27 y/o
Welkom in Canada
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

I just wanna be your little mustang
I can make your heart race, baby (Baby, baby)
Kiss me doing 90 on the highway
You can make a good girl crazy (Crazy, crazy)


outfit

Noe... Imię przyjaciela od ich ostatniej kłótni wciąż smakowało inaczej w jej ustach. Pomiędzy nimi nigdy nie było tak dziwnie, a ją męczyła ta cisza, która zwiastowała rychły koniec ich znajomości. Powinna mieć to w dupie. Przez sześć lat nie miała z nim kontaktu, ale wtedy miała tą jebaną świadomość, że był zawsze na wyciągnięcie ręki, ale teraz...
Kolejna kłótnia z kuzynem...
Dramaty okraszone kłamstwami i niedopowiedzeniami...
Nosiło ją tak mocno, że miała ochotę coś rozwalić, albo zrobić coś jeszcze głupszego. Wybrała, więc te dwie opcje jak przystało na rudowłosą wariatkę. Silnik starego Mustanga ojca zawył głośniej, kiedy docisnęła gaz, jakby sam samochód próbował dać jej znać, że to absolutnie chujowy pomysł. Tyle, że ona miała absolutny talent do ignorowania wszystkiego, co próbowało ją ostrzec przed katastrofą. Znaki stop. Red flagi. Emocje. Policja. Wszystko wrzucała do jednego worka z napisem „później będę się tym martwić”. Przesunęła dłonią po kierownicy, drugą poprawiając okulary przeciwsłoneczne, które założyła mimo środka pieprzonej nocy, bo wyglądała w nich hot. A jeśli już miała robić coś głupiego, to przynajmniej chciała wyglądać przy tym zajebiście. Nikt jej nie wmówi, że lekarze nie obczajali swoich pacjentek, więc w razie czego zamierzała być najbardziej gorącą pacjentką na SORZE lub kryminalistką, jakby jednak wylądowała w areszcie.
Podkręciła muzykę, gdy w radiu poleciała jakaś latynowska piosenka i mknęła przez puste ulice Kanady, przekraczając dozwoloną prędkość. Radio charczało jak stary alkoholik po dwóch paczkach ruskich fajek, a ona czuła tą dziką satysfakcję na myśl, że jej stary dostałby zawału jakby widział co robiła z jego ukochanym autem. I właśnie tylko dla tej myśli ukradła dzisiaj mu z podjazdu to cacko. Bo to był kolejny facet, który ją wkurwił. Jej relacja z ojcem nigdy nie była normalna, ale od jej powrotu wszystko chwiało się jak jej babcia pod prysznicem. Chciała zrobić na złość jemu. Na złość samej sobie. Na złość całemu światu.
Zaparkowała z piskiem opon ulicę dalej od domu Noe. Zgasiła światła i siedziała przez chwilę w ciszy, jedynie stukając paznokciami o kierownicę. Mogła jeszcze odpuścić. Wrócić do domu. Upić się sama. Napisać mu coś toksycznego i usunąć przed wysłaniem, jak normalna osoba. Tyle, że takie działania były dla stabilnych emocjonalnie ludzi - czyli nie dla niej. - O nie, cabrón. Nie będziesz teraz spał spokojnie. - mruknęła sama do siebie i wysiadła z auta, mocniej trzaskając drzwiami niż zamierzała. Podeszła do odpowiednich drzwi i wzięła głęboki oddech, gdy rozejrzała się po okolicy. Całe sąsiedztwo było pogrążone w śnie. Ściągnęła buty, które rzuciła na trawę i ukucnęła przed drzwiami, żeby otworzyć wytrychem przeklęty zamek. Zastygła, gdy drewno wydało donośny dźwięk, gdy wślizgnęła się do środka i przez chwilę nasłuchiwała czy aby nikt się nie obudził. Stawiała powoli kolejne kroki i zaklęła pod nosem soczyście po hiszpańsku, że gdyby jego matka to usłyszała, pewnie oblałaby ją wodą święconą. Uchyliła powoli drzwi od pokoju chłopaka i stanęła nad jego łóżkiem spoglądając na pogrążonego w śnie chłopaka.
Noe ją kochał.
Zmarszczyła nos, opierając się o ścianę. Przez chwilę tylko patrzyła. Rozczochrane włosy. Rozjebana kołdra. Twarz wtulona w poduszkę. Idiota.
Totalny idiota. Jak ktoś taki mógł coś takiego poczuć do niej?
Podeszła i przyłożyła dłoń do jego ust, żeby powstrzymać jego krzyk, usiadła mu okrakiem na biodra, żeby go obudzić. - To ja. Ubieraj się. Jedziemy. - wyszeptała wciąż, trzymając dłoń na jego ustach. - Ukradłam samochód, włamałam się do twojego domu i ryzykowałam skręcenie karku na tym waszym gównianym płocie. Nie rób teraz z siebie księżniczki, tylko rusz dupę. Zabieram cię na przejażdżkę. Przygotowałam nawet śniadanie. - okulary zsunęły jej się z nosa, gdy pochyliła się mocniej do przodu i spojrzała na przyjaciela czując, że serce wali jej w piersi mocniej na jego widok. To było coś nowego.

Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
26 y/o
For good luck!
