ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

004.
God, I hope I get it, I hope I get it
I've come this far but even so
It could be his, it could be mine


Nic jej nie cieszyło. Miasto mogło drżeć od świateł, mogły rozkwitać witryny pełne przesadnego luksusu i twarzy napiętych od sztucznego zachwytu, a mimo to wszystko wydawało się wyprane z sensu — mdłe, papierowe, niezdolne rozniecić w niej nawet iskry dawnego uniesienia. Krew płynęła w żyłach ciężko, leniwie, niczym atrament pozostawiony na mrozie; nie wrzała już na myśl o premierze, nie pulsowała w rytmie teatralnych prób ani nie wspinała się pod skórę przy wyobrażeniu scenicznego triumfu. Wizja wystawienia Phèdre uleciała z niej bezlitośnie, jak uchodzące powietrze z rozdartego płuca — cicho, lecz śmiertelnie skutecznie.
Okazywała tę żałobę subtelnościami, które inni mogli wziąć za wyrafinowanie. Zrezygnowała z kolorów, jakby sama barwa stała się czymś niestosownym wobec jej rozczarowania. Otulała się czernią: krótka marynarka o ostrych liniach opinała ramiona niczym fragment zbroi, matowy materiał tłumił światło, a jedynym odstępstwem od tej ascetycznej surowości pozostawał srebrny lampas wszyty niegdyś wzdłuż rękawów — chłodny błysk przypominający cięcie skalpela. Nawet jej twarz zdawała się bledsza, bardziej wychudzona z emocji, jakby frustracja potrafiła odbierać człowiekowi pigment równie skutecznie jak choroba. Jedynie latte na owsianym mleku, przesłodzone trzcinowym cukrem, przynosiło chwilowe ukojenie. Trzymała kubek długo, pozwalając, by ciepło przenikało do zdrętwiałych dłoni. Smak był przesadny, niemal dziecinny, lecz właśnie dlatego potrzebny — odrobina słodyczy przeciwstawiona zgorzknieniu, które zalegało jej pod językiem od nużących dni. Uśmierzało boleść. Tragiczną boleść kobiety, która pragnęła stworzyć coś wielkiego, lecz została zdradzona przez najokrutniejszy z braków: brak odpowiedniej twarzy.
Nie mogła znaleźć Fedry.
Och, znajdowała aktorki — dziesiątki, może setki. Kobiety piękne, wyuczone, ambitne, dysponujące głosem jak aksamit lub stal, poruszające się z wdziękiem wyćwiczonym przez lata scenicznej tresury. Ale żadna nie posiadała tej skazy. Tego koniecznego pęknięcia w psychice, tej tłumionej pazerności uczuć, która czyniła Fedrę nie bohaterką, lecz katastrofą odzianą w ludzką skórę. Szukała kobiety świadomej własnej niemoralności — nie niewinnej ofiary namiętności, lecz istoty, która rozumie ciężar swego pożądania i mimo to pozwala mu rosnąć, karmiąc je jak wygłodniałe zwierzę pod żebrami. To właśnie było problemem współczesnych kobiet — myślała czasem z okrutnym, niesprawiedliwym cynizmem. Bały się brzydoty własnych pragnień. Chciały grać cierpienie, lecz nie chciały się nim ubrudzić. Ich emocje były estetyczne, wygładzone, sterylne jak sale operacyjne. A Fedra nie mogła być sterylna. Fedra powinna cuchnąć obsesją, powinna dławić się własnym wstydem i jednocześnie pożądać go jak trucizny.
Okropność i pazerność, doprawdy.
Brak szaleństwa w oczach... — mruknęła pod nosem, przesuwając paznokciem po wieczku kubka, aż cienki plastik wydał drażniący trzask. Miała ochotę nienawidzić wszystkich — aktorek, producentów, teatru, samej Racine’owskiej tragedii, która uczepiła się jej umysłu niczym pasożyt. A najbardziej chyba siebie samej, bo w głębi duszy wiedziała już jedno: nie szukała aktorki. Szukała kobiety zdolnej odsłonić przed nią własne zepsucie bez cienia wstydu. I być może właśnie dlatego żadna nie była wystarczająca. — Dopisz w notatce, że musi popracować nad większym zaufaniem do własnego ciała — wskazała na ostatnie już nazwisko na liście, gdzie jej asystentka wykreślała kolejno to spóźnialskich, oraz niezbyt dopasowanych ludków do najbliższych angaży. Kilku osobiście nawet sama zaprosiła, dłubiąc w świecie social mediów pośród tych mniej lub bardziej wyedukowanych w kwalifikacje. Chciała odkryć nowe diamenty!

