ODPOWIEDZ
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

#1
Dwa lata temu, przyjęcie świąteczne Tremblay & Langston
Muzyka rozlewała się po sali miękką, elegancką falą, przytłumioną przez rozmowy, śmiech i dźwięk szkła stukającego o szkło. Świąteczna gala Tremblay & Langston była dokładnie tym, czym miała być — pokazem sukcesu.
Światła odbijały się w kryształowych kieliszkach, garnitury były idealnie dopasowane, a liczby, które zamknęły rok fiskalny, krążyły między ludźmi jak waluta uznania.
Hugo siedział nieco z boku, w półcieniu jednej z bocznych lóż, gdzie światło docierało już tylko fragmentarycznie. Szklanka whisky opierała się o jego palce zbyt pewnie, jak na ilość, którą zdążył już wypić. Alkohol nie odbierał mu kontroli — raczej ją rozluźniał, przesuwając granice tego, na co pozwalał sobie w myślach.
Spojrzenie miał cięższe niż zwykle, mniej ostre, ale nadal uważne.
Zauważył ich wcześniej. Nie od razu. Najpierw kątem oka, ruchem, który nie pasował do reszty starannie wyreżyserowanego wieczoru.
Lavender i jej mąż zniknęli na chwilę z głównej sali, kierując się w stronę jednego z bocznych korytarzy prowadzących do prywatnych pomieszczeń. To nie było nic niezwykłego. Ludzie znikali i wracali. Oddech od tłumu, szybka rozmowa czy ważny telefon.
Jednak w tym pociągnięciu było coś zbyt gwałtownego. To nie była próba zaciągnięcia pożądanej partnerki w ustronne miejsce, żeby móc ulżyć napięciu wymieszanemu z pijaństwem. To było zbyt brutalne, a on znał tę brutalność w wykonaniu Langstona.
Hugo nie podążył za nimi od razu. Dopił resztkę whisky, odstawiając szkło z cichym stuknięciem. Dopiero potem wstał — bez pośpiechu i bez zainteresowania widocznego dla kogokolwiek poza nim samym.
Korytarz był cichszy, światło chłodniejsze. Dźwięki sali przyjęć przytłumione przez ciężkie drzwi.
Zatrzymał się, zanim skręcił za róg. Głos dotarł do niego pierwszy. Chuck Langston był wściekły. Jego podniesiony głos nie był na tyle głośny, by ktoś z sali mógł go usłyszeć, ale wystarczająco, żeby nie pozostawiał wątpliwości co do tonu.
Potem zobaczył, jak zaciska dłoń na nadgarstku Lavender, wykonując krótkie, nerwowe szarpnięcie, które uchwycił tylko częściowo.
Zacisnął szczękę, ale nie wszedł głębiej i nie chciał zdradzać swojej obecności. Oparł się lekko o chłodną ścianę, pozostając poza zasięgiem wzroku. Wystarczająco blisko, by widzieć. Wystarczająco daleko, by nie musieć reagować.
Znał ten ton przyjaciela aż za dobrze i wiedział, co oznaczała cisza, która następowała zaraz po nim.
Nie próbował zgadywać więcej, niż widział. W jego świecie rzeczy rzadko były przypadkowe, a jeszcze rzadziej niewinne.
Walczył ze sobą, stojąc w cieniu i zastanawiając się, czy powinien być uczestnikiem czy obserwatorem.
Nie ruszył się. Poprawił tylko mankiet koszuli — jego gest był automatyczny, wyuczony, absurdalnie spokojny w kontraście do sytuacji kilka kroków dalej.
Powinien coś zrobić. Ta myśl pojawiła się i zniknęła równie szybko. Nie dlatego, że nie wiedział jak. Dlatego, że wiedział dokładnie, co by to oznaczało. Mieszanie spraw, których według własnych zasad mieszać nie powinien.
Wkroczył, przesuwając ciężar ciała i udając bardziej pijanego, niż był w rzeczywistości.
Charles, McAlister cię szuka — jego głos był spokojny, niski i kontrolowany.
Zatrzymał się kilka kroków przed nimi. Nie ignorował już sytuacji — patrzył.

Lavender Langston
gall anonim
Mało co mnie rusza.
