W przeszłości, gdy
Montgomery i Wolfgang Monty i Wolfie ze sobą
walczyli, robili to niby dwa szczenięta – nie tyle może
na niby, co bez realnego zagrożenia, że dany przytyk drugą stronę zrani n a p r a w d ę, lub że cios celnie zadany drobną złośliwością trafi w samo serce, grzęznąc gdzieś głęboko, boleśnie, jak odłamek szrapnela, naokoło którego powstanie niebezpieczny stan zapalny. To były zaczepki - rodzaj gry, w której obydwaj szarpali napiętą z dwóch strony nić
porozumieniatylko po to, by sprawdzić, czy ten drugi nadal trzyma jej koniec - a nie próby wyrządzenia sobie nawzajem realnej krzywdy. Nigdy,
nigdy, aż do tamtego pamiętnego lata, po którym Morin wmówił sobie, że tylko złamanie Wolfgangowi serca ostatecznie jakimś cudem uchroni blondyna przed konsekwencjami popełnionej przez nich
zbrodni.
Wbrew temu, co Wolfgang mógł sobie uroić albo dopowiedzieć, bolesną interpretacją wypełniając tę lukę w jaźni, którą Montgomery wyżłobił znikając z jego życia z dnia na dzień, i bez żadnego konkretnego wytłumaczenia, Monty nie odsunął się od niego z obrzydzenia ani ze strachu. Nie próbował go
ukarać, ale
uratować, może w ramach własnej pokuty za to, że nie udało mu się ocalić własnego ojca. Gdyby cały ten dystans między sobą i Wolfgangiem budował wyłącznie z nienawiści, sprawy może byłyby finalnie znacznie prostsze.
Ale przecież
nic pomiędzy nimi nigdy nie było proste.
I choć przez całe swoje dzieciństwo i okres adolescencji Montgomery
myślał, że lęk (zwykle przed ojcem, albo o matkę) zna lepiej od własnej kieszeni, dopiero tamtej nocy, kiedy krew Morina Seniora wsiąkała w pokład, a fale uderzały o burty łodzi w zobojętniałym rytmie, Monty po raz pierwszy w życiu poznał taki rodzaj strachu, który doprowadzał ludzi do utraty zmysłów. Nie o własną przyszłość, ale o Wolfganga.
Pamiętał dokładnie, jak wyglądały wtedy dłonie blondyna — drżące, splamione czerwienią, kurczowo zaciskające się na materiale noszonej przez Monty'ego koszuli, jakby próbował znaleźć w jego wątłej postaci wsparcie mniej więcej w taki sposób, w jaki
tonący chwytają się brzytwy. Pamiętał własny puls dudniący gdzieś pod żebrami aż do granic prawdziwego, fizycznego bólu. I tę jedną, przerażająco klarowną myśl, jedyną
oczywistą rzecz jawiącą się w chaosie tamtych wydarzeń.
Jeśli go nie ochronię, oni go zniszczą.
Jego matka zrobiłaby to bez zawahania. Jego ojciec zrobiłby to nawet zza grobu.
Ludzie tacy jak Wolfgang nie wychodzili cało z podobnych historii. Nie wtedy, gdy przeciwko nim stawały nazwiska, pieniądze i wpływy budowane przez pokolenia. Więc Montgomery zrobił jedyną rzecz, jaka wydawała mu się rozsądna w wieku nastu lat — wyrwał sobie z piersi serce i próbował udawać, że nadal może normalnie funkcjonować.
Nie potrafił.
Teraz, w intymności rozpachnionej ciężkim atłasem i starym drewnem loży, z Wolfgangiem wychylającym się ku niemu w sposób tak bezczelnie znajomy, i tak bezczelnie ponętny, przez krótką chwilę Montgomery naprawdę musiał zapomnieć, ile lat minęło, bo przez moment wydawało mu się, że odzyskał to, czego wyzbył się prawie dwie dekady wcześniej. Jakby ta wyrwa po lewej stronie klatki piersiowej wypełniła się nagle ciepłem, a krew roztętniła w żyłach w taki sam sposób, w jaki zwykła to robić gdy był nastolatkiem. Z energią, z nadzieją. Boże, ile to razy wyrzucał sobie jak inaczej mogłoby wyglądać teraz jego życie, gdyby tamtego trefnego dnia podjęli choćby jedną, odmienną decyzję?
