35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

gonna make you feel it's alright all along
if there's a future we can leave behind
Wspomnienie Ottawy zostało razem z nimi.
Unosiło się w powietrzu gdy zaparkował samochód, ujął jej dłoń i ruszył do wejścia do budynku. Tkwiło w rogu pomieszczenia gdy znaleźli się w sypialni rozświetlonej księżycowym blaskiem. Wyczuwał jego smak w goryczy kawy nalewanej z ekspresu na komisariacie.
To wszystko było z a p l a n o w a n e.
Złożona jej obietnica go zobowiązywała - nie zrobił niczego głupiego. Nie napisał do Carbone'a z prośbą o spotkanie ani nie pojawił się w progu jego baru, wykrzykując poznaną prawdę w twarz. Akta Morettiego wciąż tkwiły na stole w jego kuchni, wciąż sięgał do nich wieczorami po to, by wszystko dopiąć do samego końca.
Nie wcisnął jednak czerwonego przycisku choć wiedział, że termin zbliżał się nieubłaganie.
Każdą wolną chwilę spędzał na poszukiwaniu rozwiązania, na które wcześniej żadne z nich nie wpadło. Zjawiał się rano na komisariacie i wypełniał obowiązki nie przywiązując do nich większej wagi. Popołudniami pozwalał jej prowadzić się do miejsc, które wybierała - któregoś mieszkania, knajpy, w której mieli zjeść kolację. Codzienne funkcjonowanie przy upływającym czasie przypominało wizytę w parku rozrywki, w którym usilnie próbował zapomnieć o ocierającym się o jego szyję sznurze.
Oraz o chwili, w której ten sznur niechybnie się zaciśnie.
Ze wszystkich wiadomości to ta, którą otrzymał rano była dla niego największym zaskoczeniem. Potrzebuję przysługi oraz twojej dyskrecji. Stary Mercer nie należał do osób, które prosiły o jakiekolwiek przysługi - nie jego. Na przestrzeni ich krótkiej i skąpej relacji zdążył przejść przez całe spektrum emocji, które mógł w nim wzbudzać, zaczynając od braterskiej próby nawiązania przyjaźni aż przez frustrację i nieufność, gdy Margo zniknęła. Były detektyw najwyraźniej był osobą, która nie chowała zbyt intensywnie urazy względem ludzi - pod warunkiem, że ci ludzie nie byli członkami jego rodziny.
Dziś ufał mu na tyle, że zmusił go do kłamstwa.
Nie z rodzaju tych, które mogły wbić faktyczny topór pomiędzy nich. Tego, które zmuszało ją do przebrania się w coś ładnego i eleganckiego pod pretekstem wspólnej kolacji. Tego, które podtrzymywał, samemu stojąc opartym o samochód przed drzwiami do jej budynku w czarnej koszuli wsuniętej w eleganckie spodnie.
Jedynie papieros w jego ustach stał w kontraście z jego bardzo p o p r a w n y m ubiorem.
- Jesteśmy spóźnieni - oznajmił na dźwięk jej kroków, następujących po odgłosie otwieranych drzwi. Kącik jego ust mimowolnie uniósł się w górę gdy podnosił ku niej wzrok, chłonąc nim jej sylwetkę gdy skracała dystans między budynkiem a czekającym na nią samochodem. - Jak zwykle.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła nieubłaganie biegnący naprzód czas równie wyraźnie, co ciężar oddechu na własnym karku. Każdy kolejny dzień przybliżał ich do terminu wyznaczonego przez Carbone’a, a ona miała pełną świadomość, że nie istniał scenariusz, w którym Moretti pozostanie za kratami. To jedno wydarzenie nieuchronnie miało dopisać się do długiej listy przewinień Maddena, obciążając go jeszcze mocniej.
Mimo tego nie wracała do odkrycia dotyczącego Sophie. Tak samo nie wspominała o tym, że inna myśl pulsowała z tyłu jej głowy coraz mocniej; o przekonaniu, że ktoś musiał go wskazać, podsunąć Carbone’owi dokładnie jego nazwisko. Jeśli śmierć Sophie była zaplanowana, to wybranie Maddena na ich psa również nie mogło być dziełem przypadku.
Nie wierzyła już w przypadki.
Zamiast tego skupiała się na tych krótkich, spokojnych momentach, które jeszcze im zostały i które chłonęła z zachłannością osoby świadomej, że za chwilę wszystko może runąć. Ich wieczory coraz częściej przestawały należeć do świata zewnętrznego. Nawet wtedy, gdy siedział nad aktami Morettiego, spięty i skupiony, odciągała go od pracy choćby na kilka minut, które przeciągały się w godziny, a czasami w całe noce.
