ODPOWIEDZ
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek
006

Od dnia, w którym Archibald Miller znienawidził popcorn minęło już trochę czasu, a on wciąż na widok tych napęczniałych dziadów dostawał tików nerwowych. Mali biali sabotażyści, hamulce wszechświata, władcy marionetek!!! Musiały eksplodować akurat w chwili, gdy postanowił postawić wszystko na jedną kartę i sprawdzić jak smakują usta Wallace. I pewnie dobrze się stało — prawda? — ale on wcale nie czuł się po wszystkim d o b r z e. Jednak następnego dnia o poranku po prostu udawał, że wszystko jest w normie, tym bardziej skoro Abby nie do końca pamiętała wszystko. Skończyło się więc na kolejnej warstwie tygrysiej maści, szybkim śniadaniu i ucieczce do normalności, w której wciąż byli najlepszymi przyjaciółmi. Starał się więc zaufać losowi, który zrzucił między nich miskę z popcornem i przyjąć to na klatę, choć przy akompaniamencie powracających wspomnień z tamtych kilkunastu intensywnych sekund, wcale nie było to takie łatwe.
Dzisiaj jednak był ważny dzień i skłamałby mówiąc, że się do niego wcale nie przygotowywał. Urodziny Abby to nie byle co, więc musiał porzucić wszystkie te absurdalne myśli i zablokować tamte flashbacki, bo czekała ich podróż w czasie.
Do korzeni.
Podjechał po Wallace swoim DeLorean DMC-12 wysłużonym gratem, który wydawał takie dźwięki jakby wręcz błagał o to, by pozwolić mu umrzeć. Opuścił szybę, wystawił łokieć i wyszczerzył zęby, gdy tylko zobaczył zmierzającą w jego stronę Abby.
Wskakuj, Wallace! — zawołał, a gdy tylko zatrzasnęła za sobą drzwi z tylnego siedzenia natychmiast przecisnął się do nich jasno różowy balon uderzając ją prosto w twarz. — Wybacz, one dzisiaj żyją własnym życiem — oznajmił radośnie jakby woził je codzinnie w aucie, ale dzisiaj były wyjątkowo niegrzeczne. One?! No tak, cały tył samochodu był wypchany kolorowym lateksowym chaosem i który jak się okazało już na początku jazdy przedzierały się do przodu uderzając ich po głowach. Archie jednak skutecznie to ignorował odpychając gumowych uciekinierów raz po raz łokciem i gdy tylko włączył się do ruchu sięgnął do niewielkiego schowka tuż przed Abby, by wyciągnąć z niego plastikowe nieco porysowane pudełko na którym czarnym markerem niezgrabnie napisał: Wallace Rocznik '99 – Edycja Limitowana. Pierwszy prezent urodzinowy został wręczony. Składanka na płycie CD. Chciał być bardziej oldschoolowy i ogarnąć kasetę, ale jej nie odtworzyliby w tym wozie, a cd jednak tutaj działało, bo oczywiście profilaktycznie przed podróżą sprawdził. — Czyń honory — odparł, a gdy płyta znalazła się w odtwarzaczu z głośników buchnęły pierwsze brzmienia Eltona, a Archie od razu zaczął stukać palcami o kierownicę.
Spoiler
I nagle cofnęli się dwadzieścia lat wstecz do tych chwil, które spędzili razem na dywanie pośród rozrzuconych klocków i zabawek, a z telewizora leciał stary rock. Już wtedy roznosiła go energia, więc często podrywał się do udawanego karaoke, a Abby wcale nie pozostawała mu dłużna. Najlepsze w tym wszystkim było jednak to, że nie mieli pojęcia o czym właściwie śpiewają. Słowo bitch brzmiało dorośle i buntowniczo, a oni darli swoje dziecięce japy na cały regulator, zapominając przy okazji połowę tekstu. — Do dziś mam przed oczami, jak drzesz się The Bitch Is Back ze szczotką do włosów w ręku — oraz to jak próbowała zrobić rockowy ślizg i nabiła sobie guza, a potem trzymając mrożonki na głowie siedzieli razem na kanapie słuchając wywodu mamy Miller o tym, że pewnych słów nie powinni jeszcze używać.
I tym oto sposobem zaczęli sentymentalną podróż do przeszłości, choć na Abby czekało o wiele więcej, a nie tylko muzyczna składanka i jazda samochodem w nieznane. Tym bardziej, że jechali w bardzo znane strony… a składanka była przednia. Miała w sobie nawet Wannabe do którego Abby tańczyła układ z koleżankami na szkolnym konkursie talentów albo jak śpiewali Umbrella gdy wracali do domu jak zmokłe kaczki, bo złapała ich ulewa po drodze. Było tego o wiele więcej, ale nie wszystko na raz!
W schowku masz też coś na pamiątkę tej podróży — niech to autko przypomina jej o tej podróży do przeszłości, w którą zamierzał ją dzisiaj zabrać.
Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor


016.
Let's take a trip
to Whiby!!



Już od kilku dobrych lat Abby Wallace nie przykładała wielkiej wagi do własnych urodzin. Jeszcze za dzieciaka, człowiek czekał z wyczekaniem, aż będzie starszy. Aż będzie mógł iść na pierwsze imprezy, napić się pierwszego piwa, a potem samemu je kupić, po raz pierwszy pokazując dowód tożsamości, zamiast prosić starszych znajomych lub przypadkowego menela o zakup (we’ve all been there). Potem być dorosłym, pójść do pracy, zarabiać swojego pieniądze i wyprowadzić się od rodziców. To były wielkie marzenia, przez które każdy przechodził, ale potem… wiek przestawał już być czymś, co człowiek chciał widzieć rosnąco na liczniku.
Tak samo było i tym razem.
Abby nawet na dzień swoich urodzin planowała wziąć dłuższą zmianę w szpitalu, żeby wieczorem wyskoczyć z innymi rezydentami po prostu na piwo. Nim jednak zaakceptowała grafik, szanowny pan Miller — człowiek, który ostatnio zawracał jej w głowie bardziej niż powinien — odezwał się z propozycją nie do odrzucenia. Ba, ona nawet nie wiedziała o co dokładnie chodziło, ale przecież za nim poszłaby na koniec świata i jeszcze dalej. W ciemno. Dlatego odwołała wszystkie zmiany, grzecznie przeprosiła, a kiedy tylko wybiła godzina zero, Abby zbiegła na dół z niewielkim plecakiem i luźnych ciuchach, dokładnie tak, jak poinstruował ją Archie.
Dzisiaj? — prychnęła, słysząc uwagę o wielkich, różowych balonach, kiedy tylko wsiadła do pojazdu. — A jak często je wozisz? — spytała rozbawiona, odwracając się do tylu, jakby chciała podejrzeć, co jeszcze tam było, jednak ten wielki balon, który ciągle obijał im się o głowy zdecydowanie zasłaniał widoczność. Widziała natomiast dokładnie jego dłoń, kiedy sięgnął do schowka. Westchnęła, gdy przedramie Millera musnęło jej kolano. Niby była to tak normalna rzecz, a jednak po ostatnim Abby trochę inaczej odbierała ten cały przypadkowy dotyk. Może nieco bardziej do zauważała? Nie miała pojęcia, co to było, ale całe szczęście nim zdążyła się zastanowić, Archie już podsuwał jej pod nos pierwszy prezent.
No nie gadaj! — krzyknęła podekscytowana, patrząc na plastikowe pudełko, a w środku dysk z podpisem Wallace rocznik ’99. Momentalnie podniosła na niego spojrzenie, szczerząc się od ucha do ucha, a potem nawet nie czekając na dalsze instrukcje po prostu nachyliła się do przodu i wcisnęła dyskietkę do odpowiedniego otworu. Czy zdziwiła się słysząc klasyczką od Eltona Johna? Absolutnie nie. Złapała za gałkę i podkręciła regulator, podczas gdy główka już szła w ruch. A zaraz potem usta, które zaczęły wyśpiewywać doskonale znajome melodie.
