ODPOWIEDZ
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

cause you were made from perfect stars
and i was built from broken parts
Nawet pytanie było zbędne.
Zamieszanie na środku ulicy przekształciło się w kakofonię dźwięków, w których nie rozpoznawał wartościowych zdań - niczego, co wymagałoby jego dalszej reakcji. Funkcjonariusze zalewali chodnik, pracownica socjalna zajmowała się wrzeszczącym dzieckiem, a on wpatrywał się w Mercer gdy uspokajała starszą kobietę tak, jak wpatrywał się w nią gdy stanęła naprzeciw niego i jej knykcie otarły się o jego dłoń.
Żaden aspekt tego śledztwa go już nie interesował. Śledztwa, które zostało przez nich zamknięte, a teraz winna była w drodze na komisariat. Powinni dopilnować wszystkiego do samego końca, ale ich posada posiadała pewne przywileje - takie jak możliwość przełożenia papierkowej roboty na następny poranek, zamiast męczenia się z nią przez całą noc, w której środku i tak pracowali.
Rozbawienie zamigotało na jego ustach gdy wspomniała o tym, do czego byłaby zdolna - może niestosownie, w kontekście przelewanych przez matkę kobiety łez, ale ta odwróciła się już i powoli dreptała do swojego domu. Nie miał współczucia dla morderczyni, wobec której posiadali niepodważalne dowody.
Chociaż prawdopodobnie powinien go w sobie trochę znaleźć, zważywszy na i c h sytuację.
Gdy znaleźli się w samochodzie, nie pytał o miejsce, do którego zmierzali, podświadomie wiedząc, że żadne z nich nie zamierzało odwieźć drugiego na komisariat. Parkując przed jego mieszkaniem nie odezwał się ani słowem, wychodząc na zewnątrz, na to rześkie i chłodne powietrze, które usiłowało go otrzeźwić.
Dotarli aż do drzwi jego mieszkania gdy zamiast sięgnąć po klucze, wystąpił o krok w jej stronę sprawiając, że plecami zetknęła się z zamkniętym przejściem. Ta niewyobrażalna tęsknota, która znalazła zaledwie odrobinę ujścia w jej samochodzie teraz powróciła z całą siłą, z intensywnością łączącego ich pocałunku, z niedbałością poszukiwania w kieszeni kluczy, które uparcie nie chciały dać się znaleźć.
Nie zamierzał wypuszczać jej ze swoich ramion.
Ani wtedy, gdy przekroczyli próg, wsuwając się do środka mieszkania i pośpiesznie zdejmując z siebie kurtki. Ani gdy znalazła się na kuchennym blacie, zrzucając z niego bardziej lub mniej oficjalne, policyjne akta, których nie sprzątnął od kilku dni. Trzymał ją przy sobie gdy oplatała go swoimi biodrami i pozwalała się zanieść na kanapę i nie wypuszczał z nich gdy znaleźli się w łazience, pod pozorem przeanalizowania wyrzuconych przez niego kosmetyków, które przekształciło się w gorące strugi prysznica otulające ich ciała.
Ani teraz, gdy w półmroku panującym w sypialni leżeli zaplątani w pościel, która w bursztynowym świetle nocnej lampki przypominała barwą złoto. Jego ramię owinęło się wokół niej, trzymało ją blisko przy sobie, choć druga dłoń sięgnęła do stojącej na stoliku szklanki z równie złotym napojem by wypić z niej łyka.
Miesiąc nieobecności wydawał się niemożliwy do nadrobienia, jakby przepaść między nimi trwała znacznie dłużej, jakby potrzeba było większej ilości starań i czasu by zalepić tę dziurę, którą wyrwał z ich serc ten odcinek czasu.
- Widzę, że intensywnie o czymś myślisz - mruknął, spoglądając na jej skupioną minę, palce bezmyślnie błądzące po jego skórze. Kącik jego ust uniósł się w górę gdy uśmiechnął się półgębkiem. - Strach pytać.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Można było tęsknić aż tak - w sposób, który nie ustępował nawet wtedy, gdy dzieliło ich już tylko kilka centymetrów, gdy oddechy splatały się w jedno, a skóra znała na pamięć każdą linię drugiego ciała.
