-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A ten chyba rzeczywiście udało im się zgubić. O ile dresiarze mieli w ogóle chcieć ich nadal ścigać, zamiast rozbiegnąć się w przeciwną stronę, byleby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi na niespodziewanie dość głośnej ulicy. W każdym razie… przynajmniej ten konkretny problem póki co mieli już z głowy. Pozostawał tylko jeden, w postaci niezbyt udanej wyprawy po jedzenie… I dość kiepskich perspektyw na to, by tę pomyślnie wznowić.
– Wiesz, drugi raz mogą się jednak mniej ociągać z tym, żeby faktycznie spuścić nam wpierdol – parsknął śmiechem, chyba właśnie udowadniając, że mimo wszystko najwyraźniej czasami potrafił wyciągać jakieś wnioski z sytuacji i uczyć się na błędach. Choć pewnie nie było to zbyt długotrwałe. Gdyby kolejnego dnia miał ponownie wpakować się na grupkę potencjalnie agresywnych dresiarzy… pewnie zdążyłby już zapomnieć, czego miał okazję nauczyć się tego wieczoru. Lub nocy. Nie do końca był pewien, jaka właściwie była pora, choć chyba bliżej było jej mimo wszystko tej drugiej opcji…
Z drugiej strony… może jednak rzeczywiście grupka przygłupich dresów nie powinna stanowić dla nich przeszkody do tego, by coś zjeść, skoro żołądki ewidentnie się tego domagały. I chyba nawet był w stanie wymyślić w miarę sensowne rozwiązanie tego problemu.
– Ej, a zamawiałaś już kiedyś żarcie do… – rozejrzał się pobieżnie dookoła, poszukując najwyraźniej najlepszego określenia dla miejsca, w którym postanowili się zatrzymać. Jakkolwiek jednak by się nie starał, wciąż istniała chyba tylko jedna opcja – …jakiejś bramy…?
Nie czekając zbyt długo na odpowiedź, sięgnął do kieszeni, wydobywając z niej telefon. Tylko po to jednak, by przekonać się, że ten w dalszym ciągu pozostawał kompletnie bezużyteczny i wciąż nie działał. Oczywiście, przecież właśnie dlatego planował wrócić do domu na piechotę, nie mogąc nawet zamówić durnego Ubera. Z żarciem też więc niespecjalnie mógł cokolwiek zdziałać.
– O ile masz działający telefon. Mój… tak trochę nie żyje. No i o ile po drodze nikt nie rzuci się na kuriera z jedzeniem, bo byłoby trochę szkoda – bardziej pewnie jedzenia niż kuriera, ale tego nie dodał już na głos, nawet jeśli przeszło mu przez myśl.
W każdym razie… gdzieś w okolicy musiała być przecież jakaś otwarta knajpa z opcją dostawy, prawda? Jeśli nie ta sławetna już buda z żarciem, to… cokolwiek innego. I może nawet zamówienie realizowane do jakiejś bramy wcale nie byłoby tym najdziwniejszym, które miałoby przytrafić się jej pracownikom…
Erika Lindberg
-
Rumors can spread even from the lips of the dead if the secrets they conceal are powerful enough.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na razie jednak chowali się w tej przeklętej bramie. Dresiarze zdawali się rozpłynąć gdzieś w kompletnie innej części Toronto, co dawało im przynajmniej nikłe nadzieje na to, że jeszcze uda im się jakoś z tego wszystkiego wymknąć.
Całe szczęście, że nie trafili w bramę, gdzie mogły się czaić jakieś inne zakapiory. Było to jakieś pocieszenie. Erika dodatkowo na pewno nie chciała kusić losu i przekonać się o tym, kto mógł jeszcze pojawić się w ich nowej miejscówce. Rozważnym wydawało jej się zatem wyniesienie z kryjówki tak szybko jak to możliwe. Nie tylko dlatego, że śmierdziało w niej szczynami oraz gnijącymi śmieciami.
- Może, ale wydaje mi się, że zgubili nas. Piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce, nie natkniesz się dwa razy na tych samych dresów - rzuciła rezolutnie, starając się jakoś rozluźnić atmosferę i dorzucić swój żart do kolekcji żarcików Dantego.
Pewnie konfrontacja nie skończyłaby się dla nich teraz tak dobrze. Dlatego lepiej było udać się gdzieś, gdzie prawdopodobieństwo takiego spotkania wyraźnie malało. Wolała nie sprawdzać czy nie trafili przypadkiem w siedlisko jakiejś jeszcze gorszej patoli. Może i chwilowo wydawało się być tutaj spokojnie, ale kto wie jak to wszystko może się skończyć z ich szczęściem?
