ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
171 cm
recepcjonistka Mississauga's Ho-Oh Motel & Rest
Awatar użytkownika
I've never found a way to be honest. All I know is a place where I haunted memories faded — blood is jaded.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/opiekacz
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

#3 [Memories are not fixed or frozen, but are transformed, disassembled,
reassembled and recategorized with every act of recollection.]

Światło dnia dogorywało powoli, rozciągnięte nisko nad linią dachów jak coś, czego nikt nie miał siły zgasić jednym ruchem. Nie było już złote — raczej przybrudzone, przepuszczone przez kurz i smog, osiadające ciężko na wszystkim, co znalazło się na jego drodze.
Parking przed Ho-Oh wyglądał w tym świetle gorzej niż zwykle. Kałuże przy krawężnikach nie odbijały nieba — tylko jego resztki, rozmazane przez tłuste plamy i pływające w nich niedopałki. Filtry nasiąknięte wodą puchły, jakby próbowały jeszcze coś z siebie wycisnąć. Plastikowe kubki, kapsle, strzępy papieru — wszystko dryfowało bez celu, jakby zatrzymało się dokładnie w tym miejscu, bo nigdzie dalej nie było już po co iść. Neon nad wejściem jeszcze milczał. Bez niego Ho-Oh wyglądał niemal uczciwie. Albo jak coś, co mogło być kiedyś normalne, zanim przestało.
Renley stała przy metalowej barierce, lekko o nią oparta, jakby potrzebowała tylko minimalnego punktu zaczepienia, żeby nie odpłynąć gdzieś dalej. Miała na sobie za dużą, białą koszulkę — taką, która wyglądała, jakby została zdjęta z kogoś wyższego, cięższego, albo po prostu z innego życia. Materiał opadał luźno, marszczył się przy ramionach, odsłaniał fragment obojczyka, kiedy przechylała głowę. Do tego workowate spodnie, zbyt szerokie w pasie, przytrzymywane byle jak, jakby nie miało znaczenia, czy będą się trzymać same. Całość sprawiała wrażenie przypadkowej albo dokładnie przemyślanej w swojej bylejakości.
Papieros tkwił między jej palcami, dopalając się powoli, niemal zapomniany. Dym był widoczny w tym świetle — cieńszy, bardziej przejrzysty. Unosił się leniwie, rozmywając kontur jej sylwetki, jakby i on nie był pewien, czy powinien ją tu zostawić w całości. Nie patrzyła ani na wejście, ani na ulicę. Jej wzrok zahaczał o rzeczy przypadkowo — o kałużę, o odprysk farby na barierce, o kawałek szkła przy bucie — ale nie zatrzymywał się na żadnej z nich na tyle długo, żeby miały znaczenie.
Drzwi za jej plecami były uchylone. Z wnętrza sączył się przytłumiony hałas — rozmowy w pięciu azjatyckich smakach (chińskim, wietnamskim, koreańskim, japońskim i wulgarnym wspólnym), śmiech, coś spadającego na podłogę. Zwykłe dźwięki miejsca, które nigdy nie było naprawdę ciche.
