ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005. — wrzesień 2021
You got to give her some faith, hold her tight
A little tenderness, gotta treat her right
She will be there for you, takin' good care of you


Ojczysta ziemia cuchnęła wspomnieniem rozkładającym się pod warstwą perfumowanej nostalgii; mdłym aromatem mleka, starych desek i ludzi, którzy nigdy nie odważyli się pragnąć więcej, niż pozwalała im długość rodzinnego stołu. Pięć lat francuskiej obczyzny wypaczyło ją pięknie, niemal artystycznie ― rozciągnęło głód pod żebrami niczym wygłodniałą bestię uczoną smaku lepszych win, ostrzejszych rozmów i spojrzeń tak ciężkich od intelektualnej pychy, że człowiek czuł się przy nich albo wybitny, albo martwy. Tam nauczyła się oddychać pełniej, łapczywiej; tam ciało przestało być jedynie biologicznym obowiązkiem, a stało się narzędziem ekspresji, dominacji, czasem nawet okrutnej gry.
Prawością i szacunkiem do niej samej.
Już niemal zapomniała, jak nieznośnie duszne bywały pokoje rodzinnej posiadłości — przesycone ciężarem drogich perfum, gorącem świec oraz mdlącą wonią wyprasowanej elegancji, której wymagano od każdego przekraczającego marmurowe progi salonów. Jeszcze bardziej wyparła z pamięci te wszystkie nagłe spotkania biznesowe rodziców, organizowane z kapryśną częstotliwością ludzi bogatych i przekonanych o własnej nieomylności; widowiska, podczas których starsze rodzeństwo odgrywało role idealnych sukcesorów fortuny, częstując partnerów interesów wyuczonym sourire éclatant, przyklejonym do twarzy tak sztucznie, iż momentami zdawało się niemal pękać na kantach policzków.
Znowu czuła się w tym wszystkim bardziej dekoracją niż uczestniczką wydarzenia — drogocennym dodatkiem do rodzinnego prestiżu, ustawionym przy kieliszkach kryształowego szampana niby kolejna antyczna rzeźba. Przerobiony własnoręcznie gorset bezlitośnie wypalał jej powietrze z płuc, drażniąc skórę przy każdym głębszym oddechu; złośliwa konstrukcja fiszbin wbijała się w ciało z niemal personalną satysfakcją. Miękko opadające na ramiona perłowe łańcuszki przywracały jej odrobinę życia, chłodnym dotykiem odciągając uwagę od niewygody. Delikatne wiązania przy ramiączkach oraz śmiałe wycięcia w talii nadawały sylwetce subtelnej kokieterii — balansującej gdzieś pomiędzy arystokratyczną elegancją a gotycką finezją, którą matka zapewne określiłaby z nieskrywaną pogardą mianem "artystycznej fanaberii".
Nudziła się potwornie. Z uprzejmym uśmiechem raczyła rozmową jakąś kobietę w wieku matki. Tamta wypytywała ją pokracznie o przystojnych mężczyzn, o romanse, o sekrety serca — doprawdy rozczulająca maniera kobiet postępowych, które po kilku lampkach wina uznawały własną wścibskość za objaw nowoczesności i wyzwolenia. — Proszę wybaczyć... — szepnęła, podstawiając do rozmowy kelnerkę z przystawkami. Ledwie powstrzymywała się przed przewróceniem oczami; zakasując opadającą satynę spódnicy powędrowała dalej ku wyzwolenia ogrodu — tak bardzo potrzebowała nikotyny.
Bucior zarył przeciągle o kamienną posadzkę oddalonego tarasu, wydając z siebie nieprzyjemny pisk zdradzający więcej frustracji, niż życzyłaby sobie okazywać publicznie. Naturalnie nie była sama. Bo przecież ten przeklęty dom zdawał się oddychać ludźmi; wypluwał ich z każdego korytarza, zza każdych ciężkich drzwi i aksamitnych kotar, nie pozostawiając ani odrobiny upragnionej prywatności. Kąśliwość odnalazła ulgę dopiero w drobnym akcie niesubordynacji. Statecznie, z niemal arystokratyczną godnością, wsunęła palce za koronkę stanika, skąd wyłowiła pojedynczego papierosa ukrytego tam wcześniej z przezornością godną przemytnika. Walić głupie zasady. Walić matczyne uwagi o „niekobiecej manierze” i ojcowskie spojrzenia pełne chłodnego rozczarowania, ilekroć łapano ją na podobnych przywarach. Gdyby już miała konać dziś od nadmiaru konwenansów, zamierzała przynajmniej zrobić to z nikotyną drażniącą płuca i smakiem buntu osiadającym cierpko na języku. Perłowe łańcuszki zatańczyły cicho przy ruchu ramion, muskając odkrytą skórę chłodem niemal kojącym. Oparła się biodrem o balustradę, zerkając ukradkiem ku nieproszonemu świadkowi swej ucieczki od salonowej farsy. Cóż za tragiczna ironia — nawet chwila samotnego zepsucia wymagała dziś publiczności.
