A little tenderness, gotta treat her right
She will be there for you, takin' good care of you
Ojczysta ziemia cuchnęła wspomnieniem rozkładającym się pod warstwą perfumowanej nostalgii; mdłym aromatem mleka, starych desek i ludzi, którzy nigdy nie odważyli się pragnąć więcej, niż pozwalała im długość rodzinnego stołu. Pięć lat francuskiej obczyzny wypaczyło ją pięknie, niemal artystycznie ― rozciągnęło głód pod żebrami niczym wygłodniałą bestię uczoną smaku lepszych win, ostrzejszych rozmów i spojrzeń tak ciężkich od intelektualnej pychy, że człowiek czuł się przy nich albo wybitny, albo martwy. Tam nauczyła się oddychać pełniej, łapczywiej; tam ciało przestało być jedynie biologicznym obowiązkiem, a stało się narzędziem ekspresji, dominacji, czasem nawet okrutnej gry.
Prawością i szacunkiem do niej samej.
Już niemal zapomniała, jak nieznośnie duszne bywały pokoje rodzinnej posiadłości — przesycone ciężarem drogich perfum, gorącem świec oraz mdlącą wonią wyprasowanej elegancji, której wymagano od każdego przekraczającego marmurowe progi salonów. Jeszcze bardziej wyparła z pamięci te wszystkie nagłe spotkania biznesowe rodziców, organizowane z kapryśną częstotliwością ludzi bogatych i przekonanych o własnej nieomylności; widowiska, podczas których starsze rodzeństwo odgrywało role idealnych sukcesorów fortuny, częstując partnerów interesów wyuczonym sourire éclatant, przyklejonym do twarzy tak sztucznie, iż momentami zdawało się niemal pękać na kantach policzków.
Znowu czuła się w tym wszystkim bardziej dekoracją niż uczestniczką wydarzenia — drogocennym dodatkiem do rodzinnego prestiżu, ustawionym przy kieliszkach kryształowego szampana niby kolejna antyczna rzeźba. Przerobiony własnoręcznie gorset bezlitośnie wypalał jej powietrze z płuc, drażniąc skórę przy każdym głębszym oddechu; złośliwa konstrukcja fiszbin wbijała się w ciało z niemal personalną satysfakcją. Miękko opadające na ramiona perłowe łańcuszki przywracały jej odrobinę życia, chłodnym dotykiem odciągając uwagę od niewygody. Delikatne wiązania przy ramiączkach oraz śmiałe wycięcia w talii nadawały sylwetce subtelnej kokieterii — balansującej gdzieś pomiędzy arystokratyczną elegancją a gotycką finezją, którą matka zapewne określiłaby z nieskrywaną pogardą mianem "artystycznej fanaberii".
Nudziła się potwornie. Z uprzejmym uśmiechem raczyła rozmową jakąś kobietę w wieku matki. Tamta wypytywała ją pokracznie o przystojnych mężczyzn, o romanse, o sekrety serca — doprawdy rozczulająca maniera kobiet postępowych, które po kilku lampkach wina uznawały własną wścibskość za objaw nowoczesności i wyzwolenia. — Proszę wybaczyć... — szepnęła, podstawiając do rozmowy kelnerkę z przystawkami. Ledwie powstrzymywała się przed przewróceniem oczami; zakasując opadającą satynę spódnicy powędrowała dalej ku wyzwolenia ogrodu — tak bardzo potrzebowała nikotyny.
Bucior zarył przeciągle o kamienną posadzkę oddalonego tarasu, wydając z siebie nieprzyjemny pisk zdradzający więcej frustracji, niż życzyłaby sobie okazywać publicznie. Naturalnie nie była sama. Bo przecież ten przeklęty dom zdawał się oddychać ludźmi; wypluwał ich z każdego korytarza, zza każdych ciężkich drzwi i aksamitnych kotar, nie pozostawiając ani odrobiny upragnionej prywatności. Kąśliwość odnalazła ulgę dopiero w drobnym akcie niesubordynacji. Statecznie, z niemal arystokratyczną godnością, wsunęła palce za koronkę stanika, skąd wyłowiła pojedynczego papierosa ukrytego tam wcześniej z przezornością godną przemytnika. Walić głupie zasady. Walić matczyne uwagi o „niekobiecej manierze” i ojcowskie spojrzenia pełne chłodnego rozczarowania, ilekroć łapano ją na podobnych przywarach. Gdyby już miała konać dziś od nadmiaru konwenansów, zamierzała przynajmniej zrobić to z nikotyną drażniącą płuca i smakiem buntu osiadającym cierpko na języku. Perłowe łańcuszki zatańczyły cicho przy ruchu ramion, muskając odkrytą skórę chłodem niemal kojącym. Oparła się biodrem o balustradę, zerkając ukradkiem ku nieproszonemu świadkowi swej ucieczki od salonowej farsy. Cóż za tragiczna ironia — nawet chwila samotnego zepsucia wymagała dziś publiczności.
— Désolé pour la confusion... Och, Theo? — zdziwiła się, westchnęła — cokolwiek mniej obyczajowego, naturalne zdziwienie przejęło pełnię woli. Szczerze mówić... Nigdy by nie poznała go, tak dziwnie się zmienił. — Znowuż skazali Cię na towarzyską męczarnię? — Tęskniłeś?
Theodore Tellier