Szczotki może nie mam, ale możesz być spokojny, bo umiejętności wcale nie uległy poprawie — zostały dokładnie takie same, jak kiedy mieli po dziesięć lat i robili pokaz talentów dla swoich starych w ogrodzie podczas niedzielnego grilla. Oczywiście był to tylko jeden z wielu talentów jakie pokazywali. Oczywiście z wykluczeniem tego jednego razu, kiedy chcieli zrobić układ akrobatyczny i kiedy Abby próbowała stanąć na rękach, Archie źle ją złapał, ręka minęła się z nogą, a nos Millera przeszedł prawie złamanie z przemieszczeniem. Do teraz pamiętała kałuże krwi, która zrobiła się na trawniku.
Co ty tam jeszcze możesz chować w tym schowku — zainteresowała się, gdy znowu kazał jej tam zajrzeć. Odstawiła plastikowe pudełko na kolana i nachyliła się do półeczki, z której zaraz wyjęła oldschoolowego Hot Wheelsa. Aż spojrzała na Millera z szeroko otworzonymi oczami. — Ty jesteś niemożliwy — krzyknęła dość dosadnie, próbując akurat przekrzyczeć refren Scotty Doesn’t Know, który brzmiał z głośników. Nie czekając na odpowiedź Millera, od razu odpakowała furkę i przesunęła palcami po miniaturowej furce. Powrót do przeszłości brzmiał świetnie, ale w tym samym czasie równie przerażająco. W końcu Whitby nie tylko kojarzyło się z tymi dobrymi wspomnieniami. Chociaż akurat Abby miała pewność, ze z Archiem nie będzie nawet mieć czasu na jakikolwiek smutek.
ALE… — zaczęła na nowo, wystawiając palec w górę, a następnie nachyliła się do plecaka, który trzymała między nogami. — Ja też coś dla nas mam — dodała tajemniczo, spoglądając przelotnie na jego profil niby skupiony na drodze, a jednak raz po raz zaglądający w jej kierunku. Trochę zajęło jej odnalezienie odpowiedniego pudełeczka, ale kiedy już to zrobiła, Archie widząc logo cukierni mógł doskonale wiedzieć, dokąd to zmierzało. A mianowicie ona i Miller mieli już taką tradycję, że co roku w urodziny Abby jadali ciastko orzechowe z karmelem, kupione w cukierni w centrum. Koniecznie musiało ono być z tamtego właśnie miejsca i ten dokładny rodzaj, który był… okropny. Miller kupił go na urodziny Wallace pierwszego roku, kiedy oboje wyjechali z Whitby i się tutaj przeprowadzili. Pani powiedziała mu wtedy, że to świetny wybór i nie zapomną tego smaku długo… i faktycznie nie zapomnieli. Tak się wtedy Abby z niego obśmiała, że nie umiał nawet dobrego słodyczą kupić, że od tamtej pory jedli go co roku. I dzisiaj również powinni. Dlatego wyciągnęła go z pudełka i oderwała kawałek, żeby podstawić Archiemu pod same usta.
No otwieraj — zaśmiała się, sama krzywiąc się już na samą myśl tęgo obrzydliwie słodkiego przysmaku, w którym było czuć nawet mąkę. Małym paluszkiem musnęła jego dolną wargę, a kiedy w końcu je rozchylił, nakarmiła go kawałkiem, a sama w tym czasie wgryzając się w swój. — Kurwa, z roku na rok jest coraz gorsze — rzuciła z pełną buzią. I chociaż na twarzy malował się grymas pomieszany z rozbawieniem, tak serce w pełni się radowało. Bo to zapowiadał się naprawdę za-je-bi-sty dzień.

🍪
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dla Archibalda Millera urodziny to było święto narodowe. Koniec i kropka. Uwielbiał to bez względu na to jaka liczba na liczniku się wyświetlała. Był dzieckiem szczęścia, które wielbiło absurd i dobrą zabawę, totalny luz i abstrakcyjne pomysły. Dla niego im większy wiek na liczniku tym bardziej epickie urodziny, a nie w drugą stronę. Niekiedy przyprawiał rodzinę o ciarki swoimi pomysłami, ale osiemdziesiątka babci była poważną kwestią i jakaś kartka i kwiatki totalnie nie miały prawa załatwić sprawy, a taniec gościa przebranego za drwala z lokalnego tartaku i wymachującego siekierą podczas wygibasów w trakcie rodzinnego piknikowania w ogrodzie było czymś, co cała rodzina i sąsiedztwo zapamięta na długie lata, a babcia to na pewno do końca swojego żywota. Była zachwycona, a on pękał z dumy. Skoro takie coś odwalił babci, to przecież urodziny jego ulubionej osoby na świecie też musiał świętować godnie. Za długi czas objadali się kiepskiej jakości ciastem, trzeba było zrobić coś e p i c k i e g o.
Codziennie, co nie! — roześmiał się, gdy Abby złapała go za słówko. — Kilka niestety pękło, jeden prawie sprawił, że zjechałem z drogi — ten pierwszy to był, bo totalnie się nie spodziewał wybuchu. Grunt, że się po drodze nie rozwalił i dojechał szczęśliwie po Abby, a reszta drogi też zapowiadała się wesoło.
I to właśnie chciałem usłyszeć — bo na umiejętnościach wcale mu nie zależało, ale na tym by poderwała się do śpiewu już tak. I to się mu udało. Przeboje w kolejce były przednie, więc czekała ich po prostu radosna podróż i samochodowe karaoke.
W schowku to ostatnia niespodzianka, ale dzisiaj czeka cię ich jeszcze więcej, więc zapnij pasy! — rzucił beztrosko poruszając przy tym zabawnie brwiami. Dzisiaj zamierzał sprawić, że ten dzień będzie dobry, chociaż po ich ostatnim wypadzie na kręgle wiedział, że Wallace może odpalić się jakaś panika i było to jak najbardziej zrozumiałe, ale teraz był już zaprawiony w boju i przygotowany na wszystko. No może nie na wszystko, ale na to na co nie jest przygotowany wciąż może zastosować improwizację, w której też był całkiem niezły.
Słysząc, że Abby też coś dla nich ma od razu zaczął kątem oka zerkać w jej stronę czekając, ciekawy co takiego ze sobą zabrała nie wiedząc co ich dzisiaj czeka, ale gdy tylko mignęło mu logo cukierni roześmiał się wesoło. — No nie wierzę!!! — postrach kubków smakowych Millera, które dzisiaj nie były na to przygotowane, jednak gdy tylko Wallace podstawiła mu porcję przysmaku do ust odruchowo rozchylił wargi posłusznie przyjmując porcję. Problem w tym, że jego uwaga w ogóle nie skupiła się na smaku (w dalszym ciągu beznadziejnym), a na tym jedynym ułamku sekundy, w którym jej mały palec musnął jego dolną wargę. Flashback! Dokładnie w tym samym miejscu, jak wtedy podczas popcornowej katastrofy na sofie w jej mieszkaniu. Przez moment zamiast ciasta czuł zwietrzałą kukurydzę, serce przyspieszyło, a on zacisnął mocniej dłonie na kierownicy próbując skupić się na jeździe. — Tradycja to tradycja, ale fakt: z roku na rok jest coraz gorzej — przytaknął skrzywiając się i przełykając to słodkie mączne dziwactwo.