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

2 outfit

W klatce piersiowej miał jakąś ciężką grudę, której nie szło przełknąć. To nie był ten poetycki „ból serca” z piosenek, tylko zwykłe, chamskie poczucie porażki. Było mu po prostu duszno. Wkurzał się na siebie, że tak łatwo się wysypał, że nie potrafił trzymać gęby na kłódkę i zachować resztek godności. Najgorsza była jednak ta pustka. Wiedział, że właśnie coś koncertowo spieprzył. Ich wspólne żarty, wyjścia na pizzę, pisanie do późna o głupotach – to wszystko nagle stało się cholernie niezręczne. Czuł się tak, jakby własnoręcznie podpalił ich most i teraz stał na brzegu, gapiąc się na dym. Wiedział, że ona pewnie teraz też się źle czuje, ma wyrzuty sumienia, a to wkurzało go jeszcze bardziej. Nie chciał jej litości. Chciał, żeby to wszystko po prostu zniknęło, a on mógł cofnąć czas o te kilkanaście minut, zanim otworzył usta.
Wszedł na zaplecze zakładu i z hukiem rzucił klucze na metalowy blat. Dzień był po prostu do bani. Od samego rana wszystko szło nie tak – najpierw dostawca pomylił wieńce, potem musiał użerać się z wyjątkowo upierdliwym urzędasem, a na koniec jeszcze to. Praca w branży pogrzebowej normalnie go nie ruszała, miał do tego dystans, ale dzisiaj ta wszechobecna cisza i zapach lilii działały mu na nerwy. Czuł, jakby utknął we własnym życiu. Jako właściciel musiał zachowywać kamienną twarz, być opanowany i profesjonalny, podczas gdy w środku cały aż chodził z bezsilności. Każdy smutny wzrok klienta przypominał mu o jego własnej porażce ze spotkania z Gabi. Usiadł ciężko na krześle w biurze i ukrył twarz w dłoniach. Myślał o tej kłótni i o tym, jak bardzo teraz potrzebowałby z nią pogadać, pośmiać się z absurdów dzisiejszego dnia, tak jak to robili zawsze. Ale nie mógł. Sam się z tego wyautował. Świadomość, że ona wie, co on do niej czuje, i że mu odmówiła, sprawiała, że biuro wydawało się jeszcze mniejsze i bardziej duszne niż zwykle. Czuł fizyczne zmęczenie, takie, którego nie da się odespać. Patrzył na eleganckie trumny w salonie wystawowym i pomyślał z przekąsem, że przynajmniej one nie mają takich problemów. Miało być poważnie, biznesowo, a on siedział tam rozbity na drobne kawałki, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze odważy się do niej napisać zwykłe „co tam?”
Kiedy w końcu wrócił do domu, nawet nie zapalił światła. Kopnął buty w kąt, zrzucił z siebie te sztywne, czarne ciuchy, które cały dzień przypominały mu o robocie i o tym, jak bardzo musiał udawać, że wszystko jest w porządku. W mieszkaniu panowała ta specyficzna, dzwoniąca w uszach cisza, której teraz nienawidził najbardziej. Padł na łóżko w samym podkoszulku, nawet nie zawracając sobie głowy kołdrą. Przez chwilę jeszcze gapił się w sufit, a przed oczami latały mu obrazy z całego dnia: twarze zapłakanych obcych ludzi, cenniki trumien i – przede wszystkim – jej mina, gdy wyrzucił z siebie to wszystko. Telefon leżał ekranem do dołu na szafce nocnej. Noe bał się na niego spojrzeć. Z jednej strony modlił się o jakąkolwiek wiadomość, z drugiej – wiedział, że cokolwiek by nie napisała, i tak nie byłoby tym, na co liczył. Mózg w końcu zaczął mu siadać ze zmęczenia. Emocje, które targały nim od kłótni, zaczęły się rozmywać. Senność przyszła nagle, jakby ktoś po prostu odłączył mu prąd. To była jedyna ulga – moment, w którym przestawał analizować, wstydzić się i tęsknić. Zasnął kamiennym snem, z twarzą wciśniętą w poduszkę, wciąż czując pod powiekami pieczenie, którego za nic nie przyznałby przed nikim żywym.
Nagle poczuł gwałtowny ciężar na biodrach i ciepłą dłoń, która natychmiast stłumiła jego pierwszy odruch krzyku, a potem usłyszał szept tu przy swoim uchu. Gabriela. Chciał zapytać gdzie, ale nadal trzymała mu dłoń na ustach, kąciki jego warg uniosły się w szerokim uśmiechu pod jej palcami. W ułamku sekundy wrócił dawny Noe. Chwycił ją za nadgarstki i z zadziwiającą lekkością zsunął ze swoich bioder na materac. Zerwał się z łóżka jak oparzony, śmiejąc się pod nosem, i zaczął w totalnym chaosie przetrząsać szafę. Ciskał koszulkami na oślep, szukając czegoś, co nadawałoby się do założenia na ten ich nocny wypad. Zatrzymał się w pół kroku, naciągając skarpetkę, i spojrzał na nią z niedowierzaniem wymieszanym z czystym podziwem.