To nie była tęsknota, którą dało się uciszyć bliskością. Ona rosła, nabierała ciężaru z każdym kolejnym dotykiem, z każdym spojrzeniem zatrzymanym o ułamek sekundy dłużej, z każdym pocałunkiem, który zamiast kończyć pragnienie, potęgował je bardziej. W spojrzeniach było coś zachłannego, jakby oboje próbowali nadrobić czas, który ktoś im odebrał, w oddechach - napięcie, które nie znajdowało ukojenia, w rytmie serca - niecierpliwość, która nie znała spokoju.
To uczucie nie miało granicy. Było jak przestrzeń, która rozszerzała się wraz z każdym krokiem w jej głąb. Jakby serce wiedziało więcej niż rozum, przygotowywało się na przyszłość, w której znów zabraknie dotyku, więc teraz zbierało wszystko - każdy gest, fragment obecności, każdą sekundę i odkładało ją gdzieś głęboko, na z a p a s.
Bo zawsze będzie za mało. Za mało czasu, za mało bliskości, za mało siebie nawzajem.
Godziny przestały mieć znaczenie w chwili, gdy przekroczyli próg jego mieszkania. Wszystko, co istniało wcześniej, rozpłynęło się gdzieś na obrzeżach świadomości, ustępując miejsca temu jednemu, najważniejszemu faktowi — byli r a z e m. Po czasie, który wydawał się ciągnąć bez końca, po dniach, które rozciągały się w pustce, wypełnione wyłącznie wspomnieniem jego obecności, wreszcie była tutaj. Leżała obok niego w przestrzeni, którą w myślach od dawna uznała za w s p ó l n ą.
Podniosła wzrok, gdy wyrwał ją z zamyślenia, odpowiadając uśmiechem, będącym odbiciem jego własnego. - O tym, że moje perfumy kosztowały czterysta dolarów, a ty wyrzuciłeś je do śmieci - powiedziała lekko, pozwalając, by żart przykrył to, co naprawdę zajmowało jej myśli. - I że całkiem dobrze ci w tych dłuższych włosach - dodała ciszej, wsuwając w nie palce, powoli i z uwagą.
Przesuwając się bliżej, odwróciła się bokiem, aż ich ciała znów zetknęły się w naturalnym, niewymuszonym ruchu. Pochyliła głowę, odnajdując ustami bliznę na jego klatce piersiowej, tę, którą znała niemal na pamięć. Zatrzymała się przy niej, pozwalając opuszkom palców prześledzić jej kształt. Każda nierówność niosła historię, której nie znała w całości, ale której ciężar czuła mimo to.
Przesunęła się wyżej, zostawiając krótki ślad na jego ramieniu, na tej drobnej linii, umykającej uwadze innych, a dla niej będącej kolejnym fragmentem układanki, aż w końcu wróciła do jego ust. Tym razem pocałunek był spokojny, pozbawiony pośpiechu, miękki, jakby chcieli w nim zatrzymać wszystko, co wcześniej rozpraszało się w chaosie.
- Zanim zapytam… - zaczęła cicho, nie odsuwając się, jej spojrzenie skupiło się na jego oczach. - Powtórzę to jeszcze raz i będę powtarzać codziennie, jeśli będę musiała. Nie istnieje n i c, co mogłoby mnie od ciebie odciągnąć - w jej głosie była pewność, która nie potrzebowała wzmocnienia, bo opierała się na wszystkim, co już przeszli - na błędach, na milczeniu i na wszystkich powrotach.
- Kim on był? I dlaczego to zrobiłeś? - dodała w końcu, spokojnie, bez nacisku, ale z p o t r z e b ą, która nie dawała jej spokoju. Niezależnie od odpowiedzi, wiedziała, że jej miejsce było t u t a j - przy nim, w tej chwili i w każdej kolejnej.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W powrotach tkwił jeden szkopuł - trzeba było kontynuować to, na czym ostatnio się skończyło.
