-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Pierwsze dwa dni w Toronto nie miały w sobie nic z filmowego „nowego początku”, o którym czasem się myśli, kiedy wszystko się zmienia. Nie było spokoju, nie było planu, nie było nawet porządku w podstawowym sensie tego słowa. Były za to kartony — wszędzie; w salonie, w korytarzu, w sypialni, jakby całe jej życie zostało wrzucone do pudeł i pozostawione same sobie, czekając aż ktoś zdecyduje, co dalej. Charlie miała tego dnia tylko jeden, bardzo prosty pomysł: coś zjeść. Toteż makaron wydawał się najbezpieczniejszą opcją, minimum wysiłku, maksimum „przeżycia”. W normalnych warunkach pewnie by sięgnęła po coś gotowego, ale w tym mieszkaniu nawet lodówka wyglądała na coś, co jeszcze nie do końca wiedziało, że należy do niej.
Patelnia rozgrzewała się powoli. Woda w garnku już się gotowała, sos zaczynał pachnieć całkiem obiecująco. Przez chwilę nawet mogłoby się wydawać, że wszystko idzie w dobrą stronę, że może jednak da się tu coś poukładać, że chaos w kartonach nie musi oznaczać chaosu w życiu. Charlie, z jednym z pudeł pod pachą, rozpakowywała kolejne rzeczy, nie do końca skupiona ani na kuchni, ani na czasie. Ruchy miała szybkie, trochę nerwowe, jakby sama siebie próbowała przekonać, że kontroluje sytuację. W jednej chwili wyciągała ubrania, w drugiej przesuwała kartony, w trzeciej zerkała przez ramię na kuchenkę — ale tylko na ułamek sekundy. Za mało.
Zapach pojawił się pierwszy. Subtelny, prawie niezauważalny. Potem stał się bardziej wyraźny, aż w końcu przeszedł w coś, czego nie dało się już zignorować. Spalenizna. Charly zatrzymała się dopiero wtedy, gdy dym zaczął się unosić wyraźnie ponad patelnią. — …nie. - proste, często powtarzane przez dziewczynę słowo opuściło jej usta, chociaż wypowiedziane bardziej do siebie niż świata. Podniosła wzrok; kuchnia wypełniła się szarymi kłębami szybciej, niż jej mózg zdążył to przetworzyć. Przez sekundę stała w miejscu, jakby próbowała znaleźć logiczne rozwiązanie w sytuacji, która logiki nie posiadała. A potem zaczęła działać, tylko, że w typowy dla siebie sposób - zbyt impulsywnie i bez żadnego planu.
Okna. Pierwszy odruch. Otworzyła je szeroko, niemal gwałtownie, wpuszczając chłodniejsze powietrze. Nic to jednak nie dało. Dym nie znikał — tylko zmieniał kierunek, rozlewając się po mieszkaniu jak coś, co już zdążyło zająć przestrzeń na własnych zasadach. — Świetnie… super… - ironia w jej głosie była bardziej odruchem niż świadomym wyborem.
Drzwi. Kolejny impuls. Otworzyła je szybko, szerzej niż powinna. Korytarz przyjął pierwsze kłęby dymu, które zaczęły się niepewnie rozpraszać na zewnątrz. Przez moment wyglądało to tak, jakby sytuacja miała się choć trochę poprawić, jednak trwało to zaledwie kilkanaście sekund, bo Charly wciąż nie wyłączyła gazu i nie zdjęła patelni. Dopiero kiedy gdzieś z korytarza dobiegły kroki — wyraźne, zbliżające się, coraz bardziej realne — coś w niej przeskoczyło. Jakby dopiero ten dźwięk wyrwał ją z własnego chaosu.