Ren ich nie słuchała. Cisza była gdzie indziej. Coś zmieniło się najpierw w świetle — subtelnie. Nie ruch, nie dźwięk — raczej inny sposób, w jaki promienie odbiły się od czegoś, co nie pasowało do reszty. Blond. Jej wzrok przesunął się powoli, bez pośpiechu, jakby nie miało znaczenia, co znajdzie na końcu tego ruchu, i zatrzymał się. Kolor był zbyt czysty, jak na to miejsce. Zbyt świadomy. Nie pasował do China Center w Missisaudze. Nie pasował do tego parkingu, do tych kałuż, do tej godziny dnia. Na uniwersytecie też nie pasował, choć nie w ten sposób. Ren pamiętała to bez wysiłku, ale nie twarz ani nie głos, tylko włosy.
Nikt inny nie miał takiej mieszanki. Jasne, rozjaśnione pasma na rysach, które nie powinny ich nosić tak naturalnie. Ludzie się oglądali — nie zawsze z zachwytu. Czasem z ciekawości. Czasem z irytacji. Zawsze zapamiętywali i Ren nie była wyjątkiem.
Stała teraz kilka kroków dalej, w tym dogasającym świetle, które łapało się jej włosów i odbijało od nich jak od szkła. Nie pasowała tu jeszcze bardziej niż wtedy, wśród studenckiej śmietanki towarzyskiej.
Ren patrzyła dłużej, niż powinna. Coś powinno się pojawić. Nazwisko. Sytuacja. Kontekst. Cokolwiek, co zamknęłoby tę twarz w czymś konkretnym. Nic nie przyszło. Zostało tylko to dziwne uczucie — znajomość bez punktu zaczepienia. Jak echo czegoś, co kiedyś było wyraźne, a teraz zostało rozmyte przez czas albo przez coś znacznie cięższego.
Zaciągnęła się papierosem. Materiał koszulki poruszył się lekko przy tym ruchu, jakby nawet on reagował z opóźnieniem. Dym wszedł płytko. Wyszedł tak samo prosto. Kiedyś zareagowałaby inaczej. Podejście, komentarz, coś szybkiego, ostrego — sprawdzenie, kim ta osoba jest teraz i czy warto ją w ogóle pamiętać — lecz teraz tylko stała. Papieros dopalił się prawie do filtra. Popiół osunął się sam, spadając w stronę kałuży. Zgasł, zanim dotknął powierzchni.
Ren nie odprowadziła go wzrokiem.
Zamknięte — rzuciła w końcu a głos miała niski, zdarty, jakby przechodził przez zbyt długą ciszę, zanim znalazł wyjście. Drzwi za nią były uchylone. Spojrzenie wróciło na blond. Na coś, co powinno znaczyć więcej, ale nie znaczyło. — Albo otwarte.
Jak poprawka bez znaczenia.
Jakby sama nie była pewna, po co to mówi.
Odwróciła się powoli, materiał koszulki przesunął się po jej plecach, i pchnęła drzwi barkiem. Skrzypnęły, ustępując jej bez oporu. W środku światło było inne — sztuczne, przygaszone, gęstsze. Zniknęła w nim bez oglądania się za siebie, jakby nie miało znaczenia, czy ktoś pójdzie za nią... Jakby wszystko, co było ważne, i tak już się wydarzyło gdzieś wcześniej — i zostało tam na zawsze.

