-
Wróciłam, bo wiem, że mnie potrzebujesz, nawet jeśli teraz nie chcesz tego przyznaćnieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Jakim cudem znalazła się w tak drogiej restauracji w piątkowy wieczór? Był to niezwykły zbieg okoliczności. Jeden z dawnych znajomych odezwał się do niej, że jest to jedno z najlepszych miejsc w mieście i koniecznie muszą tam pójść, a że dawno się nie widzieli, to czemu miałaby odmówić. Wszyscy znajomi i przyjaciele już wiedzieli, że wróciła do Toronto i można ją gdzieś wyciągnąć. Zachwycona wizją zjedzenia czegoś innego niż burger i shake czekoladowy powiedziała kumplowi aby zarezerwował im stolik.
Nie szykowała się jakoś długo. Miała na siebie wizję - nie chciała też aby kumpel pomyślał, że jest to coś na wzór randki. Na takowej nie była od bardzo długiego czasu i wolała zachować ten stan rzeczy. Nie spieszyło jej się do miłości i kolejnego złamanego serca, które musiałby składać na nowo kolejnymi drogimi podróżami. Postawiła na białą sukienkę i szpilki - coś co nie było wyzywające ale jednak eleganckie, aby nie pomyśleli w restauracji, że nie ma kasy i wskoczyła tam tylko przypadkiem, bo zabrał ją tam jej chłopak (który nim nie jest!).
- Stolik na nazwisko Stanford. - powiedziała spokojnie, tłumacząc że zamawiał je przyjaciel, pokazując nawet potwierdzenie rezerwacji, które dostał na maila, jakie wysłał jej chwilę przed wyjściem. Miała na niego poczekać, bo biedny coś załatwiał jeszcze w pracy. Jeszcze w tamtym momencie nie podejrzewała, że ją wystawi i postanowi wskoczyć z byłą do łóżka.
Usiadła w rogu sali, uprzednio sprawdzając strategiczne miejsca - czytać toalety i rozejrzała się po pomieszczeniu. Miejsce było naprawdę ładne i widać, że ktoś ma niezły gust. Oczywiście zlustrowała gości, którzy akurat siedzieli niedaleko niej. Wyglądali na ważniaków i przez moment poczuła się mniejsza - ale szybko tę myśl odgoniła, to że biega po dżungli i babrze sie w piachu na wykopaliskach nie umniejsza jej jako osobie! Jest tak samo wartościowa jak inni goście.
Jeszcze moment zajmowała swoje myśli, kolejnymi osobami na sali dopóki nie podszedł do niej kelner. - Ach tak. Dziękuję. - powiedziała gdy wręczył jej menu. Nie spodziewała się takich cen ale przecież nagle nie wyjdzie! Nie mogła tego zrobić, zwłaszcza że kumpel ją zaprosił. Czekała na niego cierpliwie, a gdy minęło kolejne dwadzieścia minut a mężczyzna dalej się nie pojawił, zaczęła nabierać podejrzeń. Napisała do niego sms’a, potem zadzwoniła, ale bez odzewu. - Pięknie. - zaklęła jeszcze pod nosem i rozejrzała się raz jeszcze po sali. Będzie jedyną osobą, która jest tutaj sama. Poprosiła kelnera o jeszcze chwilę do zastanowienia i sprawdziła na szybko lokal w internecie, gdzie ku jej zdumieniu pojawiło się zdjęcie jej dawnej miłostki. Zrobiła większe oczy. Czy kumpel specjalnie ją wystawił aby spotkała się z Fitzgerald? No chyba żart! - Przepraszam, a mogłabym się widzieć z szefową? - dopytała w nadziei, że kelner będzie tak miły i poprosi ją na słówko, albo przynajmniej wpuści ją przez kuchnię aby zobaczyć czy to faktycznie nie są bajki a Eve tu pracuje!