Naprawdę zwinęłaś auto? – parsknął śmiechem, rzucając butem w stronę drzwi. – Mam nadzieję, że to nie jest furgonetka z napisem „Mrożonki”? - Zaczął szukać kluczy do mieszkania, choć i tak wiedział, że przy jej metodach wejścia, nie będą mu potrzebne. Wrócił do niej wzrokiem, zatrzymując się na moment, by spojrzeć na zsuwające się jej z nosa okulary. – A co do tego śniadania, to mam nadzieję, że to ryzykowanie karku na moim płocie było warte menu. Jeśli przygotowałaś te swoje przypalone tosty z dżemem, to oficjalnie ogłaszam, że to porwanie jest niskobudżetowe. - Wyszczerzył się, czując, że cała złość i dystans, które planował trzymać po ich kłótni, rozpadły się w pył. – Dobra, ruszajmy, zanim ktoś zauważy, że brakuje mu bryki. Prowadź, szefowo!
Gabriela R. Blais
Ostatnio zmieniony śr cze 03, 2026 3:29 pm przez Noe Villeneuve-Scott, łącznie zmieniany 2 razy.
27 y/o
Welkom in Canada
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Oburzona opadła na materac, lekko zaskoczona tym z jaką łatwością przerzucił ją na drugą stronę. W milczeniu obserwowała jego krzątaninę, nieznacznie się krzywiąc, gdy zbyt mocno hałasował. Nie po to odwalała cały ten włam do jego domu, żeby zaraz jego matka nakryła ich w sypialni. Nie uciszyła go jednak, bo pierwszy raz od dawna poczuła, że nic się nie zmieniło. Poprawiła palcem okulary, które się zsunęły i leżała rozwalona na jego łóżku jak u siebie, chociaż jeszcze kilka godzin temu była święcie przekonana, że już nigdy nie spojrzy jej w oczy bez tego całego ciężaru między nimi. Cichy jęk wyrwał się z jej ust, gdy przywalił jej jedną koszulką prosto w twarz, bo ciskał ubraniami w każdą stronę. Opętało typa. Tego jej właśnie brakowało. Jego chaosu. Tego durnego gadania. Tego, że przy nim nawet najbardziej spierdolony dzień potrafił nagle zrobić się... lżejszy.
- Jak śmiesz! - syknęła cicho, wędrując swoim spojrzeniem ciągle w stronę drzwi oczekując, że w każdej chwili starsza kobieta może się w nich pojawić. Było to głupie, bo nie byli już nastolatkami i nie musieli się chować po kątach jak kiedyś, ale gdzieś dalej czuła ten szacunek przed jego mamą. Wystarczająco dużo nasłuchała się tego jak źle działała na Noe. Nie chciała sprawdzać czy faktycznie kobieta osiwiała przez jej pomysły, w które wciągała przyjaciela. Zresztą Noe robił tyle hałasu, że obudziłby nawet nieboszczyka. Co jak co, ale podczas jebanej apokalipsy zostawi go w tyle.
- Dla twojej informacji śniadanie jest zajebiste. - uniosła brew z udawaną obrazą - Żadnych tostów. Porywam cię z domu, więc należy mi się trochę szacunku. Zresztą masz coś do mojej kuchni? Mówiłam ci wtedy, że tosty robione na kacu to zły pomysł. - kiedy przechodził obok łóżka, złapała go za rękę i na chwilę przestała się wygłupiać. Ułożyła palec wskazujący na ustach, nakazując mu ciszę i zaczęła nasłuchiwać. Szlag. Pociągnęła go mocniej w stronę łózka i przywarła do niego, próbując nakryć ich kołdrą. Zacisnęła mocno powieki, gdy drzwi otwarły się, a do jej uszu dotarł śpiący głos matki chłopaka. - Noe, skarbie co to za hałasy? - zacisnęła palce na biodrze chłopaka licząc, że kobieta nie zapali światła i nie odkryje ich marnej kryjówki. Te kilkanaście sekund trwało wieczność, ale gdy w końcu mama chłopaka wróciła do swojego pokoju, odkryła się, łapiąc do płuc świeże powietrze. - Kurwa, było blisko - przeciągnęła się i otworzyła okno na oścież, przerzucając nogę na drugą stronę. Po tym jak zbudzili jego mamę nie mogli przecież wyjść przez główne drzwi jakby nigdy nic. Umarłby wtedy ten duch przygody.
Zręcznie zeszła na dół trzymając się rynny, modląc się po cichu, żeby utrzymała jej ciężar jak za dawnych czasów, gdy na nielegalu spała w jego łóżku i uciekała stąd nad ranem, żeby nie mieli przypału. Zwycięsko uniosła kciuki w górę, gdy dotknęła stopami trawy i od razu ruszyła po swoje buty, które wkładała pośpiesznie, gdy on schodził na dół.
Oczywiście, że nie mogła również wyjść jak cywilizowany człowiek przez furtkę, tylko zmusiła go do dzikich akrobacji przy płocie. Zadowolona jednak szła przez ulicę i ruchem dłoni zaczęła prezentować cacko, które ukradła. - Jak ci się podoba? - oparła swój tyłek na masce samochodu i odchyliła głowę, żeby spojrzeć w niebo. Ani jednej gwiazdy... Miasta zabijały cały urok nocy. Przygnębienie przez kilka sekund było widoczne na jej twarzy, ale po chwili wymusiła uśmiech, wpakowując swój zadek za kierownicę.
Przesunęła dłońmi po skórzanej kierownicy i z piskiem opon ruszyła do przodu. Bez celu. Po prostu mknęła przed siebie, naciskając cały czas pedał gazu i obserwowała zwiększającą się prędkość na liczniku. Trwali w milczeniu, gdy ona odpisywała na kilka wiadomości na telefonie. Tą ciszę rozwiało tylko ciche przekleństwo, które rzuciła, gdy prawie wjebała w drzewo, gdy jedną dłonią odpisywała na kolejną wiadomość. W końcu rzuciła telefon na tylne siedzenia i przygryzła dolną wargę.
