005. | outfit
Ostatnio zdecydowanie wiele się działo.
Można powiedzieć, że zbyt wiele jak dla jednej osoby.
Ale czy poradziła sobie w
nowej rzeczywistości? Na swój sposób tak, bo chociaż spotkania z Hunterem do najprostszych nie należały, skoro niezbyt udało im się porozmawiać o tym
co teraz, tak jednocześnie nie zachowywała się jakby była trędowata, unikając go i robiąc wszystko, aby nie mogli odbywać dalszych spotkań terapeutycznych. Była profesjonalistką - nie chciała przecież wiązać swoich prywatnych sytuacji z tymi związanymi ściśle z zawodem. A niestety - lub stety, zależy jak na to spojrzeć - Hunter łączył jedno i drugie w jednym czasie.
Nie wiedziała jednak dlaczego pewnego pięknego dnia dostała bukiet kwiatów - który zajął miejsce tego poprzedniego, nie mając z początku świadomości iż ich adresatem również jest poprzednik. Ładniejsze kwiaty ususzyła, co lubiła robić w formie pamiątki, a do wazonu ze świeżą wodą i nowym preparatem na podtrzymanie ich żywotności wylądował ten. Nie ma co ukrywać - piękniejszy, okazalszy, składający się z samych czerwonych róż. I choć zabrzmi to niezmiernie mocnym klasykiem, to są jedne z jej ukochanych, zupełnie jakby ktoś wiedział…
Ale Hunter nie wiedział tego. Działał na zasadzie domysłu. Bo tak, to właśnie on zdecydował się na ich wysłanie, czytając bilecik, na którego widok uśmiechnęła się zupełnie szczerze i szeroko. Nie oczekiwała od niego czegoś takiego. A jednak - zrobił to, przez co Prudence na moment zawiesiła się, nie wiedząc co zrobić. Zadzwonić? A może po prostu przemilczeć, żeby nie pomyślał sobie czegoś głupiego? A może nie oczekiwał podziękowań jakichkolwiek, bo nie o to mu chodziło w tym?
Chwilę stała przy bukiecie, przesuwając spojrzeniem po płatkach wybranego kwiatka, choć myślami była gdzieś indziej. Nieświadomie zaczęła też wachlować po wewnętrznej stronie jednej z dłoni bilecikiem, najprawdopodoboniej w formie próby znalezienia jakiegoś rozładowania napięcia - kolejnego - jaki posiadała w swoim wnętrzu.
Ostatecznie wysłała mu wiadomość, żeby nie wyszła na niegrzeczną, ale i jednocześnie aby nie wyszło iż się narzuca.
Dziękuję za kwiaty, są przepiękne.
To na pewno było idealnym wyważeniem pomiędzy brakiem reakcji, a reakcję na wyrost, w jej ocenie.
Minęło parę dni po otrzymaniu kwiatów, gdzie umówieni byli w jego domu na kolejne spotkanie w ramach terapii. Pomimo tego, co miało miejsce, nie zrezygnowała z wcześniejszej propozycji związanej z przeprowadzaniem ów widzeń w innych miejscach, które nie są jej gabinetem. I można by pomyśleć, że - kto wie - sama kusi los do tego, żeby znów coś miało takiego się przydarzyć, jednakże nie myślała o tym kompletnie. W końcu - jak to powiedziane było wcześniej - jest profesjonalistką. Nie można było jej tego odebrać, nie mogła więc zachować się
karygodnie.
Hunter nie był dzisiaj jej ostatnim pacjentem, a mimo to miała znów terapię na wychodnym. Może to i lepiej, mogąc trochę odetchnąć od tych ścian. Zanim jednak wyszła, przelotnie spojrzała na dalej pięknie prezentujący się bukiet kwiatów, o który każdy wypytywał, kto zagościł w jej skromnych progach. Przesunęła delikatnie opuszkiem po jednym z kwiatków, po czym prędko przeszła do auta i ruszyła przed siebie - pod już dobrze znany jej adres.
Nie będąc niczego świadoma - a tym bardziej tego, że wcześniej uległ jakiemuś zdarzeniu, co wpłynęło na jego samopoczucie - stanęła pod drzwiami, zaczynając pukać i dzwonić, tak żeby mieć pewność, iż zostanie usłyszane jej przybycie przez domownika. Zamiast tego - słyszała szczekanie psa, co trochę ją zdziwiło. Itxel, z tego co pamiętała z rozmów o niej, nie była psem, który zbyt często szczeka. O ile w ogóle to robi, bo jak wtedy była tu po raz pierwszy, nie zrobiła tego choćby raz.