Zamarła. — Cholera… cholera… - rzuciła patelnię do zlewu z większą siłą, niż było to konieczne, odruchowo odcinając źródło problemu, którego powinna była pozbyć się minutę wcześniej. Dym wciąż unosił się w kuchni, ale już wolniej, mniej agresywnie. Panna Hayes oparła dłonie o blat na sekundę, jakby próbowała złapać równowagę — nie fizyczną, a mentalną. I dopiero wtedy, ciszej, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego: — Jasna cholera… - w głosie dziewczyny było wszystko naraz: irytacja, niedowierzanie i ten specyficzny rodzaj świadomości, że właśnie rozpoczęła swoją obecność w tym miejscu w sposób, którego absolutnie nie planowała. A kroki na korytarzu były już bardzo blisko.
Chloe Wilson
-
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mimo spotkania Enzo, Chloe próbowała aż tak nie rozmyślać na temat tamtego spotkania - nieważne, że nie najlepiej jej to wychodziło, bo myślała o chłopaku przed zaśnięciem, co czasem powodowało, iż miała z nim sny, o których chciała zapomnieć.
Tego dnia miała do załatwienia kilka spraw na mieście, a że do pracy szła na wieczór, to spokojnie zamierzała się ze wszystkim wyrobić - miała między innymi umówioną wizytę na paznokcie, bo od ostatniego manicure'u minęły już równo trzy tygodnie, przez co odrost był bardzo widoczny (chodziła na hybrydę). Nie wiedziała, jaki kolor wybierze, choć myślała o beżowym, miętowym lub fioletowym. Po pzanokciach, planowała zrobić zakupy i znając siebie, kupi coś ponadprogramowo oraz wstąpi do swoich ulubionych sklepów, takich jak np. drogeria, gdzie kupowała swoje ulubione odżywki do włosów. O właśnie, nie pamiętam, czy jeszcze coś mi zostało, czy muszę kupić nową. powiedziała do samej siebie w myślach, dodając odżywkę do swojej wyimaginowanej listy zakupów.
Ogólnie wracała po południu do domu z trzema siatkami oraz plecakiem i pierwsze, co poczuła, gdy znalazła się wewnątrz kamienicy, to był dym. Wilson zmarszczyła brwi, bo nie miała pojęcia, skąd ten dym dochodził. Dla zaspokojenia własnej ciekawości oraz sprawdzenia, czy nic się nikomu nie stało, zaczęła rundkę po klatkach schodowych i pukała do sąsiadów z zapytaniem: „Czy wszystko u Pani/Pana/Państwa w porządku? Niektórzy odpowiadali, a niektórzy kazali jej spadać, bo nie będą na nic wpłacać ŻADNYCH pieniędzy - wtedy Chloe wiedziała, że jej pytanie zostało albo nie usłyszane, albo zwyczajnie olane. No, ale nie dopytywała, bo ważny był dla niej czas. Przy okazji zaszła do mieszkania, by zostawić siatki oraz plecak.
Wreszcie dotarła do mieszkania z otwartymi drzwiami. Czyli to pewnie tutaj. pomyślała, kaszląc, bo jednak dym nie należał do zapachów, które wdychało się z przyjemnością. Lavenda to nie była.
- Wszystko w porządku? - spytała, gdy zobaczyła przed sobą - miała nadzieję, że - osobę, która tu mieszkała, a nie kogoś przypadkowego, kto również zainteresował się pożarem.
- Co się pali? Czy wezwana została straż pożarna? - spytała szybko, pamiętając o procedurze lub raczej jakie kroki należało podjąć, gdy dochodziło do pożaru. W Emptiness na jednej ze ścian na zapleczu wisiała karteczka, na której rozpisana była instrukcja z postępowaniem zgodnym z zasadami BHP.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Straż pożarna nie będzie potrzebna — dorzuciła, już spokojniej, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała nuta irytacji - bardziej na siebie niż na kogokolwiek innego. — Chyba że masz ochotę zgłosić „tragiczny koniec obiadu”. - kącik ust Hayes drgnął minimalnie. — Przepraszam za dym — dodała po chwili, z lekkim opóźnieniem. — Dopiero się wprowadziłam… i najwyraźniej nie powinnam jeszcze korzystać z kuchni. - za plecami ciemnowłosej wciąż widać było bałagan — kartony, niedokończone rozpakowywanie i kuchnię, która wyglądała jak pole bitwy po bardzo krótkiej, ale przegranej walce.
