ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

look at me
Obrazek
Wskazówka sekundnika i minutnika spotkały się równo na godzinie dwunastej, kiedy Matthew otworzył drzwi do gabinetu. Zatrzymał się na moment w progu i spojrzał w stronę krótkiego korytarza poczekalni, odnajdując wzrokiem swoją kolejną dzisiejszego dnia rozmówczynię.
- Dzień dobry - powiedział spokojnie, lekko skinąwszy głową w geście powitania. Na jego ustach pojawił się delikatny, nienarzucający się uśmiech, który równie szybko ustąpił miejsca neutralnemu wyrazowi twarzy. Odsunął się, robiąc Cynthii miejsce, i gestem zaprosił ją do środka, sam cofając się w głąb pomieszczenia.
Wynajęty zaledwie kilka tygodni wcześniej gabinet był mały, ale Matthew wciąż pracował nad tym, żeby był coraz bardziej przytulny. Powoli dokładał kolejne elementy, które miały nadać temu miejscu charakter. Każdy detal był przemyślany, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydawał się być przypadkowy. Na stoliku obok kanapy stało pudełko z chusteczkami, karafka z wodą i szklanka, zawsze przygotowane w ten sam sposób. Proste, przewidywalne, stałe. Czuł, że wciąż brakowało temu miejscu tego czegoś, ale był otwarty na odkrywanie tego razem z nabywanym doświadczeniem.
Doświadczeniem, w którym wciąż się gubił i popełniał głupie błędy nowicjusza.
Wskazał Cynthii miejsce na kanapie. Kiedy usiadła, sam zajął fotel ustawiony nieco z boku; wystarczająco daleko aby nie narzucać się agresywnością bycia naprzeciwko, ale na tyle blisko, aby pozostawać w zasięgu obecności. Matthew lubił ten układ. Dawał przestrzeń, pozwalał na chwilę oddechu i przerwanie kontaktu wzrokowego bez niezręczności, kiedy rozmowa zaczynała ciążyć.
Była to wygodna furtka zarówno dla klienta, jak i terapeuty.
Poprawił okulary, wciąż milcząc. Nie spieszył się z rozpoczęciem, pozwalając ciszy wybrzmieć i dając kobiecie czas na oswojenie się z miejscem. Jedni wchodzili tu z ulgą, inni z napięciem. Cynthia należała raczej do tych trudniejszych do odczytania. Matthew nie próbował tego na siłę rozstrzygać, choć miał wrażenie, że coś w jej osobie pozostaje ciężkie, gęste, trudne do jednoznacznego nazwania, ale wyraźnie obecne.
Odchrząknął cicho, poprawił ułożenie dłoni na udzie i założył nogę na nogę. Nie sięgał po notatnik. Nie był zwolennikiem szkoły, która zalecała notowanie każdego słowa w trakcie sesji. Zdecydowanie bardziej wolał utrzymywać pełną uwagę na rozmówcy, bez pośredników i barier.
Matthew skupił spojrzenie na Cynthii. Spokojne, uważne, ale nienaciskające.
- To nasze trzecie spotkanie - zaczął spokojnie, bez pośpiechu, osadzając rozmowę w faktach. Jego głos był równy, wyważony, z ledwie wyczuwalnym ciepłem, które przebijało przez zawodową neutralność. Coś, czego nie umiał się wyzbyć nawet za progiem gabinetu.
- Na poprzednich dużo miejsca zajmowała pani praca i to, z czym się pani tam styka - podsumował zwięźle i znów zrobił krótką pauzę, aby słowa miały szansę wybrzmieć. Stanowiły trampolinę do tego, o co chciał zahaczyć w następnej kolejności: - Zastanawiam się, czy dziś chce pani zostać przy tym obszarze, czy spróbować przyjrzeć się temu, co jest poza pracą? - zaproponował ostrożnie.
Nie dopowiadał nic więcej. Zostawił jej wybór i przestrzeń, obserwując, w którą stronę kobieta zdecyduje się pójść.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matthew Goodman

Prosecco zawsze wydawało się lepszym wyborem od terapii. Dalej uważała, że te słowa miały całkiem sporą zasadność, którą trudno było w jakikolwiek sposób podważyć. Po każdym spotkaniu z terapeutą była bardziej wymęczona niż po przebiegnięciu porannych dziesięciu kilometrów. Siedząc w poczekalni, jedyne o czym była w stanie myśleć to ucieczka.
Eksponowanie własnych myśli wobec totalnie obcej osoby przychodziło jej ze sporym trudem. Co miała takiej osobie powiedzieć? W jaki sposób się do niej odnieść? Siedząc na wygodnym fotelu, zastanawiała się, co dokładnie myśli osoba przed nią. Doktor Goodman, o losie, wzbudzał w niej sympatię i czuła w nim cząstkę dobrego człowieka. Nic dziwnego, skoro był good man. Tyle że to przerażało ją jeszcze bardziej, bo o ile sama była w stanie odgrodzić się od problemów, to kiedy zaczynała je wypowiadać, ludzie znikali. Ciekawe, czy terapeuta też zniknie, jak za dotknięciem magicznej różdżki, gdy zacznie opowiadać mu każdy z mrocznych sekretów głęboko skrywany na dnie jej serca.
Tykanie zegara przypominała odliczanie do wybuchu bomby. Tik-tak, tik-tak, aż w końcu drzwi do gabinetu otworzyły się, a wzrok Cynthii padł na mężczyzny. Cicho westchnęła, podnosząc się, by przejść do środka. Powolnym krokiem weszła do pomieszczenia. Przez ani jedną sekundę na jej twarzy nie pojawił się nawet cień uśmiechu.
Dzień dobry — odpowiedziała chłodnym tonem, lustrując mężczyznę. Czasami miała wrażenie, że w gabinecie cały czas coś się zmieniało. Było przytulnie, choć Cynthii przeszkadzało światło wypełniające pomieszczenie. Zbyt jasne, zbyt pozytywne, ale coś w nim było, co pasowało do jej terapeuty. Usiadła na kanapie, jeszcze raz lustrując każdy szczegół pomieszczenia. Jedną z poduszek chwyciła, wbijając w nią stosunkowo mocno palce. Naprawdę marzyła o ucieczce, zdążyła spojrzeć na drzwi, a wtedy rozbrzmiał głos Matthew.
