ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Był niezadowolony i miał do tego pełne prawo.
Jakim cudem skończyło mu się awokado? Był pewien, że idąc trzy dni wcześniej do sklepu zrobił zapas wystarczający na co najmniej tydzień.
A jednak z jakiegoś powodu zabrakło mu tego składnika, przez co nie mógł zjeść śniadania, które zaczynało jego poranek niezmiennie od jakichś dwóch lat. Brzmiało absurdalnie, a jednak wystarczająco, by go podminować. Nie zapowiadało się na wybuch, ale nawet Aaron nie mógł być tego pewien. Chociaż z natury bezkonfliktowy, miewał swoje humory.
Na dodatek dzisiaj miał poznać swojego przyszłego partnera na Bóg wie jeden ile. Zazwyczaj parowano ich w policji na ładnych kilka lat, jeśli tylko nie pojawił się większy konflikt, który mógł utrudnić pracę wszystkim i narazić na szwank kolejne sprawy. Nie chciał zrobić złego wrażenia i z miejsca wyjść na jakiegoś gbura.
Odetchnął trzy razy. Może powinien wpaść do jakiejś knajpy na szybka kanapkę, zamiast pakować się do nowego wydziału na głodniaka? To nigdy nie wróżyło dobrze i w jednym momencie człowiek mógł przerodzić się w prawdziwą bestię, plując jadem na prawo i lewo.
Jak pomyślał, tak zrobił i zaledwie pół godziny później, zadowolony z życia i z zaspokojonymi wystarczająco kubkami smakowymi, skierował się w stronę komisariatu policji.
Wszedł do środka, witając się ze znajomymi osobami. Wpakował się do windy, wybierając odpowiednie piętro, na którym od dzisiaj miał urzędować.
Zabawne, że wydawało mu się, iż dobrze zna to miejsce. Pracował tu już jakiś czas, a jednak istniały kondygnacje i pomieszczenia, do których nijak nie było mu po drodze.
Teraz, idąc korytarzem, nie rozpoznawał nawet twarzy, odnosząc wrażenie, że znajduje się w zupełnie innym komisariacie, co tylko potęgowało uczucie lekkiego zagubienia, które towarzyszyło mu kilka lat wcześniej, gdy został “świeżakiem”. Teraz, w tym wydziale, również miał za takiego uchodzić.
Szybko znalazł się w gabinecie swojego przełożonego. Panował tu znacznie większy bałagan, niż u jego poprzedniego szefa, co nasuwało dwa stwierdzenia - albo zwierzchnik był bałaganiarzem, albo prowadzono tu znacznie więcej spraw, którym daleko było do szybkiego rozwiązania.
Krótka wymiana uprzejmości, kilka pytań i uwag, i ostatecznie aaron mógł stanąć oko w oko z młodym mężczyzną, który miał od tej chwili pełnić rolę partnera na dobre i na złe.
Z tym, że w chwili, w której ujrzał jego twarz wiedział, że druga opcja była bardziej adekwatna.
-Co do kurwy? - Rzucił z pełnym profesjonalizmem.

Grunt to dobre wrażenie.
Żeby jeszcze miał zamiar je robić na personie, która przed nim stanęła.
Rozpoznałby tę blond czuprynę wszędzie. Wrzód na dupie, jakich mało. Aż się krzesłem przywalić chciało, deformując twarz. Może wtedy Blackwoodowi łatwiej byłoby na nią patrzeć.
-Jakiś problem? - usłyszał głos przełożonego.
Oczywiście, że tak! Miał pracować z bufonem. Za jakie grzechy?
-Nie, wszystko w porządku - skłamał. Bo co miał powiedzieć? Z miejsca odmówić współpracy, kiedy ledwo go tu przeniesiono? - Ekspresywna reakcja na urok nowego partnera.
Och, był pewien, że to wszystko, cała ta otoczka, cała zmiana wydziału i wybór partnera były spiskiem uknutym przez jego poprzedniego szefa. Z całej pizdy chciał go udupić.
Trzeba było jednak nie załazić mu za skórę.
Mściwy kutas.

Ricky O'Hara
Mua
narracji pierwszoosobowej, nierealnych sytuacji, postaci do porzygu idealnych
30 y/o
For good luck!
183 cm
detektyw wydziału zabójstw i zaginięć Toronto Police Service
Awatar użytkownika
I've lost my goddamn mind, it happens all the time; I can't believe I'm actually meant to be here; trying to consume, the drug in me is you and I'm so high on misery, can't you see?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

