo, jakby jego serce zabiło szybciej i teraz nie mogło odnaleźć z powrotem poprzedniego rytmu. Wyszedł na zewnętrzną klatkę schodową, gdzie uderzyło go chłodne powietrze, niosące zapach ozonu i marihuany. Odpalił papierosa, zaciągając się dymem – dawno nie palił zwykłych Deerfieldów, których smak wydawał mu się obcy i znajomy jednocześnie, jak powrót do domu po długiej nieobecności. Przy drugim wdechu drzwi za jego ramieniem uchyliły się z głośnym sapnięciem, a on odskoczył, odruchowo ukrywając papierosa za plecami, a potem ostrożnie wycofując się z tego gestu, zawstydzony, że zareagował jak dziecko ukrywające nałóg przed rodzicami. Chrząknął, unosząc głowę – zielona lampka ewakuacyjna oświetliła twarz stojącego w progu mężczyzny.
– Jude? – już raz prawie się dzisiaj pomylił – przeszłość podążała za nim jak cień.
Jude Iverson