To nasze trzecie spotkanie. W jej głowie wystarczyły jeszcze trzy. Tyle powinno sprawić, że stanie na nogi. Może wtedy przestanie myśleć o kolejnym koszu, przez którego siedziała na kanapie. Każda sesja była dla niej wymagająca. Nie potrafiła stwierdzić, z czego dokładnie to wynikało, ale szczerze bała się przed kimś odkryć. Nawet jeśli Matthew za to płaciła. Czy dziś chce pani zostać przy tym obszarze, czy spróbować przyjrzeć się temu, co jest poza pracą? Nie wiedziała. Mówienie o pracy było dla niej komfortowe, o ile można było w ten sposób rozmawiać o masakrach, które miały miejsce w Toronto. Przez ułamek sekundy biła się z własnymi myślami.
Możemy zająć się czymś innym — stwierdziła finalnie, zręcznie omijając kontaktu wzrokowego. Doskonale wiedziała, ile traum miała do przepracowania. Siedem. Podobno to szczęśliwa liczba, ale Ward uważała się za wyjątkowo pechową osobę — tylko czym? — aż zastanawiała się, czy padnie w końcu to filmowe wręcz pytanie. Jakie było Pani dzieciństwo? Zamiast tego zapadła niezręczna cisza. Ward jak zawsze okazywała niewiele emocji, niewiele dało się też powiedzieć o jej mowie ciała. Nauczyła się ją ograniczać.
Przepraszam. — westchnęła ciężko, zawieszając wzrok na terapeucie. Mogło to byś jej trzecie spotkanie, ale dalej nie miała zielonego pojęcia, co powinna zrobić, oprócz mówienia, by te spotkania miały jakikolwiek sens — jestem bardzo kiepska w rozmowy. Mogę sobie nalać wody? — proste pytanie, ale musiała zająć sobie czymś usta, by choć na krótki moment móc się wyłączyć. W środku czuła się jak zwierzę w trakcie polowania, próbowała zrobić wszystko, byle się nie odsłonić.
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Matthew analizował postawę Cynthii od samego wejścia. Za dużo powiedzieć, że wszystko było istotne, bo kierunek uciekania wzroku w takim momencie nie miał aż takiego znaczenia, ale ciało kobiety wbrew pozorom zdradzało więcej niż lakoniczne słowa. Zamknięta postawa, zasłanianie brzucha, napięcie mięśni, stawy nie tyle zgięte, co przykurczone. W oczach coś nieuchwytnego, zawieszonego między czujnością a wycofaniem…
Każdy z pacjentów Matthew otrzymywał swój własny kolor, Cynthia Ward również. Matty nie potrafiłby go nazwać poetyckim określeniem, ale wskazałby go na palecie kolorów albo odnalazłby jego kod RGB. Kolor Cynthii był czymś pomiędzy stalowym a zgaszonym kobaltowym, o zdecydowanie chłodnym odcieniu. Aura natomiast przypominała wzburzony ocean podczas sztormu, pieniący się i rozbijający bezustannie o plażę i klify. Z falami myśli napływającymi jedna za drugą. Wszystko to zamknięte bezpiecznie w szklanej kuli śnieżnej, z drobinkami brokatu zawieszonymi w glicerynowym roztworze.
Matthew widział z boku tę zapętloną scenę. W jakimś aspekcie tak intensywnie na niego napierała, że coś ścisnęło go w dołku i walczył ze sobą, żeby nie rozproszyć dyskomfortu poruszeniem się.
Szczególnie, że Cynthia się odezwała i jeszcze bardziej skupił się na faktach, zamiast własnej introspekcji.
O czym mieli rozmawiać? Wszystko zależało od niej. Przeszłości, teraźniejszości, przyszłości. Przede wszystkim zaś o Cynthii Ward. Matthew dał jej chwilę, aby sama mogła odpowiedzieć sobie na to pytanie, ale Cynthia zrobiła to, co umiała najpiękniej.
Uciekła.
Rysy twarzy Matthew złagodniały na ten krok, choć nie uśmiechnął się. Było w tym coś znajomego: subtelne cofnięcie się o pół kroku w siebie w geście obronnym, zanim padnie jakiekolwiek konkretne zdanie. Cierpliwie uczestniczył w tym, co Cynthia dziś ze sobą przyniosła, nie próbując tego przyspieszać ani porządkować na siłę. Zauważył sposób, w jaki ścisnęła poduszkę, napięcie ukryte w drobnym ruchu palców. To wystarczyło. Nie potrzebował więcej, żeby wiedzieć, że to nie jest zwykłe “nie wiem”.
Na pytanie o wodę skinął lekko głową.
- Oczywiście- powiedział spokojnie, wskazując ręką na stolik. - Proszę się częstować.
Śledził jej ruch tylko przez ułamek sekundy, bardziej po to, by upewnić się, że czuje się swobodnie w tej przestrzeni, niż z potrzeby kontroli. Potem pozwolił ciszy wrócić na swoje miejsce. Nie odzywał się, dając jej czas, nawet jeśli to była tylko próba odsunięcia w czasie tego, co nieuniknione. Każdy miał swoje tempo, a wymuszanie go rzadko prowadziło do czegokolwiek sensownego.
- Nie musi pani przepraszać - dodał po chwili, już nieco ciszej, jakby była to konspiracyjna myśl rzucona w ramach dygresji, a nie głównego toru rozmowy. - To nie jest sytuacja, w której można coś zrobić dobrze albo źle. - Subtelne przemycenie psychoedukacji. Doskonale wiedział, że czasem trzeba usłyszeć coś kilkadziesiąt razy, żeby to zrozumieć i poczuć, co nie zawsze szło w parze z posiadaną wiedzą, a to było kluczowe do skuteczności procesu każdej terapii.
- To, co pani powiedziała… że jest pani “kiepska w rozmowy” - podjął, bez nacisku, bardziej dotykając tej myśli, niż ją rozwijając. Przechylił lekko głowę, zmieniając kąt spojrzenia; pomagało mu to utrzymać uwagę bez wrażenia, że patrzy zbyt wprost. Z jakiegoś też powodu patrzenie pod kątem pomagało mu się bardziej skupić.