Dlatego była szczerze zaskoczona, gdy tym razem to on wyszedł z inicjatywą. I to nie byle jaką. Jego propozycja miała kilka punktów, których, jak podkreślił wyjątkowo stanowczo, miała się trzymać. Z większością poradziła sobie bez większego problemu. Naprawdę się postarała - makijaż, który zazwyczaj zajmował jej pięć minut i ograniczał się do minimum, dziś był starannie dopracowany. Włosy zwykle związane ciasno w kucyk albo niedbały kok, teraz miękkimi falami opadały na odkryte plecy. Z dna szafy wyciągnęła czarną sukienkę kończącą się odrobinę ponad kolanem, opinającą ją dokładnie tam, gdzie chciała przyciągnąć jego wzrok, a do tego szpilki, w których, jak podejrzewała, potrafiła wyłącznie stać, ale z pewnością nie chodzić.
Ostatni punkt listy wykreśliła jednak metaforycznym, czerwonym flamastrem.
Była spóźniona ponad trzydzieści minut, mimo że zdarzało jej się to bardzo rzadko.
Kiedy wyszła na zewnątrz i dostrzegła go opartego o samochód, na moment zabrakło jej tchu. Powietrze ugrzęzło gdzieś w połowie drogi do płuc, a serce wykonało ten jeden, irytująco mocny skurcz, którego nienawidziła i uwielbiała jednocześnie.
Bywała próżna. Może bardziej, niż chciała przyznawać. Kochała w nim rzeczy dużo ważniejsze - jego lojalność, upór, brutalną szczerość, sposób w jaki potrafił patrzeć wyłącznie na nią nawet wtedy, gdy cały świat próbował odciągnąć jego uwagę, ale obok tego wszystkiego stale istniał jeszcze ten jeden element, całkowicie powierzchowny i kompletnie nieistotny, a mimo to działający na nią za każdym razem równie mocno.
Wygląd.
Rhys wyglądał tak n i e p o p r a w n i e dobrze, że czasami miała ochotę się o to na niego obrazić.
Uśmiech mimowolnie wykrzywił jej usta, gdy podeszła bliżej, ignorując otwarte drzwi samochodu. Oparła dłonie o jego klatkę piersiową i bez najmniejszego zawahania pocałowała go krótko i miękko. - Niemożliwe. Wskazówki mojego zegarka pokazywały, że pora jest i d e a l n a - pokręciła głową z rozbawieniem, odsuwając się o krok tylko po to, by obrócić się powoli wokół własnej osi, prezentując mu efekt swoich wysiłków.
- Łatwo się ją ściąga - szepnęła ciszej, wracając bliżej i zatrzymując palce na jego koszuli. Rozpięła jeden z guzików niespiesznie, niemal prowokacyjnie, nie odrywając od niego spojrzenia ani na sekundę. Wciąż patrzyła na niego z tym samym zachwytem, jakby mimo wszystkiego nadal nie mogła uwierzyć, że naprawdę był jej.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cyfra na zegarku była w tym momencie ostatnią rzeczą, która go w jakikolwiek sposób interesowała.
Technicznie rzecz biorąc nie mieli być na konkretną godzinę - mieli na pewno nie być przed dwudziestą, ale tego typu polecenie zabrzmiałoby dość podejrzanie nawet dla kogoś, kto nie zajmował się zawodowo łączeniem kropek. Jego przytyk nie miał żadnego odzwierciedlenia w tym, jak rzeczywiście się czuł.
Szczególnie gdy wyglądała w t e n sposób.
Przywykł do tego, że w codziennym życiu kierowała się wygodą. Do naturalnej twarzy, na której musiałby doszukiwać się makijażu. Włosów spiętych tak, by nie wchodziły jej w drogę. Spodni i wsuniętej w nie koszuli, w której zwykle pojawiała się na komisariacie - i zwykle z niego wychodziła, lądując w jego mieszkaniu.
Uwielbiał ją w każdym wydaniu. W tym codziennym i profesjonalnym jak i w tym, w którym budziła się każdego ranka obok z włosami rozwalonymi w każdym kierunku i twarzą naznaczoną drobnymi piegami wychodzącymi pod wpływem słońca.
Ale t a k a sprawiała, że mimowolnie zatrzymywał się w połowie ruchu - z dłonią dzierżącą papierosa, sięgającą do ust. Jego wzrok prześlizgiwał się po jej sylwetce z nieznośną uwagą, po wysokich szpilkach, których stukot o chodnik zapowiadał jej nadejście, po czarnej sukience opinającej jej sylwetkę w p r o w o k u j ą c y sposób.