Z początku pozwalał sobie na ignorowanie nadchodzącej rozmowy, na skupienie się na wszystkim tym, co z łatwością zajmowało jego uwagę. W ruchu nie było miejsca na nic poza żywymi emocjami i pragnieniem, pchającym ich w swoje ramiona.
To spokój był niebezpieczny. Cisza przed tym, co miało nadejść, co już chowało się za horyzontem gotowe wychylić zza niego swoją głowę. Widział, że w jej zamyśleniu było coś więcej niż perfumy za czterysta dolarów, ale pozwolił jej przykryć to tym, na co miała ochotę. Był skłonny grać w tę grę tak długo, jak było to możliwe.
- Odkupię ci je - westchnął z udawaną ciężkością, jakby był to dla niego kłopot. W rzeczywistości zrobiłby bardzo wiele, by był to rodzaj problemów, z jakimi musieli się mierzyć. Zsunął się na swojej poduszce, zanurzając nos w rozrzuconych na materiale włosach, by mruknąć w nie kolejną odpowiedź. - I nie umówię się w tym miesiącu do fryzjera, skoro tak bardzo ci na tym zależy.
Pragnął na tym poprzestać.
Pragnął przymknąć powieki z twarzą wtuloną w jej włosy, pachnące dla odmiany jego szamponem bo jej wyrzucił. Udawać, że w ten z w y k ł y sposób mogła skończyć się ta noc, udawać, że nie wyczuwa odrobiny napięcia w jej wcześniej zrelaksowanym ciele. Ale schowanie się było tym samym, co ucieczka, a w duchu obiecał sobie tego nie robić.
Błądził palcami po tatuażach na jej żebrach, przyglądając jej z góry gdy ona skupiała swój wzrok na bliźnie na jego klatce piersiowej. Wyczuł to, odrobinę naprężenia w tej niewidzialnej nici, która łączyła ich dwoje od samego początku. Dostrzegł to na jej twarzy gdy przysunęła się, by go pocałować - na co natychmiast odpowiedział, choć z odrobiną rezerwy, jak osoba, która wiedziała, że zaraz usłyszy coś, czego wcale nie chciała usłyszeć.
I w tej kwestii jego pesymistyczne założenia całkowicie się sprawdziły.
Jego mięśnie napięły się lekko na dźwięk jej słów, spodziewając pytania, które miało paść po nich. Dłoń, która wcześniej sunęła wzdłuż jej żeber zatrzymała się na jedno uderzenie serca nim wznowiła swój ruch, w pozornie beztroskim geście niezwiązanym z ciężarem naciskającym na jego klatkę piersiową.
- Nikim istotnym - odparł z początku, cicho, nachylając się by złożyć pocałunek na jej czole, skracając między nimi dystans gdy tylko coś w jego wnętrzu szarpnęło w drugą stronę, usiłując go pogłębić, uciec, choćby na kilka centymetrów. - Kimś, kto sobie na to zasłużył.
Wiedział, że żadna z tych odpowiedzi jej nie usatysfakcjonuje, a jednak rzucił je na głos, licząc na blady łut szczęścia, który uwolni go od potrzeby sięgnięcia pamięcią do miejsca, którego nie chciał już odwiedzać. Szczęścia, dzięki któremu mógłby nie wypowiadać tych słów na głos, mogłyby pozostać w jego głowie niewypowiedziane - a dzięki temu, mniej prawdziwe.
- Co chciałabyś wiedzieć? - dodał wreszcie, niechętnie, pragnąc ograniczyć ilość detali do takiej, która byłaby dla niej wystarczająca - nie mówić zaś tego, czego mogłaby nie udźwignąć.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Naiwnością byłoby zakładać, że nigdy o to nie zapyta; że pozwoli tej części jego życia istnieć gdzieś obok nich, zamkniętej w półcieniu, do którego nie wolno zaglądać. Ona nie była stworzona do życia gdzieś w połowie prawdy. Kiedy raz została w to wciągnięta, kiedy zrozumiała, że ta historia splata się z nim nierozerwalnie, nie umiała się cofnąć.