Eve Fitzgerald
-
You picked a dance with the devil and you lucked out.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
George Restaurant żył własnym rytmem - tym konkretnym, który Eve rozpoznawała jak własny oddech. Hałas uderzał ze wszystkich stron jednocześnie: brzęk patelni o palniki, głosy kelnerów składające zamówienia, ciche przekleństwo kucharza przy stanowisku z mięsem, który przegapił timing o trzydzieści sekund. Normalnie. Przewidywalnie. Jej.
- Siedem na wyjście - rzuciła krótko, nie podnosząc wzroku znad talerza, gdzie właśnie wykańczała redukcję. Łyżka. Dwie sekundy. Trzy. Precyzyjnie.
Kuchnia kuchenne właśnie nakręcała się do szczytowego momentu serwisu i Eve stała w samym środku tego wszystkiego, w swoim naturalnym środowisku. Gorąco przyklejało się do skóry, a powietrze pachniało masłem, tymiankiem i czymś lekko skarmelizowanym od stanowiska z rybą. Idealne.
Wtedy podszedł do niej Tomás.
Był dobrym kelnerem - wiedział, kiedy nie przerywać i kiedy jednak trzeba. Teraz stał przy wejściu do kuchni z miną, z której wyczytała, że coś jednak jest.
- Szefowo - zawahał się przez ułamek sekundy. - Stolik cztery. Prosi o spotkanie z szefową kuchni.
Spojrzała na niego ponad talerzem. Stolik cztery. Kąt sali, przy oknie.
- Teraz? - zapytała płasko.
- Tak. Gość jest sam. Siedzi od jakiegoś czasu.
Zmierzyła to w głowie tak samo, jak mierzyła czas gotowania - automatycznie, bez wysiłku. Środek serwisu. Wolałaby nie. Ale goście prosili o spotkanie z szefową z różnych powodów i nie wszystkie z nich dało się zbagatelizować.
- Dobra - mruknęła.
Oddała łyżkę, otarła dłonie w ściereczkę i powiedziała kilka słów do Marcusa, który przejął jej stanowisko bez zbędnego gadania. Potem wyszła na salę.
Temperatura od razu spadła o kilka stopni. Gwar restauracji brzmiał inaczej niż hałas kuchni - bardziej stłumiony, obudowany tkaniną i rozmowami, okraszony dźwiękiem kieliszków. Eve poruszała się przez salę pewnym krokiem, bo nie umiała inaczej. Fartucha nie zdjęła - to była jej sala i wyglądała tak, jak miała wyglądać.
Stolik cztery był przy oknie.
Podchodziła już, kiedy kątem oka uchwyciła sylwetkę.
I zatrzymała się.
Nie fizycznie - zrobiła jeszcze dwa kroki, zanim ciało w ogóle zdążyło zareagować na to, co przetworzyła głowa. Ale coś w niej drgnęło na ułamek sekundy, jakby ktoś przestawił ją o kilka milimetrów z właściwego miejsca.
Znała tę twarz.
Oczywiście, że znała. Sześć lat to dużo, ale pamięć sensoryczna Eve działała jak archiwum - bez pardonu i bez łaski. Kąt ramion, sposób siedzenia, jasna sukienka na tle ciemnego oparcia krzesła. Wszystko trafiło od razu, bez żadnego opóźnienia, bez chwili wątpliwości.
Blaise.
Dokończyła te dwa ostatnie kroki do stolika i stanęła przy nim. W środku działało coś, co najlepiej określała jako krótkie spięcie w obwodzie - sygnał, który kazał jej się zatrzymać i zresetować, bo dostała input, którego nie było w żadnym planie na ten wieczór.
Twarz miała spokojną.
Zawsze miała spokojną twarz.
- Słyszałam, że ktoś chciał się spotkać z szefową - powiedziała, a głos wyszedł z niej równo, bez żadnej rysy, jakby ostatnie sześć lat było tylko przerwą między jednym zdaniem a drugim.
Patrzyła na nią. Starała się nie odrywać wzroku, chociaż instynkt podpowiadał jej coś zupełnie przeciwnego.
