Denver odnotował jej niezadowolenie w ułamku sekundy. Reakcja na imię była wyraźna, choć subtelna – wystarczyło to jedno krótkie spojrzenie, by wiedział, że kobieta nie lubi, gdy ktoś przekracza granice zbyt szybko. To go lekko bawiło, ale zamiast się wycofać, wsunął długopis za ucho i pozwolił sobie na luźniejszą postawę, opierając się mocniej o blat. Ciekawiło go, jak długo uda jej się zachować spokój, zanim w końcu przestanie odpowiadać jak z podręcznika. Przechylił głowę lekko w bok, jakby chciał przyjrzeć się jej z innej perspektywy, po czym lekko wzruszył ramionami, nie tracąc przy tym pewności siebie.
–
Proszę bardzo, niech pani pyta – powiedział z lekkim rozbawieniem, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie obawia się żadnych konsekwencji ze strony dyrektorki. –
Ale podejrzewam, pani doktor, że pani Cordelia doskonale wie, co robi. Pewnie uznała, że potrzebuje pani kogoś, kto zada te niewygodne pytania, których sami lekarze boją się wypowiedzieć na głos.
Zrobił krótką pauzę, wciąż obserwując, czy Grace w ogóle przerywa swoje zajęcie. Przyglądał się jej z uwagą, zapisując w pamięci ten moment zawahania, zanim poprawiła go w kwestii tytułu. Nie umknęło mu, jak szybko wróciła do kart, szukając w nich ucieczki. Ujął swój notes w jedną rękę, a drugą zaczął lekko stukać palcami o blat, wybijając rytm, który zdawał się drażnić ciszę panującą między nimi.
–
Zastanawia się pani pewnie, do czego zmierzam – rzucił nagle. –
Nie piszę instrukcji obsługi szpitala, pani doktor. Szukam tego, co dzieje się, kiedy procedura się kończy, a zostaje człowiek. Czy te dwa lata, które pani zostały, przerażają panią, czy może czeka pani na nie z niecierpliwością, żeby w końcu przestać być „tylko” rezydentką?
Denver zaśmiał się krótko, ale tym razem w jego głosie zabrzmiała nuta szczerego rozbawienia. Nie poczuł się urażony oskarżeniem o stalking; przeciwnie, najwyraźniej spodobało mu się, że Grace wreszcie przestała być tak wycofana i zaczęła kontratakować. Wyprostował się, odsuwając na moment od blatu, ale nie spuszczał z niej wzroku, uważnie obserwując każdy jej grymas.
–
Stalking to bardzo mocne słowo – odparł, krzyżując ręce na piersi. –
Autorzy nie szukają swoich bohaterów w gazetach, szukamy ich w tłumie, w miejscach publicznych takich jak to. Czasami wystarczy jeden sposób, w jaki ktoś poprawia kołnierzyk albo jak zaciska usta, kiedy słyszy coś, co mu się nie podoba, żeby wiedzieć, że to właśnie ta osoba. Nie śledziłem pani w drodze do domu, jeśli o to się pani obawia. Po prostu pani sposób bycia sprawia, że mam ochotę nadać mojej bohaterce niektóre pani cechy. - Przechylił głowę, wyczekując jej reakcji, ciekaw, czy przyzna mu rację, czy spróbuje wymyślić kolejną wymijająca odpowiedź. Nie próbował się tłumaczyć, nie wycofywał się ze swojego stwierdzenia.
Słuchał uważnie, wpatrzony w nią niemal nieruchomo. Przestał już lekko stukać palcami o blat; cała jego uwaga skupiła się na tym, jak kobieta mówiła o śmierci. Nie było w tym już wyuczonej medycznej poprawności, o której myślał wcześniej, a kiedy skończyła, przez chwilę nie odzywał się.
–
Czyli jednak – powiedział cicho, niemal do siebie. –
To nie jest tylko kwestia techniki, to jest ciężar. - Podniósł na nią wzrok, przyglądając się jej uważnie, jakby szukał śladu zmęczenia pod jej oczami.
–
Musi być ciężko nieść to przez całe życie – stwierdził tonem, który tym razem pozbawiony był kpin. –
Wszyscy widzą w was bohaterów w fartuchach, a pani mówi mi o byciu człowiekiem, który musi patrzeć w oczy rodzinie kogoś, komu nie udało się pomóc. To... – zawahał się, szukając właściwego słowa, po czym machnął ręką –
to brzmi jak coś, co prędzej czy później musi człowieka złamać albo zmienić w kogoś, kto przestaje czuć. Którą drogą pani idzie, złamania czy obojętności? - zapytał ze szczerym zainteresowaniem, bo dotychczas nie wyobrażał sobie lekarza w takim świetle.
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc o lekarzach, którzy sami potrzebują pomocy. To było dokładnie to, czego szukał – dowód na to, że nawet ci, którzy naprawiają innych, sami są w pewnym stopniu „zepsuci” lub przynajmniej mocno nadwyrężeni.
-
Czyli to taki obieg zamknięty – stwierdził, opierając się o blat. –
Wy naprawiacie ludzi, oni naprawiają was, a jeszcze inni naprawiają ich. - Zrobił krótką pauzę, przyglądając się jej przez chwilę zanim podjął dalszy wątek. -
Czy w tym systemie jest w ogóle miejsce na to, żeby lekarz po prostu usiadł w kącie i się popłakał, czy też wtedy natychmiast uznaje się go za kogoś, kto potrzebuje „wizyty u kolegów”? - kontynuował swoje pytania, bo chociaż otrzymał już część niektórych odpowiedzi, nadal to nie było do końca to, czego szukał.
Grace LeBlanc