Zapukała znowu, próbowała zerknąć przez okienko znajdujące się w ramie drzwi… ale niczego nie dojrzała. A psina w dalszym ciągu ujadała.
Ściągnęła brwi ku sobie, po czym jeszcze raz zapukała oraz zadzwoniła dzwonkiem.
Może był w warsztacie, szopie… jak to tam nazywał. Przeszła więc boczkiem na tył domostwa, jednakże nikogo tam nie widziała - a raczej, nawet nie miała takiej szansy, bowiem ów budynek również był zamknięty. Zupełnie jakby go nie było na posesji. Może zapomniał o ich spotkaniu? A może postanowił, że od tego momentu jednak zacznie ją unikać? Co jak co, ale to nie było coś normalnego - zważając na Huntera, jaki jest od jakiegoś czasu. Znacznie się przykładał, nie opuszczał spotkań i zajęć, nie lekceważył, faktycznie się angażował. Nawet jeszcze bardziej po ich wspólnej nocy.
Stojąc jeszcze w tylnej części domu, dostrzegła iż drzwi tarasowe były lekko uchylone - firanka czy też zasłona lekko powiewała przez wpadający do wnętrza wiatr. Może i nie byłoby to z jej strony zbyt grzeczne, ale coś ją tknęło, aby sprawdzić czy rzeczywiście nie ma Huntera w domu. Może ma jakiś napad związany ze swoim PTSD? Liczyła, że tak nie jest, a mężczyzna albo naprawdę zaczyna jej unikać bądź nie ma go w domu.
Popchnęła delikatnie drzwi, nie czując oporu z ich strony.
— Hunter? — powiedziała niezbyt głośno, bo może znajdował się niedaleko. Odpowiedziała jej głucha cisza początkowo.
— Hunter, jesteś tu? — zawołała znacznie donośniej, a w odpowiedzi na to przyszło jej stukanie pazurków psich łapek o parkiet, widząc iż przychodzi do niej psina mężczyzny.
— Cześć, nie ma Pana? — ale zamiast łaszenia się, jak to miało ostatnio miejsce, Itxel zaczęła na nią szczekać.
— O co chodzi? — znów szczekanie, a jej zachowanie odbiegało od normy. Nie musiała być behawiorystką, żeby to zobaczyć. Wtedy Itxel uciekła, a Prudence bez zastanowienia poszła za zwierzakiem.
Zobaczyła iż zatrzymała się w salonie - a w momencie zwrócenia wzroku na psa, dostrzegła jednie nogi. Prędko oceniła sytuację, a jeszcze szybciej podeszła do osoby, która leżała.
To był Hunter.
Nieprzytomny, z którego głowy sączyła się krew, co oceniła przez dywan zaplamiony w tych okolicach. Zrobiła wielkie oczy, nie spodziewając się czegoś takiego.
— Jezus Maria… — wyszło jej przez usta wraz z mocnym wypuszczeniem powietrza poprzez nozdrza.
— Grzeczna dziewczynka — powiedziała prędko do psiny, przechodząc do mężczyzny, by ujrzeć jego twarz - był nieprzytomny, ale nie wiedziała ile czasu znajduje się w takim stanie. Przyklęknęła przy nim, wyciągając prędko z torebki swoją apaszkę, którą przyłożyła do miejsca z jakiego nadal wypływała krew. W momencie wyciągania materiału, pochwyciła też telefon. Prędko wybrała numer alarmowy, po czym oparła na ramieniu i przytrzymywała urządzenie policzkiem, żeby móc jakoś sensownie rozmawiać.
— Dzień dobry, nazywam się Prudence Lane, właśnie znajduję się w mieszkaniu swojego pacjenta, którego znalazłam na podłodze nieprzytomnego, mocno rozpalonego i z raną głowy, którą próbuje tamować. Proszę o przesłanie karetki — szybko przekazała główne informacje, wraz z adresem na który ma ów pomoc przyjechać. Póki nie pojawili się - siedziała i po prostu trzymała apaszkę przy ranie, żeby nie utracił większej ilości krwi. W międzyczasie odpowiadała na pytania.