Kiedy ruszyli ze świateł wykorzystał moment, by zerknąć na nią ukradkiem. Widok Abby z miniaturowym DeLoreanem w dłoni i szczerym radosnym uśmiechem był lepszy niż jakikolwiek energetyk. Jej widok z pewnością dodawał mu skrzydeł, a on choć nie bardzo potrafił to wyznać, to pragnął to przekazać całym sobą.
W rytmach urodzinowej playlisty droga minęła dość szybko i nim się obejrzeli zaliczyli już właściwy zjazd trasy, a krajobraz za oknem zaczął się zmieniać na ten coraz bardziej im znajomy. — Dojeżdżamy solenizantko — oznamił radośnie rzucając jej szybkie ciepłe spojrzenie, gdy minęli tablicę z napisem Welcome to Whitby. — Na dobry początek Millerowki rewir — oznajmił, bo miał tutaj kilka kwestii do załatwienia. Jeśli Abby myślała, że tylko on jeden był zaangażowany w to całe przedsięwzięcie to bardzo się myliła. — Mama już przebiera pewnie nogami, ma dla nas kosz piknikowy więc szykuj żołądek, bo po tym cieście czeka nas już tylko coś lepszego — poinformował wjeżdżając na podjazd rodzinnego domu i wyskakując z samochodu na tyle prędko, by zdążyć otworzyć Abby drzwi. Dorothy już stała na werandzie w rękach dzierżąc wielki kosz i uśmiechając się szeroko na widok tej dwójki. Archie i Abby mogli zapierać się rękami i nogami, udawać w toronto singli i najlepszych przyjaciół, ale radar Dorothy Miller głosił jednoznacznie, że to straszna ściema jest. Ona wiedziała swoje.
No nareszcie! Myślałam, że ten twój rzęch rozpadł się gdzieś na autostradzie — zawołała schodząc z werandy i zmierzając do Abby, by zaraz ją gorąco przytulić. — Wszystkiego najlepszego promyczku! Z roku na rok promieniejesz, och Archie dbaj o nią dzisiaj — oznajmiła ładując do jego rąk ciężki kosz. — Zawsze dbam — przekręcił wymownie oczami, a po wszystkim dał matce całusa w policzek, a ona w odpowiedzi posłała mu tylko wymowne spojrzenie.
W koszu macie wszystko, nawet te małe kanapki z kurczakiem które Abby tak lubiła ki lemoniadę. No i parę rzeczy na czarną godzinę, nie ruszajcie dopóki nie dojedziecie na miejsce — zawołała jeszcze za nimi, gdy wpakowali się do samochodu ponownie. Millerowska ciekawość jednak wygrała i nim odpalił silnik zanurkował dłonią pod kraciastą ścierkę w koszu, by sprawdzić co Dorothy wymyśliła. Gdzieś między termosem, a plastikowym pojemnikiem z ciastkami jego dłoń natrafiła na małe kwadratowy pudełeczko wciśnięte między serwetki.
Zamarł.
Poczuł jak cała krew kumuluje się mu w policzkach.
Zerknął nieśmiało pod serwetkę i jego oczom ukazał się karteczka z napisem: Bądźcie grzeczni, albo chociaż bezpieczni. Sto lat, Abby! - przyczepiona do paczki prezerwatyw o smaku truskawkowym.
Spojrzał na Abby wyraźnie zmieszany, ale jednocześnie rozbawiony. — To chyba dla ciebie Wallace, przynajmniej tak tu jest napisane — oznajmił bezczelnie wyciągając pakunek z kosza i rzucając go na kolana Abby. — Ale pora uciekać zanim zacznie nam planować wesele w ogrodzie — roześmiał się próbując obrócić wszystko w żart i ukryć, że nawet uszy mu od tego poczerwieniały. Znów czuł się jakby miał naście lat, więc trzeba przyznać, że wyszedł mu ten powrót do przeszłości.
Przystanek numer jeden zaliczony, hah. Teraz lecimy dalej zobaczyć jak się ma nasz domek na drzewie — ale Miller wiedział, że ma się dobrze, ponieważ gdy ostatnim razem tutaj był to sprawdził, czy da się tam jeszcze wspiąć i czy wciąż jest ładny widok na jezioro. Ba, nawet zamontował światełka.

🍓 Bądźcie grzeczni, albo chociaż bezpieczni. Sto lat, Abby! 🍓
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ciastko z cukierni może i z roku na rok było coraz gorsze, za to oni nie zmieniali się za gorsz! Wciąż tak samo piękni (wiadomo) i beztroscy, kiedy tylko spędzali razem czas. Ona nawet nad tym nie kontrolowała. W pełnym braku świadomości zrzucała z siebie szpitalny fartuszek — nawet ten mentalny — i po prostu była sobą. Tą sama Abby, która kiedyś skakała po ślimakach w wielkich kaloszach, które ukradła matace z ogrodu i która łowiła Z Millerem drobniaki z fontanny, żeby uzbierać na dodatkową porcję lodów. Nie miała pojęcia, jakim cudnem on tak na nią działał, ale siedząc w jego aucie wraku, miała po prostu ochotę celebrować te chwile. Chłonąć z nich po całości. Tak jak oni chłonęli ten o-brzy-dli-wy smak ciastek. Ktoś to oprócz nich kupował? Jadł ze smakiem?!
Niemożliwe. Tak samo niemożliwe, jak szybko zajechali do Whitby i już po chwili po lewej stornie witał ich wielki napis przy drodze Witamy w Whitby! Rozgość się wygodnie. Wallace uśmiechnęła się pod nosem na tam widok tabliczki, którą kiedyś swoją drogą po pijaku próbowali zawinąć, ale była tak wielka i mocno zamontowana, że nim udało im się chociażby podkopać belkę, na miejsce zaczęła kierować się policja i trzeba było uciekać. Ale to może nawet dobrze, że finalnie go nie ukradli, bo gdzie by go niby schowali? Na pewno nie w garażu Millerów, bo jak się po chwili okazał, z niego wciąż wysypywały się kolosalne ilości rzeczy, kiedy tylko podjechali pod piękny dom, z którym również wiązała się masa wspomnień.
Mój żołądek jest zajebiście gotowy, Miller — rzuciła zadowolona, jeszcze nim Archie zdążył zgasić silnik. Nawet nie zjadła tego dnia śniadania, bo doskonale wiedziała, że skoro Archibald organizuje jej cały dzień, z pewnością zapewni jej odpowiednie wyżywienie. Nie spodziewała się jednak, że będzie ono w postaci Mamy Miller, stojącej przed domem z wielkim koszem i uśmiechem na ustach, który leczył wszelkie rany. Wygladała trochę jak te pani w sklepach spożywczych, co stoją na degustacjach, ale jednak sto razy lepiej. Wallace od razu odwzajemniła uśmiech i wyrwała się z samochodu, kompletnie ignorując swojego przyjaciela, żeby przywitać się z jego matką.
Dzień dobry — mruknęła prosto we rozwiane włosy kobiety, ściskając ją mocno.
Abby! Niech no ja ci się przyjrzę — Dorothy nawet na moment nie przestawała nawijać. Przesunęła dłonie wzdłuż przedramieni Wallace, a kiedy doszła do nadgarstków, odepchnęła ją lekko od siebie i zmierzyła od góry do dołu. — Jeszcze piękniejsza — zachwyciła się, tym razem muskając jej lekko zaczerwienione policzki. Matka Archiego zawsze była jej fanką numer jeden. Nikt jak ta kobieta nie podnosił pewności siebie Abby, nawet jej własna matka. W ogóle Millerowie byli niesamowitą rodziną. Każdy w miejsce chciał przebywać w ich towarzystwie, bo już na kilometr dało się czuć tą niesamowitą, rodzinną atmosferę.
Odsunęła się na bok, kiedy Archie witał się z mamą, a potem spuściła spojrzenie na koszyk, o którym wspomniała Dorka. Na wieść o kanapkach aż musiała pokiwać głową z niedowierzaniem.
