40 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion prychnął cicho pod nosem, kiedy wróciła do tematu ciosu.
- No właśnie dlatego to było takie zaskakujące - rzucił z lekkim rozbawieniem i uniósł brew. - To był moment, kiedy wszystko się już rozjechało. Ja się odwróciłem, on kończył ruch… i zamiast gdzieś w bok, poszło centralnie tam, gdzie nie powinno - wzruszył ramionami. - Bardziej wypadek przy pracy niż faktyczne łamanie zasad - dokończył.
Sięgnął po kebaba, odgryzł kolejny kawałek i przez chwilę jadł w milczeniu, słuchając jej dalej. Na wzmiankę o rezydencji tylko lekko się uśmiechnął.
- Brzmi lepiej niż wygląda w praktyce - przyznał. - Więcej mnie tam nie ma, niż jestem - dodał z cichym westchnieniem, bo faktycznie rozważał przeniesienie się tam na stałe, jednak miał za dużo biznesów w Ameryce Północnej, by móc sobie pozwolić na europowanie, o ile tak można nazwać mieszkanie w Europie.
Kiedy powiedziała skąd pochodzi, pokiwał głową.
- Nie kojarzę - przyznał bez problemu. Nie był jakimś lokalnym patriotą, dlatego też nie odwiedził wielu miejsc, które teoretycznie były w jego zasięgu, gdy tu mieszkał.
Zerknął na nią kątem oka.
- Toronto trochę zmienia perspektywę, co? Zakładam, że skoro tu zostałaś, to lepiej ci tutaj niż tam? - dopytał, będąc ciekaw, jak wygląda jej perspektywa mieszkania w wielkiej metropolii po wychowaniu się w mniejszym mieście.
Na jej komentarz o dzieciach zaśmiał się krótko, odstawiając na moment jedzenie.
- Nie, spokojnie - pokręcił głową. - Nie mam dzieci... a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo - w jego głosie było rozbawienie, ale też jakaś szczerość, która sugerowała, że jednak pilnował takich spraw lepiej niż część jego kolegów po fachu. Nie mógł jednak wykluczyć, że w trakcie swojej kariery nie zaliczył wpadki z jakąś dziewczyną, wszak tych trochę się przewinęło w jego życiu.
- Staram się nie komplikować sobie życia bardziej niż trzeba - dodał po chwili, sięgając po colę.
Kiedy nazwała go typem, który potrzebuje celu, przytaknął bez większego zastanowienia.
- Coś w tym jest - przyznał. - Odkąd tylko pamiętam, zawsze miałem jakiś cel. Wiele razy pomogło mi to w karierze i po jej zakończeniu. Wielu z moich kolegów nie umiało planować i teraz przepierdalają kasę w nocnych klubach. Dwa, trzy lata i zaraz będą dzwonić, czy nie szukam może wspólników - wzruszył ramionami.
Zerknął na nią, kiedy wspomniała o efektach treningów, i uśmiechnął się lekko ale dalej z pewną dozą pewności siebie.
- Czyli jednak to wszystko nie idzie na marne - nie umiał przyjmować komplementów, dlatego nawet za niego nie podziękował. Niemniej jednak doceniał to, że Attwood wyraziła się pochlebnie o jego sylwetce.
Na moment jego spojrzenie znów zatrzymało się na niej odrobinę dłużej. Spoglądał na nią z pewnym zainteresowaniem i być może nawet był to zalążek wzrokowego flirtu. Kiedy zeszli na temat jedzenia, odchylił się lekko na krześle, jakby naprawdę musiał się nad tym zastanowić.
- Wbrew pozorom jestem dość prosty w obsłudze - odpowiedział. - Jem praktycznie wszystko - dodał, co nie było też wcale takie dziwne, bo przecież przez lata jeździł po świecie, więc trochę w życiu popróbował różnych kuchni.
Uniósł lekko ramiona.
