ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
173 cm
hodowca border collie w domowej hodowli
Awatar użytkownika
how can you be cold when I open my home?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Duchota.

Niekończąca się i wszechobecna duchota, której nie sposób było się pozbyć.
Zajęła każdy centymetr domu, wnikając aż do samego serca ścian. Pięła się ku górze. A może zaczęła się właśnie na dachu – ustalenie dokładnego miejsca, w którym cała ta zaraza miała swój początek, w bieżącym stadium rozsiania było praktycznie niemożliwe. Wiedza ta – choć jej brak drażnił bardziej niż ziarnko piachu pod powieką – na nic by się zdała. Każda wypukłość paneli była nią spowodowana. Każdy odprysk farby i pęknięcie na łazienkowych płytkach. Każdy skrzypiący zawias i wystająca śruba. Kawałek po kawałku, wpierw niezauważalnie, zagarniała wszystko, niwelując szanse na powrót do normalności.

O ile jeszcze istniała inna normalność.
Normalność, w której swobodne oddychanie możliwe jest przede wszystkim w domu, a nie wszędzie poza nim.

Nikt poza Maurą tego nie czuł. Ludzie, różni, czasami zupełnie nieznani i uważni, przewijali się przez pomieszczenia, dostrzegając wszystko oprócz monumentalnego ciężaru. Widzieli drewniane meble, podziwiali zdobycze z targów staroci i ręcznie malowane talerze i koncentrowali się na nich tak intensywnie, że bladość kobiecej cery zupełnie umykała.

Gdy płuca domagały się świeżego powietrza – okno ciągle pozostawało otwarte. Niezależnie od warunków pogodowych, niekiedy wpuszczając do środka śnieg lub deszcz. Żaden mróz ani ostry powiew nie mógł jednak przekonać jej do zmiany przyzwyczajeń. Pustych i bezcelowych, gdyż każda czysta dawka tlenu wtem mieszała się z gęstą atmosferą domu. Bez realnych perspektyw na wprowadzenie zmian. Na rozluźnienie ucisku w klatce piersiowej i umożliwienie łapania oddechów długich i głębokich.

Właściwych i obligatoryjnych do tchnięcia w ciało energii na cokolwiek innego niż

ucieczka.
Złudne wrażenie utrzymywania stałego dostępu do nienaruszonego eteru pomagało w życiu funkcjonowaniu – a przynajmniej bytowaniu. Prawdziwe i utęsknione życie znajdowało się tuż za furtką i rozpościerało się wszędzie tam, gdzie mogła być zwyczajnie sobą.

Chłodne powiewy smagały rozgrzaną skórę i wdzierały się pomiędzy drapiące cekiny. Zdawało się, iż pozbyła się wszystkiego, łącznie z ubraniami, co mogłoby potęgować zaduch. Psy musiały zadowolić się samotnością za drzwiami – tu nie było dla nich przestrzeni.

Nie w obecności gościa.

Z pozoru zadomowionego, chociaż zwykle przemycała go na piętro z prędkością światła tak, by nie dosięgły ich słowa państwa Clancy. By nawet nie zarejestrowali, kto znów ich odwiedził.

Tym razem nie musieli się spieszyć, pozwalając, żeby spotkanie samo wyznaczyło kierunek i tempo. Dobry nastrój, najpewniej ściśle związany z nieobecnością rodziców, doprowadził dwójkę do sypialni, w której czuła się zobowiązana do prezentacji stroju. Nowy łup, którego gorączkowe poszukiwania trwały stanowczo za długo, by wierzyć w ich powodzenie.

Świetna, co? — wprawiła aplikacje w ruch, obserwując, jak odbijają światło. Nie była pewna, o co tak właściwie pytała – wygląd sukienki czy jej okazyjną cenę. O jej właścicielkę. To nie miało większego znaczenia, gdy w końcu przed sobą miała kogoś, kto nie skrytykuje jej wyboru i jednocześnie nie był jej odbiciem w lustrze.