Désolé pour la confusion... Och, Theo? — zdziwiła się, westchnęła — cokolwiek mniej obyczajowego, naturalne zdziwienie przejęło pełnię woli. Szczerze mówić... Nigdy by nie poznała go, tak dziwnie się zmienił. — Znowuż skazali Cię na towarzyską męczarnię?Tęskniłeś?

Theodore Tellier
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiedział, że urodzinowy weekend, na który został zaproszony do domu rodzinnego, nie będzie należał do najprzyjemniejszych, lecz wciąż ciężko było mu przełknąć rozczarowanie, gdy zrozumiał, że nie będzie się on zbytnio różnił od wszystkich innych weekendów. Nie licząc obiadu zjedzonego w wyjątkowo ładnej i ekskluzywnej restauracji w centrum miasta, podczas którego wręczono mu prezent – sztywną, złotą bransoletkę od Cartiera – nic nie wyróżniało ich rutyny. Nie pomagała mu również perspektywa wieczornego bankietu, na którym musieli pojawić się całą trójką.
Cóż, nie musieli, a przynajmniej on nie musiał, bo nie czuł się częścią tego świata, a jego obecność z pewnością zostałaby nieodnotowana, lecz przywykł do tego, że w rodzinnym domu, to jego rodzice nadawali tempo, a on pokornie podporządkowywał się mu, aby mieć spokój. Dlatego też podczas obiadu wypił nieco więcej wina niż wypadało, a przy barze zamówił mocny koniak, którego nie doliczył do ogólnego rachunku. Liczył, że alkohol nieco go znieczuli – stępi narastające pod skórą rozdrażnienie i osłabi pulsujący ból rodzący się przy potylicy. Naiwny. Przez chwilę przyglądał się własnemu odbiciu w lustrze zawieszonym za ladą baru. Silną, wyprostowaną sylwetkę powlekał ciemny materiał koszuli i marynarki skrojonych na miarę; ciemne włosy były starannie ułożone i zaczesane, tak aby żaden niesforny kosmyk nie zaburzył jego doprecyzowanego wizerunku; twarz ze spokojnym wyrazem, który wydawał się niemal zobojętniały. I oczy – przykryte ciężkimi powiekami i potwornie zmęczone.
– Gotowy? – usłyszał głos matki za plecami, więc niezauważalnie odstawił pustą szklankę na ladę od strony barmana, z dala od jej wzroku i kiwnął głową.
– Oczywiście – że nie.
Zgodnie z własnymi oczekiwaniami, jego obecność na przyjęciu była zbędna. Jego rodzice z wprawą rekinów rozpoczęli krążenie po salonie wymieniając pocałunki w policzek z przyjaciółmi i uściski dłoni ze znajomymi, wdając się w rozmowy na tematy, które wałkowali od lat na wszystkich poprzednich, podobnych spotkaniach. Ich zniknięcie przyjął z ulgą i udał się w głąb przepastnego salonu, by zaszyć się w ciemny kącie w towarzystwie zimnego, mocnego drinka, który zawinął z tacy jednego z kelnerów. Liczył, że cień kąta, w którym stał, ochroni go przed niechcianym towarzystwem, lecz zrozumiał, że jego nadzieje okazały się płonne i żałosne, gdy odnalazł go dawny kolega z dzieciństwa. Spędzali w swoim towarzystwie niezliczoną ilość przyjęć jak to, a ich stosunki były dalekie od przyjacielskich. Jednak za sprawą wieloletniej tresury – lub krótkiej pamięci połączonej z brakiem empatii – Malcolm rozpoczął small talk godny środowiska, z którego pochodzili, poruszając tematy związane z obecnie wykonywanym zawodem; otoczeniem rynkowym ich rodzinnego biznesu; wpływowymi ludźmi, których żadne z nich nie znało, lecz którzy funkcjonowali jako wygodne rekwizyty potrzebne do podtrzymywania - głównie jednostronnej - rozmowy.
Po kilku minutach Theodore poddał się, kończąc spotkanie z należytą wprawą, a następnie niepostrzeżenie wymknął się na zewnątrz na taras. Zaczerpnął głęboki wdech, gdy oparł się biodrami o barierkę w miejscu, w którym nie mogły dosięgnąć go odgłosy nieustannych rozmów brzmiących niczym bzyczenie pszczół w roju ula, światło salonu, czy spojrzenia uczestników przyjęcia.