- Nie przepadam tylko za jakimiś ekstremalnymi wynalazkami w stylu pizzy z czekoladą, smażonych tarantuli czy innych hinduskich streetfoodów - kącik jego ust drgnął w rozbawieniu. - Dobre mięso, odpowiednie przyprawy i będę zadowolony - nachylił się lekko w jej stronę. - W skrócie: nie zabieraj mnie do miejsca, gdzie porcja ma wielkość znaczka pocztowego, a na talerzu jest więcej dekoracji niż jedzenia - uśmiechnął się lekko i wyprostował. - Jestem ciekaw, co wybierzesz - poruszył wymownie brwiami i znów sięgnął po kebaba, nabijając na widelec kolejny kawałek. Przez cały ten czas nie spuszczał z niej wzroku.
- Co robisz, kiedy nie ratujesz klubu przed chaosem i nie organizujesz imprez dla innych? - spytał, chcąc wejść na kolejny etap znajomości i tym razem poznać jej zainteresowania czy hobby. To było zawsze bezpieczne pytanie, bo nie dość, że potrafiło powiedzieć dużo o człowieku, to jeszcze większość osób nie miała nigdy problemu z odpowiedzeniem na to. - Poza podrywaniem bokserów na ogórki kiszone oczywiście - dodał z rozbawieniem, choć sugestia tego, że jej działanie było celowe, była... intencjonalna z jego strony. Może faktycznie nie był to zwykły obiad z nową znajomą a wstępna wersja randki?

Ophelia Attwood
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego pewnie zaskoczyło to dużo bardziej niż ją samą. Pokręciła jeszcze głową, rozbawiona całą tą wizją i stwierdziła, że chyba nie ma co próbować analizować w dalszej mierze tego całego wypadku, który był przecież wedle słów Karriona jedynie pechowym zbiegiem okoliczności. Całe szczęście jakoś przeżył to wszystko. Chociaż na pewno niemożność siadania dała mu się we znaki.
- Zawsze masz jakieś własne miejsce, do którego mógłbyś uciec - stwierdziła krótko. - Udostępniasz komuś tę rezydencję? Czy po prostu stoi pusta a raz na jakiś czas ktoś dba, żeby wszystko tam było czyste i sprawne?
Pewnie mógłby sobie nieco dorobić wynajmując tę przestrzeń. Byli na pewno tacy, którzy skusiliby się na pobyt w takiej miejscówce. Ewentualnie mógł ją pozostawiać dla rodziny i przyjaciół o ile zdecydowaliby się na taki wypad do Hiszpanii. Wszystko rzecz jasna zależało od pomyślunku i intencji Stiflera.
- Nie dziwi mnie. Nie jest to jakaś wielka metropolia. Dlatego tu przyjechałam. Lepsze szanse na studia i znalezienie sensownej pracy - wyjaśniła, bo chociaż wsie i miasteczka posiadały w sobie jakiś ujmujący urok to jednak właśnie ogromne miasta potrafiły oferować o wiele więcej, gdy chodziło o możliwości zarabiania na życie.
Przez moment musiała się zastanowić nad odpowiedzią, bo na pewno była to bardziej złożona kwestia. Przynajmniej miała też czas na to, aby odpowiednio przetrawić swojego kebaba, którego gryz wzięła chwilę wcześniej.
- Trochę. Wiesz, każde z tych miejsc ma swoje plusy i minusy więc wszystko zależy od tego, czego szukasz i oczekujesz - powiedziała w końcu. - Może jeszcze kiedyś się przeprowadzę z powrotem w spokojniejsze okolice, bo szczerze tak ogromne miasto potrafi przytłaczać. Wszystkiego bywa za dużo i niekiedy trzeba od tego odpocząć.
Chyba faktycznie naprawdę żaden temat nie był im straszny. Widać było, że rozmawia im się naprawdę swobodnie bez względu na to w jakim kierunku zmierzał dialog. Karrion miał dodatkowo całkiem sporo dystansu do swojej osoby, co zdecydowanie wszystko ułatwiało.
- Zaleta bycia kobietą jest taka, że przynajmniej w tej kwestii zawsze masz pewność - rzuciła żartobliwie, bo sama mogła bez jakichkolwiek wątpliwości stwierdzić, że nie posiada żadnego potomstwa.