- Zabawmy się dzisiaj. Uznaj, że to nasza taka mała randka. - zastukała paznokciem w kierownicę przed tym jak wzięła ostry zakręt i rzuciło pojazdem na lewą stronę. - Kurwa, przepraszam. W sensie... - zreflektowała się, gdy dotarły do niej jej własne słowa. - Kurwa, nie chcę żeby między nami tak było. - powiedziała nie odrywając spojrzenia od ulicy, bojąc się zerknąć w jego kierunku.

Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
26 y/o
For good luck!
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Złapał koszulkę w locie zanim zdążyła zsunąć ją sobie z twarzy i rzucił ją z powrotem na dno szafy i ostatecznie wyciągnął jakąś zwykłą, białą koszulkę, a na to narzucił koszulę w kratkę, w ogóle nie przejmując się tym, że była wygnieciona. Usiadł na brzegu łóżka, tuż obok jej nóg, żeby wcisnąć trampki. Leżała tam tak cholernie naturalnie, rozwalona na jego pościeli, jakby to, co wydarzyło się wcześniej, było tylko głupią wymianą zdań o pogodzie, a nie momentem, w którym on wykrwawił się przed nią z emocji. Znowu był na wyciągnięcie ręki, gotowy robić z siebie idiotę, żeby ona poczuła się lepiej. Złapał leżący na szafce telefon. Nawet nie sprawdził powiadomień, po prostu wsunął go do kieszeni spodni. Obrócił się w stronę okna, przez które przed chwilą weszła, i machnął ręką, dając jej znak, żeby się zbierała.
Zanim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć o jej wątpliwych zdolnościach kulinarnych, pociągnęła go w dół. Gwałtownie. Jej dłoń na jego nadgarstku była ciepła i chociaż chwyciła go tylko na chwilę, Noe poczuł, jak spina mu się całe ciało. Przed Gabi mógł udawać, że wszystko jest jak dawniej, ale dla niego każdy jej dotyk miał teraz inną wagę.
Wylądował na materacu, przyciśnięty do jej boku, a na głowę spadła im ciężka kołdra. Było mu potwornie gorąco. Serce tłukło mu się w piersi tak głośno, że był święcie przekonany, że jego matka usłyszy je zaraz po wejściu do pokoju. Skrzypnięcie drzwi brzmiało jak wyrok. Noe zamarł, wstrzymując oddech. Palce Gabi zacisnęły się na jego biodrze – mocno, niemal boleśnie, ale on ledwo to rejestrował. Modlił się tylko żeby matka nie podeszła do włącznika światła, bo wtedy musiałby tłumaczyć, dlaczego w środku nocy leży w ubraniu pod kołdrą z dziewczyną, za którą od początku nie przepadała. Na szczęście matka tylko mruknęła coś pod nosem, uznając pewnie, że znowu rzuca się przez sen i zamknęła drzwi. Gabi natychmiast zrzuciła z nich kołdrę. Noe odetchnął głęboko, wypuszczając powietrze, które trzymał w płucach chyba przez całą wieczność. Spojrzał na nią, gdy z tą swoją nienaturalną lekkością przerzucała nogę przez parapet.
Jesteś nienormalna, wiesz o tym? – wyszeptał, idąc tuż za nią. Złapał się ramy okiennej, patrząc, jak dziewczyna sprawnie schodzi w dół. Dla niej to była kolejna zabawa, podkręcenie adrenaliny po kiepskim dniu, jednak dla niego to kolejna runda w grze, której zasad nienawidził, ale w którą grał, bo nie potrafił odpuścić. Przełożył nogę przez parapet, na moment zawisając nad ciemnym podwórkiem. Sprawdził tylko w kieszeni, czy telefon na pewno nie wypadnie i puścił się ramy, lądując miękko na ugiętych kolanach tuż obok niej. – Prowadź do tego swojego super-auta – mruknął, poprawiając koszulę. – Jak dostanę zatrucia pokarmowego po tym twoim śniadaniu, to osobiście wypiszę sobie akt zgonu.
Zatrzymał się krok przed maską i uniósł brwi, lustrując wzrokiem błyszczący w świetle latarni lakier. Przez moment zastanawiał się, czy to kolejny etap jego popieprzonego snu, ale chłód nocnego powietrza był aż nadto realny.
Mustang? Gabi, do cholery, skąd ty go wytrzasnęłaś? – rzucił półgłosem, podchodząc bliżej. – Miałem nadzieję na rdzewiejące audi, którego nikt nie będzie szukał, a ty zawijasz klasyka?
Obserwował ją, gdy oparła się o maskę. Zauważył ten moment – tę krótką, ułamkową sekundę, kiedy jej twarz stężała, a wzrok utknął gdzieś w bezgwiezdnym niebie. Wyglądała na zmęczoną, jakby cały entuzjazm i nocne włamanie były tylko grubą warstwą makijażu, który miał coś przykryć. Coś – a raczej kogoś, o kim Noe wolał teraz nie myśleć, bo znowu poczułby ten cholerny ucisk w piersi. Zanim się obejrzał, Gabi już była w środku, a na jej usta wrócił ten sam, trochę zbyt głośny uśmiech. Westchnął cicho, obszedł samochód i otworzył drzwi pasażera. Wpakował się na skórzany fotel, który natychmiast ustąpił pod jego ciężarem.
