W momencie, gdy musnął jej usta, tym bezczelnym i absolutnie niepotrzebnym do powodzenia planu pocałunkiem, Vita przez sekundę kompletnie zapomniała, że mają właśnie odwalić jakąś idiotyczną akcję na stacji benzynowej. Zamrugała raz, potem drugi, czując, jak ten drobny kontakt zostaje na jej wargach zdecydowanie za długo.
Na farta, jasne. A potem weszli do środka i William od razu podniósł głos. Vita stanęła jak wryta na środku sklepu, odwróciła się do niego powoli, z szeroko otwartymi oczami, przez ułamek sekundy naprawdę wyglądając, jakby świat rozpadł jej się na drobne kawałki gdzieś między regałem z chipsami a stacyjką z hot dogami, które swoją drogą zajebiście pachniały.
- Nie było tak? - powtórzyła cicho, tak dramatycznie, że sama prawie się roześmiała. Prawie. Zacisnęła usta, żeby powstrzymać ten głupi, zaćpany uśmieszek, który próbował jej uciec na twarz, po czym zrobiła krok w jego stronę i wskazała na niego palcem.
- Johnny… nie waż się stać tak przede mną… - rozejrzała się szybko po stacji, marszcząc brwi, szukając odpowiednio podniosłego słowa.
- Z tą miną, jakbyś nie wiedział, o czym do ciebie mówię!- Kasjer za ladą spojrzał na nich najpierw z dezorientacją, potem z czymś, co bardzo przypominało czysty, ludzki żal. Vita zauważyła to kątem oka i natychmiast poczuła, że musi wejść głębiej w rolę. Oczywiście, że musiała.
- Ja wszystko widziałam. Wszystko! - wyrzuciła z siebie, kładąc dłoń na klatce piersiowej.. no musiała wyglądać wiarygodnie no nie.
- Wiadomości, które wymieniałeś z tamtymi panienkami. - Prychnęła, zerkając na niego z teatralnym obrzydzeniem.
- I jeszcze masz czelność mówić mi, że ja coś dla ciebie znaczę?! - Na moment urwała, bo sama nie wiedziała, co ma dalej wymyślić. Upsi. Więc zrobiła coś kompletnie randomowego i zmusiła się do płaczu, zerkając na kasjera.
- Pięć lat jesteśmy razem… pięć! - załkała, przecierając łezkę z kącika oka i przy okazji sprawdzając ukradkiem, czy Billy w tym samym momencie zgarnia coś z regałów.
- Obiecał mi pierścionek, wielką miłość, wspólną przyszłość, a co kilka miesięcy szlaja się z jakimiś laskami! - Kasjer przesunął się niepewnie za ladą. - Wszystko w porządku? - zapytał ostrożnie. Jej oczy zrobiły się jeszcze większe, usta zadrżały, a ona przycisnęła palce do mostka.
- Czy wyglądam, jakby było w porządku? - spytała z głębokim, absolutnie nieadekwatnym bólem w głosie.
- Ten człowiek złamał mi serce!
Odwróciła się w stronę Williama dokładnie w momencie, w którym uniosła głos, żeby wiedział, że teraz znowu mówi do niego.
- Nie patrz tak na mnie - dodała głośniej.
- Wiem, co próbujesz zrobić. Zawsze tak robisz. Najpierw te oczy... czułe słówka... potem pocałunek na przeprosiny… - zawiesiła się na sekundę, bo ohhooo, to wyszło trochę zbyt prawdziwie. Zamrugała szybko i odchrząknęła.
- A potem myślisz, że wszystko ci wolno. - Prychnęła pod nosem, a chwilę później zerknęła na kasjera.
- Proszę mi powiedzieć tak szczerze. Czy ja wyglądam na kobietę, którą można oszukiwać? - zapytała, pochylając się lekko nad blatem.
- Czy ja wyglądam jak ktoś, komu można mówić “to nie tak, jak myślisz”, kiedy dokładnie wiadomo, co się stało?! - Kasjer otworzył usta, zamknął je, spojrzał na Williama, potem znowu na Vitę. - Ja… nie wiem, proszę pani - wymamrotał w końcu. Vita aż uniosła brew.
- Proszę pani? - powtórzyła, urażona już zupełnie naprawdę.
- Mam dwadzieścia… - urwała. Przez sekundę próbowała przypomnieć sobie, ile dokładnie ma lat, co samo w sobie było żałosne, więc machnęła ręką.
- Nieważne! Już ja się z nim policzę! - Odwróciła się znowu do Williama i zrobiła kilka kroków w jego stronę, starając się nie zerkać zbyt wyraźnie na to, co robił. Plan był planem. Ona miała krzyczeć, on miał… no, robić swoje. Tylko że nagle zrobiło jej się dziwnie gorąco od tej całej sceny... od jego wcześniejszego pocałunku i od adrenaliny, która pompowała jej się po żyłach...
- I ty. - Wbiła mu palec w klatkę piersiową,
- Jak ja mam z tobą wrócić do mieszkania?! - Nachyliła się bliżej, mrużąc oczy. Zacisnęła palce na jego koszuli i przysunęła usta do jego ucha.
- I co… masz wszystko? - mruknęła cicho. Zacisnęła usta, ale jej kąciki zdradziecko drgnęły. Musiała natychmiast odwrócić twarz, bo jeszcze chwila i parsknęłaby śmiechem prosto w jego przystojną buźkę. Odsunęła się jednak powoli, wpatrując mu się w oczy tak, jakby naprawdę właśnie przeżywała największą zdradę swojego życia.
- Wie pan co? - rzuciła nagle do kasjera, odwracając się do niego znowu.
- Ja chciałam tylko normalnego wieczoru... a zamiast tego stoję tutaj i muszę konfrontować mężczyznę, który najwyraźniej nie rozumie, że konsekwencje własnych czynów nie są opcjonalne! - Wzięła z regału pierwszą lepszą paczkę chipsów i przycisnęła ją do piersi jak rekwizyt i zrobiła jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Zasłoniła twarz dłonią i wydała z siebie coś pomiędzy szlochem a bardzo źle zduszonym śmiechem.
- Ja nie mogę… - jęknęła, odwracając się bokiem.
- Ja naprawdę nie mogę już na ciebie patrzeć. - Wpatrywała się w niego przez palce, mając nadzieję, że pociągnie ten cały teatrzyk, bo jeśli zaraz nie wyjdą, to ona naprawdę parsknie śmiechem tak głośno, że nie uratuje ich już nic... absolutnie nic.
johhny