{ 1 }
Poranek Ricky’ego nie należał do najlżejszych.
Pomięta karteczka samoprzylepna z napisanym chwiejnym pismem „KUP KAWĘ” z pięcioma wykrzyknikami w każdej chwili groziła spadnięciem z lodówki. Klej już dawno przestał dobrze trzymać i gdyby nie magnes z cycatą syreną, to pewnie dawno by już gdzieś odpadła; nie żeby jej obecność cokolwiek zmieniała, bo Ricky i tak od paru dni zapominał o tej cholernej kawie i przez to wychodził z domu w bardzo paskudnym nastroju, a to zdarzało mu się raczej rzadko.
Może brak kofeiny nie dokuczałby mu aż tak dotkliwie gdyby nie fakt, że O’Hara był też zwyczajnie głodny jak cholera, a wszyscy, którzy z nim pracowali, mogli potwierdzić, że głodny O’Hara to wrzód na dupie bardziej niż zwykle.
W dodatku ciągle nie mógł przeboleć odejścia detektywa Delacroix na wczesną emeryturę, chociaż wcale nie zamierzał przyznawać tego głośno. Stary zgred narzekał na niego jak na plagi egipskie, opierdalał na każdym kroku, a potylica Ricky’ego była już pewnie wgnieciona od tych wszystkich plasków, które jego starszy partner mu sprzedawał w ramach przywołania do porządku, ale… to właśnie on prowadził go za rączkę od pierwszego dnia w wydziale zabójstw. I czasami zdawało się, że pod tą oschłością w kierunku O’Hary kryje się prawdziwa, niemal ojcowska troska.
Ostatnie dwa tygodnie były ciężkie. Sprawy, które prowadził Delacroix, zostały w większości oddelegowane innym, bardziej doświadczonym duetom, a Ricky został bez przydziału i trochę snuł się po komisariacie jak smród po gaciach, pijąc kawę, wkurzając kolegów po fachu i próbując się przydać tu i ówdzie, ale średnio mu to wychodziło.
Nic dziwnego, że wieść o znalezieniu mu tak prędko nowego partnera tchnęła w niego nowe chęci. Nie tylko dlatego, że w końcu dostanie jakiś normalny przydział i będzie mógł się skupić na sprawie, ale też dlatego, że jego partner miał być świeżakiem — a do tej pory to Ricky był najświeższym nabytkiem w szeregach homicide & missing persons, więc jego pozycja w łańcuchu pokarmowym miała się znacznie poprawić.
Zapach kawy uderzył go w nozdrza od wejścia na komisariat.
Jak tam, Cheryl? — zagadnął sekretarkę, która wyglądała za swoim biurkiem zupełnie nie na miejscu w wydekoltowanej bluzce i długich tipsach, w których wyjątkowo sprawnie stukała w klawiaturę komputera. — Dalej musisz sama płacić za swoje pazy?
Spierdalaj, Richie.
Soczyste, słodziutkie, okraszone wyciągniętym środkowym palcem „spierdalaj” nie wkurzyło go, a wręcz przeciwnie — trochę poprawiło mu humor. Cmoknął w kierunku kobiety i w drodze do windy zajumał jej z biurka kubek ze świeżo zaparzoną kawą.
Też cię kocham, Cher!
Kradziona kawa oczywiście zawsze smakowała lepiej, zwłaszcza ta od Cheryl. Prawdopodobnie jej kolekcja syropów smakowych, ukryta w szufladzie na dokumenty, miała z tym coś wspólnego, ale Ricky nie zamierzał zdradzać jej tajemnicy.
Pod gabinet przełożonego dotarł chyba akurat w momencie, gdy ten chciał go wywołać. Ricky przygładził tlenione włosy (żeby jeszcze serio miał co przygładzać), przywołał na twarz szeroki uśmiech, a resztkę kawy wylał do zmarnowanego kwiatka na drucianym stojaku. Kubka nie zdążył się pozbyć, więc schował go za plecami, ale kiedy tylko zaproszono go do środka, naczynie dramatycznie wypadło mu z dłoni.
W pierwszej chwili pomyślał tylko o tym, że będzie musiał odkupić Cheryl kubek.
O’Hara, chyba kojarzysz Blackwooda, co?
Kojarzę? To mało, kur… znaczy, tak, sir, przecięliśmy się już.
O, doprawdy?
Mhm. — Ricky pokiwał głową z takim entuzjazmem, że aż zakręciło mu się w głowie. — Przy sprawie zabójstwa tego dziwkarza-…
O’Hara, język. Chociaż raz byś udawał, że jesteś profesjonalistą, do kurwy nędzy.
Tak, sir. Przy sprawie zabójstwa tego sutenera-narkomana, co podejrzewaliśmy przedawkowanie, a wyszło, że jednak był udział osób trzecich.
Żeby tylko w tych okolicznościach miał okazję przeciąć się z Blackwoodem…
W każdym razie, skoro formalności i uprzejmości mamy za sobą, to może łaskawie oprowadziłbyś Blackwooda po wydziale? Dostał biurko obok twojego.
Oczy-kurwa-wiście.
Tak, sir.
Jakieś pytania? Wnioski? Zażalenia? — Sierżant Hayes zmierzył ich obu takim wzrokiem, jakby najdrobniejsze skrzywienie miało wywołać u niego co najmniej atak furii. Klasnął w dłonie tak głośno, że O’Hara aż się wzdrygnął. — Nie? To świetnie. O’Hara, z łaski swojej, skocz z Blackwoodem do IT, niech przydzielą mu dostępy i te inne gówna, nie mam czasu was niańczyć. Dzisiaj czysto organizacyjnie, jutro pewnie dostaniecie przydział. No co, panienki, na oklaski czekacie? I nie zapomnij tych skorup, łamago.
Ricky przewrócił oczami, ale sierżant nie mógł już tego dostrzec. Szybko pozbierał szczątki kubka i już za drzwiami gabinetu rzucił złe spojrzenie swojemu nowemu partnerowi.
Czego ty tu, kurwa, szukasz, Blackwood?