- Może od tego zacznijmy? Od bycia kiepską w rozmowy - doprecyzował z bardzo delikatnym uśmiechem - Co sprawia w nich pani największą trudność? Albo odwrotnie - czego by pani potrzebowała, aby były łatwiejsze? - zmienił strategię, karcąc samego siebie w myślach, żeby nie zaczepiać w głowie Cynthii negatywnych schematów.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

dr. Goodman

A n a l i z a niesamowicie ją irytowała. Wystarczyło krótkie spojrzenie na Goodmana, a zdawała sobie sprawę, że była oceniana. Wiele razy ludzie próbowali brać ją pod swoją lupę. Tylko niewielu z nich było w stanie przedrzeć się przez całą jej osobę, ukrytą wśród pajęczyn i niezwykłego chłodnego lodu. Pierwszy raz jeszcze bardziej pieczołowicie pielęgnowała mur między nią a innymi ludźmi. Ta analiza sprawiała, że jakakolwiek chęć terapii znikała bardzo głęboko. Teraz jedynie chciała przetrwać kolejną godzinę, by po wyjściu chwycić za kieliszek od wina i wypić całą jego zawartość. Ono nie oceniało, nie rozkładało jej na czynniki pierwsze.
Dziękuję. — odparła krótko, chwytając za karafkę z wodą. Bardzo powoli napełniała szklankę, licząc, że dźwięk płynu wypełni całe pomieszczenie. Opóźnienie było jednym ze sposobów na radzenie sobie z terapeutą. Gdy nic nie mówiła, nie miał czego analizować. Uniosła jedynie krótko na niego wzrok, po czym odłożyła karafkę na miejsce. Chwyciła szklankę w obie dłonie i zaczęła powoli pić łyk za łykiem. Idealnie. Wróciła na miejsce i minęły... całe dwie minuty. Westchnęła cicho w duchu, czyli czekała ją kolejne starcie z Matthew. Spojrzała na niego bez wyrazu. Nie musi pani przepraszać? Dziwne. Zbyt często robiła coś nie tak, lub przyciągała kłopoty. Nieszczęście. Pecha. Otwarcie się przed kimkolwiek stanowiło dla niej zagrożenie.
Zapamiętam. — proste stwierdzenie. Tyle że nie miało ono żadnego pokrycia. Nauczyła się jednego. Za wyjawianie własnych uczuć wcześniej, czy później przychodziły konsekwencje, których nie mogła bagatelizować. Ludzie od niej uciekali, kiedy zaczynała mówić, co siedziało wewnątrz jej serca. Garstka ludzi znała prawdę i coraz bardziej utwierdzała samą siebie, że mówienie, przynosiło jedynie samotność. Łatwiej było wybrać niezobowiązującą opcję. Zamknięcie się na cztery spusty w mroźnej chłodni wraz z denatami — chociaż łatwiej byłoby mieć bardziej rozmownego pacjenta, prawda? — zagadnęła z uniesioną brwią. Zdawała sobie sprawę, że nie należała do łatwych orzechów do zgryzienia. Inni mogli mówić wiele, a ona zamykała się szczelniej, słysząc słowa zapewnienia. Przecież nie miała za co przepraszać, przyszła do terapeuty, by móc wypowiedzieć wszystko i by finalnie się otworzyć.
Kiepska w rozmowy. Naprawdę musiał kontynuować ten temat? Niemalże czuła, jak żołądek od razu się jej zaciska. Miała ochotę uciec. Spojrzała kątem oka na drzwi, a Matthew mówił i mówił... Nabrała głębokiego oddechu do płuc. Czyli musiała mu odpowiedzieć.
Nie wiem. — ani co by jej ułatwiło, ani co było jej największą trudnością — nie lubię głośnych ludzi. Boli mnie od nich głowa — Matthew taki nie był. Niewiele się uśmiechał, nie narzucał się, a zadawane przez niego pytania były niczym igła wbita prosto w serce — ludzie bardzo szybko oceniają, szufladkują i... — zatrzymała się. Musiała odpowiednio ważyć słowa. Każde było cenne, uchylanie rąbka tajemnicy było trudne, wielowymiarowe — czasem niewiele trzeba, by zostać ocenioną — wzdrygnęła się, przypominając sobie ostatnią rozmowę z Theo. Nie wierzył w jej nieszczęście, okej. Tylko cały czas jego słowa rozbrzmiewały w jej głowie.
Poza tym ludzie najbardziej ranią — wycedziła bez żadnego zastanowienia. Mocny statement panienki Ward — po co z nimi rozmawiać? — spytała wprost, spoglądając wprost w oczy Goodmana. Chciała móc poznać odpowiedź. Gdy się otwierała, ludzie ranili ją, zostawiali. Łatwiej było przejść obok, nie myśląc o tym, co mogłoby się zadziać — wystarczy mi moja przyjaciółka i przyjaciel, by funkcjonować — plus rodzina. Tyle że oni byli zdecydowanie za daleko. Raz na jakiś czas jeździła do brata. On był w stanie jej wysłuchać. Chociaż może potrzebowała kogoś jeszcze?
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słowa wypowiadane przez Cynthię sprawiały wrażenie wypowiadanych bardziej z nawyku niż z potrzeby. Jakby pojawiały się automatycznie, w odpowiedzi na sytuację, nie z autentycznych doświadczeń. Matthew miał wrażenie, że kobieta mówi dokładnie tyle, ile “powinna”, żeby utrzymać płynność rozmowy. Ani mniej, ani więcej.
Nie był to dla niego nowy schemat. Wielu klientów zaczynało właśnie w ten sposób: od ostrożnego sprawdzania granic, od mówienia “bezpiecznych” rzeczy, zanim pojawiło się cokolwiek bardziej osobistego. A jednak gdzieś pod tą świadomością pojawiło się krótkie, nie do końca wygodne ukłucie frustracji. Nie, nie wobec niej. Raczej wobec znajomej dynamiki, w której człowiek mówi, ale wciąż pozostaje poza zasięgiem.