Silnik Mustanga zaryczał, a siła odśrodkowa wgniotła Noego w fotel. Opony pisnęły na asfalcie, zostawiając za nimi zapach palonej gumy. Odruchowo złapał się uchwytu nad drzwiami, zaciskając palce tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Mknęli przez puste ulice, a licznik bezlitośnie piął się w górę. Patrzył na jej profil w nikłym świetle deski rozdzielczej, jak jedną ręką trzymała kierownicę,a drugą stukała w ekran telefonu. Światła latarni przemykały po jej twarzy, a on czuł, jak wzbiera w nim złość. Wiedział, do kogo pisze. Nie musiał pytać, nie musiał zaglądać jej przez ramię. Ta nerwowość, ten pośpiech w palcach uderzających w szkło. A on siedział obok. Jak zawsze. Jako bezpieczna strefa, poduszka powietrzna na wypadek, gdyby jej życie znowu zaliczyło dzwon.
Nagle samochód gwałtownie zarzuciło w prawo. Koła złapały pobocze, rzucając żwirem o podwozie. Przed maską, w snopie długich świateł, wyrosło potężne drzewo. Auto odbiło, opony znowu zaryczały, stabilizując tor jazdy w ostatniej chwili. Noe poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Adrenalina wystrzeliła w jego żyłach, paląc resztki zmęczenia.
Pojebało cię już do reszty?! – warknął, puszczając uchwyt i odwracając się do niej całym ciałem. – Chcesz nas zabić?! - Gabi w odpowiedzi tylko rzuciła telefon do tyłu. Urządzenie uderzyło z głuchym stukotem o skórzaną kanapę. Przygryzła dolną wargę, a Noe zauważył, że jej dłonie na kierownicy lekko drżą. Wypuścił głośno powietrze przez nos, próbując opanować dudniące serce.
Słowo „randka” zawisło w kabinie samochodu jak granat, z którego ktoś właśnie wyciągnął zawleczkę. Poczuł, jak mięśnie karku mu twardnieją, a zanim zdążył cokolwiek przetrawić, Gabi szarpnęła kierownicą. Auto weszło w ostry zakręt, a siła odśrodkowa rzuciła nim o drzwi pasażera. Przez moment słychać było tylko ryk silnika i jej nerwowe przeprosiny, a potem drugie zdanie.
Tak, czyli jak? – zapytał. – Normalnie? Gabi, spójrz na nas. Siedzimy w kradzionym samochodzie w środku nocy, ty prawie wbiłaś nas w drzewo, a ja udaję, że wszystko jest w porządku. To ty rzuciłaś hasło o randce, nie ja – kontynuował, a w jego głosie pojawiła się ta cyniczna nuta, którą zawsze maskował ból. – Więc nie cofaj się teraz i nie przepraszaj, jakbyś palnęła głupotę przy cioci na imieninach. Nie musisz się bać, że zrobi się niezręcznie. Przecież wiesz, że i tak nigdzie nie pójdę. Powiesz gdzie jedziemy? - Oparł głowę o zagłówek i przeniósł wzrok na uciekające za oknem latarnie.
Gabriela R. Blais
27 y/o
Welkom in Canada
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Z każdym kolejnym jego słowem na temat jej umiejętności kulinarnych czuła coraz większe oburzenie. Na koniuszku języka miała ripostę, ale po ich wcześniejszej kłótni swoboda wypowiedzi między nimi niemal nie istniała. Nawet gdy początkowo jego twarz rozjaśnił uśmiech po przebudzeniu, kiedy ją zobaczył, tak z każdą kolejną minutą dało się odczuć to dziwne napięcie, które nie odpuszczało. Pragnęła przełamać ten dystans. Wywołać reakcję, która zaburzyłaby ten nowy rozdział w ich życiu, ale żadne słowa i czyny nie wywołałyby zamierzonego przez nią skutku. To irytowało jeszcze mocniej. Była bezradna i cholernie nie radziła sobie w tej sytuacji. Bo nie była w stanie mu dać tego czego on pragnął.
- Nie będziemy przecież się wozić gruchotem. Wyluzuj. To auto mojego starego. Przynajmniej było na jego podjeździe. – wywróciła oczami na jego mały atak paniki i zaśmiała się, gdy adrenalina znowu zaczęła krążyć w jej żyłach. – Spokojnie, panuje nad sytuacją. – powiedziała swobodnie, totalnie nie przejmując się tym, że prawie rozbili się o drzewo, gdy z zawrotną prędkością mknęli przez uśpione ulice tego cholernego miasta. Mimo rozkojarzenia wciąż ufała swoim zdolnościom.
Wbiła do samego końca hamulec i przez chwilę starała się uspokoić oddech. Wyłączyła silnik i poprawiła się nieswojo na swoim fotelu, spoglądając przed siebie. Przymknęła oczy z cichym westchnięciem i odpięła pas bezpieczeństwa, żeby obrócić całe swoje ciało w jego kierunku. Nienawidziła tych poważnych rozmów, ale ilość nieporozumień wciąż się piętrzyła, a oni niezgrabnie lawirowali na tej tykającej bombie.