Przyjrzał się bransoletce, którą w samochodzie wyjął z opakowania i założył na nadgarstek. Podobała mu się, nawet bardzo, lecz zdziwiło go, że rodzice zdecydowali się akurat na to. Od zawsze lubił przemycać wybrane elementy biżuterii do swojego stylu, zwłaszcza te, które nie były w oczywisty sposób męskie. Był to dla niego swoisty rodzaj buntu – namiastka prawdziwego siebie, gdy był zmuszony zakładać niepasującą gębę, której nie znosił, lecz która pasowała do narzuconego wybranego stylu życia. Diamentowa broszka na czarnym, eleganckim garniturze; prosta nausznica wykonana z gładkiego metalu zatknięta na małżowinę ucha, pierścionki zdobiące jego palce. Drobne gesty, które w połączeniu z jego heteronormatywnym wyglądem, wydawały się nieoczywistym, lecz eleganckim dodatkiem, w istocie były jego cichą deklaracją queerowej przynależności – nie do odczytania na pierwszy rzut oka, choć będącą na widoku. Zastanawiał się czy jego rodzice o tym wiedzieli. Czy domyślali się, co to znaczyło i czy łączyli to z jego naturą, której do końca nie mogli zaakceptować. Najpewniej nie. Ich uważne spojrzenia dostrzegły jego zamiłowanie do ozdób, lecz bystre umysły nie domyśliły się ich symboliki.
Wyczuł, napięcie we własnym ciele, silny ucisk niewidzialnej dłoni na karku i nienaturalną sztywność w ramionach, więc ruszył wzdłuż barierki licząc, że krótki spacer nieco go rozluźni. Jego oczy przywykły na tyle do ciemności, że dostrzegł drobną sylwetkę, która najwyraźniej jak on, szukała wytchnienia od konwenansów. Do jego nozdrzy dotarł zapach dymu papierosa, więc ruszył w jej stronę, aby nieelegancko wysępić używkę, łamiąc tym samym dwie ogólnie panujące zasady. Na przyjęciach takich jak to nie wypadało palić papierosów. Nie przystało również pożyczać.
Znajomy głos strącił go z pantałyku. Nie spodziewał się jej tu, choć był przecież w jej domu rodzinnym. Lecz na Boga, myślał, że wciąż przebywa w Paryżu. Nie gubiąc rytmu, zbliżył się do niej i stanął przy jej boku, pozwalając oczom prześlizgiwać się po jej sylwetce i twarzy. Przez pięć lat rozłąki stała się bardziej odważna i pewniejsza siebie w pewien seksowny, kobiecy sposób, którego nie był w stanie zignorować.


Którego nie było w stanie zignorować jego serce, które nagle rozpoczęło gwałtowny wyścig w klatce piersiowej.

Pochylił się w jej stronę, by złożyć pocałunek na policzku. Był to gest, którym okazywano poufałość i zażyłość wobec przyjaciół — iluzja muśnięcia ust w okolicy ucha. Lecz Thedore faktycznie przyłożył usta do jej policzka i przetrzymał je na delikatnej skórze przez krótką chwilę.
– Ma chérie – odpowiedział niezobowiązującym tonem. – Nie wiedziałem, że wróciłaś. –
Pozwolił, aby cień szelmowskiego uśmiechu pojawił się na jego twarzy, gdy bacznie badał ją wzrokiem. Wyglądała jak marzenie. Gorset opinał jej szczupłe ciało odsłaniając jego apetyczniejsze fragmenty, lecz wstążki dodawały mu dziewczęcego charakteru, a perły elegancji, przez co ciężko było uznać go definitywnie za nieodpowiedni. Subtelny wyraz buntu i indywidualności.
– Teraz nie mogę nazwać tego męczarnią – wyznał po czym uniósł szklankę z trunkiem do ust, aby upić łyka. – Czy zechciałabyś poczęstować mnie papierosem? – Jedna z jego brwi uniosła się w górę wraz z wypowiedzianym pytaniem, a wzrok spoczął na dłoni trzymającej używkę.
– Paryż miał Cię dość? –

Francesca de Villiers
gall anonim
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był niebezpiecznie piękny.
Pozbawiony tandetnej maniery paniczyków zakochanych we własnym odbiciu witryny; piękny doprawdy; boleśnie znajomy, niemal bezczelny w sposobie, w jaki czas odmówił odebrania mu dawnego uroku. Dokładnie takim go zapamiętała, może jedynie bardziej wyostrzonym przez dorosłość, przez lata obrastania w pewność siebie oraz tę specyficzną drapieżność. Znała go jeszcze wtedy, gdy potrafiła mieszać mu szyki samą złośliwością dziecięcych zgłosek, celowo wsadzaną między żebra niewinnych rozmów, aby obserwować później, jak marszczy gniewnie brwi nad kolejną błahostką. Był wtedy dobry — o, zdecydowanie zbyt dobry — skoro przez całe lata znosił jej małe okrucieństwa z cierpliwością godną świętego albo wyjątkowo upartego idioty.