Poczuł dotyk — albo raczej jego cień — przy swoich plecach; tak delikatny, że równie dobrze mógł go sobie wyobrazić. Kolejną z drobnych tortur w dzisiejszym repertuarze Welsha, w którym blondyn ewidentnie orientował się jeszcze lepiej, niż Monty we własnych nutach. Obydwaj byli wirtuozami w zupełnie innych dziedzinach. Monty znał się na muzyce. Wolfgang? Na tym, jak doprowadzać go do szaleństwa.
Jakimś cudem utrzymał względnie spokojny wyraz twarzy, ostatkiem sił wytrzymując sposób, w który spojrzenie drugiego mężczyzny najpierw przesuwało się po konturach jego twarzy, a potem spoczęło na miękkim zarysie jego warg. Tylko drżenie skrzydełek nosa, gdy walczył o jeden, głębszy wdech, zdradziło, ile wysiłku musiał wkładać w zachowanie resztek rezonu.
— Może dlatego, że nie jesteśmy już dziećmi — odpowiedział cicho. Nie ostro. Gorzej. Z tym rodzajem dorosłej, cierpliwej łagodności, która potrafiła zranić dosadniej niż jawny gniew. — Ty najwyraźniej możesz sobie pozwolić na życie przeszłością, Wolfie, ale ja nigdy nie dawałem sobie takiego luksusu.
Niski ton głosu Wolfganga, w połączeniu z cieniem jego dotyku drażniącego linię jego kręgosłupa, wystawiały Monty'ego na próbę, której prawdopodobnie pragnął, a jednak dopiero teraz zdawał sobie sprawę, że nie był na nią wcale przygotowany. Gdy padło pytanie o jego narzeczoną, odwrócił lekko głowę, jakby chciał spojrzeć na scenę poniżej, tam, a nie we własnej jaźni, szukając na nie odpowiedzi. Gdyby wyjawił Wolfgangowi, że zarówno kobieta, jak i wszyscy inni ludzie obecni w jego życiu mieli absolutny zakaz używania tego zdrobnienia, dałby mu pewnie jakiś rodzaj tragicznej satysfakcji, że tylko do niego kiedykolwiek należało to prawo. Gdyby skłamał, zapewniając, że jego wybranka nazywa go Monty'm bezkarnie i nagminnie, zraniłby Wolfganga zapewne w sposób, którego wstydziłby się potem nawet przed samym sobą. Co więcej, mógłby wówczas utracić go bezpowrotnie, i to po raz drugi. Na co również nie był ani trochę przygotowany.
Dlatego też nie powiedział nic, ze wzrokiem nadal utkwionym w płaszczyźnie majaczącej poniżej estrady. Potem westchnął cicho, sięgając do kieszeni spodni. Gdy wysupłał z niej palce, między wskazującym i środkowym trzymał niewielką wizytówkę dokładnie tak, jak trzyma się papierosa: z namaszczeniem i obrzydzeniem jednocześnie.
— Pytałem — powiedział, obracając kartonik tak, że wytrawiona nań czcionka mogła podłapać błysk przytłumionego światła. Nazwisko Kesslera połyskiwało na grubym papierze elegancką, minimalistyczną czcionką. Montgomery pochylił się ku Wolfgangowi zbyt powoli, by za jego ruch odpowiadała czysta spontaniczność albo przypadek; i po raz drugi tego wieczora, ich twarze znów znalazły się teraz za blisko siebie — na granicy, przy której żaden z nich nie mógł być już pewien, czy zaraz dojdzie do pocałunku, czy do istnej katastrofy. Oddech Monty’ego musnął policzek blondyna; ale zamiast go pocałować, Morin wsunął wizytówkę do kieszeni jego kamizelki, przesuwając przy tym knykciami po materiale odrobinę dłużej, niż było to przy podobnym geście konieczne.
— Victor spodziewa się telefonu — poinformował, układając dłonie na podłokietnikach, i odpychając się lekko od czerwieni obijającego je materiału po to, by unieść się z miejsca. — Podobno jesteś młodym koneserem sztuki z wyjątkowo dobrym gustem. Chociaż sugerowałbym ci zainwestować w nieco droższy garnitur, żeby to przeszło.
Powinien był wyjść, odsuwając krawędź kotary osłaniającej ich od drzwi prowadzących do loży, i czym prędzej kierując się do schodów, którymi trafił w to miejsce. Ale jakaś jego duszy nadal odmawiała wykonania tego rozsądnego rozkazu.
— Muszę iść, Wolfie - oznajmił, nie ruszając się przy tym z miejsca.
Wolfgang Welsh