Charly zerknęła jeszcze raz w stronę zlewu, gdzie leżała nieszczęsna patelnia. — Więc… tak. Wszystko pod kontrolą. - odpowiedziała w końcu, chociaż brzmiało to średnio przekonująco.
Chloe Wilson
-
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Nie no, absolutnie. Przecież to normalne, że dym wydobywa się z mieszkania. - odpowiedziała, prychając i machając ręką - oczywiście mówiła czystym sarkazmem, choć może nie powinna?
- A tak serio, przestraszyłam się i dlatego przyszłam, ale skoro mówisz, że nic się nie pali to... pozostaje mi jedynie uwierzyć na słowo. - dodała po chwili, a słysząc, że dym został spowodowany przez PATELNIĘ zostawioną na gazie, mimowolnie uniosła brwi. Przez moment patrzyła na dziewczynę w ciszy, jakby próbowała zdecydować, czy powinna się roześmiać, czy jednak jeszcze trochę podenerwować. Ostatecznie odczekała jeszcze chwilę i wysłuchała kolejnych słów nowej sąsiadki. I to się opłaciło, ponieważ usłyszała magiczne przepraszam, po którym Chloe jakby... złagodniała - trochę niczym dziecko po otrzymaniu swojego ulubionego cukierka.
- W porządku. Nikogo wzywać nie będę, a jeśli o jedzenie chodzi… mogę nam zamówić coś dobrego w zależności od tego, na co masz ochotę. - odparła, wyciągając telefon z tylnej kieszeni spodni i przechodząc do aplikacji Uber Eats.
- Kebab? Pizza? Makaron? A może burger lub sushi? - spytała, bo jej było to całkowicie obojętne. Nie była wybredna, jeśli chodziło o jedzenie, a szczerze powiedziawszy, też robiła się głodna. Chociaż dobrym burgerkiem by nie pogardziła, no ale pozostawiała wybór sąsiadce.
- A tak w ogóle, to jestem Chloe. - przedstawiła się, wyciągając prawą dłoń.
- I nie przejmuj się kuchnią. Każdemu się może zdarzyć. Ja kiedyś zapomniałam, że wstawiłam jajka i gdy sobie o nich przypomniałam, wody w garnku nie było, a jajka były całe czarne... - powiedziała, przypominając sobie sytuację sprzed co najmniej dwóch lat, gdy miała ochotę dodać jajka do sałatki, a ponieważ w międzyczasie oglądała swój ulubiony serial, to kompletnie zapomniała o garnku. Przypomniała sobie, gdy do nozdrzy zaczął uderzać specyficzny zapach. Oczywiście garnek poszedł do śmietnika, a ona zaczęła szukać takiego samego w różnych sklepach i na szczęście znalazła.
- Następnym razem zmniejsz gaz, to jest szansa, że patelnia albo garnek przypalą się trochę później.- powiedziała jeszcze, bo nie chciała, by sąsiadka się całkowicie załamywała i rezygnowała z pichcenia.
- Najważniejsze, że nic się Tobie ani nikomu nie stało. - bo byłoby o wiele gorzej, gdyby np. doszło do wybuchu gazu - aczkolwiek Wilson nie wiedziała, czy sąsiadka korzystała z płyty gazowej, czy może indukcyjnej, choć podjerzewała tę pierwszą. Nie, nie, wybuchu nawet nie chciała sobie wyobrażać.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Widząc, jak postawa blondynki wyraźnie łagodnieje, Charly mimowolnie odetchnęła z ulgą. Dopiero teraz zaczęło docierać do niej, jak bardzo była spięta od chwili otworzenia drzwi. Wizja straży pożarnej, ewakuacji budynku i własnego mieszkania pachnącego spalenizną zdecydowanie nie należała do wymarzonego scenariusza przeprowadzki do nowego miasta. — Obiecuję, że więcej nie będę próbowała podpalić budynku pierwszego dnia po przeprowadzce — rzuciła już zdecydowanie lżejszym tonem, pozwalając sobie nawet na krótki, nieco zawstydzony uśmiech.