Dochodzące z korytarza kroki usłyszała za późno, by w porę zareagować. Drzwi otworzyły się do połowy, ukazując twarz intruza, przez którą w mgnieniu oka przemknął pełen wachlarz skrajnie różniących się od siebie emocji. Wzrok matki pospiesznie skanował zastaną scenę, a lekko rozwarte wargi sugerowały zaskoczenie, jeśli nie zawód.

Wyglądasz jak Lacey.

W tym domu funkcjonowało wiele określeń, których niewtajemniczeni nie byliby w stanie zrozumieć. Lacey, o której wspomniała pani Clancy, chodziła do klasy z Maurą, przez pewien okres siedziały nawet obok siebie. Dziewczynka z dobrej rodziny zboczyła z właściwej ścieżki po rozwodzie rodziców i od lat sprzedaje swoje zgrabne ciało.

Obrzydzenie w tonie rodzicielki spotkało się ze śmiechem córki, która drzwi zatrzasnęła nogą. Dla pewności, że te ponownie nie zostaną uchylone, przywarła do nich plecami, łudząc się, że matka odpuści.

Nie przejmuj się nią — rzuciła wystarczająco głośno, by rada dotarła również do kobiecych uszu.

Sama jednak nie potrafiła się do niej zastosować. Oparła głowę o drewnianą powłokę, walcząc z pokusą uderzania w nią z całą siłą. Powietrze znów zanieczyściła trucizna, zabijając beztroskę. Śmiech prędko przerodził się z coś ciemniejszego, bardziej gorzkiego i trudniejszego do zatrzymania. Jak gdyby koniec śmiechu był symultanicznym początkiem płaczu. Rozpaczy wywołanej niemożnością przetrwania jednego dnia bez wzburzonych nerwów.

Przełknęła ślinę, a wraz z nią gulę, która wykwitła w jej gardle i drażniła kolcami przełyk. Stała pomiędzy – kuszącą wolnością i za dobrze znaną niewolą. Takie zetknięcia były mącące, zwłaszcza gdy występowały nagle i niespodziewanie.