Blaise Crawfort
-
Wróciłam, bo wiem, że mnie potrzebujesz, nawet jeśli teraz nie chcesz tego przyznaćnieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Spojrzała jeszcze na telefon i godzinę. Nie miała pojęcia czy kelner wziął ja na serio i poszedł po szefową czy po prostu postanowił się ulotnić bo ona żądała czegoś niewykonalnego i kompletnie nie na miejscu. Miała okazję zmierzyć się ze swoimi myślami w momencie oczekiwania. Próbowała się troszkę uspokoić, bo mimo wszystko coś tam kiedyś między nimi było, czego nie potrafiły zdefiniować. Czy serce zabiło troszkę szybciej? Być może, a zwłaszcza w chwili gdy usłyszała głos wystawiając nos zza karty.
- Tym ktosiem jestem ja. - trochę zaschło jej w gardle, żałując że wcześniej nie zamówiła wody, lub wina na szybkie dodanie odwagi. Byłoby dużo łatwiej. Eve z dnia na dzień zniknęła i to zaniepokoiło Blaise, która straciła z nią kontakt, gdyby wiedziała co się działo, najpewniej szukałaby jej mocniej ale teraz… teraz to nie miało znaczenia bo stała przed nią. Dosyć sztywno, lecz Crawfort delikatnie się uśmiechnęła. - Widzę, że jesteś w swoim żywiole. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam Ci, ściągając tak do stolika. - oj nawet nie wiedziała jak się myli, ale co zrobić, że o prowadzeniu restauracji nie miała kompletnie pojęcia. Odsunęła krzesło dla kobiety, nie będąc przekonaną czy na nim usiądzie. - Zjesz ze mną? Mój cudowny znajomy mnie wystawił. - oczywiście przewróciła na to oczami, bo mogła się tego spodziewać po kumplu. Jeszcze później dostanie od niej małe upomnienie, że wystawianie jej bardzo źle się kończy. - Oczywiście, zrozumiem jeśli nie. - rzuciła natychmiast, żeby Eve nie czuła się zmuszona do tego. Jest u siebie, może robić co chce, a Blaise sobie coś zamówi i zje sama. Jednak nie mogła odpuścić sytuacji w której jest szansa porozmawiać z Fitzgerlad.
Eve Fitzgerald
-
You picked a dance with the devil and you lucked out.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Eve stała przy stoliku i liczyła to w głowie tak samo, jak liczyła wszystko inne. Sześć lat nie było jej w Toronto, inne miasta, inne kuchnie, inne życie. A Blaise siedziała przy stoliku cztery w białej sukience i patrzyła na nią tak, jakby czas, który minął był tylko przerwą między jednym zdaniem a drugim.
Tym ktosiem jestem ja.
Głos był ten sam. To uderzyło ją jako pierwsze - nie twarz, nie sukienka, tylko głos. I za głosem przyszło wszystko inne, czego nie chciała.
Miały może szesnaście lat. Lato, duszne i lepkie, gdzieś w środku miasta. Blaise miała wtedy na sobie coś żółtego. Eve nie pamiętała co dokładnie, ale pamiętała kolor, bo kontrastował z betonem i skwarem. Siedziały na krawężniku za jakimś barem i jadły lody, które topiły się szybciej niż dawały radę je jeść. Lody były pistacjowe i miały w sobie za dużo cukru. Eve pamiętała to dokładnie, za dużo cukru, za mało soli, niezbilansowane, ale zjadła do końca, bo Blaise się śmiała z czegoś i przez chwilę świat był absolutnie prosty. Potem nie był.
Kelner minął ją z tacą i rzucił w jej stronę krótkie spojrzenie, szefowo, stolik dwa czeka, które uchwyciła kątem oka. Serwis trwał. Kuchnia nie zatrzymała się dlatego, że ktoś z przeszłości siedział przy oknie w białej sukience.
- Nie przeszkadzasz - powiedziała, bo to było prawdziwe i dlatego to powiedziała, nie żeby być uprzejmą. Uprzejmość wymagała od niej kalkulacji. To nie była kalkulacja.
Jej wzrok przesunął się na odsunięte krzesło i z powrotem na Blaise. Jedna sekunda. Dwie.