- Ty jesteś idealna - odbił piłeczkę, wyrzucając papierosa na chodnik, tracąc nim wszelkie zainteresowanie gdy poczuł jej ciało przy sobie, usta na własnych. Jego dłonie natychmiast sięgnęły ku niej w odruchu, którego w żaden sposób już nie kontrolował - spoczywając na jej talii, palcami badając fakturę materiału.
Jej słowa przemknęły gorącą falą po jego ciele gdy nachylał się w jej stronę. Jedna z jego dłoni uniosła się w górę, ani na chwilę nie tracąc kontaktu z jej plecami by dotrzeć do włosów, które odgarnął do tyłu, odsłaniając sobie dostęp do jej szyi.
- Nie mów takich niemoralnych rzeczy - mruknął, muskając ustami wrażliwą skórę, upajając się jej zapachem. Znał już wszystkie jej perfumy, każde z nich dopasowane do odpowiedniej okazji. Każde przypisywał już wyłącznie do niej i sięgał ku niej myślami gdy wyczuwał je w tłumie. - Bo zamiast kolacji, zabiorę cię z powrotem na górę.
Ta myśl w tej chwili nie wydawała się tak irracjonalna. Porzucenie samochodu, przyjęcia organizowanego przez jej ojca, prezentu, który tkwił w kieszeni jego spodni. Stary Mercer prawdopodobnie zamordowałby go następnego dnia ale czy nie był już mistrzem w unikaniu czyhających na niego konsekwencji?
Z westchnieniem zmusił się do oderwania od kobiecego ciała, choć wyprostowanie się stanowiło dla niego niemal fizyczny dyskomfort. Jego racjonalność myślenia działała w korelacji z dystansem, który ich dzielił - dlatego dopiero gdy się odsunął, na jego ustach pojawił się szelmowski uśmiech a ręka sięgnęła do klamki, uchylając jej drzwi.
- Jak bardzo lubisz niespodzianki? - zagadnął beztrosko, podejrzewając już jaką usłyszy odpowiedź.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doceniała w ich relacji to, że potrafili funkcjonować jednocześnie w dwóch skrajnie odmiennych rzeczywistościach. Byli partnerami w pracy, wspólnie wchodzili w sprawy, które potrafiły zostawiać po sobie ciężar osiadający na barkach jeszcze długo po zamknięciu akt. Widzieli swoje najgorsze momenty, własne błędy, słabości i tę brutalność, którą wykonywany zawód wyciągał z ludzi mimowolnie.
A mimo to po godzinach potrafili być zwyczajni. Spędzali ze sobą praktycznie każdą dobę, mieszając jedno z drugim tak naturalnie, że granice niemal przestały istnieć, a jednak wciąż się sobą nie nudzili. Nadal odnajdywali radość w rzeczach absurdalnie prostych - wspólnym jedzeniu, przypadkowych rozmowach w środku nocy, drażnieniu się o głupoty czy siedzeniu obok siebie w ciszy, która nigdy nie była niezręczna.
Dlatego chwile takie jak ta nadal wywoływały w niej dreszcz emocji, bo nawet teraz wciąż widziała w jego oczach ten sam błysk, który pojawił się na samym początku. I może było w tym coś odrobinę samolubnego, ale uwielbiała świadomość, że wciąż potrafiła robić na nim takie wrażenie.
Westchnęła cicho, akceptując dystans, który między nimi stworzył. Dbając o każdy detal, wsunęła swoją dłoń w jego, korzystając z gestu i pozwalając, by pomógł jej wsiąść do samochodu. Zaczekała, aż zamknie za nią drzwi z tą charakterystyczną dla siebie ostrożnością i dopiero kiedy zajął miejsce obok, odezwała się ponownie. - Tak samo bardzo jak ty - wywróciła oczami z rozbawieniem.
Niespodzianki znajdowały się na samym końcu listy jej ulubionych form spędzania czasu, a jednocześnie bardzo wysoko wśród tych, których zwyczajnie nie znosiła. Taka była od zawsze. Już jako dziecko sama wybierała sobie prezenty świąteczne, tworząc szczegółowe listy życzeń. Planowała wakacje z dokładnością godną zawodowego organizatora, sprawdzając restauracje wcześniej i czytając menu przed wejściem do środka. Nawet idąc do kina lubiła znać chociaż zarys fabuły, żeby przygotować się na emocje, które mogły ją czekać.
Margo po prostu lubiła wiedzieć. Może dlatego, że pełne zaskoczenie odbierało jej kontrolę nad własną reakcją, a ona nie znosiła sytuacji, w których emocje mogły wymknąć się spod kontroli i zranić kogoś przypadkiem.
