Łkać jak dziecko wraz z deszczem powoli zostawiającym mokre ścieżki na jego pobladłych policzkach. Pozwolić razem z duszonymi łzami wypłynąć rozpaczy duszonej gdzieś potwornie głęboko pod warstwami odrętwienia. Nawet jakbym chciał; rozbijające się cicho od jednej chaotycznej myśli ku kolejnej, kiedy sparaliżowany własną niemocą spoglądał ku zachmurzonemu niebu. Choć lodowate pocałunki płynące ku niemu z burzowych chmur nabierały na sile, od dłuższej chwili nie potrafił zebrać się do żadnego działania.
Ruszył w dobrze - zbyt dobrze - znanym sobie kierunku, jakby to światło latarni przyciągało do siebie zagubionego żeglarza. Nieszczęśnika, który wydeptaną drogą podążał w poszukiwaniu odkupienia. Ze wstydem ciążącym w sercu po raz pierwszy po powrocie po tej nieszczęsnej dla niego olimpiadzie zamierzał spotkać się z najmłodszą członkinią rodziny
Dla najdroższej siostry, Nadir.
Dłoń powoli uniosła się na wysokość oczu, dopiero by po dłuższym zawahaniu się uderzyć w drewnianą powierzchnię. Nadir wybijał nią wręcz melodię własnego serca, boleśnie skaczącego za rzędem żeber i coś w chaosie jego myśli szeptały mu cicho, że mogłoby za wieki zamilknąć, gdyby siostra postanowiła mu tego dnia nie otworzyć. Odciąć brutalnie - na bogów, może właśnie w końcu... - łączące ich rodzinne więzy
ta lepsza al khansa