Jolene Collet
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
32 y/o
For good luck!
162 cm
modelka i czasem aktorka
Awatar użytkownika
Insane inside the danger gets me high. Can’t help myself got secrets I can’t tell
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Niektórzy krążyli po świecie pośród splątanych ścieżek, unoszeni na skrzydłach niejasnych decyzji i wiecznie miotani przez kapryśny podmuch życia z krańca na kraniec. W nieładzie ustalonych przez przypadek trajektorii gubili siebie. Gubili również cel i echo dziecięcej obietnicy, która dla każdego na pewnym etapie dorastania zaczynała się podobnie:
„Kiedy dorosnę, będę...”
„Marzę o tym, by...”
Dwa lata, trzy, pięć... tyle niekiedy czasu tracili, zanim docierało do nich, jak bardzo odbiegli od swoich wcześniejszych pragnień. W obliczu dorosłości ludzie zapominali o własnych potrzebach, zamiast tego spełniając cudze oczekiwania.
Nie ona.
Jeszcze do niedawna przekonana była o tym, że jako kobieta i aktorka pozostaje poza jurysdykcją życiowej dyktatury. W mięsistość młodych płuc wciągała rześkość i systematyczność nabieranego powietrza, a każdy odważnie wezbrany w niej haust oddechu zdawał się zaciągać z przestrzeni również pewność siebie i szyk. Nie podążała za tłumem, rościła sobie prawo do wyznaczenia własnej drogi, wydeptanej tylko dla niej. Nigdy przy tym nie pozostawała w tyle.
Gnana przez klaps ambicji, z łatwością odnajdowała się w pracy modelki, a potem aktorki, a także w szybkościach tegoż debiutu pruła naprzód. Pod batutą cudzych ocen życie nie mogło smakować gorzej, niż w cieniu własnego domostwa. Była tego przekonana.
Dałaby sobie za to rękę uciąć...
i dziś by ją straciła.
Po nieszczęsnym skandalu z nią i jej eks mężem w roli głównej – pod ostrzałem cudzych, harpich spojrzeń i przy niejasnym statusie własnej reputacji – właśnie docierała do ślepego zaułku, w którym to nie było miejsca na swobodne decyzje. Odkąd świat mediów spisał ją na straty, pozostał jej jedynie skrawek przestrzeni na budowanie czegokolwiek od nowa. Była to rzeczywistość zawężona do nieprzyzwoicie ciasnej szczeliny, w którą mogła próbować się wcisnąć – z nadzieją, że po drugiej stronie czeka ją inna droga i stabilniejszy grunt, który nie osunie się jej spod stóp – albo przed którą mogła po prostu stanąć i bezsilnie patrzeć, jak życie ucieka jej między palcami.
Nie należała do osób, które łatwo się poddają. Dlatego, gdy asystentka castingów kilkukrotnie odmówiła jej przesłuchań z racji jej zbyt małego doświadczenia, Jolene stanęła na głowie, by dowiedzieć się, gdzie ów castingi się odbywają.
Nie była zaproszona. Była jednak zdeterminowana do tego, by o ów zaproszenie zawalczyć. Siedząc na jednym z plastikowych krzesełek na zapleczu teatru, w coraz to bardziej opustoszałym rzędzie, obserwowała cierpliwie, jak kobiety, jedna za drugą, znikają za grubą kotarą sceny i gdy ostatnia z głów wychyliła się ze smutkiem zza zasłony, sugerując mętny koniec przesłuchania, wstała, sprawnym, szybkim ruchem wygładzając nierówny materiał tweedowej spódniczki.
Delikatne ciepło rozeszło się po jej zesztywniałych dotąd mięśniach, gdy nareszcie, doczekując się swojej niezapowiedzianej kolejki, ruszyła w kierunku wejścia na scenę. Odrzuciła przy tym włosy na prawe ramię, pozwalając, by ciemna kaskada opadła gęsto na drogi żakiet w kreacji haute couture, tworząc wyraźny kontrast pomiędzy naturą jej francuskiej urody, a sztuczną jasnością lekko chropowatego, ale wciąż przyjemnego w dotyku materiału.
...musi popracować nad większym zaufaniem do własnego ciała.
Urywek słów dotarł jej uszu, gdy uśmiechnęła się dyskretnie, świadoma tego, że przynajmniej na tym polu niczym nie musi się martwić. Ufała sobie, swojemu ciału. Ufała wizerunkowi, jaki przez lata budowała. Nie ufała tylko temu, czy dostanie szansę, by wykazać się na tej i na innych płaszczyznach.
Jolene Colett... — przedstawiła się na wstępie, zanim ktokolwiek z zebranych zdążył ją wyprosić — Nie znajdziecie mnie na liście, ale chciałabym przedstawić swoją interpretację Fedry.
Trzy pary kobiecych stóp stały właśnie na deskach teatru, a pod nimi wolno przesuwał się cień znaczących zmian. Jedna, niezapowiedziana zmiana miała swoje imię – Jolene – uobecnione w słowach, jak i w wyprostowanej desperacko dumnie sylwetce.
Oddzielona ledwie krawędzią sceny od postaci reżyserki i jej asystentki, patrzyła w ich kierunku z ostrzem wdechu, wetkniętym w krtań, jako jedyny słuszny objaw masochizmu.
Jeśli mogę? — naparła językiem na głoski, nie odpuszczając, pomimo panującego jak dotąd milczenia ze strony zebranych.

Francesca de Villiers
nihilista
wszystko przejdzie, jeśli trzyma się w lore postaci
ODPOWIEDZ

Wróć do „Meridian Arts Centre”