💀Aaron Blackwood💀
twój stary pijany
nie lubię schizy, nudy i braku akapitów, ukocham za poprawną składnię i pchanie fabuły do przodu
29 y/o
For good luck!
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Do tej chwili nie podejrzewał swojego poprzedniego szefa o takie skurwesyństwo. Jasne, był nieprzyjemny, dość sporo energii tracił na utrudnianie Aaronowi życia, przyczepiając się do niemal wszystkiego podczas każdej sprawy, w której Blackwood brał udział oraz próbach pozbycia się go z jednostki w sposób spektakularny (serio chciał go zwolnić, ale nie miał podstaw), niemniej nie sądził, że tuż po ostatecznym przeniesieniu (co niby było awansem, ale Azjata doskonale wiedział, w czym tkwił szkopuł), Stanley postara się, by zmiana nie była dla niego zbawieniem.
Wręcz przeciwnie. Miała być karą, bo nie wierzył, że obaj szefowie wydziałów wcześniej ze sobą nie rozmawiali. Aż tak w karmę nie wierzył, a i nie miał niczego złego na sumieniu, żeby się obawiać jej kurestwa. tym bardziej przekonany był, że Stan postarał się jak mógł, by Blackwood trafił pod skrzydła kogoś, kto sam tych skrzydeł potrzebował.
Bo co to za pomysł, żeby wsadzać go do tego samego duetu, co O’Hara, który ledwo co nauczył się sam podcierać sobie dupsko (nie to, żeby aaron był młodszy, ale wypierał ten fakt ilekroć mógł).
Wodził wzrokiem od sierżanta do swojego nowego partnera. Ach, jakże ewidentna była satysfakcja na twarzy starszego stopniem mężczyzny. Wewnętrznie zaśmiewał się do rozpuku, mogąc być świadkiem tak radosnego i ochoczego powitania dwóch od teraz pracujących ze sobą osób. Cyrk jakich mało.
Szkoda, że Blackwood nie mógł się poszczycić równie dobrym humorem, który został pociągnięty w dół. Zaczynała go boleć od tego wszystkiego głowa.
Skrzywił się jawnie, jakby w gówno wdepnął, kiedy Ricky miał zostać jego przewodnikiem. Czy Hayes był świadom, że to nie mogło się dobrze skończyć? A może liczył na przemeblowanie kuchni, gabinetów, czy innych stanowisk pracy? Bo jeśli tak, to w tej kwestii na Aarona i Rickiego Martina mógł liczyć.
W sprawach profesjonalnych, zdecydowanie nie.
-Z pewnością nie ciebie i twojej mordy, więc jeśli liczyłeś, na skoki radości na twój widok to soraski, ale nie ten zamek księżniczko - odpowiedział.
No bo spójrzcie tylko na niego - blondasek, do tego taki malutki (bo 3-4 cm różnicy we wzroście był niczym dystans pomiędzy ziemią i księżycem). I zachowywał się jak baba. Tylko koronę na łeb wsadzić i przyodziać w kieckę.
-Kiedy wykończyłeś swojego poprzedniego partnera, co? A może sam odszedł wiedząc, że gówno będzie z tej współpracy? - skomentował, bo przecież nie mógł milczeć. Tak byłoby profesjonalniej, ale ich relacja była swoista.
Nie czekając na swojego towarzysza, skierował się ku pokoju socjalnemu, gdzie liczył znaleźć kawę. Pewnie lura jakich mało, ale zawsze jakaś kofeina.
Czy wiedział gdzie idzie? Średnio, ale liczył, że intuicja go nie zawiedzie, a rozkład pomieszczeń okaże się podobny do tych, jaki był w narkotykowym.

Ricky O'Hara
Mua
narracji pierwszoosobowej, nierealnych sytuacji, postaci do porzygu idealnych
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”