34 y/o
For good luck!
168 cm
odziedziczyła prawa do rządzenia w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystkie te przyjęcia wyglądały tak samo.
Jeszcze jakiś czas temu ją cieszyły… święta były jednym z jej ulubionych okresów w roku i bardzo mocno angażowała się, żeby wszystko było idealnie. Od wyboru lokalu, przez dekoracje, menu i prezenty dla wszystkich obecnych tutaj gości. Cieszyło ją to. Kiedyś.
Teraz nakładała na twarz swoją idealnie wystudiowaną maskę, tkwiła u boku męża i starała się jednocześnie robić tylko i wyłącznie dobre wrażenie i nie rzucać się w oczy. Abstrakcyjne połączenie, ale spełniało swoje zadanie. Była tłem i dodatkiem do garnituru Charlesa. Jeśli jednak ktoś już zwrócił na nią uwagę – zachowywała się bez zarzutu. Potrafiła zrobić dobre wrażenie, znaleźć temat do rozmowy i uśmiechnąć się tak, że ten uśmiech zostawał w pamięci. Była doskonała w swojej roli i była o tym przekonana, gdy nie usłyszała głosu męża tuż przy swoim uchu. W tej samej sekundzie poczuła jego palce zaciskające się na jej nadgarstku, a wzdłuż kręgosłupa przeszedł ją zimny dreszcz. Doskonale wiedziała, co to znaczy… tylko jej się wydawało, że wszystko było w porządku, gdy tak naprawdę nic w nim nie było.
Nie miała dużego wyboru, musiała po prostu wyjść razem z nim – nawet jeśli jakaś szczęść jej po prostu chciała odwrócić się na pięcie, wyjść, złapać taksówkę i wrócić do domu. Tylko, co by to zmieniło? Oprócz tego, że skończyłoby się dla niej jeszcze gorzej?
Wpatrywała się w rozwścieczoną męską twarz, ale nie potrafiła się zebrać w sobie, żeby mu odpowiedzieć, żeby chociaż spróbować go uspokoić, gula w gardle uniemożliwiała jej wydanie z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Drgnęła nerwowo, gdy jego dłoń uderzyła w ścianę tuż przy jej głowie. Wstrzymała oddech spodziewając się, że będzie następna…
Nie stało się tak tylko dlatego, że ciszę między nimi, w której Charles decydował jak odreagować swoją złość, przerwał męski głos. Spokojny. Chłodny. Rozpoznała go od razu, ale nie spojrzała w jego kierunku. Wpatrywała się w twarz męża, obserwując jak jego tęczówki ciemnieją a szczęka się napina. Nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale jednocześnie wiedział, że nic więcej nie może zrobić. Odwrócił się na pięcie, zostawił Lavender samą sobie i odszedł, wymijając przyjaciela bez słowa.
A ona wreszcie wzięła głębszy oddech. Oparła się o ścianę, do której jej przycisnął i przymknęła na moment powieki. W myślach policzyła do pięciu, święcie przekonana, że Hugo ruszył za Charlesem. Kiedy jednak otworzyła oczy… on nadal tam był. Szlag.
- Fantastyczne przyjęcie, prawda? Tak mi się wydawało, że tegoroczny organizator stanie na wysokości zadania, ci zeszłoroczni pozostawiali lekki… niedosyt. – skomentowała, starając się zabrzmieć najbardziej naturalnie i neutralnie, a nawet zmuszając się do wciśnięcie sobie na usta lekki uśmiech. Wręcz… profesjonalny. Bo przecież o czym innym mieliby rozmawiać? O tym, co się przed chwilą stało? Nic się nie stało. Poprawiła tylko sukienkę opinającą jej się na biodrach i oderwała się od ściany, która dawała jej wsparcie, gdy kolana drżały jej od nadmiaru emocji. Teraz powinno być już dobrze. Zrobiła krok lub dwa w kierunku mężczyzny i oparła dłoń na jego piersi, a głowę zadarła tak, żeby na niego spojrzeć – Chodźmy, nie powinniśmy zostawać tu tak długo. – żeby nie dać mu kolejnego argumentu, ale tego nie powiedziała już na głos. To mógł odczytać w jej spojrzeniu, albo dopowiedzieć sobie sam. Znał go przecież wystarczająco dobrze.