- Tak, sztucznie! – wyrzuciła swoje dłonie do góry, a następnie oparła je na podłokietniku, wbijając długie paznokcie w miękką skórę. – Właśnie o to mi chodzi. Kurwa Noe przestań udawać. Myślisz, że nie widzę tego jak się spinasz na każdy mój dotyk? Jak reagujesz na takie słowa? Mam się nie bać? Nie kpij ze mnie jest niezręcznie w chuj i dobrze o tym wiesz. – wyrzuciła z siebie i przeklęła cicho, gdy ciszę zakłócił dzwonek jej telefonu. Spojrzała mimowolnie w tamtym kierunku. Wahała się przez chwilę, ale i tak sięgnęła dłonią do tylnych siedzeń, próbując dłonią wymacać urządzenie. Zrezygnowana odsunęła swój fotel do tyłu i przesunęła ciężar ciała do przodu. Ze zmarszczonym czołem spojrzała na wyświetlacz, a jej zaskoczenie nie było udawane. Niepewnie nacisnęła zieloną słuchawkę i przycisnęła telefon do ucha. Kim był do cholery Porto i skąd miała jego numer?
- Halo? – cała gama emocji przepływała przez jej twarz podczas tej krótkiej rozmowy. – Będę. Wyślij mi adres. – odparła rzeczowo i opadła na swój fotel, przecierając dłońmi twarz w geście zmęczenia. Była zła na to, że im przerwano tą jakże owocną dyskusję. – Mamy nasz cel. – powiedziała tajemniczo i przymocowała telefon na uchwycie, żeby wpisać w nawigację adres. Poprawiła swój fotel i bez wcześniej szarży ruszyła w stronę ich celu. Milczała uparcie, zaciskając dłonie na kierownicy i po kilku minutach, które ciągnęły się w nieskończoność, zaparkowała na obrzeżach miasta tuż przy ciemnej uliczce. Jakiś mężczyzna ubrany w czarny dres z kapturem, podszedł do samochodu. Normalny człowiek od razu spieprzałby jak najdalej, ale ona kierując się tą nieirracjonalną stroną własnej osobowości, wysiadła z samochodu i podeszła do typa. Mógł ją zabić. Zrobić co tylko chciał, gdy ona starała się przypomnieć cokolwiek, gdy kolejne słowa zalewały jej umysł. Wyglądał groźnie, kompletnie nie wzbudzał zaufania, ale ona już swoją uwagę skupiała na małym transporterku. Pisk zachwytu wyrwał jej się z ust, gdy ukucnęła przed winowajcą całej tej akcji. Nawet nie spostrzegła, gdy nieznajomy szybkim krokiem zostawił ją samą z problemem. – Noe, zobacz to lis! Co tam przystojniaku? – wyciągnęła w stronę przestraszonego zwierzęcia palec, ale ten jeszcze bardziej skulił się w rogu transporterka. – Biedaczek. – serce łamało jej się na ten widok i niemal od razu wyciągnęła telefon, bo musiała napisać o tym dalej. – Czyż nie jest cudowny? Zakochałam się. Jest rudy jak ja! Gdyby Madox się zgodził, to zabrałabym cię kolego do siebie, ale niestety liski są zakazane w Kanadzie. – wciąż mówiła spokojnie tym słodkim głosem w stronę zwierzątka, unosząc ostrożnie transporter do góry. – Otworzysz mi bagażnik? Musimy wywieźć go za granicę. – odwróciła się od razu, żeby zapytać tamtego gościa jak dokładnie mają to zrobić, ale jego już nie było.

Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
26 y/o
For good luck!
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Noe prychnął, kręcąc z niedowierzaniem głową. Auto jej starego wiele wyjaśniało, ale wcale go nie uspokoiło. Przeniósł wzrok z uciekających za oknem latarni z powrotem na jej profil, a na jego usta wpełzł ten specyficzny uśmiech. Gdy usłyszał jej zapewnienie, że panuje nad sytuacją, poczuł, jak znowu napina mu się szczęka. Ta jej pewność siebie, granicząca z czystym szaleństwem, zazwyczaj go bawiła albo imponowała. Znał ją dobrze.
Panujesz? – rzucił, a w jego głosie, zamiast krzyku, pojawiło się rozbawienie. – Gdybym chciał popełnić samobójstwo, wybrałbym tańszy samochód.
Przez chwilę milczał, słuchając tylko jednostajnego, potężnego ryczenia silnika. Napięcie między nimi w kabinie było tak gęste, że niemal fizycznie bolało.
Kiedy mustang gwałtownie zahamował, a pas wbił mu się w klatkę piersiową, Noe nawet nie drgnął. Siedział sztywno, dopóki ryk silnika nie ustał, zastąpiony przez nagłą, ogłuszającą ciszę nocy. Dopiero gdy Gabi odpięła pas i odwróciła się do niego, przeniósł na nią wzrok. Słuchał jej, a każdy kolejny zarzut trafiał dokładnie tam, gdzie najbardziej bolało. Pozwolił jej mówić, pozwolił, żeby to wszystko z niej spłynęło, bo przynajmniej teraz była cholernie autentyczna. Bez tej maski twardzielki, którą próbowała na siebie wcisnąć przez całą noc.
- Chcesz wiedzieć, dlaczego się spinam? – Pochylił się nad nią tak blisko, że zablokował jej całe pole widzenia, a ona mogła poczuć jego przyspieszony oddech. – Myślisz, że to jest dla mnie łatwe? Że udaję, bo mam taki kaprys? Kurwa, dziewczyno, każdy twój dotyk pali mnie żywym ogniem, bo idealnie wiesz, co mi robisz, a i tak bawisz się mną w najlepsze! Gdybym nie chciał, nie byłoby mnie tutaj. Kazałbym ci spadać, ale się przyjaźnimy. Nie zmienię swoich uczuć w sekundę, sama wiesz, że się nie da. Z czasem pewnie mi przejdzie, ale będę się starał, aby było jak dawniej.