Nawet jeśli bokser uważał to zawsze istniała szansa, że coś poszło nie tak. Żadna metoda antykoncepcji nie była w stu procentach skuteczna, a jak wychowywana w katolickim domu Ophelia się dowiedziała na przykładzie Maryi to nawet abstynencja nie gwarantowała braku ciąży.
- Czasami warto sobie odpuścić, ale jak chcesz zachować wystawne życie to musisz nieco nad tym pomyśleć - stwierdziła krótko, bo naprawdę z szansą od losu jaką dostali to tacy sportowcy mogliby wprawić swoje pieniądze w ruch tak, aby na nich same zarabiały.
Mogli też nie robić kompletnie niczego i żyć dostatnio z tego, co już uzbierali na koncie jeśli nie chciało im się bawić w inwestycje czy inne biznesy. Tylko, że to wymagało pewnego umiaru. Tego jednak wielu osobom brakowało. Zwłaszcza, gdy już zdążyli przywyknąć do luksusów.
- Zapewniam, że nie idzie. Chociaż na pewno słyszałeś to już wiele razy - powiedziała, nie chcąc powielać zbyt wielu pustych komplementów, które zapewne mężczyzna słyszał już wiele razy w swoim życiu.
Prawda była taka, że Karrion wyglądał po prostu cholernie dobrze. Miał naprawdę przyjemną dla oka twarz, która odróżniała go od typowych opryszków, którzy mogliby szczycić się równie rozbudowaną muskulaturą, a jego rzeźba chociaż nadawała mu nieco mniej foremne rozmiary była zwyczajnie imponująca. Być może dlatego tak trudno było jej oderwać od niego wzrok.
- To dobrze wiedzieć - uśmiechnęła się na samą wiadomość, że jednak nakarmienie Stiflera nie będzie zbyt trudnym zadaniem.
Wysłuchała jego jedynych ograniczeń, które brzmiały dosyć sensownie. Zapewne duża część osób przedstawiałaby jej podobne punkty i zastrzegła, że nie chce próbować potraw, które mogłyby zostać uznane z góry za obrzydliwe ze względu na stosowane w nich składniki.
- Zero hiduskich streetfoodów, jasne - potwierdziła. - A co ze zwykłą kuchnią indyjską? Ryż basmati, kurczak w bogatych przyprawach czy chlebek naan?
Musiała się dopytać czy to była opcja, która wchodziła w grę. Chociaż mięso z dobrymi przyprawami kazało jej myśleć, że faktycznie zabranie go do miejsca, gdzie podawano prawdziwą indyjską kuchnię nawet całkiem dobrym wyborem.
- O rozmiar porcji nie musisz się martwić. Wiem, że mam przed sobą prawdziwego mężczyznę, którego trzeba wykarmić - rzuciła lekko żartobliwie, bo jeden rzut oka na jego posturę już zdradzał, że nie był facetem, który byłby w stanie zadowolić się kanapeczką na jednego gryza chyba, że znajdowałaby się na niezwykle bogato zastawionym stole.
Musiałaby się nieco zastanowić nad tym, co przedstawić w spisie swoich zainteresowań, bo zdawało się, że miała ich naprawdę wiele, ale nie miała pojęcia, które zasługują na to, aby zostać wymienione w czasie tak krótkiej rozmowy. Słysząc jeszcze o podrywaniu bokserów, parsknęła krótkim śmiechem, zasłaniając usta dłonią, aby przypadkiem nie opluć się resztkami przegryzanego kebaba.
- Przede wszystkim staram się rozwinąć swój uwodzicielski warsztat, aby wiecznie nie polegać na ogórkach kiszonych, aby podrywać przystojnych bokserów - odpowiedziała, przyglądając mu się z rozbawionym uśmiechem odrobinę dłużej niż było to potrzebne.
Naprawdę potrafił ją rozbawić. Nie musiał się nawet zbytnio wysilać, aby tego dokonać. Naprawdę trafiła na wyjątkowego faceta zupełnym przypadkiem. Czuła, że nawet jeśli faktycznie nie wyszłoby z tego nic więcej to przynajmniej może uda jej się zdobyć naprawdę dobrego kompana.
