-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Swoją drogą, pewnie nie jeden mężczyzna czerpałby satysfakcję z tego, jak dwie kobiety dosłownie się o niego biły, ale tu sytuacja była nieco inna, więc Raynott nawet nie miał z czego się cieszyć. Druga sprawa, że jedyna przemoc, jaką akceptował, to ta kontrolowana i odbywająca się za obopólną zgodą w sytuacjach intymnych.
Także dobrze, że dzisiejsza akcja zakończyła się tylko na złamanym paznokciu i wyrwanych doczepach. Bez jednego i drugiego obie panie mogły przeżyć i nie były to szkody, które miałyby jakieś długotrwałe efekty, czego Tracy by nie chciał dla którejkolwiek z nich. Tym bardziej, że całe to zamieszanie brało się wyłącznie z jego niechęci do angażowania się i najwyraźniej złego zrozumienia intencji swojej nowej znajomej. W przyszłości musiał bardziej na to uważać…
– Dziwisz jej się? – zapytał i poruszył zaczepnie brwiami, uśmiechając się przy tym głupawo. Przypominał Debbie o tym, że kobieta walczyła o niego, co najwyraźniej miało być wystarczającym powodem, żeby zachowywać się w ten sposób. Oczywiście tylko się teraz wydurniał, co nie znaczy, że Raynott nie miał wysokiego mniemania o sobie, bo skromnym nie dało się go nazwać.
– Jeśli jesteś tego pewna, to w porządku – wzruszył ramionami, nie zamierzając upierać się przy swoim, choć pewnie gdyby McDowell czegoś potrzebowała, to na pewno by jej nie odmówił, nawet jeśli teraz twierdziła, że nic nie musiał dla niej robić. Zresztą… Nawet jakby nie miał u niej długu wdzięczności, to mogłaby na niego liczyć, ale to udowodnił już wcześniej.
Kiedy wspomniała o gotowaniu, zerknął na przygotowaną przez siebie kolację, a przy okazji sięgnął po kieliszek z winem, zaś później znów popatrzył na Debbie. – Czasami… Jak mam czas. Jeśli chcesz spróbować, to mogę ci nałożyć. Przygotowałem więcej – zaproponował, choć w ten sposób mogąc zrekompensować jej to, że porzuciła swoje dzisiejsze plany na wieczór. Resztek nie planował jej oferować, ale na szczęście miał więcej jedzenia w kuchni, bo zawsze szykował na zapas. Skoro już poświęcał czas na gotowanie, to lubił mieć coś na później, żeby potem nie musieć tam wracać.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pod tym względem Tracy był jej p i e r w s z y m.
Nie znaczy to jednak, iż postąpiła w ten sposób dlatego, że realnie chciała zagarnąć go dla siebie. Lubiła go, a jednak miała świadomość tego, że łącząca ich relacja nie wykraczała poza okraszony przyjaźnią romans. Nie znalazła się tu zresztą z powodu własnych chęci. Przyjechała, ponieważ on ją o to poprosił, a skoro potrzebował ratunku, Debbie musiała zadbać o to, aby wszystko wypadło wiarygodnie. Jeśli ją poniosło, to tylko dlatego, że zwykle bywała temperamentna.
Uniosła jedną brew i zerknęła na niego z rozbawieniem, kiedy usłyszała tamto pytanie. — Że zaczęła od razu planować z tobą przyszłość? Ani trochę, sama robię to co rano — odparła przekornie, a jednak jej wyraz twarzy jasno zdradzał, że wyłącznie się zgrywała. Nie znaczy to jednak, że nie byłaby do tego zdolna. Tracy był przecież naprawdę świetnym facetem, przystojnym i niesamowicie sprawnym w łóżku. Gdyby tylko zapragnął się zaangażować, Debbie mogłaby stracić dla niego głowę, a jednak wiedząc o tym, jakie miał podejście do związków, z jakiegoś powodu zachowywała przy nim rozsądek.
Choć niekoniecznie dzisiaj.
Nie zamierzała jednak prosić go o to, aby jakkolwiek jej się odwdzięczał. Naprawdę uważała, że dostatecznie dużo zrobił dla niej w momencie, w którym pozwolił jej zatrzymać się u siebie, gdy skończyła bez dachu nad głową. — Jesteś pewien? Nie wolisz jutro zaprosić na to kolejnej wariatki? — zapytała, wykrzywiając usta w zaczepnym uśmiechu. Oczywistym jest, że nie miała dać mu zbyt prędko o tym zapomnieć.