Teraz jednak dobroć nie rzucała się w oczy równie mocno, co cała reszta.
Czarny garnitur leżał na nim niemal obscenicznie idealnie, opinając ramiona i sylwetkę; ciemna koszula przylegała doń tak dobrze, jakby materiał nauczono posłuszeństwa wyłącznie dla jego wygody. Wszystko w nim było uporządkowane, eleganckie, nieprzyzwoicie wręcz dopracowane. A mimo tego wzrok i tak uciekał wyżej — ku oczom, które pozostały dokładnie tak samo zgubne jak dawniej. Nadal miały w sobie coś ciepłego i bezwstydnie łagodnego zarazem, coś, przez co człowiek mimowolnie chciał przyglądać się im odrobinę zbyt długo, aż rozsądek zaczynał kaszleć z niesmakiem gdzieś w kącie świadomości.
Zawsze lubiłam zaskakiwać niedowiarków — zaśmiała się cicho, przeciągając słowa z tą niemal teatralną lekkością, jakby właśnie siedzieli przy stoliku gdzieś nad Sekwaną, a nie tutaj, pośród obłudy rekinów biznesu, łypających weń za błędami tego i tamtego — zazdrośnie siejących propagandy swej wielkości. Kiedy pochylił się ku niej, witając pocałunkiem przeciągniętym o sekundę dłużej, niż przewidywały martwe reguły salonowej kindersztuby, odruchowo wsparła dłoń na jego boku. — Mon dieu, kochanie… Paryż nigdy nie pozostawia kobiet samych sobie, łapie we wnyki i obłaskawia. Potem je tylko na chwilę wypuszcza, żeby móc za nimi tęsknićNoc miała być jakże lepsze, przy nim. Gest miał być zapewne niewinny, zwyczajny, niemal mechaniczny — lecz pod opuszkami poczuła ruch mięśni skrytych pod drogą tkaniną, ciepło bijące spod warstw materiału i tę nieprzyjemnie męską solidność, która zawsze działała na zmysły bardziej, niż chciała przed sobą przyznać.
Och, Theo. Ty parszywy, piękny diable.
A poza tym… wiesz, jak to jest z wielkimi romansami — Przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się spod wachlarza rzęs z tym rozleniwionym rozbawieniem. Dym snuł się wokół niej ciężko, leniwie, pachnąc obcym tytoniem przywiezionym jeszcze ze starego kontynentu — mocniejszym, bardziej gorzkim, pozbawionym tej kanadyjskiej miałkości, którą miejscowi próbowali nazywać luksusem. Smakował dokładnie tak, jak lubiła: nieprzyjemnie elegancko. — Trzeba odejść w odpowiednim momencie. Zanim ludzie zaczną przyzwyczajać się do twojej obecności, zanim przestaną za tobą odwracać głowy... Francuzi mają talent do sztuki, ale jeszcze większy do przesady. Jeszcze chwila, a zaczęliby pisać o mnie smutne piosenki przy winie. Nie mogłam do tego dopuścić.
Palił? Naturalnie, że palił. Tacy jak oni nigdy nie pytali o pozwolenie na cudze używki, przestrzeń czy uwagę; wychowywano ich przecież nie do próśb, a do brania pełnymi garściami, choćby przy okazji należało nadepnąć komuś na gardło. Od dziecka odstępowali od rodzinnych ideałów zbyt wyraźnie, zbyt bezczelnie, aby dało się wtłoczyć ich w ramy grzecznych dziedziców nazwisk oraz majątków. Tamci — starsi, poprawni, sztywno przywiązani do zasad — byli śmiertelnie nudni. Oni natomiast pozostawali dwojako interesujący; trochę zgubni, trochę fascynujący, dokładnie na tyle, by rozsądek zaczynał nieprzyjemnie trzeszczeć.
Jeśli więc chciał, dała mu bez słowa.
Przekręciła papierosa między palcami z niemal ostentacyjną powolnością, pozwalając, by żar zatańczył krótko w półmroku, nim wsunęła go między jego rozleniwione wargi. — Więc wróciłam. Trochę z litości dla Paryża… a trochę z ciekawości, czy tutaj jeszcze ktoś pamięta, jak się za mną tęskni — mruknęła smutno, jakby w chciwym letargu zamyślenia — samotności, wzgardzając na chwilę podziwianiem jego persony. Wsparła łokcie o balustradę, uciekając wejrzeniem w podświetlone dróżki w ogrodzie, na róże wyglądające jakby martwo — kim się stał? — Słyszałam, że kogoś masz... — rzuciła nieznacznie własne widełki uszczypliwości, nie znając faktyczności prawdy. Do odważnych świat należy, a postępujący uśmiech na twarzy wydarł manierę powagi. — Która jest szczęściarą, prócz pracy, hm?Spowiadaj się, klęknij, mój diable.