- A tak szczerze to jest tego sporo... Lubię próbować nowych rzeczy i zbierać nowe doświadczenia - stwierdziła, ale zapewne nie była to zbyt skonkretyzowana odpowiedź. - Lubię też wszystko, co związane ze sztuką. Wypady do kina, na wystawy czy na koncerty i występy teatralne. Czytam, lepię garnki z gliny, gdy przyjaciółka mnie zaciąga do swojej pracowni i w sumie... Sporo tego.
Trochę się tego nazbierało, ale już taka była. Cały czas spoglądała na mężczyznę, aby się upewnić czy nie zgubiła go gdzieś podczas tego całego monologu, ale wyglądało na to, że dzielnie jej słuchał.
- A co z tobą? Jest coś, co wyjątkowo lubisz robić poza sportem? - zapytała, bo ciekawiło ją jakie to też sposoby wolnego czasu preferował były bokser mający problemy z usiedzeniem na miejscu.

Karrion Stifler
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
40 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Karrion wysłuchał jej uważnie, co jakiś czas kiwając głową, jednocześnie niespiesznie kończąc swojego kebaba. Kiedy zeszła na temat jego rezydencji, wzruszył lekko ramionami.
- Raczej stoi pusta - przyznał bez większych ceregieli. - Mam tam ludzi, którzy pilnują, żeby wszystko było w porządku, ale nie wynajmuję jej. Nie chcę żądnych dzikich lokatorów - dodał, przypominając sobie o jednym ze sporych problemów posiadania nieruchomości na Półwyspie Iberyjskim. - Lubię mieć miejsce, do którego mogę wrócić i które jest… moje. Bez obcych ludzi przewijających się co tydzień - wyznał, po czym napił się coli. Odstawił butelkę i spojrzał na nią uważniej, kiedy opowiadała o swoim pochodzeniu i Toronto.
- Jest w tym sporo sensu - przytaknął. - Duże miasto daje więcej możliwości… ale też potrafi człowieka zmielić - kącik jego ust drgnął lekko. - Ja chyba potrzebuję czegoś pomiędzy. Za dużo spokoju mnie nudzi, za dużo chaosu mnie wkurwia - wzruszył ramionami, jakby była to najbardziej oczywista rzecz, z którą już dawno się pogodził.
Na jej żart o kobietach i pewności w kwestii dzieci prychnął cicho.
- No tak, tu macie przewagę - rzucił. - My żyjemy trochę w nieświadomości i liczymy na to, że konsekwencje nas nie dosięgną - dokończył i wrócił na moment do jedzenia, ale kiedy zeszli na temat kuchni, uniósł lekko brew.
- Indyjska kuchnia jest w porządku - przyznał bez wahania. - To już zupełnie co innego niż jakieś uliczne eksperymenty. Basmati, dobre curry, chicken butter, tikka masala, naan… gorsze rzeczy się jadało - uśmiechnął się lekko, pośrednio przypominając o swoim przedostatnim, nieudanym kebabie. - Czyli widzę, że masz już jakiś kierunek - poruszył wymownie brwiami, będąc zadowolonym z faktu, że tak szybko przeszli do tematu drugiego spotkania.
Na jej komentarz o "prawdziwym mężczyźnie do wykarmienia" zaśmiał się cicho.
- Trochę tego paliwa potrzebuję, żeby to wszystko działało - spojrzał na moment na swoją klatkę piersiową, a następnie na prawą rękę.
Przez chwilę przyglądał jej się, kiedy mówiła o swoich zainteresowaniach. Co jakiś czas tylko kiwnął głową, jakby zaznaczał, że nadąża.
- Garnki z gliny? - podchwycił z lekkim rozbawieniem. - Naoglądałaś się youtube czy jesteś fanką Patricka Swayze? - zaśmiał się cicho, nawiązując do filmu Uwierz w Ducha i chyba najpopularniejszej sceny garncarstwa w całej kinematografii.
Przekrzywił lekko głowę.
- Brzmi to bardzo spokojnie, trochę odwrotnie niż klub. Trochę bardzo nawet - zauważył.