Podobnie zresztą jak nie była w stanie wyrzucić z myśli tego cholernego paznokcia, który tak bardzo ją teraz denerwował. Kiedy powiodła w jego stronę spojrzeniem, przypomniała sobie jednak o czymś jeszcze. — Czyli co, od teraz powinnam przedstawiać się jako Raynott? Chyba nie do końca pasuje mi to do imienia — zastanowiła się na głos, wyłącznie sobie żartując, jednak uśmiech szybko został ukryty pod kieliszkiem, z którego znów upiła kilka łyków wina.
Co do niego Tracy ewidentnie miał lepszy gust, niż do kobiet.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
No i, jak by nie patrzeć, ocaliła mu tyłek, ściągając mu z głowy problem, jakim była zbyt angażująca się babka, która później mogłaby oznaczać dla niego jeszcze większe tarapaty. Ale teraz nie sądził, aby po tej akcji jeszcze mogła być nim zainteresowana, bo kto chciałby zakręcić się koło mężczyzny, który za ż o n ę miał taką wariatkę? Raynott był pewny, że był bezpieczny.
– Tak myślałem, że oszalałaś na moim punkcie i przed chwilą wcale nie udawałaś – stwierdził z zadowoleniem, rozumiejąc, że Debbie jedynie się zgrywała, w związku z czym sam postanowił pociągnąć to dalej, nie bojąc się tego, że karmił jakąś jej dziwną obsesję. Wiedział, że McDowell doskonale rozumiała ich sytuację i zdawała sobie sprawę z tego, że on nie chciał pakować się w nic poważnego, dlatego nawet nie bał się tego, że ich obecna sytuacja mieszkaniowa namiesza jej w głowie.
Przewrócił oczami, po czym posłał Debbie karcące spojrzenie, które mimowolnie połączył z uśmiechem, zdradzającym jego rozbawienie. – Chyba na razie dam sobie spokój z zapraszaniem kogokolwiek – stwierdził, dochodząc do wniosku, że jednak trzymanie pewnych relacji z dala od własnych kątów może być lepszą, a co ważniejsze, bezpieczniejszą opcją. Przynajmniej nie doprowadzi do tego, że jakaś wariatka pozna jego adres albo że ktoś źle odczyta sytuację.
Jeśli coś miał wyciągnąć z tego dnia to będzie tym wysyłanie kobietom jaśniejszych sygnałów.
A skoro Debbie nie powiedziała nie, Tracy poszedł do kuchni, aby nałożyć jej na talerz danie, które dziś przygotował.
– A co jest nie tak z Debbie Raynott? – zapytał, bo w jego głowie brzmiało to całkiem dobrze, więc nie rozumiał, co przeszkadzało jej w jego nazwisku. I czekał na wyjaśnienia, gdy wrócił do niej z kuchni, a potem położył na stole talerz ze świeżo nałożoną porcją jedzenia.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie zamierzała jednak nadmiernie tego rozpamiętywać, choć połamany paznokieć ewidentnie nie dawał jej spokoju. Debbie raz po raz uciekała w jego kierunku spojrzeniem i skubała go palcami, chcąc choć trochę doprowadzić go do ładu, zanim za kilka dni udałoby jej się dostać do manikiurzystki.
Nic, co robiła, nie przynosiło jednak skutku.
Zerknęła na blondyna tak, jakby do reszty postradał rozum. Nie znaczy to jednak, że nie uważała, iż można było stracić dla niego głowę. Wręcz przeciwnie, gdyby poznała go w innych okolicznościach, prawdopodobnie również oszalałaby na jego punkcie. — Muszę mieć jakąś przewagę, skoro mnie jeszcze nie wystawiłeś za drzwi — stwierdziła z przekąsem, a jej usta wykrzywiły się w bliżej nieokreślonym grymasie. Ich relacja wpisywała się w zupełnie inne kategorie, a jedynym, co łączyło ją z jego randkami był fakt, że czasami to właśnie w swoich ramionach kończyli w łóżku.
Nie było to jednak nic na stałe, dlatego Tracy odrobinę zaskoczył ją tą późniejszą deklaracją. Nie oznaczała bynajmniej, że nagle całkowicie zrezygnuje ze spędzania nocy w towarzystwie innych kobiet, ale mimo to nie przypuszczała, że jedna wpadka mogłaby zmusić go do tego, aby na boczny plan odsunąć zapraszanie kobiet do własnego mieszkania. Nie skomentowała tego jednak, bo nawet jeżeli na jej twarzy wymalowało się zaskoczenie, nie była to ani trochę jej sprawa.