Tym razem jednak, wyłącznie dlatego, że nalegał i że widziała po nim, iż nie zdradzi choćby najmniejszego fragmentu swojego planu, odpuściła dalsze drążenie. - Dostałam już pierścionek - uniosła dłoń, na której błyszczała zielono-złota, plastikowa błyskotka ze stacji benzynowej, uśmiechając się przy tym półgębkiem. - Poznałam twoją mamę - kontynuowała, odliczając kolejne rzeczy na palcach. - Byliśmy już w najbardziej wyszukanych hotelach - na samo wspomnienie wywróciła oczami, rozbawiona bardziej niż chciała przyznać. - Jedliśmy najlepszą rybę w porcie - mruknęła, zerkając na niego kątem oka.
Prawdopodobnie mogłaby wymieniać bez końca. - Prawie tańczyliśmy na balu, kiedy Evans odbierał nagrodę… czym jeszcze możesz mnie zaskoczyć? - zapytała ciszej. Było jeszcze kilka niespodzianek, którymi ją obdarował, ale o tych nie zamierzała wspominać na głos. Gdy zaś samochód ruszył powoli, ona w pozornie niewinnym geście, przybliżyła się odrobinę b, na tyle na ile pozwalała środkowa konsola. Jej palce przesunęły się leniwie po jego udzie w sposób, który bardziej drażnił niż był czuły.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nienawidził niespodzianek.
Może dlatego, że z reguły rzeczy, których nie mógł zaplanować w jego życiu okazywały się nieprzyjemnymi odskoczniami od normy. Komplikacje, których miało nie być, problemy, których nie przewidział - niespodzianki kojarzyły mu się z potrzebą dostosowywania się do gwałtownie zmieniającej sytuacji, szczególnie w ich fachu.
Szczególnie w tym, którym pałał się po zmroku.
Niemal niczego związanego z Ventrescą nie dało się zaplanować, Carbone był dziką kartą, która potrafiła pisać do niego o każdej porze, a jego prośby tkwiły na całym spektrum aktywności - od mało nielegalnych po takie, za które już dawno powinien tkwić za kratkami.
Właśnie dlatego wiedział, że wyrządzał Margo dokładnie to, co dla niego byłoby osobliwym koszmarem. Nie robił tego jednak z własnej woli.
Ale podejrzewał, że dobrze im zrobi tego typu wieczór, nawet jeśli jej pierwszą reakcją na niego będzie złość.
- Tak, kiedy twój chłopak odbierał nagrodę - odrzucił ze złośliwym błyskiem w oku, zrodzonym z widoku jej dłoni sięgającej w jej stronę. Dotyku jej palców na materiale spodni, tak samo niewinnego jak uśmiech na jej ustach, od którego zawładnęło nim napięcie. - A ty kleiłaś się do m n i e.
Wiedział, że nie miał zbyt wiele czasu nim Margo zorientuje się, że zmierzali w dobrze znane jej rejony. Już przy pierwszym skrzyżowaniu, na którym samochód zamiast w stronę centrum miasta skierował się na przedmieścia przybrał pokerową minę, na wszelki wypadek.
- Nie chciałem, żeby do tego doszło - westchnął, siląc się na grobowy ton gdy znaleźli się na trasie, którą zwykle pokonywała odwiedzając swojego ojca. Wręcz teatralnym gestem przełączył zamek, zamykając ich w środku samochodu na wypadek, gdyby planowała z niego wyskoczyć na kolejnych, czerwonych światłach. - Będziesz mi musiała to wybaczyć, Margo.
O tej porze ruch był znacznie mniejszy, co być może było w tej sytuacji przeszkodą. Skracało czas, którego potrzebowali na dostanie się na miejsce i pozbawiało go możliwości podtrzymywania napięcia tej nieprzyjemnej niespodzianki, która czekała kobietę na końcu.
- Nie miałem wyboru - podkreślił, wtaczając się samochodem do dzielnicy, w której mieszkali jej rodzice, tym samym całkowicie usuwając możliwość innego celu ich podróży nawet dla kogoś o różowych okularach.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie zwracała uwagi na to, w którą stronę się kierują. Być może dlatego, że całą swoją uwagę poświęcała wyprowadzaniu go z równowagi. W odpowiedzi na jego plan, postanowiła męczyć go przez całą drogę; testować jego cierpliwość, rozpraszać go każdym możliwym sposobem i konsekwentnie utrudniać mu zachowanie choćby resztek skupienia. Mała zemsta za tę całą tajemniczość wydawała jej się czymś uzasadnionym.
Minęło kilkanaście minut nim wreszcie odwróciła wzrok w stronę drogi, mając odpowiedzieć czymś równie złośliwym na wspomnienie o jej chłopaku, który nigdy żadnym chłopakiem nie był, gdy stojąc na światłach usłyszała charakterystyczny klik zamykanego centralnego zamka i nagle zorientowała się g d z i e jadą.