Hugo Tremblay
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Nie ruszył się.
Przynajmniej nie od razu. Stał dokładnie tam, gdzie go zostawiła sytuacja - kilka kroków od niej, w korytarzu, który nagle wydawał się za cichy jak na coś, co właśnie się w nim wydarzyło. Dłoń Chucka na jej nadgarstku. Uderzenie w ścianę. Cisza, która po nim nastąpiła.
Hugo widział wszystko.
Lavender mówiła coś o przyjęciu. O organizatorze. O zeszłorocznym niedosycie. Jej głos był absolutnie równy, uśmiech wyważony i profesjonalny, a Hugo przez sekundę - tylko sekundę - poczuł coś w rodzaju zimnego podziwu dla precyzji, z jaką to robiła. Składała się z powrotem w całość szybciej, niż większość ludzi zdążyłaby wziąć oddech.
Obserwował ją. Nie odpowiedział od razu na słowa o przyjęciu, bo nie o przyjęciu myślał.
Myślał o tym, jak bardzo znał ten mechanizm - wchodzić z powrotem w rolę, zanim ktokolwiek zdąży zobaczyć, że rola kiedykolwiek pękła. Sam robił to wystarczająco często, żeby rozpoznać to u kogoś innego. Tyle że on robił to po przegranej negocjacji albo złej decyzji inwestycyjnej, nie po tym, co ona przed chwilą przeżyła w bocznym korytarzu własnej firmowej gali.
Jej dłoń spoczęła na jego piersi lekko, jak gdyby nigdy nic.
Chodźmy.
Hugo spojrzał na nią przez moment - spokojnie, z tym rodzajem uwagi, której ludzie zazwyczaj starali się uniknąć, bo mieli wrażenie, że on patrzy odrobinę za głęboko i odrobinę za długo.
- Chodźmy - zgodził się, ale nie w kierunku sali.
Ruszył w stronę przeciwną, spokojnie i pewnie, jakby zawsze wiedział, dokąd idzie. W gruncie rzeczy wiedział - kilka razy bywał w tej lokalizacji przy innych okazjach i pamiętał, że skrzydło po lewej stronie prowadziło do przestrzeni, której nikt tej nocy nie używał. Zimowy ogród, przeszklony od sufitu do podłogi, z widokiem na zewnętrzne oświetlenie i ciemne niebo ponad miastem. Zimno tam nie dochodziło, ale iluzja przestrzeni była wystarczająca.
Pchnął drzwi ramieniem i wpuścił ją przodem.
Przez chwilę milczał. Pozwolił, żeby sala przyjęć zniknęła za grubymi drzwiami - muzyka, śmiech, dźwięk szkła, wszystkie te starannie poukładane dźwięki dobrego samopoczucia. Tu było inaczej. Ciszej. Zimne światło latarni rysowało długie cienie po kamiennych płytach za szybą.
Hugo oparł się lekko o framugę, nie podchodząc bliżej. Dał jej przestrzeń. Tyle przynajmniej mógł zrobić.
Patrzył przed siebie, nie na nią, gdy w końcu odezwał się cicho, bez szczególnego tonu i bez wstępów:
- Jak długo?

Lavender Langston
gall anonim
Mało co mnie rusza.
34 y/o
For good luck!
168 cm
odziedziczyła prawa do rządzenia w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła na sobie męskie spojrzenie, gdy wyrzucała z siebie te wszystkie niepotrzebne słowa, które miały tylko pokazać jak bardzo nic się nie stało. Razem z tym spojrzeniem czuła jak coś w niej zaczyna pękać i że ten idealny obrazek w każdej chwili może paść... Jego cisza sprawiała, że grunt osuwał jej się pod nogami i właśnie dlatego chciała stąd wyjść. Jak najszybciej. Wrócić na główną salę, odzyskać panowanie nad sobą i ponownie wejść w rolę, którą odgrywała od tak dawna, że powoli zapominała jak to jest inaczej. Dlatego bała się takich momentów i dlatego chciała to jak najszybciej przerwać.