Mówiłam już pani, jak bardzo panią kocham? — wtrąciła się, już oblizując usta. Jedzenie rodziców to była rzecz, której chyba najbardziej brakowało jej w dorosłym życiu. Tego jak jedzenie dostawało się pod sam nos, w dodatku smakujące obłędnie i nie trzeba się było niczym martwić. Kobieta zaśmiała się z głośno z gdzieś już mi się to obiło o uszy na ustach i znowu musnęła ciepłą dłonią policzek Wallace.
Pięknie podziękowali za wszystko dary i znowu wrócili do samochodu. Abby nie zdążyła nawet zapiąć porządnie pasów i poprawić koszyka, który miała na kolanach, kiedy Archie już zaczął w nim grzebać. Oczywiście. Typowy Miller, którego ciekawość zżerała do tego stopnia, że nie potrafił się powstrzymać, żeby sprawdzić co takiego na czarną godzinę zapakowała im jego matka. Chociaż widząc jego minę, sama otworzyła szerzej oczy.
Co? Co tam jest? — spytała całkiem poważne, chociaż uśmiech już cisnął się jej na twarz. Szczerze mówiąc liczyła na jakiś ekstra deser, domowej roboty ciasto, jednak kiedy Archibald cisnął w nią paczką prezerwa tych z podpisem bądźcie grzeczni albo chociaż bezpieczni, Wallace nie wytrzymała. Ryknęła głośnym śmiechem, oglądając opakowanie z każdej strony. — No nieźle — pokręciła głową z niedowierzaniem, przy okazji zaglądając do środka. Żeby tam jeszcze jedno opakowanie było, a nie pięć. Nawet nie chciała wiedzieć, co Dorothy robie myślała w tej pięknej, rozdzicielskiej głowie. — Chyba trzeba będzie potem skoczyć na podryw, Miller — oznajmiła, wachlując się pudełkiem, kątem oka spoglądając na Archiego. — Przecież nie mogą się zmarnować — dodała zaczepnie i w sumie tylko i wyłącznie po to, żeby się z nim podrażnić. Ostatnie czego chyba oboje potrzebowali, to na własnych oczach wyrywać innych ludzi, jeszcze w swoim rodzinnym mieście. Chociaż z drugiej strony… może to był jakiś sposób, żeby nie myśleć? Nie fiksować się tak bardzo na tym, co miało miejsce jeszcze kilka dni temu po powrocie z kręgielni? Nie miała pojęcia, czy Archie myślał o tym równie intensywnie co ona, ale Abby raz po raz wracała do tego co, a raczej przed czym ochroniła ich miska popcornu.
Chcąc zajeść te drapiące skórę wspomnienia, sięgnęła do koszyka, którego mieli nie otwierać dopóki nie dojadą i zgarnęła jedną kanapkę prosto pomiędzy palce, a potem siup prosto do buzi.
O ja pierdole — aż przeklnęła, mrucząc zadowolona. Kanapka z kurczakiem roboty mamy Miller idealnie leczył obrzydliwy posmak po ciastku. — Weź to próbuj, Archibald — nachyliła się do niego, o mały włos nie zrzucając koszyka z kolan i podsunęła mu kanapkę pod same wargi. Znowu. Szkoda tylko, że akurat kiedy Archie brał gryzą, machali na próg zwalniający i wszystko podskoczyło, a reszta chlebka poleciała w dół po jego klatce piersiowej, kończąc gdzieś między nogami Millera. — Spadło na sam dół czy tylko na fotel? Nie no nie ma opcji, że tego nie dojem do końca — to jedzenie było po prosu ZBYT DOBRE, żeby tak je marnować, więc znowu kompletnie nie przemyślając swojego planu, nachyliła się do Archiego i umieściła dłoń na jego udzie. Następnie przesunęła się do wewnętrznej strony, żeby sięgnąć po kanapkę, która gdzieś tam się walała. Złapała ją w miarę szybko, chociaż jej nadgarstek i tak lekko otarł się o materiał jego spodni. Jako kulminacja tej całe scenerii, kanapka skończyła w ustach Abby. Zjedzona. Ze s m a k i e m. Akurat kiedy dojechali pod miejsce, w którym znajdował się domek na drzewie.
Zjemy na górze, nie? — dopytała, łapiąc za kosz. — Może się nie zawali — prychnęła, bo na dobrą sprawę, kiedy ostatni raz tam przesiadywali, ważyli o jakieś trzydzieści kilo mniej każdy, ale w końcu drzewo też był stabilne, tak? Jakoś dadzą radę. A jak nie to i tak mieli przecież medyka na sali!

bitches are back
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie był pewien czy odpowiadał za to jakiś gen, ale prawda była taka, że miał chyba wrodzony talent do zarażania ludzi totalnym luzem. Większość jego znajomych zaczynało już myśleć poważnie o dorosłym życiu, a on w tym czasie upychał balony na tyły swojego samochodu i nagrywał składankę utworów z młodości czując z tego autentyczną dumę. Nic dziwnego, że ten lekarski pancerz Wallace nie miał szans w starciu z Millerem, którego pasją najwyraźniej było przywoływanie tej dziewczyny, co kiedyś w za dużych kaloszach polowała na ślimaki. Uwielbiał kumpelską swobodę jaką zawsze czuł w jej towarzystwie, choć ostatnio miał wrażenie, że sprawy zaskakująco szybko wymykają się mu z rąk i trochę nie mógł przełknąć tego, że mogliby to stracić, a zarazem…
…cóż, starał się o tym nie myśleć przełykając to legendarne ciasto, które stworzył jakiś głęboko zaburzony człowiek. I teraz nie zastanawiał się już nad tym, co potencjalnie mogłoby być fantastyczne i jednocześnie zagrozić ich obecnej relacji, bo debatował w myślach o tym czy istnieją ludzie, którzy celebrują tego typu smaki? W sumie wariatów na świecie nie brakuje, prawda? Słyszał już o takich, co to arbuza z fetą i oliwą zajadali albo naleśniki z musztardą, nie mówiąc już o tych co frytki w lodach waniliowych maczali. Fujka! Na szczęście już odhaczyli tradycję i wjechali w znane rejony, a Miller uśmiechnął się do własnych myśli, które podobnie jak u Abby krążyły wokół pamiętnego wieczoru, kiedy to próbowali uprowadzić tablicę informacyjną.
Obserwowanie powitania swojej matki z Wallace sprawiło, że poczuł jak w jego klatce rozlewa się przyjemne ciepło, którego nie potrafił nazwać. Na pierwszy rzut oka było widać, że Dorothy Miller była absolutną fanką numer jeden Abigail Wallace. Hipnotyzujące było obserwowanie tego, jak zgarnia ją pod własne skrzydła, otacza solidną dawką miłości i wsparcia na dzień dobry i raczy randomowymi historyjkami o wszystkim i o niczym. Na ziemię sprowadziło go dopiero matczyne spojrzenie dające do zrozumienia: Archie, nie próbuj tego zepsuć, gdy tak dotykała rękami policzków jego dziewczyny przyjaciółki. Byli na podjeździe raptem kilka minut, a już totalnie przepadli w tym Millerowskim rodzinnym i ciepłym klimacie, którego nie dało się podrobić.
Chyba trzeba będzie potem skoczyć na podryw, Miller.