Harley Hwang
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki, "schizofrenia dialogowa"
30 y/o
For good luck!
169 cm
fotoreporter Toronto Sun
Awatar użytkownika
Don't bend; don't water it down; don't try to make it logical; don't edit your own soul according to the fashion.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji1os (bio), 3os (reszta)
czas narracjiprzeszły
postać
autor

003.


Jak to się mówiło, ciekawość była pierwszym stopniem do piekła. U Harley nie było natomiast mowy o pierwszym kroku w kierunku tej czeluści, a o jednym z kolejnych. Można by rzec, że samo biblijne piekło było jej niestraszne… Gdyby tylko w nie wierzyła. Religijność i tematy pokrewne były dla niej zbyt ograniczające. Tak, jak i wiele innych rzeczy, których inni grzecznie przestrzegali, zwyczajnie bojąc się wyściubić nos poza swoją strefę komfortu. Jej granice były znikome, a można by było wręcz rzec, że nawet nie istniały. W oczach wielu osób z pewnością na taką wyglądała, choć jeszcze nigdy nie miała przyjemności posunąć się do absolutnej ostateczności. Zbliżała się natomiast niebezpiecznie blisko tej nikłej krawędzi, a nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Ba, zdawała się to lekceważyć.
To właśnie ten lekceważący stosunek, brak większych granic i oczywiście czysta ciekawość przyprowadziła ją do tego ponuro wyglądającego miejsca. Normalnie jej stopa nawet by tutaj nie stanęła, a oczy patrzyłyby wszędzie indziej niż na mało zachęcający budynek czy opustoszały parking. Cała sceneria wyglądała smętnie na tyle, że to nieprzyjemne uczucie praktycznie przeniknęło do jej wnętrza wraz z ciężkim powietrzem, które wdychała nosem i wypuszczała ustami. Jaka szkoda, że wraz z każdym wydechem nie pozbywała się niepokoju, który zdawał się narastać z każdą kolejną minutą, którą spędzała na tym terenie.
Hwang była świadoma tego, że nie pasowała tutaj w żadnym stopniu. No, może poza własnym charakterem, który zdawał się być równie mroczny co budynek stojący przed nią. Jej wygląd jednak zbytnio rzucał się w oczy, nawet przy pozornie niechlujnym, nijakim ubiorze. Bejsbolówka, znoszony biały t-shirt, przetarta ramoneska i jeansy. Do tego ciemna, sportowa torba, sprawiająca wrażenie spakowanej na szybko i w pośpiechu. Wyglądała zdecydowanie za normalnie, ale i tak przyciągała niechcianą uwagę. Niezbyt jej to służyło, zwłaszcza że nie chciała zostać rozpoznana przez niepożądanych ludzi. Jeszcze nie w tym momencie. Nie była natomiast celebrytką, a jedynie niepozorną fotoreporterką, która w razie potrzeby wiedziała, jak zachować anonimowość. A przynajmniej tak sobie wmawiała.
Miała dwa cele. Jeden dyskretnie obserwowała na horyzoncie, drugi dopiero miała zamiar wcielić w życie. Nie śpieszyła się zbytnio, ale też nie sprawiała wrażenia osoby, która robiła wszystko w spokojnym, miarowym tempie. Opuściwszy samochód, nie podeszła do wejścia od razu. Skorzystała z automatu kawowego, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie przełknie jej więcej niż dwa łyki. Kawa też była jej niepotrzebna do niczego innego niż do udawania naturalności. Dobrze już znała uroki bezsenności. Dzisiaj wyjątkowo będzie mogła z niej skorzystać.
Z lurą (bo nie kawą) zaczęła powoli zmierzać w stronę wejścia i celu numer jeden. Spodziewała się reakcji na jej osobę, na co też miała naszykowany odpowiedni scenariusz. Nie przypuszczała natomiast, że spotka się z brakiem reakcji poza spojrzeniami w jej stronę. Nie umiała stwierdzić, czy została rozpoznana, a to z kolei budziło jej wątpliwości. Nie były one jednak na tyle silne, by się wycofać. Ona nigdy się nie wycofywała. Nie w momencie, gdy jej ciekawość stale rosła, a wciąż nie została zaspokojona nawet w najmniejszym stopniu.
Podążyła za Renley do środka, choć jej słowa mogła odebrać różnorako. Jaka szkoda, że miała to absolutnie gdzieś. Głowa Harley była pełna innych pytań, których nie mogła od razu zadać. Była na to zbyt inteligentna. Była natomiast zaintrygowana faktem, co taka osoba robiła w tym właśnie miejscu. Równie dobrze to samo pytanie tyczyło się jej samej, chociaż jej historia nie była aż tak zawiła jak w przypadku Masters. Nie musiała znać nowszych szczegółów, a wystarczyły jej jedynie widma przeszłości oraz to, co aktualnie miała przed oczami.
Bez żadnych skrupułów podeszła do recepcji, czekając na obsługę i, tym samym, dalszy rozwój sytuacji.

Renley Masters
Lin (dc: shad0wlin_)
sterowanie moją postacią bez mojej wiedzy i zgody / posty pisane przez AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”