Najpierw zmarszczyła brwi. Potem spojrzała za okno drugi raz, a chwilę później uniosła powoli brew do góry, bo nie było już najmniejszych wątpliwości. Może uznałaby to za niefortunny zbieg okoliczności, gdyby nie fakt, że jechali idealnie tą samą trasą prowadzącą do domu jej rodziców. I gdyby nie to jego pół-przepraszające milczenie, które mówiło jej więcej niż jakiekolwiek słowa.
Zabrała dłoń z jego uda i zacisnęła szczękę tak mocno, że poczuła nieprzyjemne napięcie mięśni. Ze wszystkich miejsc, do których mógł ją dziś zabrać, tego spodziewała się najmniej. - Zabiję cię. Kiedy wysiądziemy z samochodu, wyciągnę broń z torebki i zabiję cię z zimną krwią - oznajmiła tonem tak przesadnie poważnym, że aż absurdalnym. I choć sama wizja spędzenia wieczoru w rodzinnym domu, pod czujnym spojrzeniem własnego ojca, zdecydowanie nie znajdowała się wysoko na liście jej marzeń, nie potrafiła naprawdę się zezłościć. Nie po całej atmosferze tego wieczoru, która zdążyła już w nią wsiąknąć.
Na jej twarzy malowało się raczej zaskoczenie pomieszane z irytacją niż prawdziwy gniew. - Tak? Boisz się mojego ojca tak bardzo, że nie potrafiłeś mu odmówić? - uniosła brew wyżej, niemal pewna, że za tą całą niespodzianką stał właśnie on. Jej rodzice od zawsze uwielbiali testować granice jej potrzeby kontroli, wrzucając ją w sytuacje, w których nie mogła przewidzieć niczego. - Nie przypominam sobie, żebyś pytał go o zgodę na spotykanie się ze mną - ciągnęła dalej z rozbawieniem.
- Albo co gorsza… nie poinformowałeś go, że twoim ulubionym zajęciem jest pieprzenie mnie na każdej możliwej powierzchni swojego mieszkania - kącik jej ust drgnął wyraźnie ku górze. - Na pewno będzie zachwycony, kiedy mu o tym opowiem. Najlepiej przy jego znajomych i akurat wtedy, kiedy będziesz stał obok - złośliwy błysk w jej oku podpowiadał bardzo wyraźnie, że naprawdę była zdolna to zrobić.
Samochód skręcił w znajomą ulicę, a już po kilku sekundach Margo jęknęła przeciągle na widok domu. A właściwie na widok tego, co działo się wokół niego. Przed posesją stało zdecydowanie za dużo samochodów. Światła rozświetlały praktycznie każde okno, a zza nich przesuwały się sylwetki ludzi. M n ó s t w a ludzi. Ktoś śmiał się głośno na tarasie, ktoś inny właśnie przechodził przez ogród z kieliszkiem w dłoni, a przez uchylone drzwi wejściowe dobiegał gwar rozmów wymieszany z muzyką.
Dom wyglądał bardziej jak miejsce organizacji dużego przyjęcia niż spokojnej kolacji rodzinnej. - Tu jest chyba pół miasta - jęknęła z niedowierzaniem, odwracając głowę w jego stronę tak powoli, jakby właśnie zdradził ją w najokrutniejszy możliwy sposób.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego samochód ewidentnie nie został stworzony do pokojowych interakcji. Zmiana nastroju była natychmiastowa - wyczuł moment, w którym zorientowała się w tym, co dokładnie robił i dokąd zmierzali. Pojawił się na ułamek sekundy przed chłodem, który wtargnął na jego nogę gdy wyszarpnęła swoją rękę, wcześniej nieznośnie drażniącą go przez cały ten czas.
- Wzięłaś ze sobą broń na naszą randkę, Margo? - odrzucił z rozbawieniem, zerkając w bok, na torebkę, którą miała ze sobą. Przez chwilą faktycznie taksował ją wzrokiem zastanawiając się, czy pistolet zmieściłby się w środku. - To byłby już drugi raz.
Tym razem brakowało im podejrzanego hotelu i k r z y ż a na samym środku pokoju.
Nie potrafił ukrywać swojego rozbawienia, nawet gdy w odwecie natychmiast zaczęła go kąsać - w sposób, w który kąsała zawsze gdy ich kłótnie nie miały podłoża w prawdziwej urazie. Zamknięty zamek w samochodzie trzymał ją w środku w ten symboliczny sposób, choć gdyby ktoś kazał mu postawić pieniądze na to, czy Margo spróbuje ucieczki, czy nie, nie byłby taki pewien o swój portfel.
