Spojrzała na siatkę, potem na niego, a następnie jeszcze raz na to, ile kupiła, by na koniec się uśmiechnąć rozbawiona tym komentarzem.
— No nie mów, że nie zdążysz zjeść tego w te kilka dni? — bo w to wątpiła i to nawet bardzo, skoro to rosły chłop, który potrzebował zjeść, a raczej szpitalne posiłki nie były na tyle wystarczające, aby poczuł się syty. Także ni chu chu sądziła, żeby te wszystko wróciło razem z nim do domu, gdy dostanie wypis - tylko raczej mu zabraknie i szukał kolejnych jogurtów i przekąsek, aby przetrwać ten ciężki okres.
— Nie wiem, czy jestem w stanie ją przebić — może nie znała jej aż tak dobrze, jak Hunter, niemniej miała pewien pokaz w chwili spotkania się z nią w szpitalu i wejścia do sali razem, gdy mężczyzna się przebudził. Nie ukrywała swojej złości, nie miała zamiaru gryźć się w język nawet przy tym, że źle się czuł i zapewne potrzebował spokoju. Nie oszczędzała go - a gdyby Prudence była w jej sytuacji, zapewne zachowywałaby się bardzo podobnie. Tyle, że ona nie miała rodzeństwa, a jej mama zachowywała się czasem zbyt ostrożnie, żeby miało jej się coś wydarzyć, przez co też nie musiała się o nią nadmiernie martwić. Natomiast Andrea zdecydowanie miała urwanie głowy nie tylko z własnymi dziećmi, ale także z nim samym, który stał się wręcz jak kolejne dziecko na wychowaniu dla niej, pomimo że to on by tym najstarszym z rodzeństwa. Widząc zaraz jak się uspokoił na wieść o Itxel, aż pogłębiła uśmiech i ucieszyła się, że nie był na nią zły za to wtarganie do jego domu bez pozwolenia - i to parokrotnie w przeciągu jego parodniowej nieobecności. Chociaż - to dosyć dziwne, że kobieta która dopiero co mu mówiła, iż nie nadaje się jako właścicielka psa, bo nie miałaby na niego czasu. A tu proszę - jednak da się! Specjalnie przeorganizowała swój czas przed pracą i po niej, żeby ze wszystkim się wyrobić, aby biedna psinka miała na pewno zapewnione wszystko to, co jej potrzebne. Nawet czasem zdarzy jej się chwilę zostać, aby pogłaskać pieska i poinformować, że z jej Panem jest wszystko w porządku i niedługo do niej wróci. Chyba z każdym dniem coraz bardziej się lubiły.
Wtedy wypaliła z dywanem, na co aż głęboko i silnie wzięła wdech do płuc, po czym pomrugała parokrotnie powiekami.
— No… dywan… — urywała swoje słowa z początku, po czym uśmiechnęła się blado. Miał mieć niespodziankę w postaci tego, że… nie zauważyłby różnicy. A tak - wypaliła i się wysprzęgliła z tym pomysłem.
— Bo wiesz… jak wtedy upadłeś, zraniłeś sobie głowę i w ogóle, no to… y… ogarnęłam to miejsce, gdzie leżałeś i zostawiłeś ślady. Może jak teraz zwrócisz na to uwagę, to jest szansa, że jakieś przebłyski czerwieni będą się przebijać, ale tak na ogół nie widać, żeby cokolwiek się działo — wyjaśniła, rumieniąc się natychmiastowo, nie wiedząc w sumie czemu. Może było jej głupio, iż nie postarała się bardziej i krew nie sprała się tak całkowicie i ostatecznie?
— Jeszcze nie — podłapała żartobliwy ton, uśmiechając się już znacznie żywiej niż moment wcześniej, po czym - w końcu została do tego przymuszona - ugryzła kęsa bułki, uświadamiając sobie dzięki temu, że faktycznie była trochę głodna.
— Och, serio? No… dobrze — chciała mu je oddać w tym momencie, bo może się bardziej przydadzą właśnie Andrei czy komuś innego z jego otoczenia, niemniej jeszcze kiwnęła głową i schowała pęk do torebki, gdzie pierwotnie się znajdowały. Dzięki temu będzie miała jeszcze okazję widywać się z Itxel, póki Hunter nie wróci do siebie.
— Ja myślę, że nie będziesz już nigdy więcej takich głupot wyprawiał — powiedziała znacznie poważniejszym tonem głosu, wzdychając lekko na widok opuchniętej, ale znacznie lepiej wyglądającej nogi. Następnie wróciła tęczówkami na mężczyznę.
— Daj spokój, naprawdę nie masz za co dziękować. Po prostu znalazłam się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Jakby nie to, że miałam wtedy przyjść na sesję, to nie wiem czy bym wpadła na pomysł, że coś Ci się dzieje — przyznała, wzruszając ramionami aby pokazać, że nie czuje się w tym momencie jako bohaterka, a zwyczajnie los sprawił iż mogła mu udzielić pomocy, jakiej potrzebował.
— Bo kto by pomyślał, że dorosły facet na widok takiej głębokiej i poważnej rany pomyśli, że to nic takiego, przyłożę sobie liść babki lancetowatej jak za dzieciaka i będzie wszystko w porządku — a miała mu nie dogadywać, niemniej nie mogła się powstrzymać!
— Naprawdę liczę, że ta sytuacja dała Ci nauczkę — skwitowała na koniec, znów ogryzając kęsa bułki.
— W ogóle, przepraszam że nie odwiedziłam Cię wcześniej, sam wiesz… pacjenci… trochę miałam sajgon — wytłumaczyła się jeszcze, co miała powiedzieć w sumie jak tylko tu weszła.
Hunter Wright