Matthew potrzebował chwilę pomyśleć, zanim udzielił odpowiedzi na jej pytanie.
- Czasami tak - przyznał spokojnie. - Ale to też nie jest reguła. W dużej ilości treści można się łatwo pogubić i przeoczyć to, co ważne. - Na moment zatrzymał spojrzenie gdzieś obok Cynthii, szukając właściwego ujęcia myśli, zamiast odpowiadać odruchowo.
- Zresztą… w pani pracy pacjenci nie mówią wcale - dodał, zauważając pewną analogię. - A mimo to i tak jest pani w stanie się od nich czegoś dowiedzieć. Więc chyba nie zawsze chodzi o to, żeby ktoś był rozmowny. - Czasem wystarczyło użyć odpowiednich narzędzi, aby ułatwić sobie ten proces.
Nerwowość Ward była wręcz namacalna. A może to Matthew reagował na najmniejsze sygnały napięcia: na sposób, w jaki jej ciało pozostawało w gotowości, jakby w każdej chwili mogła wstać i wyjść. Czuł w tym wycofanie, ostrożne i konsekwentne.
To nie jest odpowiedź na moje pytanie, pomyślał, lecz nie dał po sobie pokazać, jaki wniosek zrodził się w jego głowie. Do takich zachowań również był przyzwyczajony. Nie skomentował tego jednak. Zamiast tego lekko zmienił pozycję, robiąc w przestrzeni fotela odrobinę więcej miejsca.
- Rozmowa nie musi być głośna - zauważył łagodnie, wykonując niewielki gest ręką, aby zaznaczyć przestrzeń między nimi. - Może wyglądać właśnie tak. - Cały czas pozostawał spokojny, cierpliwy, zaciekawiony tym, co chciała mu przekazać, co przekazywała i co skrywała głęboko w sobie.
A kiedy Cynthia powiedziała trochę więcej o tym, co było głębiej, coś w duchu Goodmana się poruszyło i wzmogło skupienie. Nie na słowach samych w sobie, tylko na tym, co się pod nimi odsłoniło. Obudziła się w nim cicha nadzieja, że Cynthia wreszcie odkryła coś, co dawało przestrzeń do stopniowego dokopywania się głębiej.
- To brzmi jak doświadczenie, nie jak ogólna opinia - stwierdził cicho, mrużąc lekko oczy. Nie było w tym ani interpretacji, ani próby “trafienia”. Raczej ostrożne sprawdzenie, czy dobrze rozumie kierunek. - W takim ujęciu rzeczywiście ma to sens. - Nie dało się zaprzeczyć, że ludzie ranili i jako gatunek opanowali tę umiejętność do perfekcji. - Jeśli rozmowa kończy się zranieniem, to trudno widzieć w niej coś, do czego warto wracać - dodał bez pośpiechu i pokiwał głową, zgadzając się z tą myślą.
Co nie oznaczało, że nie dało się z tym niczego zrobić!
- Jednocześnie mówi pani o ludziach, z którymi pani zostaje - podjął spokojnie, odbijając się od tematu, który na ten moment wydawał mu się najistotniejszy. - Przyjaciółka, przyjaciel. - Wymienił, wskazując dłonią najpierw na jedną stronę, później na drugą, chcąc w ten sposób zaznaczyć ich obecność w gabinecie. - Czyli to nie jest tak, że każdy kontakt kończy się w ten sposób - zranieniem. - Starał się usystematyzować fakty stawiane na podstawie słów Cynthii.
Spojrzenie Matthew na moment zatrzymało się na niej uważniej i znów zasiał wokół siebie krótką pauzę, która oznaczała jedno: że zaraz padnie niewygodne pytanie.
- Jestem ciekaw, co odróżnia jednych od drugich? Po czym pani poznaje, przy kim można zostać, a przy kim lepiej się wycofać? - zapytał, ponownie już przekrzywiając lekko głowę do boku, na moment zapominając, że jest tu w roli terapeuty, a nie osoby, z którą Cynthia mogła porozmawiać jak… z przyjacielem właśnie.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matthew Goodman

Nadmiar zawsze był problemem. Spora ilość zadanych ran maskowała faktyczną przyczynę śmierci. Wysoka intensywność, lub jej totalny brak, oba wydawały się być sporą zagadką do rozwikłania. Taką w którą trzeba było się zanurzyć, pociągnąć odpowiednie sznurki. Zaskakujące jak Ward szybko odnajdywała powiązania pracy terapeuty do własnej.
Pan nie tnie pacjentów skalpelem, piłą, ani nożyczkami — stwierdziła, wpatrując się w niego chłodnym, nieprzeniknionym wzrokiem. Największa różnica. Ona pracowała z martwymi, grzebiąc i analizując ślady zostawione w ciele, a Matthew miał żywych, choć może niektórzy byli tak samo nieżywi w środku — da się coś ze mnie wyczytać bez mówienia? — zagadnęła z czystą ciekawością. Gdzieś w duchu chciała sięgnąć po telefon, by napisać do Mary. Chciała dowiedzieć się, w jaki sposób ją diagnozuje i czy byłaby w stanie to przerwać. Irracjonalna chęć buntu wraz z nerwowością pojawiła się w niej. Lustrowała go badawczo wzrokiem, próbując odgadnąć, co tak właściwie myślał.
Rozmowa nie musi być głośna. Cała się spięła. Miał rację. Nie przypominał w niczym głośnego rezydenta, próbującego uzyskać jej względy. Kucharza ćwiczącego na siłowni, by po jednym załamaniu Ward zniknął jak kamień rzucony do wody. Nawet Scotta nie przypominał. Był inny i choć był terapeutą, to postawa, którą prezentował zaintrygowała ją. Jakby k t o ś właśnie zaczął rozumieć wszystkie jej potrzeby. Płaciła mu za to, ale lepiej rozpracowywał ją jak Mara. Dlatego odwróciła wzrok, rozluźniając chwyt na poduszce. Może on nie ucieknie?
