Powietrze w basenowej hali było nasycone wonią chloru i wilgocią, która osiadała na ścianach. Noe zatrzymał się w progu, czując, jak fala gorąca uderza go w twarz. Przez chwilę chciał się odwrócić. Chciał wrócić do własnego pokoju, gdzie jedynym wyzwaniem było pokonanie narastającej pustki w piersi. Nie mógł jednak wiecznie siedzieć w chacie i użalać się nad sobą – to zdanie, powtarzane mu przez znajomych niczym mantra, brzmiało w tej chwili jak kiepski żart. Przeczesał nerwowym ruchem dłoni swoje lekko wilgotne włosy. Miał na sobie jedynie luźne, ciemnogranatowe szorty kąpielowe i stary, sprany T-shirt, który w tej chwili wydawał mu się jedyną barierą chroniącą go przed światem. Czuł się w nim dziwnie obnażony, choć przecież był ubrany. Każdy mięsień jego ciała był spięty, gotowy do ucieczki.
– Noe! Chodź, stary, nie daj się prosić! – krzyknął jeden z kumpli, chlapiąc wodą z brzegu basenu.
Chłopak przełknął ślinę. Wszyscy zapewniali go, że jej nie będzie, że Gabriela ma dzisiaj „inne plany”, że w ogóle nie planowała się pojawić. To był jego główny warunek: żadnych przypadkowych spotkań, żadnych szans na konfrontację z nią. Wszedł na płytki, czując pod bosymi stopami chłód posadzki. Każdy krok w stronę gwarnej grupy znajomych sprawiał, że nieco się wyluzował, chociaż w głowie wciąż pulsowało mu wspomnienie sprzed kilku dni. Ciemność nocy i jej zapach pomieszany z czymś obcym, a potem ten jeden dźwięk – imię Williama wypowiedziane przez Gabrielę w kulminacyjnym momencie, w chwili, która miała być ich zbliżeniem, a stała się jego pogrzebem. Czuł wtedy, jak serce, które tak naiwnie próbował jej oddać, pęka z głośnym, choć niesłyszalnym trzaskiem, zostawiając w środku jedynie chłód. Friendzone było bolesną etykietą, ale to, co stało się później, było czystym okrucieństwem.
Zacisnął dłonie w pięści, aż zbielały mu kłykcie. Musiał się zabawić. Musiał udowodnić sobie, że wciąż potrafi oddychać, nawet jeśli ona w tym czasie prawdopodobnie śmiała się gdzie indziej, świadoma ciężaru, jaki na nim położyła.
– No wchodź, ojciec otworzył nam bramkę, nie musisz się martwić o wejściówki – rzucił inny znajomy, klepiąc go po ramieniu. Noe odrzucił t-shirt na plastikowe krzesło, czując na sobie przelotne spojrzenia. Jego klatka piersiowa była napięta, twarz przybrała maskę obojętności, którą z taką determinacją szlifował ostatnimi czasy. Wszedł do basenu. Chłód wody spłynął po jego skórze, chwilowo wyciszając mętlik w głowie. Zanurzył się całkowicie, pozwalając, by cisza podwodnego świata odcięła go od śmiechów i rozmów na górze. Kiedy wynurzył głowę, otrząsnął się z wody, wycierając oczy dłonią. Przez ułamek sekundy, przez mgłę rozproszonych świateł odbijających się w tafli wody, wydawało mu się, że dostrzegł znajomą sylwetkę przy samym wejściu do hali. Serce podskoczyło mu do gardła, a żołądek zacisnął się w bolesny supeł. Zamarł w bezruchu, wpatrzony w ciemny punkt przy drzwiach, zapominając, jak się oddycha.
Nie, to tylko urojenie. To tylko strach, który wyhodował w sobie przez ostatnie dni.
– Wszystko gra? – zapytał ktoś obok, patrząc na niego z niepokojem.
Noe zmusił się do wykrzywienia ust w czymś, co miało przypominać uśmiech.
– Jasne – odparł głosem, który brzmiał obco nawet dla niego samego. – Jest zajebiście. - Ale w głębi duszy wiedział, że nie przyszedł tu się bawić. Przyszedł sprawdzić, czy jego życie ma jeszcze jakąś szansę na zmianę scenariusza, czy też jest już tylko smutnym dodatkiem do życia kogoś innego.
Gabriela R. Blais