- A powinienem? - odbił piłeczkę, wzrokiem wodząc po samochodach zaparkowanych w okolicy - wszystkie należały do przyjęcia, którego kameralny charakter najwyraźniej miał nieco inną definicję tego słowa dla państwa Mercerów. - Czy powinno nastąpić uroczyste przekazanie pierworodnej córki? - dodał z westchnieniem, w sposób do złudzenia przypominający powagę.
Jej o r d y n a r n e słowa trafiały dokładnie tam, gdzie miały trafiać - sprawiały, że sam miał coraz mniejszą ochotę na zatrzymanie się przed jej domem rodzinnym, a coraz większą na przyśpieszenie i skierowanie się gdziekolwiek indziej. Najlepiej gdzieś, gdzie mógłby zamknąć jej usta własnymi i odnaleźć inną powierzchnię, którą mogliby dołożyć do swojej kolekcji.
- Opowiadając mu o tym, koniecznie pokaż ten pierścionek - odrzucił złośliwie, świadom jej taniej błyskotki na palcu, która z jakiegoś powodu stała się najbardziej romantycznym symbolem w ich związku. - Powiedz, że dostałaś go z okazji bycia pieprzoną na każdej powierzchni mojego mieszkania.
Ich droga nieznośnie się wydłużyła przez szukanie miejsca parkingowego, które nie byłoby zajęte przez innych gości, ale wreszcie samochód wjechał na krawężnik, a warkot silnika ustał. Zamek szczęknął, umożliwiając im wyjście na zewnątrz i, w sposób niepodobny do tego, co robił zwykle, Madden wysunął się z auta jako pierwszy by obejść je i otworzyć drzwi z jej strony.
- Chyba nie zamierzasz stchórzyć? - rzucił, wyciągając ku niej rękę, której mogła się chwycić. Pomagając jej wydostać się z samochodu - lub też, w zależności od poziomu jej oporu, wyciągając ją z niego siłą - nie potrafił wyzbyć się szelmowskiego uśmiechu z własnej twarzy. - Myślałem, że jesteś dzielną dziewczynką - dodał prowokacyjnie, nachylając się - jego ramię wyminęło kobiecą sylwetkę i chwyciło za drzwi samochodu, zamykając je nim zdążyła nimi p i e r d o l n ą ć w odwecie.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnęła się złośliwie, bo pytanie które jej zadał było kompletnie niepotrzebne. Oczywiście, że wzięła ze sobą broń. Tak samo jak zabrała ją wtedy do Ottawy, tak samo jak miała ją przy sobie praktycznie za każdym razem, odkąd mimowolnie została wciągnięta w sprawę z Ventrescą.
Kiedyś tego nie robiła. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wychodziła z domu wyłącznie z telefonem i kluczami, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy coś mogłoby jej grozić. Teraz broń stała się równie naturalnym elementem codzienności co torebka przewieszona przez ramię albo telefon wsunięty do kieszeni.
I była równie pewna, że jego własna znajdowała się dokładnie tam, gdzie zazwyczaj. Schowana za paskiem spodni albo w jednym z licznych schowków chargera. Na pewno miał ją również teraz. - Nie udawaj zdziwionego. Ty nosisz ze sobą służbową i tę niezarejestrowaną - odbiła piłeczkę z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze, gdy łapała go na hipokryzji, choćby tej najmniejszej.
Chwilę później zaparkowali pod domem jej rodziców, znajdując jedno z ostatnich wolnych miejsc pomiędzy szeregiem samochodów stojących praktycznie aż po koniec ulicy. Najchętniej zawróciłaby teraz i pojechała z nim dosłownie gdziekolwiek indziej - do przypadkowego drive-inu, małego baru za rogiem albo nawet na stację benzynową, byle tylko mogli spędzić ten wieczór sami. W porywach do kilku obcych ludzi siedzących przy innych stolikach, ale takich, którzy kompletnie nie interesowaliby się ich obecnością.
Właściwie właśnie tak najczęściej spędzali czas. We dwójkę, zamknięci w swoim własnym świecie, do którego inni ludzie mieli bardzo ograniczony dostęp. I nigdy im to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, oboje odnajdywali w tym największy komfort.
- Kusisz - mruknęła, chwytając jego dłoń, kiedy wysiadła z samochodu. Wygładziła materiał sukienki na biodrach, poprawiając go odruchowo, a chwilę później wyciągnęła ku niemu dłonie i z powagą godną przykładnej narzeczonej strąciła wierzchem palców niewidzialne paprochy z jego czarnej koszuli. - Czy to moje wyzwanie na dzisiejszy wieczór? Mam chodzić i rozmawiać z ludźmi o tym, gdzie i kiedy się pieprzymy? - uniosła prowokacyjnie brew zanim wzięła głębszy oddech i splotła ich dłonie.