Przechyliła głowę i oparła się o kanapę plecami. Pierwszy raz rozsiadła, zastanawiając się, czy przyjęcie jego słów miało sens. Chyba musiało? Trudno wracać do kogoś, kto w jakiś sposób zranił. Tyle że ją ranił cały świat. Od nieszczęsnego narzeczonego, przez wypadek samochodowy, a kończąc na relacji, która zakończyła się wcześniej, niż miała.
Nie powinien mnie pan namawiać do odnowy trudnych relacji? — zagadnęła, przechylając delikatnie głowę. Mimowolnie rozluźniła uścisk na poduszce — jeden błąd nie powinien skreślić człowieka, prawda? — sama należała do ludzi, popełniających błędy i wręcz potrzebowała to usłyszeć. — chyba że zamordował innego. — wzruszyła ramionami. Praca. O niej mogła mówić godzinami, porównywać rzeczy dziejące się między sobą. To było w porządku.
Oni to co innego — zaprotestowała niemalże od razu, prostując się i pierwszy raz widać było w jej oczach prawdziwą determinację, prawdziwe emocje — byli ze mną, zanim... — przerwała, a kącik ust jej drgnął — zanim wszystko się wydarzyło i zanim zmieniłam przebieg mojej kariery — to było najprostsze wytłumaczenie. William z Marą byli szaleni, a jednak przetrwali każdy najgorszy jej zjazd emocjonalny. Trzymali za ręce, za włosy, gdy wymiotowała w trakcie chemii i byli, nie pytając o to, co działo się w jej głowie.
Byli przy mnie całe życie praktycznie — ruda od dawna, Patel przypałętał się w trakcie studiów. Tak stworzyli bardzo silną przyjaźń, niezależnie od tego, jak bardzo się między sobą różnili. Will z Marą przypominali ogień, Ward była lodem — i nie boją się tego, co mam w głowie. Sprawiają, że jest mi lżej — nigdy nie spoglądali na nią z litością, traktowali jak zwykłego człowieka. Przyjaciela. Dlatego mogła się z nimi związać i powierzyć im każdy z sekretów, którzy trzymała głęboko — cokolwiek powiem, czy zadecyduje to są przy mnie — po sekundzie dodała — na dobre i na złe — to ich odróżniało od innych ludzi. Po prostu byli. Trzymali ją za dłoń, pocieszali, ale zawsze widzieli w niej człowieka, a nie zespół traum.
A jeśli próbowałam się do kogoś zbliżyć, to potem znikał bez słowa, albo nazywał mnie zaburzeniem lękowym — z jej słów wypływała bezsilność. Nic nie była w stanie zrobić, żeby móc się do tego przygotować. Zwierzyła się, by później być zmieszana z błotem — to po co mi inni? Skoro łatwiej jest się zamknąć w czterech ścianach, unikając kolejnego nieszczęścia — spytała wprost. Dwójka ludzi. Rodzina daleko. Czy tyle nie wystarczyło, by funkcjonować? Cały czas próbowała samą siebie oszukiwać, że inni ludzie nic dla niej nie znaczyli, by później wejść w ich pułapkę.
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ale mam inne narzędzia, pomyślał, uśmiechając się w duchu na odbicie jego argumentu. Nad odpowiedzią na pytanie Cynthii musiał się jednak dłużej zastanowić. Za dobrze wiedział, jak łatwo można powiedzieć coś za szybko i przez to stracić to, co zdążyło się już zbudować, nawet jeśli fundamenty wciąż stały na piasku, a zaprawa nie zdążyła zastygnąć i wciąż pozostawała łatwa do zburzenia.
Obserwował ją uważnie, ale już nie w ten sposób, który rozkłada człowieka na czynniki pierwsze. Raczej jakby próbował utrzymać równowagę między ciekawością a powściągliwością i nadinterpretacją.
- Mogę coś zauważać: napięcie, sposób reagowania, momenty, w których coś się zatrzymuje - zaczął ostrożnie, powoli dobierając słowa. - Ale to są tylko moje przypuszczenia. Bez pani słów to zawsze będzie tylko zgadywanie, które nie musi odpowiadać prawdzie. - Nie odrywał od niej spojrzenia, ale nie było w nim nacisku. Bardziej obecność niż próba dotarcia gdzieś głębiej na siłę. - To pani decyduje, co się tutaj pojawia. I kiedy. - Do niego należało przeprowadzenie jej przez przyniesione do gabinetu zagadnienia, które z jakiegoś powodu poruszyła właśnie teraz.
Goodman oparł dłonie na podłokietnikach i minimalnie przesunął się w fotelu, jakby nieświadomie robił w tej przestrzeni miejsce. Na to, co Ward chciała do niej przynieść. A jeśli była to cisza? Na ciszę odpowiadał ciszą. Nienachalną, swobodną, bez presji mówienia; jak przynajmniej miał nadzieję. Tak, jak przed chwilą wspomniał, to Cynthia w głównej mierze decydowała o tempie i temacie, który aktualnie poruszali. Zadaniem Matthew było towarzyszenie jej w procesie.
Mimochodem dostrzegł zaciśnięcie palców na poduszce i ich poluzowanie. Czekał na jej słowa, wyczuwając, że zbiera się do powiedzenia czegoś, co mogło być ważne.
Jeden błąd nie powinien skreślić człowieka, prawda?
To było ważne. Może wręcz kluczowe. Na moment zatrzymał się, jakby ważył słowa.
Pytasz o siebie czy o innych, Cynthio?, pomyślał, lecz nie dał po sobie poznać tej niepotrzebnej interpretacji.
- Myślę, że nie każda relacja musi być odnawiana, żeby coś nam mówiła - powiedział spokojnie. - Czasem wystarczy zobaczyć, co się w niej wydarzyło i co to robi z osobą, która tego doświadcza. Nie, nie wszystko wymaga powrotu - dodał trochę pewniej po chwili namysłu. - Ale też nie wszystko też przekreśla człowieka. Doświadczenia w relacjach bardzo rzadko są zero-jedynkowe. - Uśmiechnął się delikatnie dla podkreślenia, że skala relacji rozpościera się w ogromnym wachlarzu szarości, nigdy nie pozostawając jedynie czarno-białą.