Kiedy jednak mężczyzna ruszył się w kierunku przeciwnym od zamierzonego… zamarła. Zawahała się. W głowie zrobiła szybki rachunek sumienia, przeanalizowała wszystkie potencjalne konsekwencje, ale jednocześnie dotarła do tego, że potrzebuje odetchnąć. Potrzebuje jeszcze chwili. Dlatego wyłączyła myślenie i ruszyła za mężczyzną, dając się poprowadzić w kierunku ogrodu, o którego istnieniu może i wiedziała, ale też zapomniała. Więc w pierwszej chwili, gdy zamknęły się za nimi drzwi, a ona się rozejrzało – zrobiło to na niej ogromne wrażenie.
Przestrzeń, światła i otaczająca ich cisza… jakby na tych kilka krótkich chwil zostali odcięci od reszty świata. Przymknęła powieki i wzięła głębszy oddech, starając się odzyskać wewnętrzny spokój i opanować po sytuacji sprzed chwili. Nie była dla niej nowa, nie była zaskakująca… ale pierwszy raz tak naprawdę ktoś stał się jej świadkiem. Nie wiedziała jednak jakie to miało nieść za sobą konsekwencje. Ile Hugo wiedział? Albo czego się domyślał? Znał przecież Charlesa dłużej niż ona… niemożliwe, żeby przed nim też tak dobrze się ukrywał.
Nie odpowiedziała od razu. Przeniosła wzrok na własny nadgarstek i na zaczerwieniony ślad, który zostawił na nim jej mąż, gdy zacisnął na nim swoje palce. Rozmasowała to miejsce, jakby w czymkolwiek miało to pomóc, ale dała sobie kilka dodatkowych sekund na odpowiedź… bo ważyła słowa.
Naprawdę o to pytał?
Odwróciła się w jego stronę i odnalazła męskie spojrzenie.
- Jak długo, co? Jeśli chcesz wiedzieć nazywaj rzeczy po imieniu. Jeśli nie chcesz… udawajmy, że nic się nie stało, że niczego nie widziałeś. I naprawdę powinniśmy wrócić na główną salę. Ty musisz pewnie uścisnąć jeszcze parę dłoni, a mnie pewnie będzie szukał mąż. – i zamykanie się z jego wspólnikiem w pustym ogrodzie zimowym na pewno mu się nie spodoba. Przesunęła uważnie spojrzeniem po męskiej twarzy, zatrzymując się jednak na oczach – Nie chcę kłopotów. - tylko nie do końca wiedziała jak ich uniknąć.



Hugo Tremblay
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Hugo patrzył na jej nadgarstek przez ułamek sekundy dłużej, niż powinien. Na zaczerwieniony ślad, który rozmasowywała powoli, jakby mogła go w ten sposób wymazać razem z całą resztą. Kiedy ciało próbuje poradzić sobie z czymś, na co umysł jeszcze nie znalazł właściwego słowa.
Odwrócił wzrok w stronę przeszklonej ściany. Za nią miasto świeciło chłodnym, obojętnym blaskiem, zupełnie niezainteresowane tym, co działo się po tej stronie szyby. Hugo przez chwilę pozwolił sobie na tę ciszę.
Lavender miała rację w jednej kwestii, powinni wrócić. On miał dłonie do uściśnięcia, ona miała męża, który zaraz zacznie jej szukać. Wszystko to było prawdą i wszystko to było absurdalnie nieistotne w kontekście tego, co widział kilka minut wcześniej w bocznym korytarzu.
Oderwał wzrok od szyby i spojrzał na nią.
- Jak długo cię tak traktuje? - powiedział spokojnie, bez emfazy, bez dramatyzmu. Jakby nazywał pozycję w arkuszu kalkulacyjnym. - Jak często?
Nie czekał na jej reakcję, bo nie skończył.
- I nie oczekuję, że mi odpowiesz. Możemy wrócić na salę, możemy udawać, że ten korytarz nie istnieje i że Charles po prostu ma zbyt mocny uścisk dłoni.