Ruszyli powoli w stronę domu, a ona już z daleka słyszała gwar rozmów i śmiechów dobiegający z wnętrza. - Wiesz, że to dla mnie nic. Jestem w stanie to zrobić - dodała z rozbawieniem. Powiedziałaby to ojcu prosto w twarz, jego znajomym przy kieliszkach drogiego alkoholu i przypadkowym osobom, które widziałaby pierwszy raz w życiu, gdyby tylko chciała go zawstydzić. Przy okazji z pełną powagą prezentowałaby wszystkim plastikowy pierścionek ze stacji benzynowej, uparcie twierdząc, że był najcenniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek dostała.
Kiedy znaleźli się na ganku, zatrzymała go jeszcze na sekundę zanim zdążył nacisnąć klamkę. Skorzystała z tej ostatniej chwili samotności, przesuwając dłońmi po jego ramionach i przyciągając go bliżej. Pocałowała go krótko, ale miękko i czule, jakby chciała zabrać ze sobą ten spokój do środka, gdzie pochłonie ich tłum ludzi. - Ja jestem przyzwyczajona do takich cyrków. Ty prawdopodobnie jeszcze nie wiesz, na co właściwie się zgodziłeś - dodała ciszej, cofając się o krok.
I dopiero wtedy pchnęła drzwi, wpuszczając ich do rozświetlonego, głośnego domu pachnącego drogimi perfumami, jedzeniem i chaosem rodzinnych spotkań, których nie dało się kontrolować nawet przy największych chęciach.


Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W schowku jego samochodu zawsze tkwiła schowana broń - na wszelki wypadek. Była jednak subtelna różnica między posiadaniem jej gdzieś blisko, a paradowanie z nią wetkniętą za pasek spodni, bez marynarki, która mogłaby ją przykryć. Zostawił ją w środku, jak robił to zawsze, nie podejrzewając, by była mu potrzebna na rodzinnym przyjęciu.
- Jeśli chcesz, żebym faktycznie został dziś zamordowany z zimną krwią - odrzucił, doskonale świadom tego, że Margo była zdolna to zrobić - oraz z tego, że po kimś musiała odziedziczyć swój temperament. - Zakładam, że twój ojciec ma niejedną broń w domu.
Widział ją zawstydzoną wyłącznie r a z, w Ottawie i diabelskie ogniki w jej oczach utwierdzały go w przekonaniu, że tego typu wyznania wcale nie odniosłyby podobnego efektu.
Gwar dobiegający z wnętrza domu aż krzyczał trwającą w środku imprezą, którą przez telefon ojciec Margo określił jako niespodziankę. Obrzucając spojrzeniem drzwi i słysząc ten huk jego brwi uniosły się w górę, lecz szybko jego uwaga została skradziona przez towarzyszącą mu kobietę.
Nawet nie spostrzegł, że cały ten czas ich dłonie były splecione ze sobą. Chwytanie jej było jak zaczerpnięcie powietrza, odruch, którego nie robił zawsze świadomie, ale który wykonywał z a w s z e.
I nawet w progu tych drzwi jakaś jego cząstka była gotowa się wycofać.
Ta, która wplotła wolną dłoń w jej włosy, czując dotyk jej ust na własnych. Ta, która odwzajemniła jej pocałunek, skupiając się na nim tak mocno, że nawet odgłosy trwającego w środku przyjęcia przestały zwracać jego uwagę.
- Czy mam spodziewać się klauna? - odrzucił z rozbawieniem, wprost w jej usta, nie rezygnując z tej chwili bliskości nawet, jeśli miała być krótka i ulotna.
I bardzo szybko się skończyła.
Uchylił przed nimi drzwi, wpuszczając cały chaos schowany wewnątrz domu na ganek. Na środku korytarza prowadzącego do salonu tkwiła akurat rozmawiająca z kimś matka Margo, która na ich widok uniosła dłonie w górę.
- Nareszcie jesteście! - rzuciła, wsuwając głowę do salonu by, po zaczerpnięciu oddechu, niemal wrzasnąć w próbie przekrzyczenia reszty - Już są!
Faktycznie nie był gotowy. Nie był gotowy na prawdziwą hordę osób wylatującą z salonu, na której przodzie były jakieś małe dzieci. Dwójka ewidentnie rodzeństwa - patrząc po ich ubraniach - rzuciła się w stronę Margo, dziewczynka oplotła ją ramionami, chłopiec zaczął skakać dookoła wydając z siebie zwierzęce odgłosy.
- Wszystkiego najlepszego ciociu! - wrzasnęło dziecko tak głośno, że aż zadźwięczało mu w uszach. - Przyniosłam ci prezent ale Max go zjadł!