- Nie usiądę - dodała spokojnie, bez przeprosin w głosie. - Środek serwisu.
Oparła dłoń na oparciu krzesła, nie siadając. Blizny na palcach i nadgarstku połyskiwały przy świetle sali - stare, dawno zagojone. Kuchenne pamiątki.
Przez chwilę patrzyła na nią, na tę twarz, którą pamięć sensoryczna przechowywała najwyraźniej bez jej zgody i coś w niej robiło to dziwne, krótkie spięcie w obwodzie po raz drugi.
- Jest jedno miejsce. Chef's table, przy kuchni - powiedziała, już trochę ciszej, jakby mówiła do siebie i do Blaise jednocześnie. - Stamtąd mnie widać i ja stamtąd widzę. Jeśli chcesz.
Nie czekała na odpowiedź. Uniosła rękę i złapała wzrok Tomása po drugiej stronie sali. Krótki gest, który on znał. Przestaw gościa. Kelner skinął głową i już ruszał.
Eve wypuściła powoli powietrze przez nos.
- Zaraz do ciebie podejdę - rzuciła jeszcze, zanim się odwróciła. - Jak skończymy z siódemką.
I wróciła do kuchni, bo kuchnia na nią czekała. Zawsze czekała. Bo ona zawsze tam wracała.
Tylko że tym razem przez całą drogę do stanowiska liczyła kroki - siedem, osiem, dziewięć - i nie potrafiła powiedzieć, czy liczyła je dlatego, że zawsze to robiła, czy dlatego, że potrzebowała czegoś, na czym mogła się skupić zamiast na pistacjowych lodach i żółtym kolorze, który nagle wrócił po latach bez ostrzeżenia i bez zaproszenia.
Blaise Crawfort
-
Wróciłam, bo wiem, że mnie potrzebujesz, nawet jeśli teraz nie chcesz tego przyznaćnieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
No nic. W głowie już rozważała co zamówić samotnie i jaką butelkę wina poprosić aby samotnie wypić ją w kącie, ale wystarczyło poczekać, bo jednak nadarzyła się zupełnie inna okazja, której się nie spodziewała. Mimo wszystko rozumiała, że jej widok może być dość dziwny, przypadkowy i podświadomie powodujący powrót wspomnień, ale czy to źle?
Słowa jakby docierały wolniej, jednak ostatecznie oprzytomniała kiwając delikatnie głową, że rozumie co to za stolik - choć wcale tak nie było, bo nigdy nie miała zaszczytu by coś takiego przeżyć, ale czemu miałaby nie przyjąć propozycji. Będzie mogła obserwować znajomą w akcji, a tak… zostanie sama z butelką wina.
- Okej. - rzuciła szybko zanim Eve się oddaliła i posłała ciepły uśmiech kelnerowi, który poprowadził ją w odpowiednie miejsce.
Widziała więcej. Dużo więcej, nie tylko całą salę zajętą przez gości ale wszystko to co działo się w kuchni i szczerze? Była tym zafascynowana. Spoglądała na te wszystkie dania, które po kolei wychodziły do gości i powoli zaczynała głodnieć. A trzeba było coś sobie zamówić!
Poprosiła kelnera o lampkę wina, w sumie to nawet dwie. Jedna miała być dla Fitzgerald, choć to trochę głupie, skoro właśnie była w pracy, jednak Blaise cicho liczyła iż kobieta się na nią skusi. Jak nie… wypije ją sama.
Przyglądała się Eve jak z gracją przechodzi pomiędzy stanowiskami, jak sprawdza wszystko to co wychodzi spod rąk kucharzy, jak jest w swoim żywiole. Coś co cieszyło ją niezmiernie, bo kiedy za dzieciaka wyobrażały sobie kim będą chyba żadna nie stawiała na coś tak pięknego.
Wino szybko skończyło się w jej kieliszku, dlatego poprosiła nieśmiało o kolejną lampke.