Chyba to on nie był gotowy na taką zaczepną sugestię, która wywołała lawinę dziwnych myśli zmierzających w nieznanym mu dotąd kierunku do tego stopnia, że zacisnął dłonie na kierownicy mocno. Bardzo mocno! W głowie powtarzając sobie w zapętleniu zdechłe pieski byleby nie myśleć o Abby, która rusza na podryw w Toronto z truskawkową wyprawką. — Jak wrócimy do Toronto mogę robić za to jego skrzydłowego — no debil totalny, po cholerę to powiedział? Odchrząknął czując, że jak zaraz sobie nie obróci tego wszystkiego w żart, to zacznie świecić czerwienią w pełnej okazałości. Oczywiście, że sabotował by każdego potencjalnego kandydata, który zbliżyłby się do niej bliżej niż na dwa metry, ale tego nie musiała wiedzieć, prawda? Lepiej zgrywać spoko kumpla... ta jasne.
Tylko jak miał go w dalszym ciągu zgrywać bez zająknięcia, kiedy Abby przystąpiła do kanapkowego ataku. No dobra, nie tyle ona co próg zwalniający i grawitacja, która postanowiła zrzucić kawałek pieczywa w jedno z najbardziej newralgicznych miejsc Archibalda. Wstrzymał oddech, gdy jej dłoń znalazła się na jego udzie ocierając o materiał jego spodni. O ja pierdolę! — pomyślał sobie dokładnie to samo, chociaż z zupełnie innego powodu. Przecież ta dziewczyna go wykończy. Dobrze, że dojechali na miejsce, bo musiał wstać i rozprostować nogi, złapać oddech tego świeżego powietrza znad wody i poczuć znów grunt pod nogami.
Kiedy ona zbierała kosz piknikowy on w tym czasie zanurkował na tylne siedzenie. Spod balonów wygrzebał miękkie poduszki, które zaczął wrzucać na konstrukcję domku, co by wygodniej się im siedziało. Po poduszkach przyszedł czas na lateksowy chaos, na szczęście wszystkie balony były związane ze sobą, więc wziął je na raz i zaraz po Abby zaczął wspinać się na konstrukcję. — Bez obaw, sprawdzałem tydzień temu — zapewnił ją bardzo wczas, bo jak już była na górze. Z zewnątrz może wyglądało to jak stara buda, ale Archie włożył odrobinę wysiłku w to, by to miejsce nieco odżyło. Podłoga była zamieciona, a nad ich głowami rozwinięte były lampki solarne, które pewnie zrobią klimat w swoim czasie, z kolei za oknem widać było idealnie taflę jeziora mieniącą się w słońcu. Kiedy tylko znalazł się na górze przywiązał balony do chwiejnej nieco barierki przez co ich baza wyglądała teraz jak rodem z bajki Up, a potem wrzucił kilka poduszek do środka, wciskając się tam razem z Abby. — Rozgość się — oznajmił siadając naprzeciw niej i opierając się plecami o drewnianą ścianę. Teraz otwarł koszyk już ze spokojem, skoro wcześniej zgłębili tajemnicę Dorothy, a jednak i tak go coś zaskoczyło. Gdzieś obok lemoniady leżała biała koperta. Archie wyraźnie zmarszczył brwi nie wiedząc czego się tam spodziewać, ale nie czekając porwał ją i otworzył. — No nie wierzę — mruknął wyciągając z koperty pożółkły papier pokreślony kolorowymi kredkami. — W zeszłą środę przetrzepałem połowę domu i całą piwnicę, a i tak tego nie znalazłem — oznajmił podając Abby kawałek papieru, który był ich dawną mapą do skarbu, czyli miejsca w którym zakopali swoją dziecięcą kapsułę czasu. — Ciekawe gdzie to było— bo Miller był sentymentalną bestią (choć otwarcie się do tego nie przyznawał) i właśnie tego typu rzeczy chował w czeluściach swojego rodzinnego domu lub obecnego mieszkania. — Musimy przeanalizować tę mapę i odnaleźć nasze skarby… chyba już najwyższy czas je odkopać — zasugerował zawieszając na niej swoje spojrzenie uśmiechając się przy tym jak dzieciak. Nawet nie pamiętał co tam, schował i wpisał, ale chyba najwyższy czas to sprawdzić. — Ale najpierw posiłek — z tych podróżnych wrażeń naprawdę zgłodniał, więc wyciągał jedną ręką kolejne przysmaki by widzieć, co ten ich kosz jeszcze skrywa, jednocześnie drugą zajadając kanapkę.
Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy dobrym pomysłem było, żeby Archie Miller robił za jej skrzydłowego
Żeby faktycznie poszli gdzieś razem na kluby i zamiast zająć się sobą, to zajęli się innymi ludźmi, szukając wrażeń? Sama nie była pewna. Bo chociaż obserwowała w życiu wiele relacji Millera, to gdzieś podskórnie zawsze jednak towarzyszyła temu pewna doza zazdrości. Taka, którą była w stanie chować w środku i nie pokazywać, ale przecież ją czuła. Gryzło ją to, chociaż z drugiej strony, może właśnie taki wypad pomógłby im skupić się na innych? Zapomnieć o tym, co stało się — a  raczej stałoby się gdyby popcorn nie postanowił się zbuntować — tamtego feralnego wieczoru i przenieść uwagę na innych ludzi. Musieli się nad tym jeszcze zastanowić, jednak to zdecydowanie był temat na kiedyś
Na pewno nie na teraz, bo teraz już parkowali blisko wielkiego drzewa, na którym znajdował się ich stary domek. Za dzieciaka wydawał się o g r o m n y, robiony w męczarniach, pocie i największym słońcu przez tatę Millera sporo lat temu, teraz jakoś malał w oczach, chociaż z dołu jeszcze robił wrażenie. 
Nic się nie zmienił — zauważyła, uśmiechając się pod nosem. A potem nawet nie czekając, aż on wyciągnie wszystkie rzeczy z bagażnika, ruszyła przodem dosłownie podbiegając pod niewielkie schodki, wwiercone w korę drzewa. — Ruchy, Miller! Kto ostatni ten śmierdzi — rzuciła, tak jak nie raz krzyczała do niego jeszcze za dzieciaka, gdziekolwiek by się nie ścigali. Zazwyczaj przegrywała. Chociaż byłī też takie dni, szczególnie po śmierci jej brata, kiedy Archie po prostu dawał jej wygrać. Niby udawał, że się stara, ale Abby doskonale widziała, że po prostu daje jej fory. Doceniała to. Nawet nie miał pojęcia jak bardzo. 
Wspięła się po schodkach i od razu wturlała na idealnie skrojone deski. Domek wyglądał tak czystko, jakby ktoś siedział w nim jeszcze wczoraj. Nie było w nim nawet za dużo kurzu i resztek liści. Aż Wallace spojrzała na swojego przyjaciele, podejrzewając, że maczał w tym palce. Odsunęła się delikatnie robiąc mu miejsce, a kiedy Miller usiadł w końcu i oparł się o drzewo, ona sięgnęła do koszyka po jedną z kanapek. Oczywiście tą ulubioną od Pani Miller. Jezu, jakie ta kobieta robiła dobre jedzenie. Spojrzała na Archibalda dopiero, gdy zaczął nawijać, że przetrzepał połowę domu, żeby coś znaleźć
A co tam masz? — zainteresowała się z pełną buzią, oczywiście plując sobie na spodnie i trochę też na te jego. — No nie gadaj! — nachyliła się bliżej, widząc ręcznie narysowaną mapę i masę instrukcji, starannie spisanej eleganckim, równiutkim pismem Abby. Zawsze dokładnie pisała. To chyba była jedyna rzecz, jaka powstrzymywała ją od bycia stereotypowym lekarzem — nie bazgrała jak kura pazurem. Jednym ruchem ręki wyrwała mu kartkę z rąk i rozłożyła we własnych, żeby po chwili położyć się na chłodnych deskach, a głowę ułożyć na udach Archiego. 