Theodore Tellier
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Aksamitna czerń nakryła ogród państwa de Villiers ciemnym woalem, a zza chmur raz po raz wyłaniał się księżyc dyskretnie obserwujący ponowne spotkanie dawnych kochanków przyjaciół dusz. Owady kryjące się w trawach i zaroślach wygrywały pulsujący, elektryczny rytm zdający się zgrywać z drżeniem serca Telliera. Theodore nie był człowiekiem, który wierzył w przeznaczenie, znaki czy moc kosmosu, lecz ponowne spotkanie Francesci w takiej scenerii wydawało się zbyt nierealne, by można je było wyjaśnić zwykłym przypadkiem. Wydało się, że fatum kreśli kolejny dramat wystawiając swoich bohaterów na próbę, a Theodore nie wiedział, czy jego serce było gotowe na jeszcze jedno wyzwanie.
W pamięci wciąż nosił żywe wspomnienia ich przyjaźni, która niespostrzeżenie przerodziła się w niebezpieczny, wyrachowany flirt rozgrywany tuż pod nosem rodziców i ich wpływowych znajomych. Najpierw pojawiła się cicha nić porozumienia – wymowne spojrzenia, trącenia kolanem o kolano, uścisk palców na ramieniu, gdy ktoś po raz kolejny powiedział coś niedorzecznego. Lecz z czasem ich oczy zaczynały się spotykać o wiele częściej, niż było to konieczne, nie po to, by upewnić się, że oboje widzą coś, czym wzgardzają, lecz po to, by móc bez skrępowania obserwować siebie nawzajem. Theodore śledził bacznie jej ruchy – sposób poruszania się, elegancką gestykulację, ruch zakładania nogi na nogę, gdy Frankie siadała na kanapie naprzeciw niego w spódnicy przyciągającej nie tylko jego spojrzenie. A potem ich dotyk – początkowo będący jedynie sygnałem, że wydarzyło się coś wartego omówienia w cztery oczy – stał się nieco za bardzo przeciągnięty. Trwał o sekundę lub dwie dłużej, niż powinien, albo pojawiał się pod pretekstem strzepnięcia z ubrania nieistniejącego paproszka. Czasem podczas obiadu czuł jak jej stopa gładzi jego łydkę, więc odwzajemniał się głaszcząc dłonią jej udo pod blatem stołu w trakcie wciąż trwającego posiłku. Było coś perwersyjnego i szczeniącego w ich zagrywkach, które toczyły się na widoku, lecz poza świadomością pozostałych zebranych. I Boże… to było tak cholernie dobre. Do tego stopnia, że Theo aż polubił te głupie spotkania i zaczął uczęszczać na nie bez zbędnego marudzenia.
Aż w końcu ich wygłupy zaprowadziły ich do miejsca, do którego oboje pragnęli się zbliżyć, i Theo po niewczasie zdał sobie sprawę, że dla niego to nie była tylko gra.
A później Francesca oznajmiła mu, że wyjeżdża do Paryża i cała odwaga, którą zdołał w sobie zebrać, by w końcu wyjawić swoje uczucia umknęła.
Frankie, to wspaniale, tak bardzo się cieszę.
Choć minęło pięć lat podczas których Theo zdołał ugasić pożar panujący w jego sercu, to wystarczyła chwila, by dawne napięcie i uczucia ponownie się w nim rozżarzyły. Choć jego usta nie dotykały już miękkiej skóry policzka Francesci wciąż czuły jej fakturę i ciepło, a uścisk jej dłoni na ramieniu wydawał się parzyć nawet przez warstwę ubrań. Czuł jak jego spojrzenie staje się ciężkie i intensywne, gdy obserwował jej teatralne ruchy, lecz nie potrafił temu zapobiec. Temperament Frankie wydawał się zaostrzony przez lata spędzone w Paryżu, a maniera jeszcze bardziej wyrafinowana, jakby zyskała pewność, że przyciąga spojrzenia i nauczyła się wykorzystywać ten fakt z okrutną świadomością. A jednak pod tą warstwą odnajdywał cień dawnej przyjaciółki – zbyt inteligentnej i wrażliwej na to środowisko, w którym przyszło im się obracać.
Trzeba odejść w odpowiednim momencie. Zanim ludzie zaczną przyzwyczajać się do twojej obecności, zanim przestaną za tobą odwracać głowy...