Kiedy Chloe zaczęła wymieniać kolejne opcje jedzenia, Hayes automatycznie przesunęła spojrzeniem na jej telefon, jakby nagle przypomniała sobie, że poza stresem i katastrofą kulinarną była również potwornie głodna. — Sushi brzmi jak coś, czego nie da się przypadkiem spalić, więc chyba będzie najbezpieczniejszym wyborem — stwierdziła z rozbawieniem, po czym oparła się ramieniem o framugę drzwi, dopiero po chwili ujmując wyciągniętą w jej stronę dłoń. — Charly — przedstawiła się już — I naprawdę dzięki, że przyszłaś sprawdzić, co się dzieje. Większość ludzi pewnie nagrałaby płonące mieszkanie telefonem zamiast zapukać.
Opowieść o czarnych jajkach sprawiła, że parsknęła śmiechem, pierwszy raz od dobrych kilku minut zupełnie szczerze. — Czyli jednak mam jeszcze szansę stać się funkcjonującym człowiekiem? — zapytała zaczepnie. — Bo na razie moja kariera kulinarna kończy się na zadymieniu pół piętra i traumie po patelni. - stwierdziła, coś w zachowaniu Chloe działało na nią zaskakująco kojąco. Być może chodziło o zwyczajność tej rozmowy — absurdalnie normalnej pośród chaosu, który Charly tradycyjnie zdążyła już wokół siebie wywołać.
Chloe Wilson
-
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Okej, wierzę na słowo. - bo co innego jej pozostało? Jasne, mogła przewrócić oczami i sobie pójść, ale po tym jak sąsiadka złagodniała, Chloe czuła, że naprawdę będzie się starała nie powtórzyć tej sytuacji.
- Sushi. - powtórzyła z uśmiechem. - W porządku. Bardzo dobry wybór. Mam sprawdzoną knajpę gdzie robią wręcz OBŁĘDNE sushi. - odparła, wykonując gest, w którym cmoknęła kciuk, do którego przyłożyła palec wskazujący. Wiele knajpek z sushi odwiedziła w swoim życiu, dlatego miała ułożony w swojej głowie ranking oraz potrafiła śmiało polecić, gdy ktoś ją pytał o miejsce, gdzie serwowano dobrą japońską kuchnię.
- Nie ma sprawy. Nie mogłabym zasnąć, gdybym nie sprawdziła. Ech, ta znieczulica w dziejszych czasach… a potem zdziwienie, że nikt nie reaguje… - odrzekła, kręcąc głową. Naprawdę targałyby nią ogromne wyrzuty sumienia, gdyby zawczasu nie zareagowała. I naprawdę nie rozumiała, jak można było olewać czyjąś krzywdę lub sytuację, gdzie wręcz NALEŻAŁO zareagować, by nikomu nic się nie stało. Chloe to naprawdę wkurwiało, że ludzie szybciej potrafili sięgnąć po telefon, by rozpocząć nagrywanie, zamiast zadzwonić po odpowiednie służby lub zapytać, czy ktoś nie potrzebuje pomocy.
- Tak, myślę, że jak najbardziej. Jak to mawiał mój dziadek, gdy uczył mnie jeździć na rowerze: nie nauczysz się, jak się nie przewrócisz, i wiesz co? Miał rację. Na początku przewrotki są nieuniknione, dlatego dobrze jest zakładać ochraniacze… chociaż ja nie zakładałam i potem miałam obdartą skórę na kolanach i łokciach. - odparła zgodnie z prawdą, czując, że zaczyna się zapędzać, no ale nie jej wina, że doskonale pamiętała naukę jazdy na rowerze, a potem na rolkach.
- Także nie martw się i nie poddawaj. - dodała, klepiąc Charly po ramieniu.
- Apropos zamówienia, wzięłabym zestaw trzeci, bo jest w nim sześćdziesiąt kawałków, więc po trzydzieści na głowę. Chyba, że wolisz drugi, bo on zawiera czterdzieści różnych kawałków. - powiedziała zgodnie z prawdą, wręczając telefon sąsiadce, by na spokojnie zaznajomiła się z oferowanym przez restaurację menu.