Na moment jego spojrzenie złagodniało, jakby faktycznie próbował sobie ją wyobrazić w takim zupełnie innym środowisku. Kiedy zapytała o niego, oparł się wygodniej o krzesło i przez chwilę milczał, jakby naprawdę musiał się nad tym zastanowić.
- Przez lata wszystko kręciło się wokół sportu. Trening, regeneracja, walka, znowu trening… - wzruszył lekko ramionami. - Więc teraz trochę nadrabiam grę w życie - uśmiechnął się pod nosem. - Lubię proste rzeczy: dobre jedzenie, jakiś film, pojechać gdzieś od czasu do czasu bez celu... - krótka pauza na złapanie myśli. - Zdarza mi się też wyjść do baru, usiąść i wypić drinka czy dwa. Hałas jaki panuje w takich miejscach przypomina mi moje wielkie walki z tysiącami ludzi na trybunach - na moment zawiesił spojrzenie gdzieś z boku, jakby faktycznie widział przed sobą drogę. - No i oczywiście siłownia czy boks, nie umiem żyć bez tego - zerknął na nią ponownie. - Staram się też trochę zwolnić... ale to nie jest takie proste - dokończył
Sięgnął po colę, upił łyk, a potem oparł przedramiona o stół i nachylił się minimalnie w jej stronę.
- Ale te twoje klimaty… zaintrygowały mnie - zmierzył ją spojrzeniem, już nieco bardziej świadomie. - Mogłabyś mi kiedyś pokazać... coś - poruszył sugestywnie brwiami i wyprostował się, nie odwracając wzroku. Był ciekaw, jak Attwood zapatruje się na obecność Karriona w swoim życiu w trochę bardziej znaczący sposób, niż tylko poprzez przypadkowe spotkanie w sklepie czy wspólny obiad.

Ophelia Attwood
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kebaby coraz bardziej znikały w ich dłoniach. Rzecz jasne Karrion radził sobie ze swoim coraz sprawniej, ale i w rękach Ophelii znajdowała się już w zasadzie końcówka chrupiącej bułki z resztkami surówki oraz baraniny, która ociekała sosem czosnkowym. Managerka musiała zatem naprawdę uważać na to, aby przypadkiem się nie ubrudzić, ale chwilowo szło jej to chyba całkiem nieźle.
- Zrozumiałe. Sama też bym nie chciała, aby obcy kręcili się po mojej posiadłości. Mogłabym zrobić wyjątek jedynie dla części rodziny i znajomych... Zwłaszcza, gdyby potem ktoś zadbał o to, aby wszystko było na swoim miejscu, gdy już opuszczą dom - przytaknęła, bo jednak nawet jeśli Stifler nie bywał zbyt często w rezydencji to wciąż była ona jego miejscem.
Pewnie było sporo ludzi podzielających takie stanowisko, a pewnie byli i tacy, którzy chcieli jak najlepiej wykorzystać podobną posiadłość, więc udostępniali ją innym w terminach, gdy sami w niej nie przebywali, żeby nie stała pusta i nie generowała wyłącznie kosztów ze względu na swoje utrzymanie.
- To prawda. Dlatego może nie najgorszym pomysłem byłoby posiadanie jakiegoś domku poza granicami miasta, gdzie byłoby już spokojniej... Chociaż wiadomo: dojazdy byłyby niezwykle męczące, a posiadanie domu i apartamentu byłoby cholernie kosztowne - przyznała, zdając sobie sprawę, że to była jedna z tych sytuacji, gdzie nie było jednego idealnego wyjścia.
Chyba najlepsze, co mogło być to posiadanie jakiegoś bliskiego znajomego czy członka rodziny, do którego można było się wynieść, gdy trzeba było faktycznie odetchnąć od wielkiego miasta. Tylko znowu: czy tak często chciałaby się zwalać komuś na głowę?
- Wiadomo. Możesz się całe życie zabezpieczać, a potem okaże się, że jednak na jakimś etapie miałeś zwyczajnego pecha - rzuciła, bo może i faktycznie szanse na to, że małe Karrioniątko chodziło gdzieś na świecie były niskie, ale nigdy nie wynosiły zera.