Śmiech pozbawiony wesołości wyrwał się z jego piersi i rozniósł po pustym tarasie, a uczucie ponurej satysfakcji zaszczepiło się w jego klatce piersiowej. Lepiej żyło się ze świadomością, że nie tylko on doświadczył tego na własnej skórze. Nie odpowiedział jednak nic, rozchyliwszy jedynie usta, by mogła wsunąć pomiędzy nie papierosa. Czuł muśniecia jej palców na ustach, co dawało mu to o wiele więcej satysfakcji niż sama używka.
– Och tak? I myślisz, że Paryż będzie Ci wdzięczny za to, że go uwolniłaś? – Zapytał bez uszczypliwości wypuszczając smugę dymu. – Twój wyjazd to zapewne starta dla niego, ale pożytek dla Kanady. – Czuł zapach perfum brunetki wdzierający się do nozdrzy, w których jego wyczulony zmysł rozróżnił jaśmin, goździki i różowy pieprz, mieszające się z ciężkim aromatem tytoniu. Jej długie włosy powiewały na ciepłym, późnoletnim wietrze łaskocząc mankiety jego marynarki oparte o balustradę blisko jej rąk.
Uniósł brew w zaskoczeniu, gdy usłyszał jej pytanie. Nie sądził, by jego życie uczuciowe było omawiane na salonach, bo zdecydowanie nie był na tyle ważny lecz teza rzucona w pytaniu nie była jednak daleka od prawdy – spotykał się z kimś. Z uroczą Megan, która zdecydowanie była gotowa nazwać ich relacje czymś więc niż niezobowiązującą znajomością, lecz Theo wygodnie tego nie dostrzegał tłumacząc sobie, że ich znajomość była zbyt młoda na deklaracje. Tak jakby kiedykolwiek był do nich skłonny.
– Uwierz, żadna z niej szczęściara – wyznał zgodnie z prawdą. Nie czuł żadnego przywiązania wobec kobiety, z którą widywał się od czterech miesięcy, czego nie mógł powiedzieć o tej, która zniknęła na całe pięć lat i teraz stała tuż obok niego.
– Jestem pewien, że bez trudu znajdziesz tu kogoś, kto się za Tobą stęsknił. –

Francesca de Villiers
gall anonim
30 y/o
For good luck!
172 cm
artystka, reżyser Meridian Arts Centre
Awatar użytkownika
“There is no exquisite beauty… without some strangeness in the proportion.”
— Edgar Allan Poe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

L’absence ni le temps ne sont rien quand on aime.
Ani nieobecność, ani czas nie znaczą nic, kiedy się kocha.
Brzmiało to jak cudze wyznanie zasłyszane mimochodem zza uchylonych drzwi — nazbyt miękkie, nazbyt francuskie, by mogło należeć do niej bez reszty, a jednak tkwiło pod skórą uparcie, wracało przy bezsenności i w chwilach ciszy tak gęstej, że aż dzwoniło od niewypowiedzianych słów. Była przecież kobietą stworzoną raczej do znikania niż pozostawania; do urywania nici tuż przed ich ostatecznym splątaniem. Wchodziła ludziom w życie bezszelestnie i równie bezszelestnie z niego uchodziła, zostawiając po sobie nieporządek, którego nikt nie potrafił nazwać wprost — jakby samo wspomnienie jej obecności nie miało prawa zostać wypowiedziane na głos. Dawniej wmawiała sobie, że był to wybór. Akt wolności. Wyjście z domu z podniesioną głową, z oddechem ciężkim od długo odkładanej odwagi i biletem ku Francji wsuniętym między strony książki, by nie rzucał się w oczy. Chciała zaznać życia, które należałoby do niej — nie do rodziny, nie do nazwiska, nie do ludzi gotowych planować za nią przyszłość niczym kolejne ustawienie porcelany na stole. Chciała raz jeden nie być dla innych.
Właśnie dla siebie okazała się najbardziej bezlitosna.
Francja smakowała winem i samotnością. Miała kolor chłodnych poranków rozlewających się po kamiennych parapetach i zapach perfum mieszających się z papierosowym dymem w kawiarniach, gdzie nikt nie znał jej nazwiska. Pozwalała być obcą. Pozwalała być nikim. Było to upojne i straszne zarazem — odkrywać, jak łatwo odrzeć się z dawnej wersji siebie, kiedy nikt nie pamięta, kim było się wcześniej. Im dalej odjeżdżała, tym wyraźniej zabierała ze sobą to, od czego próbowała uciec.
Theo.