Nie uszło uwadze Matthew, jak płynnie kobieta przeszła do bezpiecznego dla siebie tematu, czyli pracy. Już wcześniej zauważył, że była to dla niej forma regulacji. Kotwica, która pomagała jej złapać oddech, kiedy robiło się duszno w rozmowie. Nie negował tego. Ale do tego wróci kiedy indziej.
Teraz Cynthia się otworzyła, wspominając bliskie osoby. Wyraźnie się ożywiła, co Matthew odebrał z niewyrażoną aprobatą. Zanotował kwestię “wydarzenia się wszystkiego” i “zmiany kariery”, do czego także planował wrócić w przyszłości, ale nie chciał przegapić okazji pogłębienia bardziej kluczowych aspektów, które odsłoniła. Chyba po raz pierwszy w trakcie ich spotkań pokazała mu tak dużo w tak krótkim czasie. Obserwował, notował w głowie, skupiał się na każdym słowie, byleby nie przegapić czegoś istotnego. A w tym przekazie kryło się tak dużo, że sam potrzebował chwili zastanowienia, co odpakować najpierw…
- To brzmi jak bardzo stabilna relacja, która daje pani realne poczucie bezpieczeństwa - zauważył na początek, lekko kiwając głową. - A z drugiej strony przedstawia pani relacje jako momenty, w których zamiast zostać wysłuchaną, została pani oceniona i zostawiona z tym sama. - Zadumał się na chwilę, porządkując myśli. Słowa Cynthii otworzyły w jego głowie tak wiele szufladek, ale czas ich gonił i przynajmniej dziś musieli ograniczyć się tylko do jednej z nich.
- Powiedziała pani, że pani bliscy “nie boją się tego, co ma pani w głowie” - zaczął, decydując się na jedną ze ścieżek. - Czy są rzeczy, których nawet im pani nie mówi? - Już po zadaniu tego pytania serce Matthew uderzyło mocniej w obawie, że zagrał za mocno i przez to ją straci, przynajmniej na tę sesję. - Zastanawiam się - dodał szybko, żeby zminimalizować efekt przytłoczenia - czy nawet w tych relacjach są momenty, w których coś pani zatrzymuje dla siebie, na wszelki wypadek - zakończył, czując, że dłonie delikatnie zaczęły mu się pocić z nerwów, że popełnił błąd zbytnią bezpośredniością.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Matthew Goodman

Napięcie, sposób reagowania, momenty, w których coś się zatrzymuje... Dlatego tak bardzo bała się okazywania emocji i jakichkolwiek sygnałów. Nabrała powietrza do płuc, próbując się uspokoić. Jej ciało więcej zdradzało niż ona sama. Nie spodobało się jej to. Wewnątrz toczyła własną walkę, a mięśnie na nowo się jej spięły jak napięta struna.
Wiele od siebie wymagała.
Zwłaszcza gdy chodziło o maskowanie problemów.
Uniosła wyżej brodę. Bez słów mogły to być domysły, ale to one pozostawiały spore pole do interpretacji. Ciekawiło ją, co tak naprawdę Matthew o niej sądził. Uważał ją za wariatkę? A może za bezsensownie smutną osobę użalającą się nad samą sobą? Taką osobę, która nie była w stanie dojrzeć promieni słońca, stojąc na pustyni. Sama siebie w ten sposób widziała.
Wsłuchała się we wykład o relacjach. Nic nie jest zero-jedynkowe. Tylko dlaczego to zawsze ona pozostawała sama? Kiedyś miała przy sobie brata, który jednak postanowił wyjechać. Przestało jej to przeszkadzać. Brała to jako normę. Każdy do kogo się zbliżała, znikał. Pytanie brzmiało, kto zawinił? Ona, czy ktoś inny? Zawsze brała winę na siebie, a może... nie do końca tak było. Słuchając go, jedynie jeden kącik ust drgnął na moment. Jej maska obojętności powoli znikała pod wpływem Goodmana.
Co w takim razie przekreśla człowieka? 一 spytała wprost, obserwując go bacznie. Jakie czyny sprawiały, że nie warto było ponownie podnosić słuchawki, nie odpisywać na SMS'a, tak by móc ruszyć naprzód? Nawet Ward szarość nie odpowiadała. Odcienie bieli nie istniały, a utrwalała się w jej głowie jedynie czerń. Mrok jej odpowiadał. W pracy często mierzyła się z irracjonalnymi przypadkami. Nie mogła zostać pochłonięta przez nie, więc wyłączała emocje. Żyła od dnia do dnia, a kiedy coś zaczynało ją ruszać, zamykała się za drzwiami własnego apartamentu.
W pracy odnajdywała ciszę. Taką niewymagającą myślenia prostą płynącą jak woda w potoku. Pomagała jej skupić się na tym, co tu i teraz. Pacjenci nie mówili, prokuratorzy próbowali przyśpieszać działanie. Życie od jednego problemu do drugiego było tym, na co musiała zwrócić uwagę.
Ocena i opuszczenie. Zbyt wiele razy tego doświadczyła. Chociaż nigdy nie była tego pewna w stu procentach, ostatni raz jej to udowadniał. Cassian jej nie kochał, trwał jedynie z poczucia obowiązku. Scott był w odpowiednim momencie, po czym wyparował bez żadnego istotnego słowa, podobnie jak Lawrence, jedynie Theo skonfrontował ją na tyle, że pojawiła się w tym miejscu.
Bo z nimi jest łatwiej. W porównaniu do mnie są wulkanami energii, Mara jest terapeutką, a William prawnikiem, choć bliżej mu do niewyrośniętego dzieciaka 一 mówienie o bliskich przychodziło jej z dziecięcą łatwością. Aż uśmiechnęła się delikatnie. Pewnie pierwszy raz w trakcie ich kilku sesji. Zabawa, czy tragedia trwali przy niej. Cokolwiek by się wydarzyło, serce biło jej szybciej na samo wspomnienie wspólnego spędzenia czasu razem. Trudniejszych momentów nie skomentowała. Miał rację. Przedstawiała to w ten sposób. Pogodziła się z tym. Albo nie.