Zmarszczyła brwi i wymruczała coś pod nosem, w ten sposób dając mu do zrozumienia, że naprawdę nie była zadowolona z tego brzmienia. — Naprawdę tego nie słyszysz? — zapytała, krzywiąc się nieznacznie. — Już lepiej brzmiałoby to w drugą stronę — dodała moment później, podczas gdy na jej twarz wkradło się rozbawienie. Gdyby rzeczywiście byli zmuszeni wybierać, lepiej wypadłoby, gdyby to on zdecydował się zostać McDowellem.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na razie jednak Raynott nie planował pakować się w podobne tarapaty. Doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie wyznaczyć pewne granice, przynajmniej na początku, wracając do tego, co wcześniej sprawdzało się najlepiej, czyli do spotkań poza jego domem. Nie chciał tu cyrków, nie chciał też, żeby ktoś go później tu nachodził, więc może lepiej zatrzymać ten adres dla siebie i sprawdzonych znajomych…
Ale odejście od spotkań w domu wcale nie oznaczało, że Raynott w ogóle zamierzał przystopować z randkowaniem, bo nie widział powodów, aby tego sobie odmawiać… Jedna wariatka nie musiała być powodem, żeby całkowicie rezygnował z przyjemności.
– A spodziewałaś się, że ci to zrobię? – omiótł ją spojrzeniem, ciekawy jej odpowiedzi. Na pewno jego koledzy powiedzieliby, że właśnie tego by się spodziewali, bo żartowali już z tego, że długo nie wytrzyma z Debbie pod jednym dachem. Nie dlatego, że z nią miałoby być coś nie tak… Raczej chodziło o to, że znali Tracy’ego, który tak pielęgnował swoje kawalerskie życie, że zaskoczył ich decyzją o tym, aby wpuścić pod swój dach kobietę.
– Słyszę, że brzmi to naprawdę dobrze – beztrosko wzruszył ramionami, nie potrafiąc zrozumieć, co nie pasowało Debbie. Ale prędko doszedł do wniosku, że zwyczajnie się nie znała. Udowodniła to kolejną deklaracją. – Daj spokój, to dopiero się nie klei – przewrócił oczami po tym, jak w głowie jeszcze raz powtórzył sobie Tracy McDowell – to naprawdę nie brzmiało razem dobrze. Kojarzyło mu się z farmerem, co zabawne, biorąc pod uwagę to, że Debbie nigdy wcześniej podobnych skojarzeń u niego nie obudziła. Problemem musiało więc być to połączenie.
Widząc, że jeszcze nie poszła jeść, wymownym gestem dłoni zagonił ją do stołu. Chciał, żeby zjadła posiłek póki był ciepły. Nie z troski o nią, a raczej o to, aby spróbowałą wykonanego przez niego dania w najlepszej wersji, aby potem nie krytykowała go bezpodstawnie, bo zjadła zimne.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wbrew temu, co dziś pokazała, nieszczególnie też spieszno było jej do rękoczynów.
Była lekko zwariowana, może nawet nieco szalona, ale bez wątpienia nie można posądzać jej o to, że była nieobliczalna. Nie w złym tego słowa znaczeniu, ale o tym Tracy już chyba zdołał się przekonać. McDowell była po prostu kimś, przy kim nie sposób było się nudzić, a przy okazji też mogła stanowić całkiem ciekawe źródło zaskoczenia. To właśnie dlatego niektórych tak bardzo przytłaczała.
Nie oczekiwała więc wcale, że Tracy zatrzyma ją tu na długo, a chociaż nie podejrzewała go o to, że lada dzień wystawi ją za drzwi, tak oczekiwała chyba, że nieco częściej będzie podpytywał ją o to, czy przypadkiem jakieś ładne mieszkanie nie wpadło jej w oko. Prawdę mówiąc, Debbie zakładała, że Tracy w o g ó l e będzie to robił, a przecież odkąd pojawiła się w jego mieszkaniu, nawet się o tym nie zająknął. — Może nie tak drastycznie, że wystawiłbyś mi torby za drzwi, ale tak może trochę? — zasugerowała dość niepewnie, w taki sam sposób na niego spoglądając.