Najdotkliwsze w nim było właśnie to, że nigdy nie musiał wołać. Nie potrzebował listów pisanych błagalnym atramentem ani wielkich gestów, które zapadłyby w pamięć jak scena z przesadnie sentymentalnej opery. Po prostu był. Jak coś niezbywalnego; jak światło pod drzwiami rodzinnego domu późnym wieczorem. Jak głos, którego nie trzeba było szukać, bo istniał zawsze gdzieś obok — nawet wtedy, gdy rozdzielały ich granice, miesiące i jej własny upór.
Zbyt późno pojęła, że znaczył dla niej więcej niż pozwalała sobie przyznać. Że zrobił więcej, niż kiedykolwiek wypowiedziała na głos wdzięcznością. Że trwał przy niej z cierpliwością nieprzyzwoicie cichą wobec świata, który przecież dawno nauczył wszystkich odchodzić szybciej. A ona właśnie jego zostawiła najłatwiej. Bez dramatycznego pożegnania. Bez oglądania się przez ramię. Jakby mogła odłożyć jego obecność między rzeczy tymczasowe i wrócić po nią później, kiedy już nacieszy się własnym wyborem.
Jakież to było pyszałkowate.
Jakież bezczelne wierzyć, że można wyjechać na miesiące — potem na lata — i pozostawić człowieka zawieszonego dokładnie tam, gdzie stał ostatnim razem, cierpliwego jak zakładka między stronami ulubionej powieści.
Przepraszam, Theoś.
Przepraszam.
Oczekuje uwagi, zachwytu, oddania… dokładnie jak piękny mężczyzna, który zbyt długo słyszał komplementy — Debatowała z sobą samą półgłosem, gubiąc sens pomiędzy jednym zdaniem a następnym, jak gdyby każde kolejne słowo miało przynieść rozwiązanie, którego wcale nie chciała odnaleźć. Mówiła więc więcej, niż było trzeba — o rzeczach błahych, o sprawach nieistotnych, o wszystkim i o niczym — tylko po to, by nie dopuścić do ciszy, bo cisza przy nim bywała nazbyt uczciwa. — Wyobrażam sobie dąsy i obrażoną minę — źle znosi, kiedy kobieta sama decyduje o finale romansu — palcami wybiła niemość ukochanej Etiudy E-dur op. 10 nr 3 spod kompozycji Chopina; zaraz u celu podróży zagarnęła jego szklanice z trunkiem, upijając zdawkowy łyk. Wydawało się, że brakuje jej tchu — jakby powietrze zamierzało stłamsić rozgrywki emocjonalne i bajecznie odciąć ją od rzeczywistości na chwil kilka. — Ale skoro pytasz… to chyba nie o Paryż jesteś zazdrosny, hm?
Pamięć zrobiła resztę bez pytania.
Widziała ich gdzie indziej; poza dusznym salonem i poza teraźniejszością. Zalegali na trawie w ogrodzie, pośród letniego rozleniwienia, z policzkami rozgrzanymi słońcem i skrawkami rozmów rwącymi się pomiędzy śmiechem. Albo zamykali się w jej pokoju, odcięci od reszty domu grubą linią drzwi, kreatywnie gospodarując sobie czas w ten naiwny sposób, w jaki czynią to ludzie młodzi i przekonani, że świat jeszcze chwilę poczeka. Czasem z książką rozłożoną pomiędzy nimi; czasem z szachownicą, której partii nigdy nie kończyli; czasem bez żadnego pretekstu.
I bywało intensywniej.
Wybiórczo. Przelotnie. Jakby każde z nich udawało przed drugim, że nic szczególnego się nie dzieje.
Ach — jego pocałunki.
Sama myśl o nich była nieprzyzwoicie żywa.
SzczęściaraPrzybywa z Tobą, dzisiaj? Tutaj? Uśmiechnęła się, stawiając na swoim z zasady — nadzwyczajnie podtrzymując parafrazy ostatecznego wyroku w ich urokliwej formie wymiany postronności. Anegdotki rzucane przypadkowo zawsze działały — wybacz nieczyste zagrywki, Theo — bywała doprawdy złą kobietą, fatalną. — Twoje szczęście jest moim, niech dobrze traktuje mojego przyjaciela — Dopóki nie złamie Ci serduszka, wtedy zamierzała przeistoczyć się w prawdziwego diabła dewastacji kobiecych włosów. Wyrwie kłaki z cebulkami, wspaniała myśl. — Ja równieżtęskniłam. No proszę, najwidoczniej wcześniej wypity alkohol wygodnie rozszerzał chęci propagowania prawdy, cóż, uroki słabszej głowy. Westchnęła nieporadnie, pustoszącą zasobność jego szklanki, biada Ci Fran, biada.

Theodore Tellier
MinnieMouse
dogadajmy się, a będzie dobrze <3
34 y/o
For good luck!
192 cm
Senior Product Developer pepsico
Awatar użytkownika
It's forever, right?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przepadał za towarzystwem Franceski.