Otworzyła usta. Tyle że żadne słowo się z nich nie wydobyło. Rozgryzł ją. W żołądku wyczuła przedziwny, irracjonalny ścisk. Kurwa, były rzeczy, o których nie informowała najbliższych. Własne myśli, w których chciała skończyć z samą sobą. Zniknąć z tego świata raz a na dobre. Nikomu tego nie powiedziała. Przez ciało przechodziły ciarki. W myślach próbowała się uspokoić, przecież nie mógł o tym wiedzieć. Nikt nie wiedział.
Zastanawiał się.
Ona też.
Są takie momenty 一 stwierdziła krótko, bijąc się z własnymi myślami. Nie powinna mu o tym mówić, nie znała go. Nic o nim nie wiedziała, a jednak siedziała, wpatrując się w niego z zaciekawieniem w oczach 一 nie chcę ich skrzywdzić, ani nie chcę, by się o mnie martwili 一 szczątkowe informacje były dobre, właściwe 一 oszaleli po ostatnim moim wypadku, gdy jechałam taksówką. Dachowałam 一 wystarczyło przymknąć oczy, a szalone wspomnienia wracały z powrotem do niej. Głos ambulansów, zapach spalenizny, widok płonącego auta i to spojrzenie Lakefield pełne zmartwienia.
36 y/o
For good luck!
179 cm
psychoterapeuta online i we własnym gabinecie
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3.os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Matthew widział, jak jego słowa o obserwowaniu zachowań Cynthii na nią wpłynęły i jak zaraz poprawiła postawę. Jakby pojawiała się w niej potrzeba, żeby bardziej się pilnować. Bo on coś sobie pomyślał na jej temat. Momentalnie przed oczami stanęło mu kilka artykułów omawiających badania na temat postrzegania człowieka przez osoby, z którymi ma kontakt, ale nie był to dobry moment na wchodzenie w akademickie dywagacje.
Zanim jednak zdążył wyrazić swoje spostrzeżenie, Ward zaskoczyła go swoim bezpośrednim pytaniem. Postawionym dość stanowczo. To sprawiło, że i w Matthew obudziła się potrzeba, aby nie traktować jej protekcyjnie, a również wyprowadzić pytanie bardziej bezpośrednio.
- Nie ma uniwersalnej listy tego, co przekreśla człowieka. Każdy ma swoją własną. Pani zapewne również. - Uśmiechnął się lekko i wskazał spokojnym gestem dłoni w jej stronę, aby podkreślić, że nie tylko ona jest obserwowana przez niego, ale również on przez nią, co nie oznaczało, że ich wzajemna powierzchowna ocena miała bardzo znaczący wpływ na tę rozmowę. - Co stoi za tym pytaniem? - Kusiło go, aby dodać: pyta pani, żeby usłyszeć, co może skreślić panią, czy co szuka pani odpowiedzi, co dla pani oznacza “przekreślenie”?, jednak było to zbyt bezpośrednie na ten moment terapii i zdecydował się zachować je dla siebie.
Jeśli Cynthia będzie chciała, podniesie temat po swojemu.
Albo nie.
Uśmiechnął się delikatnie, widząc szczery i łagodny uśmiech na twarzy Cynthii. Poruszanych przez nią wątków, które Matthew sukcesywnie notował w głowie, było coraz więcej. O każdym chciał dowiedzieć się więcej, lecz wszystko miało swój czas i swoje miejsce. Szczególnie zapamiętał imiona przyjaciół: terapeutki Mary (Matthew mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy może ją zna? świat psychoterapeutów w Toronto był jednak dość hermetycznym środowiskiem) oraz prawnika Williama. Te dwa wrył sobie szczególnie mocno w zwoje mózgowe, nawet ze swoją wyjątkowo słabą pamięcią do imion, bo wiedział, jak duże znaczenie mają takie szczegóły w budowaniu relacji terapeutycznej.
Wraz z upływającym czasem dzisiejszej sesji, który kontrolował co jakiś czas dyskretnym spojrzeniem na tarczę zegara wiszącego nad drzwiami wejściowymi, Matthew czuł narastającą ekscytację. Tą zwykle towarzyszącą spotkaniom, które stanowiły punkt przełomowy, szczególnie w początkowych sesjach psychoterapii.
Cisza po stronie Cynthii po jego pytaniu sprawiła, że czujność Goodmana wyostrzyła się. Nieznacznie pochylił tułów do przodu i odchylił go o kilka stopni od pionu do lewego boku. Czekał na odpowiedź, wciskając dłonie w podłokietniki. Starał się jak najmniej poruszać, aby nie rozbić chwili niewłaściwym gestem.
Są takie momenty. Matthew powinien czuć zawodową satysfakcję, że jednak nie popchnął jej ku wycofaniu się, a wręcz otrzymał efekt odwrotny. Pozwolił wygasnąć ciężarowi wyznania Cynthii, dając im obojgu kilkanaście sekund na oddech, zanim podjął temat.
- Widzę, że samo wspomnienie tego zdarzenia jest wciąż w pani bardzo żywe. Musiało wprowadzić ogromny chaos i poczucie utraty kontroli. - Zaadresował problem, który zauważył już wcześniej w postawie Cynthii. Jednak wciąż nie to w trakcie tej sesji uważał za kluczowy wątek do doprowadzenia do końca. Zwilżył czubkiem języka wargi, dając sobie jeszcze chwilę czasu na dobranie odpowiednich słów przed kontynuowaniem.
- Kiedy mówi pani o rzeczach, których nie mówi pani nikomu… Brzmi to jak coś bardzo ciężkiego do uniesienia w pojedynkę. - Nie musiała mówić o tym jemu, o ile nie chciała. Ani teraz, ani nigdy. Skoro jednak nie miała odwagi powiedzieć tego przyjaciołom, może z nim - zupełnie obcą osobą - pójdzie łatwiej?