To była rzadkość. Przyznanie do czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że przez długi czas zamykał oczy na rzeczy, które widzieć powinien. Hugo nie lubił takich zdań, bo każde z nich było w pewnym sensie przegraną. Ale stał w zimowym ogrodzie z kobietą, która właśnie rozmasowywała nadgarstek i proponowała mu powrót do fikcji, i po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł, że kłamstwo przez zaniechanie kosztuje go coś konkretnego.
Znał ją za długo i za dobrze, żeby udawać, że jej nie zna. To był problem, z którym nigdy nie wiedział, co zrobić. Ona wybrała Chucka. On przyjął to jako fakt i nigdy nie wracał do rzeczy, których nie dało się już zmienić. To był jego styl, nie otwierać drzwi, jeśli po drugiej stronie stała nieefektywność.
Ale teraz Charles zostawił na jej nadgarstku ślad, który Hugo widział z odległości kilku kroków, i stało się coś nieprzyjemnego - przestał być obserwatorem.
Przesunął ciężar ciała, ale nie podszedł bliżej. Skrzyżował ręce lekko, bardziej jako gest myślenia niż dystansu.
- Dlaczego on Lavender? - zapytał nagle niesiony alkoholową odwagą. Nigdy wcześniej nie zapytał o to dlaczego wybrała Charlesa zamiast niego, chociaż dobrze wiedzieli, że ich do siebie ciągnie.
- Dobra... - machnął ręką i obrócił się do niej plecami, jakby nagle zdecydował, że wcale nie chce znać odpowiedzi. Zmarszczył brwi i usiadł na jednej z wielki, welurowych kanap.
Miał poczucie, że ich przeszłość nigdy nie została domknięta i że mają wobec siebie pewien rodzaj długu. Przez to nie potrafił być wobec niej zupełnie obojętny.
Patrzył na nią i czekał.

Lavender Langston
Ostatnio zmieniony wt maja 12, 2026 9:11 am przez Hugo Tremblay, łącznie zmieniany 1 raz.
gall anonim
Mało co mnie rusza.
34 y/o
For good luck!
168 cm
odziedziczyła prawa do rządzenia w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego pytania przecięły ciszę między nimi, a wzdłuż kręgosłupa Lavender przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Chciała, żeby nazwał rzeczy po imieniu, ale w momencie, gdy to właśnie zrobił – poczuła się sparaliżowana. Tym jaki był bezpośredni i strachem, że odpowiedź mogła nieść za sobą konsekwencje. Nigdy przed nikim nie przyznała się do tego jak wygląda jej małżeństwo, nigdy nikomu nie zwierzała się ze swoich problemów i nigdy nikomu nie powiedziała jak się z tym wszystkim czuje. Ale też nikt nigdy nie zapytał… a skoro nie zapytał to znaczy, że nie zauważył – a jeśli nie zauważył to może to wcale nie było nic takiego? Może ona przesadzała i wyolbrzymiała?
Aż do teraz… bo zdała sobie sprawę, że Hugo wiedział. I inni też prawdopodobnie wiedzieli, ale udawali tak samo dobrze jak udawała Lavender. Charles potrafił robić dobre wrażenie i potrafił być czarujący… potrafił też doskonale manipulować i grać na emocjach, robiąc papkę z mózgu swojej żony. Był mistrzem odwracania kota ogonem, aż to ona miała wyrzuty sumienia… i może teraz to też była jej wina? Może pokazała zbyt dużo? Może pozwoliła sobie na zbyt dużo? Mógł mieć przez nią kłopoty…
Wpatrywała się w Hugo, a w jej głowie szalała burza. Bo z jednej strony chciała uciec – przed jego pytaniami i spojrzeniem. Z drugiej chciała, żeby ktoś ją wreszcie zauważył. Dlatego wpatrywała się w niego swoimi wielkimi czekoladowymi oczami i było w nich znacznie więcej niż była w stanie wyrazić słowami. Bo, co miałaby powiedzieć?