Jayce Byrne
gall anonim
nie przejmuj się
29 y/o
For good luck!
188 cm
student kinezjologii, trener personalny North York YMCA
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.
Sąd, który odbywał się nad nim dzień za dniem – zwykle trochę pospieszny i trochę leniwy, rzucony przez znudzonych życiem sąsiadów – nie miał w sobie nic z głębokiej analizy, ani nawet nic z przyzwoicie przedstawionej prawdy.
Przeciwnie,
wzniesiony na skrzydłach ulotnych plotek i jałowych domysłów, nosił na sobie ślad nieudolnej próby pochwycenia jego osoby, albo zawierał coś z destrukcyjnej siły ludzkiej zazdrości. Sąd ten szybował daleko na cudzych językach, ale nieuchronnie – przypominając przy tym Ikara, napiętnowanego własną bezmyślnością – rozbijał się w cieple współczesnego słońca, tj. w promieniach nowej, gorącej sensacji, przy której jego przewinienia odchodziły w cień, a w efekcie, nigdy nie były przedstawiane na tyle dokładnie, by w ogóle ująć go w całości.
W ten sposób wizerunek Jayce’a Byrne’a, pośród nieustannie powracających sprzeczności, pozostawał druzgocąco płytki: dla jednych był bawidamkiem, przy którym słowo „stabilność” lądowało pod butami codzienności szybciej, niż kobiece ubrania, ponoć ściągane przez niego niejednokrotnie z wieloma przedstawicielkami płci w celach grzesznego negliżu; dla innych... bywało różnie. Pozostawał podrzędnym dupkiem, szemranym kryminalistą, nieznośnym obibokiem, źródłem chaosu, koszmarem towarzyskim, spędzającym sen z powiek i przede wszystkim:
głównym zmartwieniem cudzych matek.
Nie kłócił się z żadnym z tych określeń, na pewnym poziomie i w wąskiej perspektywie pojmowania jego istoty – można było go widzieć właśnie w ten sposób. Jako wolny duch, wielbiciel kobiet i człowiek żyjący z pasją – robił wiele rzeczy, które mogły wydać się innym nieprzyzwoite, chaotyczne, czy niebezpieczne... rzecz w tym, że niemal nigdy nie działał z premedytacją na cudzą szkodę.
Czasem, co okazywało się po czasie, dla innych potrafił być nawet kilkoma wcieleniami naraz i za nic w świecie nie potrafił zrozumieć, kiedy i w jaki sposób ludzie zaczęli bawić się w te gęste od nieścisłości igraszki słów na jego temat, mimo tego, że w Toronto mieszkał ledwie trzy lata.
Kiedy nastąpiło odwrócenie sensów i faktów w imię rozdmuchanej przez innych wolności słowa (czy też, jak mu się bardziej wydawało, wolności kłamstwa)?
I nade wszystko... kiedy stał się na tyle ważny dla kogoś, by w ogóle wejść na cudze języki?
Nie znał odpowiedzi na żadne z pytań, w świetle ostatnich miesięcy w sądzie sąsiadów i matek dostrzegał jednak pewien błyskotliwy paradoks. Im bowiem Jayce więcej czasu poświęcał Maurze, tym z większym przekonaniem dochodził do wniosku, że każda jedna wcześniejsza zasłyszana na swój temat plotka, i każde jedno wyuzdane z ust innych osób słowo przekleństwa, czy obelgi, które słyszał o sobie przed poznaniem matki Maury, skutecznie przygotowały go na wątpliwej jakości i uprzejmości spotkania z panią Clancy. Dzięki temu, gdy tylko słowa obrzydzenia, jak woda z brudnej szmaty wylały się na nich zaraz po wejściu starszej pani do pokoju – jeszcze zanim zdążył odpowiedzieć na pytanie Maury – był na tyle na znieczulony na podobne uwagi, by w istocie
nie przejąć się nią wcale.
Zaśmiał się nawet krótko, zupełnie swobodnie i kiwnął jedynie porozumiewawczo głową. Nie trzeba było go przekonywać do tego, by zachował swój arogancki, pełen luzu stan. Wstając z pościeli jej łóżka, podszedł do niej niespiesznie, by ostatecznie oprzeć dłoń o skrzydło drzwi, tuż przy jej głowie, jakby grubość jego własnego ramienia miała stanowić niepisany, dodatkowy bufor między rodzicielką Maury, a nią samą. Nachylił się przy tym w kierunku jej ucha, zatrzymując się w starannie wyreżyserowanej pozie, jakby każde kolejne jego słowo miało zdradzić coś sekretnego i śmiertelnie poważnego:
Jak dasz mi zielone światło, odwdzięczę się jej za tę uprzejmość z soczystą nawiązką.
Słowa, mimo że cicho wypowiedziane, spłynęły między nimi wyjątkowo gładko. Zawężony między nimi dystans nie zakrywał żadnej głoski. Brzmiały wyraźnie, stabilnie. Wiarygodnie. Zaraz jednak Jayce odepchnął się dłonią od drzwi i wyprostował się, na nowo zachowując między nimi przyzwoitą odległość.
Wyglądasz nieprzyzwoicie dobrze. Pewnie dlatego skojarzyło jej się z... Lacey?
Nie miał pojęcia, kim jest Lacey. Z tonu wypowiedzi pani Clancy wnioskował jednak, że przekraczała widocznie jej wąskie granice tego, co ta iście irytująca kobieta uznawała za społecznie akceptowalne.
Świetna — skwitował z aprobatą w krótkim podsumowaniu, podobnie jak Maura wcześniej, nie dookreślając, o czym lub o kim mówił.