Patrz to — wskazała miejsce, w którym Abby próbowała narysować strumyk, a Archie nabazgrał na nim żółte plamy, które miały wyglądać jak kaczuszki. — Wygląda, jakby ktoś się na to zerzygał — wtedy też tak wyglądało, ale ich dziecięca wyobraźnia pozwalała faktycznie zobaczyć w tym wszystkim kaczki. Ogólnie ich rysunki wyglądały okropnie, ale miały w sobie przynajmniej emocje! Chociaż lepszym słowem byłoby nazwać je artystycznym nieładem. — A gdzie to się zaczynało? Pod drzewem? — obróciła kartkę z trzy razy, bo tak naprawdę instrukcje były rozpisane z każdej możliwe strony i pod każdym kątem. Przy okazji oczywiście korzystając zo okazji, że Miler wziął sobie kanapkę, sięgnęła do jego ręki i wyrwała mu ją, ładując sobie od ust. — Weź sobie nową. Ta była moja — oczywiście, bo przecież były podpisane. Inicjałem najprędzej. Ty by się zgadzało, bo akurat mieli te same, to łatwo się pomylić, nie? Ta też była pyszna. Lemoniadę tez mu zawadziła z dłoni po chwili, aż nie rozkminili do końca tej mapy.
Dobra, czyli jest tak: trzydzieści jeden i pół kroku od drzewa w stronę strumyka, potem przejście aż do czerwonego domku i skręcenie w lewo, potem nie umiem się odczytać, ale jak już tam będziemy to ogarniemy, nie? — podniosła spojrzenie w górę, łapiąc jasne piękne oczy Millera. Z tej perspektywy również wyglądał wyjątkowo dobrze. Nawet pomimo delikatnego, dodatkowego podbródka. I dopiero wtedy, leżąc na jego nogach zobaczyła światełka nad ich głowami. — A to? Kiedy to zawiesiłeś? — spojrzała na niego z lekkim niedowierzaniem. Niby wiedziała, że Miller zawsze wszystko potrafił dopiąć na ostatni guzik i pięknie zaplanować, ale to, jak czasami dużo czasu i chęci wkładał w to, żeby było wyjątkowo, przytłaczało ją w ten najbardziej przyjemny możliwy sposób.

Archie <3
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Archibald w roli skrzydłowego to f a t a l n y pomysł i on sam u licha nie wiedział co mu strzeliło do głowy, by to powiedzieć. Kurwa na głos, powiedział to na głos! Jak już wizja samego siebie stojącego przy jakimś barze i patrzącego, jak Abby rozmawia z obcym facetem przyprawiała go o mdłości. To nie, nie wystarczyło o tym myśleć, trzeba było od razu zaproponować. Świetny plan, Miller. Nie ma się co oszukiwać, sabotowałby każdego. Dosłownie każdego. Mógł się oszukiwać, zapierać rękami i nogami, a nawet uciekać w żart — bo to wychodziło mu najlepiej — ale prawda była taka, że miska popcornu wcale nie uratowała ich przed potencjalną katastrofą, bo przecież żadne z nich nie wiedziało jak potoczyłyby się ich losy, gdyby mleko się wylało. Czy byłaby to tak spektakularna i śmierdząca klęska jak podczas wypadku w kuchni, któremu musiał sprostać z współlokatorem Donniem, czy może okazałoby się smaczne i przyniosłoby ulgą w tym trawiącym ich od środka uczuciu? Miska popcornu ocaliła ich przed prawdą, której bali się zbyt mocno.
To wszystko wina dorosłości, ona komplikowała dosłownie wszystko. Przecież jak byli smarkaczami to zupełnie nie przejmowali się złożonością uczuć, tylko obdarowywali się gąsienicami, obrzucali piaskiem i wszystko jakoś tak łatwiej się wyznawało przykładowo krzycząc komuś, że zostając w tyle śmierdzi, a mimo to i tak zostawał w tyle, by dać jej wygrać. Czy to nie wyrażało więcej niż tysiąc słów?
Ich kwatera mogła wydawać się mniejsza, ale to nie miało znaczenia, gdy przywoływała tamte dziecięce wspomnienia. Przecież w chwili, kiedy Abby sprowokowała go okrzykiem o tym, że kto ostatni ten śmierdzi w oczach Archibalda pojawiły się te same łobuzerskie iskry co przed laty. Ruszył za nią z zapałem, ale oczywiście — ponownie to ona miała wygrać. Dokładnie tak samo jak robił to dziesiątki razy w przeszłości, szczególnie w najmroczniejszym okresie Wallace, kiedy jedynym celem Archiego było sprawienie, by na moment zapomniała o całym beznadziejstwie tego świata i poczuła znów smak zwycięstwa.
On wtedy też czuł się jak zwycięzca.
Widząc mapę do ich skarbu też czuł coś podobnego, jakby wygrał właśnie na loterii. Pierwotnie taki był plan właśnie, by odszukać kapsułę i otworzyć skarby w dniu jej urodzin, ale gdy okazało się, że za cholerę nie potrafi tego znaleźć to trochę stracił nadzieję. Mogli próbować na czuja to wszystko znaleźć, ale prawda była taka, że choć domek wyglądał prawie tak jak te naście lat temu, to otoczenie mocno się zmieniło. Pojawiły się owe krzaki, drzewa i ścieżki, a ich miejsce docelowo mogło być niemożliwe do odnalezienia bez mapy.
Muszę podziękować mamie — oznajmił wciąż poruszając głową na boki niedowierzając, że udało się jej to znaleźć, a gdy Abby porwała mu mapkę i ułożyła się wygodnie na jego kolanach niewiele się zastanawiając delikatnie odgarnął pojedyncze pasmo włosów z jej czoła, wsuwając za ucho. I zostawił tak tą dłoń, wplatając palce w jej włosy i smyrając je delikatnie, gdy tak studiowali teraz razem ich dziecięcą mapkę i zajadali kanapki. A właściwie najpierw on zajadał, a potem nagle ona… jego kanapkę! — Ej! To moja — zaprotestował z udawanym oburzeniem, gdy tak bezczelnie pozbawiła go pożywienia i wpakowała kanapkę z kurczakiem prosto w swoje usta, a gdy tylko sięgnął po lemoniadę to i ona padła ofiarą zgłodniałej Wallace. Na halloween przebierze się za kanapkę Dorothy, postanowione! — Jesteś absolutnie bezwzględna, Wallace — oznajmił, ale w jego głosie zamiast niezadowolenia dało się wyłapać dumę. To właśnie w niej uwielbiał.
Wypraszam sobie, te kaczuszki są idealne! — a przynajmniej ta jedna, którą teraz wskazywał palcem, który spotkał się z tym Abby na moment. Pozostałe nie były idealne, dlatego sam się zaśmiał gdy tak na nie spoglądał. Niby miały być żółte, ale z tym niebieskim połączeniem w niektórych miejscach wyszła zielona plama, ni to liść, ni to rzyg, cholera wie co to było. To jednak nieistotne, bo gdy Abby już rozpracowała większość mapy on ochoczo przytaknął. — No tam dalej… nie jestem pewien, ale chyba było to drzewo gdzie próbowaliśmy wyciąć nasze inicjały, ale zamiast tego prawie straciłem pół palca — przypomniał, choć to raczej była 1/5 opuszka palca wskazującego i nie było już po tym zdarzeniu nawet śladu. Nie sprawdzą tego teraz, bo ten sam palec teraz smyrał ją gdzieś za uchem między włosami i nie zamierzał się zbytnio stamtąd wychylać.
A to? — odezwał się zadzierając głowę w górę dostrzegając lampki i uśmiechnął się lekko. — No wiesz, musiałem się upewnić czy ta podłoga nas jeszcze utrzyma i czy w ogóle jeszcze istnieje, to przy okazji zamontowałem i to… na wypadek, gdyby to nasze szukanie skarbów przeciągnęło się do późna — wyznał zgarniając z kosza kolejną kanapkę i wgryzł się w nią tak szybko (byleby mu znowu jej nie porwała) że niefortunnie część sosu wymsknęła się od drugiej strony i spadła prosto na policzek Abby. — Sorki — wyznał, ale sos Dorthy nie mógł się zmarnować, więc nie zwlekając przesunął delikatnie palcem po jej policzku z zamiarem zagarnięcia jak największej ilości i oblizania palucha nim ona zdaży to zrobić.

Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było idealnie.
Najlepsze urodziny — tak powtarzała sobie za każdym razem, kiedy spędzali je wspólnie, ale tym razem może faktycznie mogły takie być? W końcu nigdy wcześniej nie wziął jej na tak sentymentalną przygodę. Ich przygodę. Bo przecież oni od dziecka szli ze sobą ramię w ramie, zawsze razem, A&A przeciwko całemu światu.
I chociaż Miller miał na sobie nieco więcej zarostu niż kilkanaście lat temu, a ona o wiele więcej oleju w głowie i papiery na bycie lekarzem, to wciąż byli tacy sami. W domku na drzewie, oglądając mapę skarbów, którą zrobił dawno temu i kładąc sobie kanapki, które zrobiła dla nich Dorothy Miller, aka najlepsza mama pod słońcem. Jak za starych, dobrych czasów.
Chociaż była może jedna tak rzecz, która była inna. A dokładniej dłoń Millera, która błądziła gdzieś w jej bujnych włosach. I może jeszcze sam fakt, że smyrał ją gdzieś w okolicy potylicy nie był taki dziwny, tak sposób, w jaki Abby zwracała na to uwagę już tak. Było zbyt przyjemnie. Za dobrze. Do tego stopnia, że z każdym posunięciem króciutkich paznokci i ciepłych opuszków, przez jej kark przechodził przyjemny dreszcz, który ciągną się przez cała długość kręgosłupa. Nie powinna tak na niego reagować. A jednak to robiła. I najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogła z tym nic zrobić poza udawaniem, że wcale to nie było aż tak przyjemne. Że nie zwracała na to uwagi, chociaż całe jej ciało reagowało na jego bliskość.
Skup się na kaczkach, Wallace.
Idealne to one były zawsze w twojej głowie — zaśmiała się, zadzierając lekko brodę w górę, żeby zaraz sięgnąć do jego czoła i go po nim poklepać. — O tutaj. W tym samym miejscu, gdzie zawsze rodziło się największej pomysłów — wspomniała, w głowie od razu wertując te wszystkie chwile, w których Archie wpadał na najbardziej odjechane, niekiedy absurdalne pomysły. Czasami takie, z których ledwo wychodzili cali, jak wtedy, kiedy postanowili zrobić sobie biwak w środku lasu, sami, nie mówiąc o tym nikomu jeszcze jako dzieciaki, a potem gonił ich niedźwiedź. A przynajmniej oni wszystkim potem opowiadali, że to był niedźwiedź, kiedy w rzeczywistości był to jakiś niegroźny szop, który chciał ukraść Abby kanapkę. Ale to SZCZEGÓŁ, tak? Taki jak to, że Miller prawie stracił cały palec na ryciu inicjałów, kiedy tak naprawdę tylko drasnął sobie skórkę.
Ale widzisz, już wtedy cię pięknie opatrzyłam — wypomniała mu i nawet chciała sięgnąć po jego rękę, żeby go sobie obejrzeć, ale przypomniała sobie, co ten jego palec właśnie robił i jakoś… nie chciała mu przeszkadzać. — Bandaż z trawy — bo właśnie taki on był. — I trochę wody z kałuży i proszę — takie miała zadatki na lekarza. Teraz pewnie jakby o tym usłyszała, to by się przeżegnała, ale wtedy jakoś udało im się zatamować. No i oczywiście nie można zapominać o ojojaniu, bo to również dostał tamtego dnia.
Kiedy Archie zadarł głowę na lampki, ona wykorzystała ten moment, by spojrzeć na niego. Na faceta, który kompletnie bezinteresownie wykonał tak wielki kawał roboty, że zrobić jej dobrze w dniu urodzin. Zawsze zachwycało ją jego dobre, uczynne serce, ale były takie chwile, kiedy…
…Kiedy sos z kanapki zrobionej przez Dorothy Miller zamiast kończyć w ustach, to wylatywał z drugiej strony, prosto na policzek Wallace. Momentalnie poczuła chodną ciecz na skórze i już miała do niej sięgać językiem, kiedy to Archie jakie pierwszy zgarnął nadmiar na palec. Ale ona już się i tak odwracała i…
Nie rób tego.
Nie rób tego.
Nie rób tego.
Zrobiła. Nim zdążył go zabrać, ona złapała palec Archiego pomiędzy wargi i zassała, ściągając sos na własny język. Jakby jeszcze tego wszystkiego było mało, Wallace okazała się na tyle bezczelna, że podczas tej czynności miała czelność patrzeć mu prosto w oczy. Cały, kurwa, czas. I momentalnie tego pożałowała, kiedy poczuła nagły ścisk w podbrzuszu.
Przecież nie byli już dziećmi. Nie mieli po dziesięć lat. Każde z nich miało świadomość podtekstów i dwuznaczności niektórych czynności. Miewali swoje fantazje i brudne myśli, na które ona sama chyba nie była gotowa. Nie kiedy patrzył na nią w ten sposób. Ostatkami zdrowego rozumu złapała jego dłoń i powoli odsunęła od swojej twarzy.
Dobra, pojedzone? — odchrząknęła z uśmiechem na ustach i poderwała się do siadu, próbując z całych sił ignorować walące w piersi serce. Zgarnęła z koszyka jeszcze jedną kanapkę, którą pochłonęła już wstając na nogi. — Chodź, Miller. Skarb się sam nie znajdzie — ponagliła go, mając jakieś takie dziwne przeczucie, że jeśli jeszcze trochę by tu razem poleżeli… mogliby mieć powtórkę z ostatniego popcornu, a przecież na to nie mogli sobie pozwolić.
Szturchnęła go jeszcze za ramię, żeby się zbierał, a sama wcisnęła mapę pod pachę i ruszyła w stronę drewnianych belek, wbity w korę drzewa. Będąc już na dole, zaciągnęła się mocno świeżym powietrzem, próbując jakoś oczyścić głowę. Pomogło? Oczywiście, że nie, ale przynajmniej mieli teraz misję, którą mogli się zająć. Znalezienie kapsuły czasu.
Teraz pełne skupienie! — zarządziła, stojąc już ramię w ramię z Archiem. — To tak, mamy teraz trzydzieści pięć kroków w stronę strumyka — przeczytała z własnych, dziecięcych notatek. — Tylko nie rób za dużych kroków, bo kiedy nie miałeś takich wielgachnych nóg — zauważyła, bo przecież musieli to wszystko przeliczyć na dziecięce stópki, a potem jeszcze odbić strumykiem wzdłuż, aż do czerwonego domu i jakoś przeprawić się przez wodę!

you taste like trouble
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
27 y/o
Mr Potato Head
180 cm
tester gier w Ubisoft, barman w Emptines i przewodnik po Toronto.