- WCALE NIE! - żachnął się jej brat, zatrzymując w miejscu. - Tylko połowę, tą, której nie lubisz.
Gdzieś pomiędzy całą kolejką petentów, dostrzegł porozumiewawcze spojrzenie starego Mercera, tkwiącego z drinkiem w dłoni w przejściu. Za jego plecami chowało się jakieś męskie grono, do którego natychmiast otrzymał zaproszenie - gdy tylko ojciec Margo wyłapał jego wzrok, zaczął nawoływać go ręką.
- Wydaje mi się, że muszę spełnić mój męski obowiązek - rzucił do jej ucha, znajdując idealną wymówkę na ucieczkę z tego chaosu. - Czy zaczniesz opowiadać o naszym pieprzeniu się teraz, czy później? - dodał beztrosko, ignorując kłócącą się dwójkę dzieci, które nie mogły mieć więcej jak dziewięć lat oraz próbującą uspokoić je babcię.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spodziewała się dosłownie w s z y s t k i e g o.
Patrząc na ilość ludzi zgromadzonych w rodzinnym domu, wiedziała już, że ten wieczór wymknął się spod jakiejkolwiek kontroli jeszcze zanim przekroczyli próg. W środku mieszało się całe spektrum osobowości i światów, które normalnie nigdy nie powinny znaleźć się razem w jednym miejscu. Byli znajomi jej rodziców - eleganccy, dystyngowani, z kieliszkami wina w dłoniach i głosami ściszonymi do uprzejmych półszeptów. Byli jej znajomi, dużo głośniejsi, stojący z piwem, oparci o kuchenny blat i śmiejący się bez skrępowania. Byli też jej bracia z rodzinami, wyglądający tak, jakby w każdej chwili mogli wpaść na pomysł sprowadzenia tutaj rzeczonych klaunów albo striptizerów wyskakujących z tortu wyłącznie po to, żeby chaos osiągnął absolutne maksimum.
Biorąc głębszy oddech pozwoliła wprowadzić się do środka, trzymając się Maddena odrobinę bliżej niż zazwyczaj. Sama nie była pewna, czy bardziej potrzebowała jego obecności dla siebie, czy robiła to dla niego, nie chcąc rzucać go na pożarcie tłumowi ludzi, z których większość widziała pierwszy raz w życiu. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo chwilę później dopadły ją dzieciaki jej braci. Pochyliła się z rozbawieniem, przytulając jedno po drugim i rozczochrując włosy chłopca. - Nic się nie stało - mruknęła miękko. - I tak bym się z wami podzieliła. Tak samo jak wszystkim innym - dodała konspiracyjnym szeptem, puszczając im oczko.
Później wszystko zaczęło zlewać się w jeden, głośny ciąg rozmów, życzeń i przypadkowych zdań rzucanych w przelocie. Co chwilę ktoś ją zatrzymywał, ktoś składał kolejne życzenia albo przedstawiał jej osobę, której twarzy sama czasami nie potrafiła przypisać do nazwiska. Mimo to stale oglądała się przez ramię, szukając Rhysa wzrokiem niemal odruchowo. W końcu przecisnęła się przez salon w stronę grupy stojącej bliżej barku.
Był tam jej ojciec, dwóch dawnych kolegów z policji, jeden z jej braci i oczywiście Madden, który wyglądał zdecydowanie zbyt dobrze i zdecydowanie zbyt spokojnie jak na człowieka wrzuconego w sam środek tego chaosu. Oparła się biodrem o blat obok niego, poprawiła materiał jego czarnej koszuli przy kołnierzu z przesadną dokładnością. Gest był czuły, ale spojrzenie, które mu posłała miało w sobie coś wyjątkowo podejrzanego. - Tak właściwie - odezwała się nagle, odwracając głowę w stronę brata. - Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, dlaczego się spóźniliśmy, to oficjalnie wina leży po stronie Maddena - uniosła kieliszek do ust kompletnie niewzruszona faktem, że właśnie skierowała na nich uwagę kilku osób jednocześnie.
- Co jest wyjątkowo zabawne, bo ja n i g d y się nie spóźniam - dodała z powagą. - Ale najwyraźniej nie potrafił trzymać łap przy sobie dłużej niż pięć minut - jej brat zakrztusił się drinkiem. - Łaził za mną wszędzie - westchnęła teatralnie. - Do garderoby, do łazienki, do sypialni… właściwie zaczynam podejrzewać, że cierpi na jakiś lęk separacyjny - odwróciła głowę w stronę Rhysa z przesadnie słodkim uśmiechem, podczas, gdy jej ojciec mordował ją spojrzeniem.

Rhys Madden
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”