Eve Fitzgerald
-
You picked a dance with the devil and you lucked out.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Eve wiedziała to bez patrzenia na zegarek - wiedziała po tempie, po tym jak hałas kuchni zmienił rejestr, po tym że Marcus przestał przeklinać przy grillach. Zmiana rytmu, jak zmiana taktu w muzyce, której i tak nie słuchała.
Przez ostatnią godzinę widziała Blaise kątem oka.
Nie szukała jej wzrokiem celowo. Po prostu chef's table był tam gdzie był, przy szybie oddzielającej kuchnię od sali i Eve pracowała przodem do tej szyby częściej niż tyłem. Widziała więc białą sukienkę oraz spokój, z którym Blaise siedziała sama i obserwowała. Coś w tym spokoju było znajome i Eve nie miała zamiaru teraz tego analizować, ale widziała.
W pewnym momencie złapała wzrok Tomása.
- Chef's table - powiedziała krótko. - Powiedz jej, że kolację wybieram ja. Niech nie zamawia.
Tomás skinął głową bez pytań. Dobry kelner.
Kelner podszedł do stolika przy szybie z tym swoim kelnerskim spokojem, który sprawiał, że wszystko brzmiało jak oczywistość.
- Pani Crawfort - powiedział, bo nazwisko podała mu Eve z nadzieja, że się nie zmieniło na nazwisko meża - szefowa kuchni przygotuje dla pani kolację osobiście. Prosimy nie zamawiać, bo wszystko zostało już zaplanowane. - Krótka pauza, profesjonalna. - Zaczniemy od przystawki za kilka chwil.
Przystawka wyszła kwadrans później.
Talerz był biały, szeroki, niemal pusty, tak jak Eve lubiła. Centrum zajmował cienki plaster carpaccio z buraka chioggia, ułożony w koncentryczne kręgi, różowy i kremowy jednocześnie, niemal geometryczny. Obok quenelle z koziego sera z tymiankiem i skórką cytryny, gładka jak masa, z jednym liściem świeżego tymianku na szczycie. Całość wykończona kroplami oliwy z oliwek extra virgin i szczyptą soli w płatkach, które połyskiwały jak drobny śnieg.
Kelner postawił talerz przed Blaise i cofnął się o pół kroku.
Opowiedział co znajduje się na talerzu i podkreślił, że Szefowa wybrała to danie z myślą o winie, które zamówiła kobieta.
Blaise miała w kieliszku Pinot Noir - burgundzkie, lekkie, z tym charakterystycznym owocowym tłem i ziemistą nutą, która nie przytłaczała. Eve zobaczyła etykietkę wcześniej, kiedy Tomás niósł butelkę przez salę.
Danie główne wyszło trzydzieści minut po przystawce.
Eve wykończyła je sama. Stanęła przy swoim stanowisku i robiła to spokojnie, precyzyjnie, bez pośpiechu, który cechował szczyty serwisu. Policzek jagnięcy duszony przez siedem godzin w czerwonym winie i rozmarynie, rozpadający się przy samym spojrzeniu, ciemny, błyszczący od sosu. Obok puree z korzenia selera z masłem i odrobiną białej trufli, gładkie do granic możliwości, ułożone szeroką wstążką. Kilka listków rzeżuchy dla przełamania, jus z pieczeni zredukowany do gęstości karmelu - dwie łyżeczki, dokładnie tam gdzie miały być.
Tomás zabrał talerz z kuchni i poszedł do stolika powtarzając procedurę opowiadania o daniu.
Kiedy ostatni deser dla sali wyszedł z kuchni, Eve oparła dłonie o blat i stała przez chwilę nieruchomo.
Serwis był skończony. Kuchnia już zwalniała, Marcus zbierał stanowisko, ktoś zaczął szorować grille, powietrze powoli traciło to napięcie, które Eve lubiła najbardziej. Za chwilę będzie tylko sprzątanie i cisza.
Zdjęła fartuch. Powiesiła go na haku przy wyjściu.
Potem podeszła do stanowiska z deserami.
Wiedziała od początku, co to będzie.