Nie mogła oddychać w zawieszeniu, gdzie część rzeczy pozostawała niedopowiedziana, a część układała się w niepełny obraz. To wracałoby do niej w najcichszych momentach, w tych sekundach przed snem i zaraz po przebudzeniu, w krótkich pauzach między słowami. Nie pozwoliłoby jej naprawdę być obok niego, nie pozwoliłoby cieszyć się tym, co mieli, bez tego jednego, upartego ciężaru, który nie dawałby spokoju; bo w i e r z y ł a w ich szczęście, wierzyła w nie z tą samą pewnością z jaką oddychała, ale nie potrafiłaby go w pełni przyjąć, gdyby gdzieś pod powierzchnią stale czaiło się pytanie bez odpowiedzi.
Chciała wiedzieć, dlaczego. Nie po to, by oceniać, nie po to, by szukać winy, lecz by zrozumieć, co go do tego doprowadziło. Co sprawiło, że przekroczył granicę, której nie przekracza się bez powodu. Choć sama myśl wydawała się niewyobrażalna, choć świat nie oferował usprawiedliwień dla takich czynów, wierzyła, że nie zrobił tego bez przyczyny.
Znała go zbyt dobrze, by przyjąć inną wersję. Widziała w nim więcej, niż pozwalał zobaczyć innym. Wiedziała, jak reaguje, zanim jeszcze wykona ruch, rozumiała jego milczenie równie dobrze jak słowa. Potrafiła odczytać jego twarz, zanim sam zdecydował się coś powiedzieć. I właśnie dlatego była przekonana, że w tamtej chwili musiało wydarzyć się coś, co odebrało mu możliwość wyboru.
Przez jej myśli przemknęło coś bolesnego - żal, że nie było jej wtedy obok; że pojawiła się w jego życiu zbyt późno, by zatrzymać go w porę, by złapać za rękę i wyciągnąć z miejsca, które go pochłonęło. Wiedziała, że to tylko przypuszczenie, że nie miała prawa wierzyć, iż mogłaby coś zmienić, a jednak gdzieś głęboko nosiła w sobie to przekonanie, że gdyby była przy nim, nie pozwoliłaby mu sięgnąć dna.
Pochyliła się ku niemu, muskając jego usta w cichym, pozbawionym słów wyznaniu, wprowadzając w jego napięcie swój spokój. Jej czułość nie była nachalna, nie próbowała go przytłoczyć; starała się być stałym punktem, tą s t a b i l i z a c j ą do której mógł wrócić, gdy wszystko inne zaczynało się chwiać. Czuła ten moment, to krótkie zawahanie, ten ledwie dostrzegalny ruch, zdradzający chęć wycofania się. I czuła też, że tym razem tego nie zrobił wyłącznie dla niej. Pierwszy raz.
- W to nie wątpię, Rhys - odezwała się cicho, układając się wygodniej przy jego boku. Wsunęła głowę na jego ramię, odnajdując jego dłoń i splatając ich palce. Trzymała go w ten sposób, świadoma tego, że dla niego to nie była łatwa rozmowa, że każde słowo może otwierać coś, co od dawna próbował zamknąć.
Nie zamierzała jednak odpuszczać. Nie dlatego, że potrzebowała wiedzy za wszelką cenę, lecz dlatego, że chciała usłyszeć prawdę od niego. Tę jedyną, jego własną, nieprzefiltrowaną przez cudze opinie ani domysły. Chciała ją przyjąć i odłożyć tam, gdzie jej miejsce - nie jako coś, co będzie ich dzielić, lecz jako część historii, którą będą nosić razem. - Chciałabym wiedzieć tyle, ile jesteś w stanie mi powiedzieć - powiedziała spokojnie, unosząc ich splecione dłonie i przyciągając je do swoich ust. Wargami musnęła jego nadgarstek, dokładnie w tym miejscu, gdzie czuć było rytm jego serca, co powoli stawało się jej gestem.