- A i obowiązkowo zamawiam nam do picia… wolisz colę, Sprite czy Mirindę? Ja bym preferowała Colę Zero. - dodała nagle, mając ogromną ochotę na wypicie czegoś gazowanego… lub wina. Po wino w sumie mogła skoczyć do siebie. I po jakieś paluszki też. Albo żelki.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Przesunęła wzrokiem po telefonie, który Chloe jej wręczyła, choć bardziej z uprzejmej ciekawości niż realnej potrzeby analizowania czegokolwiek. — Zestaw trzeci… sześćdziesiąt kawałków — powtórzyła, unosząc brew. — Brzmi jak plan, który nie przewiduje, że ktoś może się jeszcze ruszać po kolacji.
Odłożyła telefon na blat i oparła się o niego biodrem, spoglądając na Chloe z lekkim, jeszcze ostrożnym zainteresowaniem. — Muszę przyznać, że masz bardzo konkretną wizję ratowania cudzych sytuacji kryzysowych — dodała.
Kiedy Chloe zaczęła mówić o dziadku, rowerach i przewrotkach, Charlie słuchała już trochę bardziej uważnie, niż sama by się do tego przyznała. — Brzmi jak ktoś, kto wierzył w naukę przez doświadczenie… i siniaki — skomentowała spokojnie. Na klepnięcie w ramię zareagowała krótkim spojrzeniem w bok, ale nie odsunęła się. — Nadal uważam, że „nie martw się” w tej sytuacji jest dość odważną strategią — mruknęła. Na wspomnienie napojów tylko skinęła głową.
— Cola Zero — odpowiedziała, zaraz dodając. — Skoro już mamy udawać, że dzień nie zamienił się w małą katastrofę techniczną, to przynajmniej konsekwentnie.
Po chwili spojrzała na Chloe trochę dłużej niż wcześniej — I… dzięki — dodała — Za to, że nie uciekłaś po epizodzie z patelnią. Minimalny cień uśmiechu wrócił na jej twarz. - Mam wrażenie, że to nie jest standardowa reakcja sąsiadów.
Chloe Wilson
-
Shots, shots, shots, shots, shots
Everybody!
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Dokładnie tak. Żadne wycofanie ani anulowanie nie wchodzi w grę. - oznajmiła, machając palcem wskazującym z udawaną surowością, lecz na jej twarzy zaraz drgnęły jej kąciki ust - bo Charly ją naprawdę rozbawiła słowami o demokratycznym zatwierdzeniu. Aż sobie Chloe wyobraziła, jak obie otrzymują kartki, gdzie zaznaczają, co chciałyby jeść, a przed nimi siedzi komisja, składająca się z kucharzy pracujących w różnych restauracjach, którzy po zakończonym głosowaniu ogłaszają wyniki, a w przypadku remisu, główny przewodniczący komisji decyduje o tym, co miałyby zjęść.
- Fantastycznie. - odparła, wybierając zestaw z sześćdziesięcioma kawałkami, którymi raczej spokojnie powinny się najeść, natomiast jeśli coś zostanie, to jakoś się podzielą. Po wybraniu zestawu, dokończyła proces tj. zapłaciła i wpisała adres dostawy. Do tego zamówiła dwie cole zero.
- I faktem jest, że pewnie nie prędko wrócę do siebie, chyba że mnie przeturlasz. - dodała po chwili, wyobrażając sobie, jak Charly ją turla jak jakąś beczkę albo oponę i parsknęła śmiechem - choć po schodach mogło to być nieco bolesne. Gdyby to była górka, to nie byłoby problemu - wtedy najprawdopodobniej nawet sama by się sturlała, mając gdzieś, że ubrudziła sobie ciuchy. Mniej inwazyjne byłoby wzięcie na plecy (lub ręce)
- A dziękuję. Lubię zaskakiwać. - odpowiedziała z uśmiechem.
Nie dopowiedziała nic od siebie, bo bardziej zainteresowały ją kolejne słowa Charly.