Sorbet pistacjowy: intensywny, ciemnozielony, z miazgi pistacji z Bronte, bez mleka, bez śmietany, czysty. Podany w wydrążonej skorupce z białej czekolady cienkiej jak pergamin, na łóżku z kruszonki migdałowej i kilku kroplach oliwy pistacjowej. Płatek złota na szczycie - jeden, bez przesady. Całość zimna, precyzyjna, zbudowana warstwami.
Za dużo cukru, za mało soli, niezbilansowane. Takie lody jadała w jej towarzystwie i takie pamiętała.
Jej wersja była zbilansowana.
Wzięła talerz sama. Nie dała go Tomásowi. Wyszła z kuchni przez boczne drzwi i podeszła do stolika przy szybie spokojnym krokiem, bez pośpiechu, bo serwis już nie wymagał od niej biegu.
Postawiła deser przed Blaise i bez słowa odsunęła drugie krzesło. Usiadła. Oparła łokcie o blat i przez chwilę patrzyła na talerz, jakby sprawdzała coś po raz ostatni.
- Sorbet pistacjowy - powiedziała spokojnie. - Pistacje z Sycylii, skorupka z białej czekolady, kruszonka migdałowa.
Pauza.
- Za dużo cukru w tamtych lodach - dodała, nie patrząc na Blaise, ale bez żadnej wątpliwości mówiąc do niej. - Zawsze mnie to drażniło.
Uniosła wzrok.
- Kiedy wróciłaś?
Blaise Crawfort
-
Wróciłam, bo wiem, że mnie potrzebujesz, nawet jeśli teraz nie chcesz tego przyznaćnieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Na początek wino, bo jest to zdecydowanie lepszy wybór niż woda, choć o tą również poprosiła. Tak na nawilżenie gardła.
Gdy przyszła przystawka zatrzymała na niej dłużej wzrok. Mogłaby tak patrzeć i patrzeć, bo kompletnie ją zatkało. To co znajdowało się na talerzu było istną sztuką. W głowie migało jej jedzenie z ostatniego tygodnia, głównie oparte o fast foody, które miała przyjemność jeść z przyjaciółką. Widać, że znalazła się w elitarnym miejscu i chyba nie do końca tu pasowała, jednakże nie przejęła się. Poczekała na wyjaśnienie kelnera po czym podziękowała. Faktycznie sprawdzając czy pasuje z winem. Oczywiście, że tak. Czego ona się spodziewała? Że Eve nie wie o czym mówi? To prędzej ona goniąc po wykopaliskach potrafiła pomylić erę w której dany kielich był wykonany.
Danie główne było równie imponujące co przystawka, a moment w którym mięso rozpływało się w buzi było czymś czego Blaise nigdy wcześniej nie doświadczyła. Była pod wrażeniem kunsztu jaki posiada Fitzgerald, domyślając się, że sporo czasu zajęło jej dojście do takiej perfekcji.
Rozkoszując się jedzeniem, co jakiś czas spoglądała w kierunku kuchni, widząc iż ruch powoli zwalniał. Czy to oznaczało, że również serwis zaraz się skończy i będzie miała szansę porozmawiać ze znajomą?
Nie musiała długo czekać. Deser pojawił się przed nią razem z Eve, która wyglądała na troszkę bardziej rozluźnioną. Jakby nie było, teraz mogła usiąść co zrobiła i co sprawiło iż uśmiech pojawił się na twarzy Crawfort.
- Wiesz, nie wymagałabym za wiele od tych z budki. - powiedziała spokojnie po czym wzięła łyżeczkę tych przygotowanych specjalnie dla niej. Nigdy nie jadła lepszych co było widać, bo zaraz wzięła kolejną. - Za to te… są idealne. - dorzuciła aby potwierdzić tylko swoje uwielbienie dla tego co dzisiaj zostało jej podane. Wzięła jeszcze jedną łyżeczkę i westchnęła.