- Dasz mi tyle, ile chcesz. Jeden raz - dodała ciszej, pozwalając, by jej głos wybrzmiał miękko, bez pośpiechu. - I więcej do tego nie wrócimy.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jak na inteligentnego człowieka miał ogromne skłonności do wybiórczej naiwności.
Lubił operowanie między prawdą a kłamstwem - było łatwe, odsuwało w czasie potencjał nadchodzących konsekwencji. Po grząskim terytorium poruszał się z wprawą zawodowca, do samego końca wierząc, że ujdzie mu to na sucho.
Ale Margo zasługiwała na więcej.
Byli już za tym punktem, w którym tkwienie pośrodku wystarczało. Nie mógł jej zbyć, nie mógł odroczyć tej konwersacji, która i tak zaczekała do chwili spokoju, do stanu rozluźnienia i ogarniającego ich zmęczenia, widma nadciągającego świtu. Miał do niej zbyt wiele szacunku by teraz, po tym wszystkim, odsunąć się, wyjść z łóżka, zacząć się pośpiesznie ubierać - choć to był jego odruch, wykształcony w trakcie ostatnich lat.
Choć wcale jej nie wierzył gdy zapewniała go, że to na nic nie wpłynie.
Czy nie zapewniała go tak samo domagając się prawdy? Prawdy, która wygnała ją z Toronto na tak długi czas, aż komendant zmusił ją do powrotu pod groźbą utracenia przez nią pracy? Wiedział, że chciała go zrozumieć. Widział to w jej spojrzeniu, w sposobie, w który ujęła jego twarz i złożyła kolejny, uspokajający pocałunek, jakby to mogło coś zmienić. Jakby mogła go wesprzeć w obnażaniu się z tych wszystkich sekretów, które chowały jego prawdziwe, paskudne oblicze.
Jeden raz.

Milczał, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt za oknem, ulokowany gdzieś w naprzeciwległym budynku. Milczał gdy to spojrzenie zsunęło się w dół, na ich splecione dłonie, które ona uniosła do swoich ust. Złożyła pocałunek na jego nadgarstku niemal z pobożnością, charakterystyczną dla kogoś, kto nie wiedział, do czego jego ręce były zdolne.
- Dwa lata temu byłem w innym miejscu - odezwał się, krótko, do samego końca brodząc wokół tematu jak wokół sadzawki, w której desperacko nie chciał się zanurzać. - Ułożyłem sobie życie. Nie było idealne. Pracowałem zbyt dużo, miałem inne... priorytety. Ale zaręczyliśmy się.
Wypuścił powietrze przez nos. Wypowiedziane przez niego zdania były krótkie, jakby złożona budowa znajdowała się w tym momencie poza jego zasięgiem. Spoglądał na ich splecione dłonie i poruszył się, przesuwając kciukiem po wierzchu jej, w geście, na którym mógł się skupić.
- Którejś nocy siedziałem zbyt długo na komisariacie. Wróciłem do domu późno. - jego kciuk zatrzymał się w połowie ruchu, obraz przemknął mu przed oczami nieproszony - obraz różowej wody barwiącej płytki, kobiecej sylwetki spoczywającej w wannie. - Znalazłem ją - uściślił, choć przecież znała tę historię, musiała ją znać - znał ją każdy w pieprzonym komisariacie, choć nigdy wcześniej nie opowiedział jej na głos, nikomu. Ani własnej matce, ani przypadkowym kobietom, które w żartobliwy sposób pytały go, dlaczego jest takim gburem, ani tym bardziej kolegom po fachu, których zostawiał za sobą.
- Według przeprowadzonego śledztwa popełniła samobójstwo - kontynuował, może zbyt szybko, nie chcąc zawieszać się na poprzednich słowach, na tamtym punkcie we wspomnieniach, do którego powroty spędzały mu sen z powiek. - Nie zgadzałem się.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”