Za jej ognistą charyzmą, którą okazywała, gdy angażowała się w jakiś temat – w opowieści o teatrze czy kostiumach, graniu na pianinie, seksie. Za tą komfortową ciszą, w której niejednokrotnie tkwili, pełnej wyrozumiałości do siebie nawzajem. Theodore zawsze odnosił wrażenie, że prześlizguje się przez życie, tak jak słaby uczeń w szkole, który za pomocą odrobiny szczęścia zdaje z klasy do klasy. Lecz panna de Villiers wydawała się zmuszać świat do tego, by kręcił się wokół niej, traktując go jak zwykłą scenografię, a ludzi jak aktorów w sztuce swojego życia. Tellier chętnie przyjął rolę, którą dostał i po raz pierwszy od dawna w końcu poczuł. Wybudził się z tego przeklętego letargu, w którym spędził większość swojego życia. Lecz niestety rola okazała się raptem trzecioplanowa. Stracił ją, gdy wyjechała do przeklętego Paryża.
Ale wróciła. Znów tu była. Na wyciągnięcie ręki. Grając swoją rolę pierwszoplanową – wbijając palcami niewidzialne klawisze pianina, kradnąc mu szklankę i wypijając jego alkohol. Rozprawiając o Paryżu jak o kochanku, któremu Theo jednocześnie współczuł z powodu porzucenia, jak i cieszył się, że został przez nią zostawiony. To było jak wyrównanie rachunków.
Wydmuchał dym w stronę ciemnego nieba i przymknął na chwilę oczy.


Jestem zazdrosny o każdą sekundę, której nie poświęcasz mi.

– Jestem po prostu ciekawy – odparł lekko kierując głowę w jej stronę i przeciągając spojrzeniem po jej profilu. Te drobne ramiona, ta odsłonięta łabędzia szyja i piersi falujące w czułym objęciu gorsetu. Niech cię diabli, Francesco de Villiers.
Otworzył usta, aby zaprotestować po raz kolejny. Megan nie jest szczęściarą. Jakże by mogła, skoro znaczyła dla niego tak niewiele? Skoro nagle stała się problemem oddzielającym go od Franceski? Miał ochotę zaprzeczać z całych sił, paść przed dziewczyną na kolana i zapewniać ją, że ona, tamta druga, nic nie znaczyła. Prosić o to, by dała mu szansę na ponowne zbliżenie się do niej – wsunięcie głowy pomiędzy jej miękkie uda; szeptanie jej czułych, francuskich ust wprost do ucha; słuchaniu jej przez godziny; przebywaniem w jej towarzystwie w ciszy. Był gotów się upodlić, byle znów spróbować odtworzyć tamto, co było. To sprzed Paryża.
Jednak to byłoby miałkie i niesprawiedliwe w stosunku do Megan Frankie, która nie powinna myśleć, że w jego życiu był ktoś ważniejszy od niej.
– To ja powinienem lepiej ją potraktować – przyznał. – Lecz obiektywnie, najlepsza opcja dla niej, nie uczyni jej szczęśliwą. – Zabębnił palcami w balustradę, jakby nerwowość i zniecierpliwienie brały nad nim górę, a przecież był mężczyzną opanowanym, słynął ze swojego spokoju i stoicyzmu. Wiedział, jak powinien się zachować w stosunku do obu kobiet, jak po dżentelmeńsku wybrnąć z tej zagmatwanej sytuacji. Ale obecność brunetki budziła w nim uczucia, które, jak naiwnie wierzył, były już dawno pogrzebane. I zdał sobie sprawę, że Francesca nie była chwilową zachcianką.


Ja również. Och, tak? Czy wystarczyłoby Ci, że tęsknił za Tobą właśnie on, Theodore Tellier?

– Skończył się nam alkohol i papieros – zauważył. Nawet nie zorientował się, kiedy zdążyli wypalić, nie pamiętał ostatniego zaciągnięcia. Na ustach wciąż czuł palce podkładające mu fajkę do ust i cholernie doskwierał mu brak ich obecności.
Przez chwilę wpatrywał się w ciemny ogród, a jego twarz wydawała się napięta i nieobecna, niczym u człowieka, który toczył jakąś wewnętrzną bitwę. Trwało to raptem kilka sekund, po czym odepchnął się od barierki i stanął za kobietą, górując nad nią wzrostem i posturą. Na tle jego szerokiej piersi wydawała się drobniejsza niż zwykle. Ostrożnie poprawił zupełnie nienaruszoną kokardkę na jej ramieniu, a palce muskały skórę odrobinę dłużej niż było to konieczne. Tak cudownie miękka. Brakowało mu tego.
– Masz ochotę na więcej? –

Francesca de Villiers
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”