Temat potencjalnego potomstwa boksera nie był jednak bardziej interesujący niż to, gdzie mogliby się udać na kolejny wspólny posiłek, bo nie było wątpliwości, co do tego, że chcą istotnie zobaczyć się raz jeszcze i podtrzymać jakoś tę nową znajomość.
- Po prostu sprawdzam jakie mam opcje - odparła tajemniczo z uśmiechem, który wciąż igrał na wargach, które chwilę wcześniej otarła z sosu czosnkowego. - Sama nie wiem na co mnie najdzie w danym momencie, więc nie sugeruj się moimi aktualnymi pytaniami.
Zobaczy na co najdzie ją ochota bliżej terminu spotkania, gdy już takowy ustalą. Lub też w trakcie dogadywania go. Weźmie też pod uwagę ewentualne uwagi Karriona, gdyby tylko ten miał jakieś, bo w końcu chodziło o to, aby oboje dobrze się czuli.
- Nie wątpię, że go potrzebujesz. Dlatego postaram się, żebyś został należycie nakarmiony - zapewniła, bo przecież doskonale widziała jego gabaryty, a biorąc pod uwagę jeszcze jego aktywny tryb życia to na pewno potrzebował sporej ilości jedzenia, aby należycie napędzać te mięśnie.
Zdawała sobie sprawę, że to mówiła brzmiało niezwykle spokojnie... Może nawet aż za spokojnie, biorąc pod uwagę, że zajmowała się zarządzaniem klubu, ale chyba właśnie tego potrzebowała. Czegoś, co równoważyłoby w jakiś sposób ten chaos organizacyjny oraz pęd imprez, które podziwiała ze swojej loży.
- Muszę przyznać, że ta scena była genialna, ale... - tutaj zawiesiła nieco dramatycznie głos, aby posłać mu łobuzerski uśmiech. - Wciągnęła mnie koleżanka i ty też dałbyś się zaangażować jakby ktoś cię skusił winem oraz przekąskami w trakcie lepienia.
Czasami trzeba było po prostu znaleźć sposób na danego człowieka, aby wciągnąć go w swoje niecne plany. Tak się złożyło, że niektórzy znali ją na tyle dobrze, że mogli tego dokonać bez większego trudu. Może i w przyszłości Sitflerowi uda się ją wciągnąć w boks lub coś podobnego jeśli tylko zaoferuje jej odpowiednią zachętę?
- Każdy potrzebuje jakiejś równowagi w życiu - odpowiedziała, wycierając palce w znajdującą się na stoliku serwetkę. - Klub to dobra robota. Jest ciekawa, pieniądze są przyzwoite i można w niej poznać naprawdę ciekawych ludzi, ale w sercu zawsze była ze mnie artystka.
Co zdecydowanie przejawiało się w jej zainteresowaniach. Nie zdziwiło ją także, że hobby Karriona kręciło się głównie wokół sportu i odpoczynku, gdy ciało potrzebowało odrobiny oddechu. Zdążyła się zorientować, że był kimś kto raczej stawiał w swoim życiu na aktywność.
- Powiem ci, że to brzmi jak całkiem dobra mieszanka. Taka... swojska - powiedziała w końcu i nie miała tego na myśli w żadnym negatywnym sensie.
Brzmiało to jakby Stifler naprawdę dbał o swoje ciało i zapewniał sobie równocześnie proste, ale odprężające i niezwykle przyjemne doznania. Z pewnością brzmiało to niezwykle przytulnie. Niczym wizja spędzenia wieczora przed kominkiem w jakiejś chatce na odludziu z dobrym filmem i butelką wina.
- Wystarczy tylko, że powiesz mi, co właściwie by cię interesowało - odpowiedziała, chwytając za własny napój, aby ukryć nieco dwuznaczny uśmiech. - Nie musimy w końcu kończyć na wspólnym posiłku. Możemy razem porobić też... inne rzeczy. Grunt, żebyśmy oboje mieli z tego przyjemność.
Nie zaciągnie go od razu na balet czy do teatru na jakąś klasyczną tragedię jeśli wcześniej faktycznie nie wyrazi takiej chęci. Opcji było naprawdę multum i z pewnością znajdą coś dla siebie jeśli tylko się o to odpowiednio postarają. Następne spotkanie mogło zatem obejmować zarówno posiłek jak i nieco inne atrakcje.