Chciał powiedzieć coś więcej, ale wtedy rozległ się ten cholerny dzwonek. Odprowadził wzrokiem jej dłoń, gdy gorączkowo szukała telefonu na tylnej kanapie. Kiedy odebrała, odwrócił głowę w stronę bocznej szyby, splatając ręce na piersi. Nie chciał podsłuchiwać, ale w ciasnym samochodzie i tak słyszałby nawet oddech osoby po drugiej stronie. Nie poruszył się ani o milimetr, kiedy rzucała te swoje zdawkowe hasła do słuchawki. Słyszał każde słowo. „Będę”, „Wyślij mi adres”. Kiedy odpaliła silnik i ruszyli, nawet na nią nie spojrzał. Patrzył w okno, ignorując tę jej „tajemniczość”, która miała chyba brzmieć ekscytująco. Gdy zaparkowała w tej ciemnej, podejrzanej uliczce, a z cienia wyłonił się facet w dresie, odruchowo położył dłoń na klamce.
Gabi, stój, do cholery...– rzucił ostrzegawczo, ale ona już była na zewnątrz.
„Idiotka” pomyślał, czując, jak adrenalina znowu uderza mu do głowy. Nie zamierzał siedzieć w aucie i patrzeć, jak jakiś lokalny patus robi jej krzywdę. Wysiadł z samochodu sekundę po niej, zostawiając otwarte drzwi, i ruszył szybkim krokiem, zaciskając dłonie w pięści. Był gotowy na wszystko, ale facet okazał się zaskakująco szybki – zostawił paczkę i po prostu zniknął w ciemnościach. Zatrzymał się krok za nią, dysząc ciężko. Kiedy usłyszał jej pisk zachwytu i te słowa o lisie, całe napięcie zeszło z niego w ułamku sekundy, ustępując miejsca totalnemu osłupieniu.
Patrzył na nią, jak z tym radosnym, niemal dziecięcym zachwytem podnosi transporter i przez dłuższą chwilę po prostu milczał. Docierał do niego absurd tej sytuacji. Cała ta nocna eskapada, ucieczka samochodem jej ojca, ostre zakręty, przy których jego serce prawie wyskoczyło z piersi i ta cholernie trudna rozmowa o nich... Wszystko sprowadzało się do małej, rudej kulki nieszczęścia, którą jakaś patologia trzymała na osiedlu.
Ból i frustracja, które się w nim zbierały, w końcu wyszły na wierzch. Noe stał przy bagażniku, ale zamiast pomóc jej z transporterem, i otworzyć go, nie zrobił nic, tylko odwrócił się do niej, a w jego oczach w końcu pękła ta tama spokoju. Zrobił krok w jej stronę, zmuszając ją, by na niego spojrzała.
Wieź go sobie sama – rzucił, a jego głos, choć cichy, drżał od emocji, których nie był już w stanie zamaskować żadnym uśmiechem. – Albo zadzwoń po Madoxa. Niech wsiada w pierwsze lepsze auto i zapierdala tutaj ratować ciebie i tego cholernego lisa. No dalej, wyciągaj ten telefon, przecież i tak nie wypuszczasz go z rąk. Myślisz, że nie widzę? Prowadzisz ostro samochód, prawie nas zabijasz, a w myślach i tak jesteś przy nim. Każda twoja wiadomość, każde zerknięcie na ekran, nawet ten głupi lis... Wszystko kręci się wokół tego, co powie Madox, co zrobi Madox, czy Madox się zgodzi! - Zacisnął pięści w kieszeniach spodni, a jego klatka piersiowa falowała od szybkiego oddechu. Patrzył na nią, wściekły i jednocześnie cholernie bezradny. – Mam dość bycia twoim kołem zapasowym. Mam dość udawania, że nie obchodzi mnie, do kogo piszesz. Chcesz z nim być – droga wolna, ale nie wciągaj mnie w to, bo ja też, kurwa, coś czuję.
Gabriela R. Blais
27 y/o
Welkom in Canada
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Nocne powietrze było zimne, a policzki paliły ją od tego rollercoastera emocji, który fundowała sobie na każdym kroku, odkąd wróciła do miasta. Jej palce dalej zaciskały się na rączce od transportera, a telefon w kieszeni wydawał dźwięki zwiastujące kolejne wiadomości, które wciąż napływały. Przez kilka sekund po prostu stała nieruchomo, a uśmiech zszedł z jej twarzy ustępując fali nieznanych jej dotąd uczuć. Każde jego słowo wrzynało się w okolice klatki piersiowej, a do oczu napływały łzy, których nie miała odwagi pokazać światu. Zabolało. Cholernie zabolało każde słowo. Wolałaby, żeby krzyczał. Stracił nad sobą panowanie i dał jej tylko pretekst, żeby mogła całą winę przenieść na niego, ale wciąż kluczyli wokół tego, że to ona była problemem.