maura clancy
nihilista
godzę się na prawie wszystko, sprawdź mnie, jeśli potrafisz
28 y/o
For good luck!
173 cm
hodowca border collie w domowej hodowli
Awatar użytkownika
how can you be cold when I open my home?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lacey miała to do siebie, że zawsze potrafiła wybić się na pierwszy plan. Mimo braku szczególnych umiejętności bądź obiektywnego i trudnego do podważenia czaru spychała ze sceny główne gwiazdy, przyciągając uwagę reflektorów. Nawet po długich latach bez kontaktu dawała o sobie znać, standardowo stanowiąc przykład zmarnowanego potencjału. Wryła się w pamięć każdego, kto kiedykolwiek zamienił z nią choćby słowo i przypominała o sobie w odpowiednich – a może czasami zupełnie losowych – chwilach poprzez drażniący impuls gdzieś w otchłani mózgowych fałd.

Pięcioliterowe, brzmiące płynnie imię z czasem zyskało wyłącznie pejoratywny wydźwięk. Clancy jednak odbierała jego właścicielkę zgoła inaczej. Niezrozumiała dla większości ogółu postawa była jednak kwintesencją wolnej woli. Maura czuła tę namiastkę prymitywnej zazdrości naciskającej na żebra.

Żałosne.

Patrzyła na niespieszne ruchy, na ten błysk rozbawienia przerywnikiem ich schadzki. Przycisnęła nagie plecy do chłodnej powierzchni drzwi – łopatki niemal boleśnie stykały się z drewnem, jak gdyby odpowiedni nacisk mógł zapobiec ponownemu najściu.

Czuła na twarzy jego ciepły oddech. Niespodziewana bliskość podniosła temperaturę pomieszczenia o kilka stopni, potęgując uczucie wewnętrznego żarzenia, które pojawiło się wraz z matką zaglądającą do pokoju. Na krótki moment straciła ten spokojny rytm i wypuściła powietrze przez uprzednio rozchylone wargi.

Nie lubiła, gdy to robił. Gdy pochylał się nad nią, miażdżąc jej przestrzeń osobistą, której zwykła czujnie strzec i gdy wyglądał tak, jakby zamierzał wypełnić jej ucho czymś intymnym. Jeszcze bardziej nie lubiła swojej słabości, która nigdy nie pozwalała jej na utrzymanie standardowego dystansu albo chociaż na bycie tą, która oddali się jako pierwsza.

Paradoksalnie prawdziwa fala dokuczliwego ciepła oblała ją, dopiero gdy Byrne się odsunął i pozostawił po swej bliskości tylko dobrze jej znaną duchotę. Potrafił ją zawstydzić, odebrać mowę i zirytować, ale nigdy nie zabierał jej tlenu. Przy nim oddychało się łatwiej, rozciągając płuca do ich maksimum. Był jej jak amazońska puszcza. Z pozoru górnolotne porównanie leżało blisko prawdy – dodawał jej życiu ten pierwiastek wolności. Australijskiej, nieco w jej odczuciu egzotycznej, swobody, której na pierwszy rzut oka nie dostrzegła. Był podobnie dziki i niezbadany, przez co zatrważająco łatwo było się w nim zgubić. Bezpowrotnie zatracić jak setki odważnych, pędzących w głąb gęstwiny. Wejść i nigdy się nie wydostać.

Clancy zupełnie nieplanowanie znalazła się w łódce w samym centrum jego Amazonki – bez wioseł i umiejętności pływania. Niósł ją nurt; niekiedy spokojny, innym razem wzburzony. Przez zakola i zwężenia, rozwidlenia – długie kilometry ciągnące się wzdłuż jego osobowości, do której wnętrza nie śmiała wkroczyć. Bacznie przyglądała się z chwiejącej się łodzi, jednak prośba o choć jeden spacer brzegiem jego rzeki zdawała się nie na miejscu.