Karrion Stifler
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
40 y/o
Indulge in local cuisine
191 cm
Właściciel klubu i trener boksu Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
Nic tak nie rozwiązuje problemu jak prawy na wątrobę
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiSierra/Leone
typ narracjiDemokracja bezpośrednia
czas narracjiWłaściwy
postać
autor

Słuchał jej w ciszy, kończąc ostatnie kęsy kebaba i wycierając palce w serwetkę. Co jakiś czas popijał colę, ale jego uwaga coraz wyraźniej skupiała się już nie na jedzeniu, a na niej. Na tym, jak mówiła i jak dobierała słowa. Zauważył to już wcześniej, jednak teraz uderzyło go to znacznie bardziej - cholernie naturalnie mu się z nią rozmawiało. Bez kalkulowania, ostrożnego doboru słów i fałszywej kultury. Mógł być przy niej sobą.
- Domek poza miastem brzmi dobrze… dopóki nie musisz wstawać o szóstej rano i stać w korkach - rzucił z lekkim rozbawieniem, kręcąc głową. - Ale coś w tym jest. Miejsce, gdzie można odetchnąć od wszystkiego… to jest to - dodał spokojniej.
Znów spojrzał na nią, trochę dłużej niż wcześniej.
- Wytrzymałabyś taką ciszę? - dodał nagle, unosząc lekko brew.
Na jej słowa o sprawdzaniu opcji uśmiechnął się pod nosem, opierając się wygodniej o krzesło.
- Czyli jestem aktualnie jedną z testowanych możliwości - rzucił półżartem, w ogóle nie biorąc tego do siebie. - Postaram się wypaść chociaż dostatecznie - odparł, nie odrywając od niej wzroku. Coraz ciężej było mu udawać, że były to przypadkowe spojrzenia.
Kiedy mówiła o karmieniu go, prychnął cicho.
- Brzmi jak obietnica - skomentował krótko, poruszając wymownie brwiami. Nie miał jednak wątpliwości, że gdziekolwiek nie pójdą, Stifler wyjdzie stamtąd najedzony.
- Wino i jedzenie to uczciwa waluta - przyznał w nawiązaniu do garncarskich wieczorów. - Do rozważenia - zachichotał cicho, nie rozważając na poważnie tego, by spróbować ulepić coś z gliny. To zupełnie nie był jego klimat. - Chociaż z moimi umiejętnościami manualnymi... - uniósł lekko brwi, zastanawiając się chwilę, po czym pokiwał przecząco głową. - Lepiej nie - przyznał.
Kiedy wspomniała o równowadze, skinął głową, zgadzając się z nią.
- Chyba właśnie tego się uczę. Wcześniej było tylko jedno tempo. I jak się zatrzymujesz, to nagle robi się cicho - odpowiedział nieco enigmatycznie, po czym z powrotem skupił się na niej nie udając nawet, że nie rozumie dwuznaczności "innych rzeczy".
Uśmiechnął się lekko i nachylił nieco bliżej.
- To zależy - powiedział ciszej niż wcześniej. - Czy mówimy o takich "innych rzeczach", które wymagają planowania, czy raczej o tych, które wychodzą spontanicznie? - przez chwilę spoglądał jej prosto w oczy i wtedy zdał sobie sprawę, że nie chodziło już tylko o spotkanie. Nie chodziło też nawet o cały flow rozmowy, który był bardzo dobry. Chodziło o Ophelię i o to, jak szybko przestała być "dziewczyną z przypadkowego spotkania".
- Bo mam wrażenie - dodał po chwili, już spokojniej. - Że z tobą te drugie wychodzą całkiem dobrze - uśmiechnął się tajemniczo, a jednak bardzo sugestywnie.
Oparł się z powrotem o krzesło, ale jego spojrzenie ani na moment nie uciekło gdzieś na bok. Wręcz przeciwnie - patrzył na nią zbyt intensywnie jak na zwykłą znajomą, z którą właśnie zjadł przyzwoitego kebaba.

