Serwis deserowy zacznie się o dwudziestej drugiej.
Eve wiedziała to bez patrzenia na zegarek - wiedziała po tempie, po tym jak hałas kuchni zmienił rejestr, po tym że Marcus przestał przeklinać przy grillach. Zmiana rytmu, jak zmiana taktu w muzyce, której i tak nie słuchała.
Przez ostatnią godzinę widziała Blaise kątem oka.
Nie szukała jej wzrokiem celowo. Po prostu chef's table był tam gdzie był, przy szybie oddzielającej kuchnię od sali i Eve pracowała przodem do tej szyby częściej niż tyłem. Widziała więc białą sukienkę oraz spokój, z którym Blaise siedziała sama i obserwowała. Coś w tym spokoju było znajome i Eve nie miała zamiaru teraz tego analizować, ale widziała.
W pewnym momencie złapała wzrok Tomása.
-
Chef's table - powiedziała krótko. -
Powiedz jej, że kolację wybieram ja. Niech nie zamawia.
Tomás skinął głową bez pytań. Dobry kelner.
Kelner podszedł do stolika przy szybie z tym swoim kelnerskim spokojem, który sprawiał, że wszystko brzmiało jak oczywistość.
-
Pani Crawfort - powiedział, bo nazwisko podała mu Eve z nadzieja, że się nie zmieniło na nazwisko meża -
szefowa kuchni przygotuje dla pani kolację osobiście. Prosimy nie zamawiać, bo wszystko zostało już zaplanowane. - Krótka pauza, profesjonalna. -
Zaczniemy od przystawki za kilka chwil.
Przystawka wyszła kwadrans później.
Talerz był biały, szeroki, niemal pusty, tak jak Eve lubiła. Centrum zajmował cienki plaster carpaccio z buraka chioggia, ułożony w koncentryczne kręgi, różowy i kremowy jednocześnie, niemal geometryczny. Obok quenelle z koziego sera z tymiankiem i skórką cytryny, gładka jak masa, z jednym liściem świeżego tymianku na szczycie. Całość wykończona kroplami oliwy z oliwek extra virgin i szczyptą soli w płatkach, które połyskiwały jak drobny śnieg.
Kelner postawił talerz przed Blaise i cofnął się o pół kroku.
Opowiedział co znajduje się na talerzu i podkreślił, że Szefowa wybrała to danie z myślą o winie, które zamówiła kobieta.
Blaise miała w kieliszku Pinot Noir - burgundzkie, lekkie, z tym charakterystycznym owocowym tłem i ziemistą nutą, która nie przytłaczała. Eve zobaczyła etykietkę wcześniej, kiedy Tomás niósł butelkę przez salę.
Danie główne wyszło trzydzieści minut po przystawce.
Eve wykończyła je sama. Stanęła przy swoim stanowisku i robiła to spokojnie, precyzyjnie, bez pośpiechu, który cechował szczyty serwisu. Policzek jagnięcy duszony przez siedem godzin w czerwonym winie i rozmarynie, rozpadający się przy samym spojrzeniu, ciemny, błyszczący od sosu. Obok puree z korzenia selera z masłem i odrobiną białej trufli, gładkie do granic możliwości, ułożone szeroką wstążką. Kilka listków rzeżuchy dla przełamania, jus z pieczeni zredukowany do gęstości karmelu - dwie łyżeczki, dokładnie tam gdzie miały być.
Tomás zabrał talerz z kuchni i poszedł do stolika powtarzając procedurę opowiadania o daniu.
Kiedy ostatni deser dla sali wyszedł z kuchni, Eve oparła dłonie o blat i stała przez chwilę nieruchomo.
Serwis był skończony. Kuchnia już zwalniała, Marcus zbierał stanowisko, ktoś zaczął szorować grille, powietrze powoli traciło to napięcie, które Eve lubiła najbardziej. Za chwilę będzie tylko sprzątanie i cisza.
Zdjęła fartuch. Powiesiła go na haku przy wyjściu.
Potem podeszła do stanowiska z deserami.
Wiedziała od początku, co to będzie.
Sorbet pistacjowy: intensywny, ciemnozielony, z miazgi pistacji z Bronte, bez mleka, bez śmietany, czysty. Podany w wydrążonej skorupce z białej czekolady cienkiej jak pergamin, na łóżku z kruszonki migdałowej i kilku kroplach oliwy pistacjowej. Płatek złota na szczycie - jeden, bez przesady. Całość zimna, precyzyjna, zbudowana warstwami.
Za dużo cukru, za mało soli, niezbilansowane. Takie lody jadała w jej towarzystwie i takie pamiętała.
Jej wersja była zbilansowana.
Wzięła talerz sama. Nie dała go Tomásowi. Wyszła z kuchni przez boczne drzwi i podeszła do stolika przy szybie spokojnym krokiem, bez pośpiechu, bo serwis już nie wymagał od niej biegu.
Postawiła deser przed Blaise i bez słowa odsunęła drugie krzesło. Usiadła. Oparła łokcie o blat i przez chwilę patrzyła na talerz, jakby sprawdzała coś po raz ostatni.
-
Sorbet pistacjowy - powiedziała spokojnie. -
Pistacje z Sycylii, skorupka z białej czekolady, kruszonka migdałowa.
Pauza.
-
Za dużo cukru w tamtych lodach - dodała, nie patrząc na Blaise, ale bez żadnej wątpliwości mówiąc do niej. -
Zawsze mnie to drażniło.
Uniosła wzrok.
-
Kiedy wróciłaś?
Blaise Crawfort