- Jesteś takim idiotą… - wyszeptała w końcu, patrząc na Noe z niedowierzeniem wymalowanym na twarzy. Pokręciła głową próbując sobie poukładać, w którym momencie wszystko zaczęło się sypać. Czy było już tak źle przed jej wyjazdem, ale ona zaślepiona miłością do Billego nie zważała na sytuację? Czy to właśnie jej nieobecność i nagły powód był czynnikiem zapalnym?
- Dosyć tego Noe. – powiedziała z mocą, odkładając ostrożnie transporter na ziemię. Przez chwilę siłowała się z klapą, rozpracowując mechanizm zamka i z ulgą otworzyła bagażnik, który był zajebany rożnymi rzeczami. Usilnie starała się przepchać wszystkie rzeczy na jedną stronę, rozładowując tym samym kłębiące się w niej nerwy, ale bezskutecznie. – Powiem to tylko raz. – kontynuowała dalej swój wywód wynosząc różnej maści przedmioty na tylną kanapę i z trudem wsunęła transporter do bagażnika, bo lis w środku zaczynał panikować. Upewniła się jedynie, że nic sobie nie zrobił i uniosła swoje spojrzenie na przyjaciela.
- Raz usłyszałeś jedno imię i kompletnie ci odpierdala. Tak, przejmuję się tym co Madox myśli, bo z nim mieszkam. Bo jest kurwa właścicielem mieszkania, któremu okupuję kanapę w salonie, bo wróciłam totalnie zalana do miasta bez grosza przy duszy. Załatwił mi w pracę w swoim klubie jako barmanka i kurwa, to mój pieprzony kuzyn, któremu wyjebałbyś ego w kosmos tymi słowami, gdyby cię teraz słyszał. - westchnęła ciężko i przeczesała dłonią włosy, sfrustrowana bardziej tym, że naprawdę uwierzył w to, że była teraz myślami przy innym mężczyźnie, niż tym przedstawieniem, który urządzali na środku ciemnej uliczki.
- Madox jest moim kuzynem – powtórzyła na wypadek, gdyby jej nie zrozumiał za pierwszym razem. – Pisałam w samochodzie z Ricardo. To też mój kuzyn i też z nim mieszkam. Jestem na niego cholernie zła, a on wysyłał mi fotki, bo jest z żoną gdzieś tam i Rozi pływa z delinami czy tam kurwa z rekinami. A ja wiem, że ją kurwa zdradził i wściekam się, bo nie wiem co z tym fantem zrobić. Więc jestem piątym kołem u wozu w tym jebanym mieszkaniu. Mieszkam tam z Madoxem i jego narzeczoną Pilar, oraz Ricardo i jego żoną Rosi. Na dokładkę mamy trzy psy i mnie gołodupca na kanapie. – wypowiedziała wszystko na jednym wydechu i zrobiła krok w jego stronę. Nie przekraczała jednak tej cienkiej bariery dotyku, bo wciąż miała w umyśle jego słowa o tym, że jej dotyk palił.
Jeszcze kilkanaście minut temu wszystko wydawało się prostsze. Włamanie do domu, zakopanie się w pościeli, żeby jego matka ich nie przyłapała i ucieczka przez okno - tam przez chwilę swobodnie oddychała, bo miała wrażenie jakby cofnęli się w czasie o dobre kilka lat. Jakby znowu byli po prostu nimi. Bez tego całego syfu pomiędzy i wyznań o uczuciach, których nie odwzajemniała.
- Myślisz, że ja robię to specjalnie? Unikam tematu moich romansów i wszystkiego co jest spierdolone wokół mnie, żeby cię nie ranić. A ty i tak odbierasz wszystko jako atak. Tęsknie kurewsko za czasami, gdy mogłam normalnie złapać cię za rękę, całować, bo taki miałam kaprys, myśląc, że dla ciebie to również zabawa! – mówiła to wszystko coraz mocniej się nakręcając, bo w końcu ją słuchał. Miała szansę wyrzygać swój punkt widzenia i patrzeć jak ten ogień, którym była spopielał wszystko wokół. - Przestań pieprzyć, że „z czasem ci przejdzie”, dobra? Dałam ci milion powodów, żebyś nie czuł tego do mnie, ale wciąż tutaj jesteś! - Lis zapiszczał cicho, a ona zerknęła przelotnie w kierunku bagażnika. – Ja nie mogę ci tego dać Noe. Nie nadaję się do związków. Do bycia na wyłączność. Otwarty związek? Nie ma problemu, ale to nie twój świat. Nie jestem typem kobiety, którą przedstawiasz rodzinie jak przyszłą żonę. – złapała w dłonie jego policzki i zmusiła go, żeby spojrzał na nią. – Masz mnie za kogoś, kto specjalnie igra z twoimi uczuciami? Dobra. Chcesz żebym cię rozjebała doszczętnie? Fantastycznie. Skoro jestem taka zła, to zrobię to na co mam ochotę i się wal Noe. – zacisnęła mocno palce na jego skórze i przyciągnęła go do siebie, wpijając swoje usta w te należące do niego. Jak miała być suką, to przynajmniej chciała coś na tym ugrać.

Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
26 y/o
For good luck!
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

Gabriela R. Blais
27 y/o
Welkom in Canada
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Noe Villeneuve-Scott
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
26 y/o
For good luck!
185 cm
miał szukać pracy jako dziennikarz a zakłada krawaty nieboszczykom
Awatar użytkownika
Oficjalnie: absolwent dziennikarstwa. Nieoficjalnie: gość, który uciekł z trumny, żeby w niej ostatecznie wylądować.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Gabriela R. Blais
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”