Ophelia Attwood
Ash Ketchup z Alabamy
Nie lubię niekonsekwencji
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
164 cm
managerka Tranzac Club
Awatar użytkownika
I am my own sanctuary and I can be reborn as many times as I choose throughout my life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kebab powoli odchodził w zapomnienie, a jedynym, co mogło przypominać o jego istnieniu były plamy sosu na serwetkach, okruszki z bułki oraz pełne brzuchy. Musieli jeszcze tylko dopić swoje napoje i w zasadzie mogliby opuścić lokal, ale nie było to jednak tożsame z zakończeniem spotkania. W końcu Karrion napomknął wcześniej coś o potencjalnych drinkach, a nie była to ich jedyna opcja na spędzenie wspólnie czasu.
- Dokładnie. Dojazdy sporo utrudniają. No, ale opcja, aby co jakiś czas wyskoczyć w takie miejsce, aby się zresetować na pewno byłaby miła - potwierdziła.
Prawie dorzuciła, że byłaby to dobra opcja weekendowa, ale weekendy bywały u niej najbardziej pracowitym czasem w tygodniu. Wtedy odbywały się imprezy, na których mogło się pojawić wiele osób zjeżdżających się do klubu z różnych zakątków Ontario czy też Kanady.
- Sądzisz, że nie potrafię znieść ciszy i spokoju? - spytała z rozbawieniem.
Czasami faktycznie potrzebowała czegoś, co wypełniałoby jakoś przestrzeń i potencjalnie zapełniało ciszę. Jednak czasami była ona miłą odmianą po wieczorach spędzonych w buzującym muzyką klubie. Pomagała skupić się na tym, co miała przed sobą.
- Może i jesteś testowaną opcją... Ale zdradzę ci, że na ten moment radzisz sobie naprawdę świetnie - przyznała, bo pomimo wszelkich możliwych różnic, które między nimi istniały to dogadywali się naprawdę nieźle.
Przyjemnie jej się z nim rozmawiało. Czuła się swobodnie i naprawdę nie pamiętała kiedy ostatnim razem uśmiechała się przy kimś tak często tak pogodnie. Jeśli na tym mu zależało to naprawdę wykonywał dobrą robotę.
- My dwie też nie jesteśmy mistrzyniami garncarstwa, a jedzenie i wino można dodać do wszystkiego - przyznała, bo przecież nie potrzebowali lepienia gliny do tego, aby się napić i zjeść coś dobrego.
W pewnym zamyśleniu przytaknęła na jego słowa, bo z pewnością przestawienie się na zupełnie inny tryb życia było piekielnie trudne. Przyglądała mu się uważnie, studiowała jego twarz oraz ruchy. Z jakiegoś powodu wszystko to było wyjątkowo fascynujące.
Nie dało się też zaprzeczyć temu, że między nimi znajdowała się pewna przyjemna energia, która doprowadzała do właśnie takich dwuznaczności dostarczających im pewnej rozrywki. Ophelia bowiem nie zamierzała stronić od podobnych komentarzy.
- Mam wrażenie, że możemy mówić o obu tych opcjach jednocześnie - odparła w końcu. - Nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy zrobili jakieś lekkie plany i zobaczyli, gdzie nas poniesie reszta... Lub możemy całkowicie polecieć na spontanie.
Podłapała jego spojrzenie i nie zamierzała od niego uciekać. Odpowiadała na nie śmiało, uśmiechając się w sposób, który sugerował jej, że jego myśli z pewnością podążają we właściwym kierunku. W końcu czemu miałoby niby być inaczej?
- Powiem tak... Wszystko zależy od tego na co masz ochotę, bo ja umiem się szybko dostosować. Poza tym wspomniałam już, że lubię próbować nowych rzeczy - odpowiedziała.
Podobało jej się w jaką stronę zmierzało to wszystko. Mogła sobie jedynie pogratulować tego, że postanowiła wtedy wcisnąć mu swój numer telefonu i zasugerować, aby ją gdzieś zaprosił jeśli chce zachować się po dżentelmeńsku. To chyba była jedna z lepszych decyzji jakie podjęła w ostatnim czasie.

Karrion Stifler
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kandahar Kabab”