In mine when I'm asleep
And I will bare my soul in time
When I'm kneeling at your feet
Zły dzień rodził złe myśli z dokładnością choroby dziedzicznej — jednej z tych, które nie pojawiają się nagle, lecz dojrzewają latami gdzieś pod skórą, cicho, cierpliwie, aż w końcu organizm przestaje odróżniać własny rytm od pasożyta. Tkwiły więc w niej od rana; niespokojne, drażliwe, tłukące się o wnętrze czaszki niczym ćmy zamknięte pod kloszem lampy.
A teatr —
teatr tylko je dokarmiał.
Kolejna grupa entuzjastów snuła się za nią po zakamarkach budynku w charakterystycznej manierze ludzi zachwyconych czymś, czego nigdy naprawdę nie poznali. Szeptali między sobą z nabożnym podnieceniem, muskając spojrzeniami kulisy, stare kostiumy, mechanizmy sceniczne; jakby obcowali z sacrum, nie zaś z miejscem przesiąkniętym potem, pyłem i frustracją artystów powoli pożeranych przez własne ambicje.
Zaproszenie miało być dyskretne.
Elitarne.
„Za kulisami prawdziwej sztuki”.
Prawdziwa sztuka pachniała jednak wilgocią starych desek i zmęczeniem ludzi, którzy od dekad sprzedawali publiczności emocje, sami coraz mniej zdolni do ich odczuwania.
Uśmiechała się mimo to; naturalnie, profesjonalnie. Wyuczonym uśmiechem przypominającym cienką warstwę lakieru rozciągniętą na pękającym drewnie. — Tutaj przeprowadzamy obecnie reorganizację przestrzeni scenicznej… — Głos płynął automatycznie; elegancki, pewny, nasycony dumą, którą rzeczywiście odczuwała — bo przecież zmieniała ten teatr. Wyrywała go ze skansenu martwych tradycji i wciskała brutalnie w nowoczesność, nawet jeśli część starszej kadry patrzyła na nią tak, jak patrzy się na infekcję.
Była z tego dumna.
(Duma bywała przecież najbardziej wyrafinowaną odmianą pychy.)
Szum rozmów oblepiał jej uszy coraz cięższą warstwą hałasu. Głosy ludzi mieszały się z dudnieniem ulewy rozbijającej się o wysokie okna i kamienną fasadę budynku. Kap.
Kap.
Rytm stawał się nieznośnie hipnotyczny; niemal perwersyjnie zsynchronizowany z pulsowaniem bólu za oczami.
Pięć minut.
Godzina.
Może trzy.
Czas rozciągał się we wnętrzu teatru jak stare kurtyny — ciężki, zakurzony i nasiąknięty cudzymi emocjami. Korytarze zdawały się nie mieć końca, podobnie jak pytania gości, ich wymuszone zachwyty i specyficzny rodzaj społecznego głodu, który kazał ludziom nieustannie ocierać się o „wielką sztukę”, by choć przez moment poczuć się większymi od własnych, żałośnie zwyczajnych żyć. Stała pośród nich wyprostowana, o ostrych kantach twarzy wygładzonych odpowiednio dobranym światłem foyer. Profesjonalizm trzymał jej postawę za gardło niczym niewidzialna ręka.
Nie mogła pozwolić sobie na zmęczenie.
Nie mogła pozwolić sobie na złość. Choć gdzieś pod mostkiem rosło już coś gorzkiego; coś przypominającego instynkt ucieczki. Ulewa gęstniała. Miasto za szybą tonęło powoli w grafitowej mazi wieczoru, rozmyte światła ulic wyglądały jak rozcięte neony pod wodą, a ona przez krótką, niebezpiecznie krótką chwilę naprawdę rozważyła, czy nie zostawić tego wszystkiego —
tych ludzi,
tego teatru,
tej całej pieprzonej misji reformowania świata sztuki —
i po prostu wyjść.
Ale nie wychodziła nigdy.
Uszy pulsowały bólem od przeciążenia własną świadomością; od tego drażniącego, metalicznego tembru myśli, które niczym rdza dobierały się do wnętrza czaszki, przypominając jej raz za razem o własnej niefrasobliwości. Brak parasola. Brak odpowiedniego okrycia. Żadnej ochrony przed chłodem rozlewającym się teraz po karku i łopatkach cienkimi smugami deszczu. Cholera. Jeszcze kilka godzin wcześniej pogoda zdawała się niemal absurdalnie łagodna — niebo rozciągało nad miastem miękką, spokojną szarość, a powietrze pachniało ciepłym betonem i kurzem rozgrzanym pod stopami przechodniów. Nic nie zwiastowało tego rozszalałego gnicia chmur nad głową. Telefon milczał uparcie, niby martwy organ pozbawiony impulsów życia. Jeden partner nie odbierał, drugi również; pierwszy zapewne poświęcał swoje godziny korporacyjnej machinie, oddając ciało i wzrok excelowym tabelom rozciągającym się przed nim jak bezdenne trzewia współczesności. Drugi — zapewne znów dławił się ciężarem własnej rodziny, zobowiązań, dziecięcych głosów i zmęczenia codziennością.
Putain!
Tylne drzwi teatru zatrzasnęły się za nią z niemal teatralną pogardą, jakby budynek z ulgą wyzbywał się kolejnego fragmentu ludzkiej uciążliwości. Dźwięk rozszedł się po mokrym zaułku ciężko i głucho, po czym natychmiast został pożarty przez szum ulewy. Deszcz spływał z rynien szerokimi strugami przypominającymi otwarte żyły miasta; asfalt błyszczał czernią świeżo obdartej skóry. Palce miała chłodne i lekko zdrętwiałe, lecz sfatygowana Zippo odpowiedziała wiernie — trzask metalu zabrzmiał niemal intymnie pośród dudnienia deszczu, a płomień rozbłysnął łapczywie, złotym językiem dobierając się do końcówki papierosa. Żar rozpełzł się powoli, czerwony i żywy niczym rozcięta tkanka pulsująca ostatnim wysiłkiem organizmu. Dym rozlał się po wnętrzu płuc ciężką, znajomą warstwą, osiadając pod żebrami z miękkością niemal kojącą. Tego właśnie potrzebowała — nie rozmowy, nie ratunku, nie obecności któregoś z nich. Potrzebowała zatrucia; czegoś wystarczająco silnego, by choć na chwilę zagłuszyć nieustanny jazgot myśli i tę obrzydliwie ludzką potrzebę bycia dla kogokolwiek ważną.
— Pomóc? — Żywej duszy się nie spodziewała w tym zaułku; prędzej w biel odzianą zjawę, wytykającą jej błędy prowadzenia swej doczesności w aktualny sposób. Tak słuchawka załączona do walkmana wyciekła z ucha, tak jakoś dobodziejność serduszka nie pozwoliła na pozostawienia płuc delikwenta samotnych, podsuwając w zasięgi jego wejrzenia szczotkowaną fasadę srebra. Hm? — pytająco wzniosła brwi, czekając w potrzasku bulgoczącej wody przy odpływie kanalizacji.
Jake Davenport