- Co chciałbyś usłyszeć? Że nie wiem? Że prawdopodobnie popełniłam największy błąd w swoim życiu? I co teraz miałabym z tym zrobić? Jest za późno… nic nie da się zrobić. – utknęła… weszła w bagno i po prostu w nim tonęła – Możesz udawać, że nic się nie stało. Albo możesz iść i mu to powiedzieć. I wiesz, co się wtedy stanie? Nic. Bo zrobi ci sieczkę z mózgu, sam przestaniesz wierzyć w to, co widziałeś i to, co wiesz. Będzie ci p r z y k r o, że mogłeś go o coś posądzić. A wiesz, kto będzie winny całemu zamieszaniu? Ja. – wyrzuciła to z siebie praktycznie na jednym wydechu. Nie podnosiła głosu, nie była zdenerwowana. Więcej w tym było rezygnacji niż czegokolwiek innego, a w jej ciemnych oczach pojawiły się łzy, których najbardziej nie chciała, bo mogły jeszcze bardziej utrudnić jej życie.
Nie lubiła okazywać takiej słabości. Nie powinna tego robić.


Hugo Tremblay
43 y/o
For good luck!
183 cm
co-owner & CFO w Tremblay & Langston Holdings Inc.
Awatar użytkownika
Maybe I'm looking for something I can't have
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzesły
postać
autor

Słuchał jej.
Nie przerywał, nie poprawiał, nie analizował głośno tego, co mówiła. Pozwolił, żeby słowa wybrzmiały w całości: i te o błędzie, i te o sieczce z mózgu, i ta rezygnacja, która była w tym wszystkim najbardziej nieznośna. Nie dlatego, że go nie dotykała. Właśnie dlatego, że dotykała.
Wiedział. Od dawna wiedział i nie zrobił nic.
Patrzył na nią, gdy kończyła mówić. Na łzy, których nie chciała - widział to w tym, jak próbowała utrzymać twarz, jak bardzo nie zamierzała mu ich pokazywać. Rozumiał ten odruch lepiej niż cokolwiek innego w tej rozmowie. Sam był mistrzem tej samej sztuki.
Dlaczego on. Pytanie wróciło cicho i zostało w miejscu, do którego nie miał zamiaru tego wieczoru zaglądać. Whisky robiła swoje. Nie odbierała mu kontroli, ale przesuwała granicę między tym, co decydował się czuć, a tym, co po prostu czuł.
Mogło być inaczej. Mogło.
Nie wypowiedział tego, ani tamtego pytania. Odłożył je tam, gdzie odkładał rzeczy, na które nie miał gotowej odpowiedzi do wewnętrznej szuflady, gdzie nie sięgał po nic na trzeźwo.
Wstał z kanapy nieśpiesznie. Przez chwilę po prostu stał i patrzył na tę kobietę, która rozmasowywała własny nadgarstek i mówiła mu, że jest za późno, jakby za późno było jedynym językiem, w którym potrafiła teraz mówić. I może miała rację. Pewnie miała. Hugo był wystarczająco trzeźwy, żeby to rozumieć, i wystarczająco pijany, żeby czuć, jak bardzo go to irytuje.
Nie powinna tutaj być. Nie z nim.
Podszedł do niej spokojnie, jakby podjął decyzję kilka sekund wcześniej i zdążył ją już w sobie ułożyć. Nie pytał o pozwolenie. Nie zawahał się, a przynajmniej nie pozwolił, żeby wahanie było widoczne. Objął ją pewnie, bez nadmiernej czułości, ale też bez dystansu. Jego dłoń spoczęła na jej plecach z tą samą kontrolą, z którą robił wszystko inne. Jakby to była decyzja, a nie emocja.
Ale nie była.
Przez chwilę milczał. Czuł jej oddech, który powoli przestawał być urywany, i starał się nie myśleć o tym, jak długo nikt nie trzymał jej tak po prostu.
Nie rób z tego więcej niż jest.
Pochylił głowę nieznacznie i powiedział cicho, prawie bez głosu, gdzieś przy jej skroni:
- Nie musisz teraz nic z tym robić.
Żadnych obietnic, rozwiązań. Żadnego planu, który mógłby cokolwiek naprawić tej nocy. Tylko to jedno zdanie, które nie było pocieszeniem, ale czymś znacznie trudniejszym do powiedzenia. Przyznaniem, że słyszał. Że widział.
I że powinien był zapytać znacznie wcześniej.
Stał nieruchomo obejmując ją. Czekał, aż ona zdecyduje, co dalej.

Lavender Langston
gall anonim
Mało co mnie rusza.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”