- Tak? To co byś wolała usłyszeć? - spytała z czystą ciekawością w głosie.
- Cieszę się, że jesteśmy zgodne w kwestii napojów. - stwierdziła z uśmiechem, choć tak naprawdę ogólnie można było powiedzieć, że poszło im sprawnie - bo przecież nie wybierały zestawu sushi przez sto lat.
Chloe machnęła ręką.
- Nie ma sprawy. Postawisz mi jakiś obiad albo ciastko i będziemy kwita. - odparła, wzruszając ramionami, bo co jak co, ale Chloe naprawdę nie była skomplikowaną osobą. Lubiła dobre jedzenie i PYSZNE ciasa.
- No przyznam szczerze, że byłam w szoku, bo praktycznie każdy, do kogo zaszłam, bo myślałam, że u nich się coś dzieje, nie zareagował w jakiś szczególny sposób i byłam jak… - wykonała minę typu wtf, podnosząc nieco ramiona, tak, że można było odnieść wrażenie, iż Wilson nie ma szyi.
- Pewnie ktokolwiek by się zainteresował dopiero po fakcie. Standard. - dodała jeszcze, prychając i kręcąc głową.
Charly Hayes
-
Don’t mistake my silence for weakness
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjiTrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Oparła się wolniej o blat, jakby nagle straciła część tej wcześniejszej lekkości, gdy zaczęła mówić o ignorancji ludzi. Nie dramatyzowała, ale w jej spojrzeniu pojawiło się coś bardziej skupionego. Ten obraz — dym na korytarzu, ludzie mijający to bez reakcji — nie był już zabawny. Raczej niepokojąco znajomy w swojej absurdalności.— To nie jest „standard” — powiedziała w końcu ciszej, ale bez zawahania. — To jest… po prostu ludzie, którzy uznali, że jeśli nie widzą ognia pod własnymi stopami, to problem nie istnieje, większość nie patrzy dalej niż poza czubek własnego nosa. spojrzała gdzieś obok Chloe, jakby układała w głowie odpowiednie słowa, żeby nie zabrzmieć ani zbyt ostro, ani zbyt obojętnie.
— I to nie jest twoja wina, że oni zignorowali dym na korytarzu — dodała po chwili. — Niemniej ważne jest, że dla równowagi w naturze jest ktoś taki jak ty, kto nie przeszedł obojętnie - nie potrafiła odmówić Chloe tego komplementu, bo dzięki jej reakcji w innym przypadku może uniknie się poważnych w skutkach wydarzeń. Kończąc swój wywód, dodała jeszcze — Na ogół mają dziwną zdolność do udawania, że nic się nie dzieje, dopóki nie zacznie im się topić podłoga pod nogami. I to jest raczej ich problem, nie twój. Dopiero wtedy spojrzała na nią z powrotem, już łagodniej.
Charly przez chwilę jeszcze przyglądała się Chloe, po czym westchnęła cicho i machnęła ręką, jakby świadomie odganiała od nich temat pożarów, dymu i ludzkiej głupoty. — Dobra, koniec o sąsiadach, bo jeszcze zacznę się denerwować bardziej niż ty. — Pokręciła głową z rozbawieniem. — A skoro sushi jest zamówione, pożar ugaszony, a ty oficjalnie zostałaś bohaterką dnia, to wypadałoby wykorzystać ten czas na coś przyjemniejszego.
Oparła brodę na dłoni i spojrzała na nią z wyraźną ciekawością. Do tej pory kręciły się głównie wokół bieżących wydarzeń, a przecież wiedziała o Chloe zaskakująco niewiele. — Opowiedz mi coś o sobie. — rzuciła nagle. — Ale nie takie standardowe „mam tyle lat i pracuję tu i tu”. Chcę czegoś, czego normalnie nie mówi się ludziom przy pierwszych spotkaniach. Uśmiechnęła się lekko. — Jakiś dziwny talent, najbardziej absurdalne marzenie, kompromitującą historię z dzieciństwa… cokolwiek. Muszę wiedzieć, z kim właśnie zamówiłam sześćdziesiąt kawałków sushi.
Chloe Wilson