Głód zaczynał się odzywać u tej dwójki, bo weszli wyraźnie w gastro fazę, która uderzała mocno, gdy tylko człowiek pozwolił sobie na większy balet z używkami. Lindberg była gotowa, aby odnaleźć drogę do tej przeklętej budki z burgerami i jedynie uniosła brew w pewnym zdziwieniu.
- Chcesz tutaj zamawiać żarcie? I co jeszcze? Planujesz tutaj rozbić obóz i spędzić resztę życia w tej bramie? - zapytała wyraźnie oburzona podobną sugestią.
Nie miała jednak w tej chwili zbyt wiele do powiedzenia. Obserwowała to jak bezskutecznie chłopak sięga po telefon, który jednak był bardziej martwy niż Elvis Presley, bo ten podobno według niektórych jeszcze gdzieś tam żył razem z Michaelem Jacksonem. Sytuacja była zatem serio beznadziejna.
- Działa, ale nie możemy tak tu wiecznie sterczeć, chłopie - upomniała go, bo jednak powinni się ruszyć i nie okupować tej bramy niczym rasowe ćpuny. - Chodź już. Znajdziemy jakiś lokal.
Nie dawała za wygraną, ale czy ktoś mógł się temu dziwić? Nie chciała bawić się w żadne gierki, aby zdobyć jedzenie. To z kolei na pewno jej się należało. Przebiegła już wystarczający dystans, aby potrzebować uzupełnienia zasobów energii.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Choć ten na moment – dość krótki i pewnie przez to niezbyt przekonujący – musiał ulotnić się z jego twarzy, gdy Erika tak bez ogródek podważyła jego genialny pomysł z zamówieniem żarcia na dowóz. Do bramy. Trochę może cuchnącej i niespecjalnie przytulnej, ale… wciąż przynajmniej wolnej od dresów! Co zdecydowanie powinno pozostawać jej największą zaletą, nawet jeśli można byłoby przypuszczać, że ten stan nie mógł trwać wiecznie. W końcu… pewnie każda podobna do tej brama, po prostu musiała mieć przypisane do siebie jakieś odziane w dresy stadko.
Może powinno się to dopisać do notesu ze złotymi myślami…
– Ej. To całkiem fajna brama, ok…? – rzucił, może i nie planując przeprowadzki do tej całkiem fajnej bramy, ale ewidentnie uważając to za dość zabawną opcję. Nawet rozejrzał się pobieżnie dookoła, dowiadując się przy tym z napisu znajdującego się na najbliższej ścianie, że jakaś Lucy nie prowadziła się zbyt dobrze. Tego, który znajdował się nieco dalej, nie udało mu się już odczytać w dość skąpym oświetleniu. Chociaż może to i lepiej… Zwłaszcza, że nie mieli przecież zajmować się podziwianiem tutejszych dekoracji, a sprawami nieco wyższej rangi. W sensie… jedzeniem na przykład. I kwestią tego, czy warto było opuszczać względnie bezpieczną – póki co – bramę, czy może jednak rzeczywiście powinni przemyśleć rozbicie tymczasowego obozu…
– Niech będzie, ale w razie czego ty się z nimi lejesz. W ramach… nie wiem, łamania stereotypów, czy czegoś tam – odepchnął się od ściany, naprawdę nie mając zbytniej ochoty na to, by zastanawiać się nad tym, czy opierając się o nią wcześniej, faktycznie udało mu się znaleźć dostatecznie czysty fragment. Powiedzmy, że postanowił pod tym względem zaufać własnemu szczęściu… Tak samo, jak chyba musiał zaufać mu, decydując się za – niezbyt długą, za to widocznie dość przekonującą – namową Eriki wyleźć z tej nieszczęsnej bramy.
– Wewnętrzny kompas mówi, że… – po krótkim wahaniu, dość losowo wskazał kierunek palcem – …tam coś znajdziemy. Ale zanim padniemy z głodu i zeżrą nas jakieś bezdomne koty, możesz też sprawdzić to na mapie…
Uśmiechnął się jeszcze, bez zbędnej zwłoki ruszając jednak w tym właśnie wylosowanym przez siebie kierunku. W końcu… byli przecież w Toronto. I to nie na jakichś obrzeżach, więc znalezienie jakiegokolwiek miejsca, w którym mogliby coś zjeść, nie powinno być chyba aż tak skomplikowane – niezależnie od tego, jak bardzo abstrakcyjna była to pora w kontekście jedzenia… Zwłaszcza, że w kwestii menu nie zamierzali chyba nawet za bardzo wybrzydzać.
Erika Lindberg