Taktownie oczekiwała na zaproszenie, pokornie doceniając dostępne widoki.

Odbiła się od drzwi i wyminęła mężczyznę, by po kilku krokach usiąść na brzegu łóżka. Ciężar ciała przeniosła na dłonie ułożone za plecami. Miejsce wciąż emanowało śladem wcześniejszej obecności Jayce’a.

To prostytutka. I moja koleżanka z klasy. Dzięki za komplement, ale nie jestem pewna, czy to przez tę sukienkę, czy raczej przez twoją obecność miała takie skojarzenie.

Skrzyżowała kostki i odchyliła głowę, by spojrzeć w sufit. Część odpowiedzialności za napięcie między Byrne’m a matką spoczywała na barkach Clancy. Nigdy nie próbowała wyjaśnić rodzicielce roli Australijczyka w swoim życiu.

Ponadto – ciężko opisywać coś, co nie ma nazwy.

Przyjaźń.

Potężne słowo zapisane drobnym drukiem na niewielkim skrawku papieru, który zamknęła w sejfie gdzieś w czeluściach mózgowych zakrętów. Głęboko, by nikt do niego nie dotarł. Szczególnie Jayce.

Wstydziła się własnej potrzeby posiadania etykiety. Byrne nosił ich wiele, a wszystkie, które znała, zostały mu nadane przez innych ludzi. Często tych, którzy znali go wyłącznie przelotnie, może nawet tylko z opowieści i plotek niemających zbytniego potwierdzenia w rzeczywistości.

Dlatego też Maura nie chciała dokładać kolejnej, chociaż brak odpowiedniej łatki, którą mogłaby przypisać ich znajomości, wprawiał ją w dezorientację. Łaknęła granic i jasnych praw, a niesprawiedliwym byłoby je egzekwować w czymś tak nieokreślonym i szerokim. Zacisnęła palce na miękkim materiale pościeli, jak gdyby kontakt z czymś znanym i komfortowym mógł dać jej uziemienie. Choćby chwilową przerwę od lekkich zawrotów głowy, które towarzyszyły jej podczas wszystkich spotkań.

Pozbawione straży drzwi znów się otworzyły – nie za szeroko, acz wystarczająco, by przez powstałą szparę do sypialni mogły wejść dwa psy. Maura uniosła brew. Czworonogi wyglądały na wpół śpiące, a to podejrzenie potwierdziło ziewnięcie jednego z nich. W przyzwyczajeniu podeszły do właścicielki, siadając przy jej stopach. Różowy jęzor zostawił po sobie mokry ślad na kobiecej łydce. Następnie przestrzeń wypełnił huk kilkunastokilogramowego cielska osuwającego się na podłogę. Drugi pies, z większą już gracją, ułożył się nieopodal i zamknął ślepia.

Chryste — zacisnęła powieki, widząc wychylającą się znajomą twarz. Po otwarciu oczu, wbrew nadziejom, matka wciąż zaglądała do środka.

Twoje d z i e c i chciały wejść, ale chyba jesteś zbyt zaaferowana, żeby je usłyszeć — po tych słowach nie było wycofania. Wpatrywała się w córkę, jak gdyby liczyła, iż jej spojrzenie zdoła wypalić w niej dziurę, z której wyleją się wyrzuty sumienia, chociaż to ona zbudziła niewinne zwierzęta.

Maura zaś skupiła wzrok na męskiej postaci, widząc w niej jedyne remedium na rosnące wzburzenie. Głęboki oddech, szybkie odliczanie do dziesięciu i ku własnemu zaskoczeniu kąciki ust powędrowały ku górze.

Zielone.

Zwięzły komunikat.
Pozwolenie.
Zaproszenie.
Wyzwanie.