Nie żałowała jednak, że się w tej kwestii pomyliła.
Ściągnęła brwi ku sobie i zerknęła na Raynotta z powątpiewaniem, a później raz jeszcze powtórzyła sobie w myślach ewentualną małżeńską kombinację własnych danych. Brzmiała już trochę lepiej niż za pierwszym razem, ale nadal nie do końca ją przekonywała. — To chyba jesteśmy skazani na rozwód — zauważyła, kiedy okazało się, że nie byli w stanie dojść w tej kwestii do porozumienia.
— Prawdziwą żonę też rozstawiałbyś po kątach? — zapytała, kiedy przegonił ją w stronę stołu. Uśmiechnęła się kącikiem ust i nie protestowała, dlatego już moment później rozsiadła się wygodnie na krześle. Chwilę po tym wetknęła sobie do buzi pierwszą porcję jedzenia, a to, że jej smakowało, dość szybko dało się usłyszeć, ponieważ z ust Debbie wyrwał się pomruk zadowolenia. Najwyraźniej Tracy gotował naprawdę d o b r z e.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Właśnie na wypadek takich sytuacji, żeby jednak móc łatwiej wykręcić się samemu.
Dziś jednak mogli po prostu o takich rzeczach zapomnieć. Randka była zakończona, kobieta spławiona, a oni mieli mieszkanie dla siebie i mogli odpocząć. Tracy musiał też jakoś wynagrodzić Debbie zepsuty wieczór, więc jeśli będzie zainteresowana, to planował tu na miejscu zapewnić jej rozrywkę, żeby nie czuła się tak, jakby kompletnie zmarnowała czas.
– Tak może trochę? Jeśli chcesz, to mogę zacząć… – wzruszył ramionami, po czym uśmiechnął się zadziornie, podkreślając w ten sposób, że jedynie się zgrywał. Bo przecież nie mógłby na poważnie planować ponaglania jej z wyprowadzką, przynajmniej jeszcze nie teraz, skoro to nie stało się uciążliwe. – A ta zupełnie poważnie, Debbie. Ufam ci, że mnie nie wykorzystujesz i wiesz jak jest, więc nie czuję potrzeby ponaglać cię – dodał po chwili, stawiając sprawę jasno. Nic nie mówił, bo wierzył, że McDowell trzymała się ich ustaleń i wiedziała, że jej pobyt tu był tymczasowy. Jednocześnie rozumiał, że znalezienie nowego kąta może być trudne, dlatego nie oczekiwał, że uda jej się to od razu i nie narzekał na to, że jeszcze tu była.
Poza tym, jak już zostało wcześniej wspomniane, jej towarzystwo naprawdę mu odpowiadało.
Zaśmiał się pod nosem, gdy wspomniała o rozwodzie. – Chyba nie ma innego wyjścia – rozłożył ręce w geście bezradności. Najwyraźniej w zgodzie kończyli to rekordowo krótkie, nieoficjalne małżeństwo.
– Oczywiście. Pogoniłbym ją do kolacji, a później do łóżka – przewrócił oczami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz, po czym sam usiadł przy stole. A kiedy usłyszał pomruki Debbie, uśmiechnął się zadowolony z siebie. – Wiedziałem, że będzie ci smakowało – stwierdził nieskromnie, po czym wrócił do własnego posiłku, którego nie zdążył skończyć, tak szybko zakończyła się jego randka.
Debbie McDowell
-
stewardessa air canada o duszy romantyczki, która obiekty westchnień zmienia średnio trzy razy w miesiącu, przy każdej nowej miłości przechodząc prawdziwą przemianę osobowości
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sprawiło też, że nawet nie myślała o tym, aby jeszcze wrócić do swoich poprzednich zajęć, choć początkowo brała tę opcję pod uwagę. Rzecz w tym, że kiedy już rozsiadła się wygodnie, a Tracy zaserwował jej kolację, odechciało jej się ponownie pokonywać pół miasta tylko po to, aby poszaleć dziś trochę z koleżankami.
Była w stanie nawet przeboleć to, że jedzenie przygotował z myślą o innej kobiecie, ale hej, koniec końców to właśnie to było jak najbardziej zgodne z ich zasadami.