- Jakieś trzy tygodnie temu. Musiałam zostawić wykopaliska w Peru. - na moment zrobiła przerwę jakby analizując czemu to zrobiła, ale ostatecznie wróciła do jedzenia. - Claire zmarł mąż i potrzebowała wsparcia. - dawna miłość nie rdzewieje i pani archeolog rzuciła wszystko aby pomóc przyjaciółce, w której dalej jest zakochana. - A ty? Wow, ta restauracja? Jak to się wszystko stało? - musiała poznać resztę historii, poza tą wyczytaną na szybko w internecie!
Eve Fitzgerald
-
You picked a dance with the devil and you lucked out.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Eve usłyszała to i przez chwilę nic nie powiedziała. Patrzyła na talerz, na tę wydrążoną skorupkę z białej czekolady, która powoli zaczynała tracić kształt od ciepła sali. Liczyła sekundy nieświadomie: jedna, dwie, trzy.
- Dziękuję - powiedziała w końcu, spokojnie, bez ozdóbek.
- Kiedyś powiedziałaś mi, że zupa którą zrobiłam na jakiejś imprezie u Mariny była lepsza niż ta z restauracji przy Bloor, gdzie byłyśmy dwa tygodnie wcześniej. - Głos miała równy, rzeczowy, jakby cytowała z notatki. - Miałam wtedy siedemnaście lat i rozgotowałam makaron o minutę za długo. Pamiętam to do tej pory. - Uśmiechnęła się na to wspomnienie.
Nie dodała, że pamiętała też w jakiej kolejności Blaise powiedziała to zdanie. Że najpierw wzruszyła ramionami, jakby to była oczywistość i że Eve nie potrafiła wtedy patrzeć na dziewczynę.
Niektóre rzeczy zostawała dla siebie.
Uniosła wzrok na Blaise.
- Kim jest Claire?
Pytanie wyszło bez wstępu, bo Eve nie umiała inaczej. Nie złośliwie, po prostu temat wymagał domknięcia, zanim mogła przejść dalej. Blaise powiedziała zostawiłam wykopaliska i potrzebowała wsparcia, a Eve nie wiedziała kto jest po drugiej stronie tych zdań. Nie wiedząc, nie mogła ułożyć reszty w sensowną całość.
Oparła się plecami o krzesło. Pierwszy raz od kiedy usiadła, wcześniej siedziała prosto, jak zawsze przy stole, jak zawsze w pracy. Teraz pozwoliła sobie na te kilka centymetrów luzu.
Serwis był skończony. Kuchnia za szybą pracowała już tylko na zwolnionych obrotach: szorowanie, zbieranie, cisza wchodząca w miejsce hałasu. Eve słyszała to bez patrzenia i coś w niej zwalniało razem z tym rytmem.
- Restauracja - powtórzyła pytanie Blaise, jakby testowała je na języku. - Trafiła się okazja. Ktoś z branży chciał sprzedać miejsce, znałam go, uznałam że to ten moment.
Krótka pauza, a wspomnienie Eve było utkwione przez moment w gościach na sali.
- Wróciłam pół roku temu. Nie było mnie sześć lat. - Powiedziała to bez emocji w głosie, ale coś pod spodem było. Stwierdzenie faktu, który nadal waży więcej niż powinien. - Mam syna. Max, siedem lat. Wróciłam też dlatego.
Jej palce przesunęły się po blacie, stary odruch, szukanie czegoś równoległego do krawędzi. Zatrzymała je świadomie.
- Dorastał w biegu. Czas było to zmienić.
Nie powiedziała więcej. Nie powiedziała o tym, że przez sześć lat układała opiekę nad Maxem pod grafiki i kontrakty. Że wróciła do Toronto bo musiała w końcu przestać uciekać, chociaż tego słowa też nie używała nawet w głowie. Że restauracja była powodem, który brzmiał wystarczająco konkretnie żeby go powiedzieć głośno.
Blaise dostała tyle, ile Eve była w stanie teraz dać i to było więcej niż zwykle dawała komukolwiek przy pierwszej rozmowie po latach.
Uniosła kieliszek z wodą, który Tomás postawił przy jej miejscu wcześniej, i spojrzała na Blaise przez chwilę spokojnie.
- Peru - powiedziała. - Jak długo?
Blaise Crawfort