Jayce Byrne
gall anonim
nie przejmuj się
29 y/o
For good luck!
188 cm
student kinezjologii, trener personalny North York YMCA
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W bliskości z nią emocje Jayce'a stawały się ledwie szumem przewodów; pojedynczym szeptem podświadomości, która nie wymagała od niego większego skupienia. Bycie z nią w jednym miejscu – tu i teraz, ale również gdziekolwiek indziej w przeszłości – z czasem bowiem, choć bywało pełne napięć i dwuznaczności, stawało się dla niego tak naturalne, że niemal bezrefleksyjne. W efekcie, choć na pewnym poziomie Maura działała na niego pobudzająco, emanując kobiecą atrakcyjnością i stanowiąc tym samym idealny obiekt pociągu seksualnego, nie traktował tego stanu zobowiązująco. Nie po tym, jak przypadkiem odkrył się przed nią, samemu plasując się w ten sposób jako jej przyjaciel. Pierwszy raz zdarzyło mu się nawiązać podobny kontakt – pełen swobody, ale przy tym hojnie obdarzony w szczerość, której brakowało mu przy innych kobietach. Relacje damsko-męskie bywały skomplikowane, pełne rozwidleń i zawiłości, których nie miał ochoty rozsupływać za każdym razem przy spotkaniu. Może dlatego, choć natężenie emocji między nimi dostrzec można było w nieco przyspieszonym niekiedy pulsowaniu krwi pod skórą i w uważnych gestach, nie dał się temu całkiem zatracić. Jednocześnie nie dał jej również zapaść się w pułapkę jego spojrzeń i zbliżeń, choć czasem, na krotko zabierając jej przestrzeń osobistą, dawał jej znać, że mógłby to zrobić, gdyby tylko chciał.
Ale nie chciał...
...bo cenił (szanował?) ją za bardzo.
Czasem zapominał przy tym, że i ona może postrzegać go podobnie, co on ją; że może zauważać w nim męską, niezachwianą aurę. Odrobinę paraliżującą. Albo że kobieta o jej wartościach może oczekiwać na wejście do jego czasem płytkiego, rozwiązłego świata.
Napięcie między Maurą i Jaycem w zestawieniu tak skrajnych osobowości było jednak czymś nieuniknionym. Polaryzacja energii, która otaczała ich dwójkę, była zbyt silna, by nie objąć powietrza, choć Byrne uparcie i skutecznie odpychał od siebie myśl o tym, że owa energia może go pochłonąć.
Kiedy odsuwała się od niego, nie czuł presji. Oddech wchodził w jego pierś gładką falą, a on pozwalał mu osiąść w kątach organów z dziką niemal przyjemnością.
Lubił ten stan.
To, w jaki sposób powietrze rozkładało się mu w krtani; jak pęczniało niedługo potem w worku płuc, wypełniając go rześkim uczuciem własnej obecności. Skoncentrowany na tej cichej mechanice ciała, w której każdy wdech zakotwiczał go w rzeczywistości, a każdy ruch stanowił ciche spoiwo pomiędzy byciem, a działaniem, czuł się szczególnie dobrze. Był rozluźniony, swobodny. Ż y w y . i dostatecznie przy tym śmiały, by nawet w obliczu rozpoczętej przez nią kwestii, dyskredytującej jego obecność w oczach jej matki, nie czuć się skrępowany:
Co jest nie tak z moją obecnością? — spytał lekko, niemal przekornie, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że pani Clancy miała go za najbardziej odstręczający typ faceta: takiego, który najpierw wykorzysta cudzą córkę, a potem ją opuści. Choć jeszcze nie rozgryzł tego, dlaczego w ogóle ją to obchodziło. Czasem odnosił wrażenie, że dla pani Clancy nie liczyło się szczęście Maury, a przeciwnie, miało znaczenie to, jak głęboko wbije jej szpileczkę w serce.
