Nie miał ochoty na jakiekolwiek wymienianie przyjaznych słówek, fałszywych spojrzeń przykrytych anielskimi uśmiechami, pod którymi tak naprawdę kryła się gorycz i cholernie wysoka góra niedomówień. Dlatego też, kiedy nie miał nic szczerego do powiedzenia, najnormalniej w świecie się nie odzywał. Pytania, które Cherry zadawała Chmurce i Charliemu, jakoś tak przelatywały mu przez głowę. Był bardziej skupiony na niezdarnym wyławianiu sushi pałeczkami, zanim w końcu stwierdził...
jebać to, i po prostu zaczął jeść rękoma. Cholernie irytował go fakt, że Cherry uznawała się za jakąś męczennicę rodzeństwa Marshallów. Wcale tak nie było. Miała wybór. Każdy miał wybór. Może to była po prostu chęć przejęcia kontroli? Władzy? Stanięcia na piedestale firmy, żeby w końcu móc spojrzeć ojcu w twarz z nadzieją, że będzie z niej… z jedynego dziecka, które zostało przy nim, dumny?
Nie miał na to siły.
Zdziwił się, gdy wyglądało na to, że Charlie myślał dokładnie to samo co on. Zerknął na niego, kiedy ten dosłownie wygarnął Cherry to, co tak naprawdę w nich siedziało. Nie mógł mówić za Corę, rzecz jasna. W końcu nie wiedział, co tak naprawdę czuła w tej sytuacji. Nie chciał się kłócić, ale czasami najgorszych i najprawdziwszych rzeczy najlepiej dowiedzieć się od bliskich, no nie? To nie była jakaś kolorowa pisanka ani bajka dla dzieci, w której wszyscy grzecznie czytają w tym samym tempie i kolorują puste miejsca dokładnie tak, jak każe instrukcja. No, może nie
wszyscy. Każde z rodzeństwa było inne. Każde miało inny sposób myślenia, inne podejście do życia, inne rany, które nosiło pod skórą. Jednak ile można było patrzeć i akceptować to, jak ktoś w taki sposób poddaje się możliwości wyboru… nie, l u k s u s o w i wyboru, na rzecz uszczęśliwienia człowieka, który miał
ich za nic? Przynajmniej jego i teraz też chmurkę.
Słuchając jej pytania o to, gdzie podziewał się przez cały ten czas… zamarł. Poczuł, jak kropelki potu formują się na jego czole pod lokowaną czupryną. Przełknął ślinę, odpalił blunta i zaciągnął się, opierając się o blat. Potem wyciągnął go w stronę rodzeństwa, próbując jakoś opanować emocje, które teraz w niim buzowały. Uśmiechnął się nieznacznie, widząc chmurkę, która niemal podskoczyła z podekscytowania w jego kierunku, a gdy przejęła blunta, zaciągnęła sie - on objął ją ramieniem i pocałował w czubek głowy, prychając pod nosem.
- Dla ciebie dostawa zawsze za darmo - rzucił z delikatnym uśmiechem. Po chwili jednak zdziwił się, że Charlie znowu rzucił coś miłego w jego kierunku. A przynajmniej tak mu się wydawało przez pryzmat tego, co powiedział do Cherry. Odebrał blunta od Cory i zaciągnął się mocniej.Ciężar tamtej nocy znowu go przygniótł.
- Nie było mnie, bo chciałem odciąć się od tej kurewsko szarej rzeczywistości, Cherry - powiedział w końcu. Przestał obejmować Corę i chwycił laskę stojącą między nimi. Zacisnął na niej dłoń, po czym przekazał Corze blunta.
- Wróciłem do jeszcze gorszego gówna niż to, w którym byłem wcześniej - dodał, spoglądając po kolei na każde z rodzeństwa.
- Do siostry, którą wydziedziczono za coś, na co nie miała żadnego wpływu.. Do starszej siostry, która daje się pokroić dla ojca zmotywowanego tylko pieniędzmi. Dla czego? Władzy? Lepszego stanowiska? - parsknął pod nosem.
- Nie mamy w oszczędnościach wystarczająco pieniędzy, żeby się od niego odciąć? - Pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym dodał ciszej,
- I do brata… - Zatrzymał na nim wzrok. Jeszcze na początku spotkania powiedziałby coś chamskiego. Coś, co tylko by mu dowaliło, wbiło szpilę dokładnie tam, gdzie najbardziej zaboli. Ale teraz wyrzucił z siebie tylko,
- Który chyba się pogubił - Podszedł do stolika i usiadł na swoim miejscu. Oparł łokcie na kolanach, a potem zanurzył twarz w dłoniach, zastanawiając się, co on tu właściwie robi. I co się, do cholery... z nimi stało.
mesjasz
chmurka
kot