Omiotła twarz blondyna spojrzeniem, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy jednak odrobinę nie ociągała się z poszukiwaniami nowego mieszkania. Nie robiła tego na pełnych obrotach, ponieważ w towarzystwie Tracy’ego czuła się dobrze, ale wiedziała też, że nie może siedzieć mu na głowie w nieskończoność. Może więc wcale nie starała się aż tak bardzo, jak powinna? Myśl o tym połączona z jego słowami sprawiła, że poczuła się trochę d z i w n i e. — Jak już coś znajdę, pewnie i tak całkiem szybko za mną zatęsknisz — zażartowała, pozwalając sobie na łagodny uśmiech. Droczyła się z nim jednak, ponieważ była przekonana, że Tracy z miłą chęcią wróci do własnej rutyny. Debbie, nawet jeżeli starała się nie być uciążliwa, trochę ją jednak zmieniała.
Nabiła na widelec kolejną porcją jedzenia, ale zanim wetknęła ją sobie do ust, zamachała nią w bliżej nieokreślonym celu. — To nie brzmi jak zły sposób rozstawiania po kątach — mało tego, brzmiało to jak coś, czego Debbie mogłaby chcieć doświadczyć. Niekoniecznie z nim, ponieważ wiedziała, jakie miał podejście do związków, a jednak pomimo tego, iż pragnęła wielkiej miłości, to jednak nie ciągnęło jej też do nudnego, rodzinnego życia. Małżeństwo pełne uniesień i wzajemnego zainteresowania było tym, co kiedyś pragnęła odnaleźć.
Zmarszczyła lekko brwi, kiedy kończyła przełykać kolejny kęs jedzenia. — I dlatego nie ugotowałeś tego dla mnie? — zapytała przekornie, ale uśmiech, który malował się na jej ustach zdradzał, że nie miała mu tego za złe. Jak mogłaby, skoro ich dwójki nie łączyło nic, poza przyjaźnią? Poczuła jednak ukłucie zazdrości na myśl o tym, że inni pielęgnowali swoje życie uczuciowe randkami, podczas gdy jej własne praktycznie nie istniało.
Tracy Raynott
-
pilot w średnim wieku, który do dziś nie potrafi się ustatkować, bo dziesięć lat temu złamano mu serce
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tym razem mu się to nie udało, ale na szczęście Debbie została jego rycerzem na białym koniu i ocaliła go przed problemami, które mogłyby mu poważnie namieszać w jego życiu. O wiele bardziej niż przedłużająca się obecność brunetki w jego mieszkaniu, do której zaczął się przyzwyczajać. I może to było powodem, czemu nie miał ochoty jej przeganiać – dobrze mu się z nią żyło. Było mu raźniej… I Debbie mogła mieć rację mówiąc, że jest najlepszą współlokatorką. Na razie pod tym względem sprawdzała się idealnie. – Może zatęsknię – nie zaprzeczył, a później nawet mrugnął do Debbie. – Wtedy będziesz musiała często do mnie wpadać – wzruszył ramionami, po czym posłał jej pełen zadowolenia uśmiech. Najwyraźniej już ukartował sobie plan idealny.
– Mogę cię tak porozstawiać, jeśli chcesz – zaproponował niby żartobliwie, co nie znaczy, że nie mógłby wcielić tego w życie. Może nie byli małżeństwem, a nawet parą, ale ich relacja w pełni pozwalała na takie zagrywki i gdyby McDowell była zainteresowana, nie miałby nic przeciwko temu.
Jednocześnie dziś miał minimalne opory przed dobieraniem się do niej, bo nie chciał, żeby pomyślała, że traktuje ją jako zastępstwo po nieudanej randki. Z jedną mu nie wyszło, to weźmie to, co ma pod ręką… Nie chciał, żeby Debbie odebrała to w taki sposób, dlatego nie rozpędzał się dzisiaj.
– Jutro przygotuję na obiad coś już w pełni z myślą o tobie. Muszę się odwdzięczyć – wybronił się, bo przed chwilą miała go. Aż mu się głupio zrobiło, dlatego postanowił naprawić swój błąd i zaproponować wspólny obiad, tym razem już przygotowany z myślą o niej i z planami spędzenia czasu z nią, a nie kimś innym.
I jeśli miał być szczery, to takie plany bardzo mu się podobały. Nawet teraz, gdy mieszkali razem, nie miał jej dość i spędzanie z nią czasu sprawiało mu przyjemność, dlatego wykorzystał także dzisiejszą okazję, przesiadując z nią do późnej godziny. Rozmawiali, żartowali, oglądali bzdurne programy Debbie, a potem, jak niemal każdej nocy ostatnio, zasnęli w jednym łóżku.