Lilian zaczynała mieć wrażenie, że świat urządzał sobie z niej wyjątkowo kiepskie żarty. Chyba wyłącznie dla własnej rozrywki podrzucił jej trzech różnych mężczyzn naraz, tylko po to, aby przypadkiem nie miała w życiu zbyt spokojnie — jakby same więzy krwi z Dolores nie były już wystarczającym piętnem i karą zesłaną przez los.
A przecież minęły zaledwie trzy dni. Trzy dni wystarczyły, aby Toronto kompletnie oszalało. Co chwilę działo się coś nowego; coś absurdalnego, niewygodnego albo zwyczajnie emocjonalnie męczącego. Najgorsze było jednak to, że to wcale nie był koniec niespodzianek. Los najwyraźniej dopiero się rozkręcał, choć ona sama nie miała o tym najmniejszego pojęcia.
Max nie był dla Lilian kimś wyjątkowym. Nie spoglądała na niego z podziwem, nie wzdychała ukradkiem ani nie widziała w nim materiału na partnera. Jeśli już, to przez całe życie skutecznie oduczyła się romantyzowania ludzi, co było zasługą Dolores. Dorastanie u boku kobiety, która potrafiła zatruwać każdą relacje, sprawiło, że bała się związków.
W tym momencie Max był przede wszystkim człowiekiem, który właśnie potrzebował pomocy, a jej lekkomyślna, impulsywna, ale jednocześnie cholernie empatyczna natura nakazała działać.
Natychmiast.
—
Tak. Chyba oszalałam! — krzyknęła nerwowo i odgarnęła sprzed oczu swoje mokre włosy. Lodowata woda momentalnie przemoczyła ubrania i sprawiała, że skóra Lilian pokryła się dreszczem. —
Stój spokojnie. Zaraz wyjdziemy. — Mocniej objęła mężczyznę, czując, jak coraz bardziej opierał na niej ciężar własnego ciała. To, jak słaby był jego głos i jak wtulał rozpalone czoło w jej ramię, tylko bardziej podsyciło panikę.
Lilian również nie miała przy sobie nikogo. Odkąd zmarł jej tata, wszystko zaczęło się rozpadać. Matka zamknęła się w swoich czterech ścianach i coraz rzadziej przypominała dawną siebie. Najczęściej wychodziła z pokoju tylko po to, aby załatwić podstawowe potrzeby albo, jeśli miała siłę, pomóc w pensjonacie.
Reszta spadła na Lilian, która nauczyczyła się być samodzielna. Z czasem przywykła do samotności tak bardzo, że przestała nawet oczekiwać, że ktoś się nią zajmie. Siedziało w niej mnóstwo smutku, którego nigdy nikomu nie pokazała. Nie chciała być postrzegana jako ktoś zagubiony, dlatego zawsze się uśmiechała.
—
Co takiego? — zapytała energicznie i po raz kolejny odgarnęła sprzed twarzy ciemne, krótkie pukle. Zaraz spięła się mimowolnie, kiedy nagle przyciągnął ją do siebie tak blisko, że straciła oddech i przez krótką chwilę po prostu wpatrywała się w Maxa szeroko otwartymi oczami.
Dezorientował ją ten zapalczywy sposób w jaki na nią patrzył.
—
Max… — odezwała się ciszej, odruchowo zaciskając palce na materiale jego mokrej koszulki. —
O-Ogarnij się. — Szarpnęła się, ale jego twardo zaciśnięte dłonie sprawiły, że dalej stała w miejscu. Wtedy zdała sobie sprawę, że znajdował się zdecydowanie zbyt blisko.
Lilian wciągnęła gwałtowniej powietrze, gdy gorący oddech osiadał na jej skórze. Instynktownie napięła całe ciało, kiedy usta mężczyzny przesunęły się po jej szyi w powolnym, przeciągłym muśnięciu. To nie był pocałunek, a jednak ten gest wydawał się o wiele bardziej niebezpieczny. W głowie dziewczyny zaczęła promieniować wizja, cala sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Znowu niespokojnie się poruszyła i przebrałą nogami; te znajdowały się już zaplątane pomiędzy udami mężczyzny.
Gdy oparł czoło o jej skroń, spróbowała odchyliś się do tyłu, jednak natrafiła na kafelkowaną ścianę.
—
Przestań. — Nerwowo złapała palce Maxa, które tak zapalczywie zaciskał na talii i spróbowała je rozplątać. —
Max, nie mów tak.
Ta bliskość była osobliwa. Niepokojąca, nagła i zdecydowanie zbyt intensywna jak na okoliczności, a jednak Lilian nie mogła powiedzieć, że całkowicie jej się nie podobała. Od bardzo dawna nie czuła na sobie rąk mężczyzny. Równie dawno nikt nie patrzył na nią w taki sposób, jak własnie robił to Korhonen. I gdzieś bardzo głęboko, w miejscu, schlebiało jej to.
Problem polegał na tym, że Max był chory. Rozpalony gorączką, półprzytomny i, zdaniem Lilian, ewidentnie nie do końca świadomy własnych reakcji. Starała się kurczowo trzymać się tej myśli, próbując usprawiedliwić te dziwne gesty i spojrzenia.
Majaczył.
W kabinie brakowało miejsca. Zdała sbie z tego sprawę, kiedy po raz kolejny spróbowała zwiększyć między nimi dystans.
Max Korhonen