— Jestem jego psychoterapeutką. Nie, ostatnio na nic się nie skarżył. Nie, nie rozmawiałam z nim dzisiaj. Był sam w domu. Gdyby nie to, że jego pies, który nie ma w zwyczaju szczekać, zaczął wręcz ujadać pewnie nie weszłabym do domu. Proszę przekazać ratownikom, że drzwi od tylnej części domu są otwarte, nie chcę go teraz zostawiać… — prosiła też dyspozytorka, aby nie ruszać go, bo nie wiadomo czy przy upadku nie doszło do uszkodzenia jakichś kręgów. Prudence tylko kiwnęła głową na tą informację, zupełnie jakby była przekonana iż kobieta po drugiej stronie słuchawki ją widzi.
Usłyszała zaraz nadjeżdżającą karetkę, a wtedy mogła się rozłączyć. Odłożyła jedną ręką telefon na stolik, czekając aż ktoś wreszcie wejdzie do domu.
Gdy tak się stało - odeszła, trochę niechętnie, dając pracować ratownikom. Obserwowała to wszystko będąc na uboczu, głaskając w międzyczasie Itxel, która do niej sama podeszła. Nie wiedziała tylko, czy głaska psa, żeby ją uspokoić, czy może samą siebie.
— Naprawdę dobra z Ciebie dziewczynka, mała. Dzielna i mądra — zaczęła jej prawić komplementy, jakby to miało nieco ukoić nerwy kobiety, po czym przeniosła spojrzenie na psinkę.
— Ale musisz zostać sama, dobrze? — mówiąc to, przeniosła znów spojrzenie na ratowników, przenoszących właśnie Huntera na nosze. Chciała od razu coś powiedzieć, ale prędko się pohamowała. Nie miała świadomości tego, że miał ranną nogę - dopiero gdy go obrócili, sanitariusze ujrzeli jeszcze jedno miejsce z otwartą raną. Rozcięli zakrwawioną nogawkę spodni, przez coś też Prudence zobaczyła to, co i oni. Wzięła głęboki wdech i zaczęła szybko poruszać powiekami, jakby to miało jej pomóc opanować emocje.
— Mogę jechać z wami? Jestem jego… — o mało co nie wypaliła… no właśnie, czego? Że jest jego dziewczyną? I to na jakiej podstawie tak miałaby powiedzieć?
— … terapeutką, nie chciałabym go zostawiać w takiej chwili samego… —
— Przykro mi, nie możemy zabrać, nie będzie miejsca na pace — któryś mimochodem jej odpowiedział.
— Pojadę za Wami w takim razie — powiadomiła, jakby nie chcąc słyszeć sprzeciwu. Zresztą, chyba nie chcieli tego robić - albo zwyczajnie nie mieli zamiaru tego robić, bo musieli się skupić na czymś innym, niż wdawanie się w pyskówkę. Poinformowali ją jedynie do którego szpitala go zawożą. Żeby ułatwić im wyjście z domu, prędko pobiegła do drzwi wejściowych aby je otworzyć. A gdy Hunter znalazł się w środku ambulansu, Prudence zaczęła działać. Najpierw zamknęła drzwi prowadzące do tarasu, jakimi weszła na początku. Potem znalazła kluczyki znajdujące się na stoliku obok głównego wejścia do domostwa, ostatni raz rzucając spojrzenie Itxel - widząc po jej oczkach, iż się martwi.
— Będzie z Panem wszystko dobrze, dopilnuję — złożyła psinie obietnicę, której tak naprawdę nie powinna robić - nie dlatego, że jest
po prostu psem, a nie miała pewności co się stało Hunterowi, ile krwi już stracił, ile czasu leżał nieprzytomny. Zamknęła drzwi, choć trochę się z tym guzdrała, nie wiedząc który klucz odpowiadał któremu zamkowi, następnie weszła do swojego auta. Włączyła się do ruchu i jak nigdy wcześniej jechała bez pomyślunku do szpitala.
Weszła na SOR, zapytała o Huntera Wrighta, udzieliła informacji jakie na ten moment o nim wiedziała, przekazując iż nie ma przy sobie numeru kontaktowego do kogokolwiek z jego rodziny. Powiedzieli na koniec, aby usiadła i sobie poczekała, jeśli ma na to chęć.
Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie krew - trochę na spodniach, koszulce, głównie na rękach.
Jego krew. Wzięła znów głęboki wdech, kierując się do łazienki żeby ją zmyć - zrobić cokolwiek, żeby czas szybciej płynął.
A gdy była już na tyle ogarnięta, na ile uznała że to konieczne, powróciła na krzesełka, gdzie mogła jedynie… czekać. W międzyczasie odwołała spotkania z innymi pacjentami, nie chcąc… zostawić Huntera samego.
Hunter Wright