Nieważne.
W tych słowach jasno wyrażał, jak małe znaczenie miały dla niego słowa pani Clancy. Tym szczególniej, że nie lubili się z wzajemnością.
Kiedyś będzie musiała się przyzwyczaić.
Wsunął tym samym dłonie do kieszeni jeansów i podszedł na powrót do Maury, choć tym razem nie zakłócił jej cielesnego sacrum, pozostając w pozycji stojącej, pomimo tego, że wydawała się ona mało wygodna w kontekście dalszej rozmowy.
Drzwi kliknęły tymczasem za jego plecami, a zaraz za tym dźwiękiem, słychać było ciche, charakterystyczne ziewnięcie zwierzaka – jednego z tych, którego widział już niejednokrotnie, a którego imienia wciąż nie pamiętał. Roześmiał się na samą myśl o psiakach, odwracając głowę w ich kierunku akurat w momencie, gdy jeden z nich przeszedł mu między nogami, by dotrzeć do właścicielki i osunąć się na glebę tuż pod jej stopami.
Nie umknęło jego uwadze również to, jak Maura spięła się niemal natychmiastowo i machinalnie, słysząc głos odzywającej się matki.
Domy, w których bywał dotychczas (u innych kobiet), pachniały zazwyczaj świeżo zaparzoną herbatą lub kupnymi bułeczkami z syropem klonowym, położonymi zgrabnie na stół. Było w nich coś miękkiego i uporządkowanego. Dom Państwa Clancy różnił się od nich diametralnie. Poza miłą dla niego obecnością Maury, nigdy nie czuł się tutaj specjalnie ugoszczony. Domostwo to pozostawało absurdalnie surowe, a towarzystwo jej rodziców obce. Była to przestrzeń, w której nawet dźwięk przesuwanych krzeseł w drugim pokoju brzmiał jak ostrzeżenie...
Zielone.
...a pośrodku tej scenerii zawsze stali wspólnie z Maurą, w metaforycznym szeregu, jak na ostrzał – i w układzie relacji, która nikomu, poza nimi samymi, się nie podobała.
Zaaferowani dopiero będziemy...
Maura nie musiała długo czekać na reakcję Jayce'a. Przyjął wyzwanie niemal od razu po zasłyszanym komunikacie i zamiast zamykać konflikt w zarodku, jak planował z początku, by nie złościć Maury, pozwolił mu przebić się przez skorupę dystansu i objąć pierwszym pnączem głosu przestrzeń. W jego tonie słychać bowiem było nutę uporu, niezgody i butności, do której pani Clancy zapewne nieprzywykła. Podobnie jak do pełnej swobody postawy, gdy nie przejmując się jej obecnością – a może właśnie w kulcie dla jej obecności – usiadł tuż obok jej córki na łóżku, kładąc przy tym jedną z dłoni na nagim kolanie przyjaciółki. Opuszki palców dotknęły tym samym miękkości jej skóry.
Więc mogłabyś nie przeszkadzać...? — zawiesił świadomie głos, tworząc naturalne napięcie, podbite przez ruch dłoni na kolanie Maury. Przesunęła się ona o leniwe dwa centymetry w górę, jakby sugerował starszej kobiecie, w czym im przeszkodziła.
Nie gwarantuję, że przy kolejnym wejściu będziemy równie grzeczni — przeciągnął ostatnie słowo niemal . b e z w s t y d n i e, nie odsuwając przy tym dłoni od skóry Maury. Wręcz przeciwnie. Kciuk zatoczył powolny łuk po jej udzie, stanowiąc kluczowy element gry. Jayce doskonale zdawał sobie bowiem sprawę z tego, jak wyglądało to z perspektywy kobiety stojącej w drzwiach, i właśnie dlatego ani myślał łagodzić tę sytuację.
Na moment przechylił jeszcze głowę w bok, z irytująco swobodną pewnością siebie przyglądając się reakcjom pani Clancy.

maura clancy
nihilista
godzę się na prawie wszystko, sprawdź mnie, jeśli potrafisz
ODPOWIEDZ

Wróć do „#32”