- Skoro jednak przyjaciele “nie boją się tego, co ma w głowie” - uparcie odwoływał się do jej słów, aby mogła dostrzec z zewnątrz swoją perspektywę - co dzieje się po pani stronie, kiedy pojawia się myśl, żeby pokazać im wszystko? - dośrubował poprzednie pytanie jeszcze bardziej. Zanim dokończył myśl, wziął głębszy oddech, znów czując obawę, że za bardzo napiera na jej granicę, ale zdecydował się podjąć to ryzyko, mówiąc: - Proszę mnie poprawić, jeśli źle to rozumiem. Zastanawiam się, czy obok tej chęci chronienia ich nie pojawia się też coś w pani… Może jakaś obawa, co by się stało, gdyby oni zobaczyli panią w pełni? - zagaił ściszając głos i odetchnął głębiej, jakby rozumiał ciężar jej sytuacji. - Że to mogłoby się potoczyć w sposób, który już pani zna…? - Drugie pytanie zadał jeszcze ciszej niż pierwsze, jakby głośno układał w głowie skomplikowaną układankę, a nie stawiał twardy wniosek, który mógłby ją przytłoczyć swoją ostatecznością.

Cynthia A. Ward
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ładnie
dam znać, jak coś mi się nie spodoba
35 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
170 cm
lekarz medycyny sądowej Uniwersytet Toronto
Awatar użytkownika
Depresja przy barszczyku
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

dr. Goodman

Powinna istnieć lista, ułatwiająca drogę w życiu. Coś co mogłoby wskazać, kiedy człowiek mógłby uciec, a kiedy jednak warto było się wysilić. Cynthia prawie całe życie uciekała od relacji międzyludzkich. Widziała w nich jedynie niepotrzebne problemy, od których potrzebowała uciec. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zdać sobie sprawę, że toczyła wewnętrzną walkę sama ze sobą.
Nie miała.
Własna lista skreśleń z życia? Rozbawiło ją to. Aż delikatnie pokręciła głową. Dopuszczanie kogoś do siebie przychodziło jej z trudem. Nawet w trakcie rozmowy na terapii ważyła każde słowo. Niektóre przychodziły jej z dziecięcą łatwością, a nad innymi musiała się zastanawiać. Rozmawianie o pracy było proste, ale im bardziej wchodzili na bardziej grząskie tematy, tym bardziej sama siebie łapała za słowa.
Nabrała głębokiego oddechu. Wiedziała, co stało za tym pytaniem. Chciała móc poukładać we własnej głowie, kiedy warto było ryzykować. Relacje z ludźmi owiane były dla niej tajemnicą i bardzo możliwe, że właśnie przy Matthew chciała się o nich czegoś nauczyć. Tyle że nie dał jej żadnej dobrej odpowiedzi. Cynthia wzrokiem poszukiwała ucieczki. Odpowiedź zbyt wiele, by ją kosztowała.
Zegar tykał.
Zostało jedyne dziesięć minut.
Ciekawość. — odpowiedziała finalnie po kilku dłuższych sekundach ciszy. Taka odpowiedź była najbardziej właściwa. Mogła uniknąć konsekwencji własnych myśli. Zastanawiała się, czy terapeuta też mógłby od niej uciec. Zniknąć jak za dotknięciem magicznej różdżki.
Zmiana tematu przyszła z dziecięcą łatwością. Nawet kąciki ust poszły ku górze, widząc uśmiech Goodmana. Ludzie byli przedziwnymi istotami. Odwzajemniali względem siebie własną mimikę, a choć Cynthia powstrzymywała się, to teraz nie była w stanie. Rozmawianie o Marze i Williamie przynosiło do jej ciała uczucie radości spokoju. Mogła się rozluźnić, a wzrok zniknął z tarczy zegara. Jednak z każdą kolejną sekundą znów rósł w niej niepokój. Kontrolowała wzrokiem każdy, nawet najmniejszy ruch terapeuty. Czy tak wyglądało zapędzone zwierzę w kozi róg?
Kolejne pytania stawały się tak ciężkie, że wzięcie oddechu. Wizja wypadku przez ułamek sekundy pojawiła się w jej głowie. Ciężkie, kłęby dymu, unieruchomienie ciała i przeraźliwy odgłos syren.
Możliwe. — mruknęła i zaraz dodała — mało kiedy człowiek ma połamane żebra i jest zdany na służby ratunkowe — mało kto rozpamiętywał wypadek. W drobnych, codziennych czynnościach widziała katastroficzne obrazy. Uciekającego taksówkarza, gdy ktoś wychodził z auta. Dachujące auto, kiedy ktoś tak zwyczajnie przejeżdżał przez jezdnię.

I znów miał rację. To było piekielnie ciężkie.
Nie przyznała mu racji nawet zwykłym skinięciem głowy. Kątem oka znów spojrzała na tarczę zegara. Pięć minut. Tyle im zostało. Wraz z każdym padającym słowem, czuła szybsze bicie serca pod jej klatką piersiową. Pragnęła uciec. Daleko stąd, byle nie musieć tu siedzieć. Palce mocno zacisnęła na poduszce i zamilknęła. Ciężka cisza wypełniła pomieszczenie. Coś się stanie. Na pewno stałoby się, gdyby powiedziała o wszystkim.
Wszyscy znikają. — wyrwało się w końcu z jej warg. Oczy otworzyły się jej szerzej. Nie spodziewała się po samej sobie takiej szczerości — mój brat wyprowadził się, by zająć się wychowaniem bratanicy z siostrą jego zmarłej żony, a inni... — idealnie wytłumaczenie. Przynajmniej z powierzchni, bo wzrok Goodmana rozbrajał ją od środka — po prostu znikają — spojrzała gdzieś w kąt, byle nie musieć patrzeć na terapeutę — oni nie mogą. — głos przy kolejnych słowach coraz bardziej cichł — nie dałabym radyżyć bez nich, dodała już we własnej głowie. Czasami zastanawiała się, czy jakby zniknęła ze świata, to czy ktokolwiek byłby w stanie to zauważyć. Przecież rzadko kiedy się odzywała, mało wnosiła do otoczenia, a sama siebie oceniłaby jako mało ciekawą.
Wybiła już godzina. — wzrok padł na zegar. Widok wskazującej godziny przyjęła z ulgą — to koniec, prawda? — dopytała, czekając na pozwolenie. Czy którykolwiek z pacjentów przygotowywał się kiedyś do ucieczki z gabinetu terapeutycznego?
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ First Canadian Place”