Awatar użytkownika
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zamrugał, gdy tylko jej dłoń pacnęła go w czoło, a na jego usta wtargnął figlarny uśmiech. Fakt, Archie był trochę takim generatorem najbardziej odjechanych, często nieodpowiedzialnych pomysłów które niewątpliwie zapadały w pamięć. — Uwielbiałaś je wszystkie — odparł dumnie, bo jeśli ktoś wiernie mu towarzyszył podczas ich realizacji to właśnie Wallace. Chociaż nieco zmarszczył brwi, gdy przypomniał sobie jeden z genialnych pomysłów. — No dobra, może niekoniecznie wszystkie — przyznał niechętnie wracając pamięcią do roku dwatysiącektóregośwtedy jak wypłynęliśmy jakąś rozklekotaną łódką na jezioro z dwoma sztachetami zamiast wioseł byłaś nieźle przestraszona, szczególnie jak wiatr zaczął nas znosić coraz dalej w środek jeziora — przypomniał uśmiechając się pod nosem. Chyba z trzy godziny próbowali wiosłować do lądu, a wiatr im to utrudniał. Miller stawał na głowie, by Abby się mu tam w panice nie rozkleiła, bo choć robiła wszystko by nie dać po sobie poznać, że się cyka to jednak głód robił swoje, nerwy puszczały, a Archie cóż… — Recytowałem ci chyba z pamięci wszystkie szkolne wierszyki i nie tylko, pamiętasz? — i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć zaczął recytować In Flanders Fields.
Wśród Flandrii pól, gdzie maki śpią,
Krzyż goni krzyż, a ziemia drży,
To znak dla tych, co w polu śpią.
Skowronka śpiew wciąż słychać tam,
Wśród grzmotu dział i huku armat,
Co śpiew mu głuszy – dzielny ptak (...)


Nie wytrzymał, roześmiał się. Wciąż pamiętał c a ł y , ale zamiast go skończyć dodał. — A jak skończyły się wierszyki to zacząłem opowiadać ci żarty z repertuaru wujka Franka o hydraulikach i sekretarkach — wtedy w tych nerwach chyba nawet sobie przeklinał jak wujaszek i modlił się w duchu, by matka nie odkryła, że zna takie słownictwo.
Opowiadał… może trochę za wiele, za dużo, za szczegółowo, ale tylko to pozwalało mu nie rozpłynąć się myślami w zupełnie innym kierunku. W kierunku bliskości i tego dreszczu, który przechodził go za każdym razem, gdy wodził palcami w jej włosach.
Cofnęliby ci dyplom, licencję czy co tam potrzebujesz by być w zawodzie, gdyby usłyszeli o tym bandażu z trawy i wodzie z kałuży — zażartował śmiejąc się pod nosem. — Dobrze, że jakiegoś tężca nie dostałem — parsknął wciąż pamiętając tamte chwile, gdy był wpatrzony w nią jak w obrazek. Nieustraszona na widok krwi zawsze ratowała go w kryzysowych sytuacjach, a on żartami próbował zamaskować to, że serio był przerażony na myśl o tym, że straci palucha. — To pewnie sprawa tego twojego ojojania. Zawsze działało… — wyznał rzucając jej rozbawione spojrzenie z góry, a w myslach nieźle się gimnastykował, by nie wracać pamięcią do ojojania po stłuczeniu kości ogonowej, bo to wciąż był jego słaby punkt na mapie wspomnień współdzielonych z Wallace.
I kiedy on się tak starał, to ona bez ostrzeżenia znów odpaliła error w Millerowskim systemie. Niespodziewanie złapała jego palec pomiędzy swoje wargi i zassała go ściągając sos prosto do swojej buzi. Problem w tym, że ona nie była już małą dziewczynką z sąsiedztwa, a on nie był tamtym niewinnym chłopcem. Teraz w swojej głowie odtwarzał całe schronisko zdechłych piesków, a i tak na nic się to nie zdało. Prąd wystrzelił z opuszka jego palca, przeszedł przez całą rękę, ramię i tors, by z impetem wylądować w jego podbrzuszu. Poczuł ścisk, wstrzymał oddech i przez cały czas towarzyszyła mu jedna głęboka myśl — o ja pierdolę — kiedy patrzył w te jej oczy bezczelnie, głęboko, nawet się nie kryjąc, bo niby jak? Przecież to był moment, a sekundę później dziękował wszystkim bogom tego uniwersum, że Abby tak szybko się podniosła i ewakuowała z jego kolan,, bo tylko to uratowało resztki jego godności. Gdyby poleżałaby na jego udach chwilę dłużej żadna siła nie uchroniłaby go przed totalną kompromitacją.
W odróżnieniu do Abby potrzebował kilku sekund, by posiedzieć tak jeszcze przez moment. — Tt-tak pojedzone — wykrztusił przyglądając się jak Abby pochłania właśnie kanapkę, kiedy jego pochłaniało coś zupełnie innego. Odczekał jeszcze moment, aż sytuacja w dolnych partiach jego garderoby wróci do normy, po czym podniósł się i schodząc z domku, będąc już blisko ziemi zeskoczył lądując na trawie z głośnym stęknięciem. Jakoś trzeba było się sprowadzić na ziemiię, prawda?
Za dużych kroków? — roześmiał się szybko dodając — Nie pamiętasz jak wtedy szłaś? Stawiałaś kroki jakbyś szła po wybiegu mody — on wcale nie był lepszy udając wtedy żołnierza. To jednak nie zmieniało faktu, że ich kroki wtedy, a dzisiaj były zupełnie inne i jakoś musieli znaleźć złoty środek. I na pewno nie były nim te nienaturalnie małe kroki, wręcz tip-topwe, które właśnie zaczął stawiać w kierunku wskazywanym przez mapę.
Prawda była taka, że odległość do strumyka wcale jakoś znacząco się nie zmieniła, więc choć ilość kroków nie zgadzała się ze wskazówkami na mapie, oni teraz tak czy siak stali przed strumykiem do którego musieli przedrzeć się przez chaszcze sięgające po pas. — No dobra, strumyk jest ale ten czerwony dom… — zerknął w stronę, gdzie powinien stać — teraz chyba jest szary, bo jego właściciel nie uszanował naszej mapy — oznajmił wyraźnie niezadowolony z tego faktu, po czym ruszył wzdłuż strumyka w kierunku przemalowanej drewnianej posiadłości. Pomimo, że szedł przodem co jakiś czas odwracał się do tyłu, by skontrolować czy Abby na pewno nie zaliczyła spektakularnego wodowania, bo brzeg był porośnięty gęstym mchem i korzeniami, więc o upadek nie łaaaa…

ZACHWIAŁ SIĘ, wymachując rękami jakby szykował się do odlotu.
…two.
Było blisko.
Doszli do drewnianego czerwonego szarego domku i maszerując wzdłuż ogrodzenia zbliżyli się do starego drzewa. — No proszę, wciąż stoi — oznajmił podchodząc bliżej, by przyjrzeć się czy widać jakiekolwiek inicjały wyryte w skradzionym scyzorykiem ojca, ale… — kurwa, nic nie widać… totalnie się zatarły, to coś to chyba było to, ale wygląda jakby dzięcioł po udarze tutaj coś wystukał. Musimy to poprawić — oznajmił przecierając palcem po dawnym śladzie. — Ale to jak będziemy wracać, na zwieńczenie naszej misji — stwierdził i skinął na Abby, by podeszła do niego z tą mapką, gdy on wygodnie opierał się plecami o drzewo zakładając ręce. — Chodź, trzeba teraz rozszyfrować co dalej — a gdy podeszła przejął kartkę i obrócił ją kilka razy. — Wydaje mi się, że teraz powinniśmy przeprawić się przez jakiś pień po tej wodzie… tylko obawiam się, że ten pień już dawno stąd odpłynął — zauważył wpatrując się w mętną wodę, a potem na Abby, potem znów na wodę, a potem na Abby.
Mamy dwie opcje… albo razem się przeprawiamy ramię w ramię — by było sprawiedliwie — albo wyjątkowo z racji twojego święta będziesz miała niepowtarzalną okazję skorzystać z usług Archibald Miller Travel Agency oferującej w pakiecie swojej podróży przenosiny na barana. Co wybierasz? — jakby się ubrała w błocie to też ładnie by wyglądała, ale czy ładniej niż na nim jego plecach? Nie sądzę.
Obrazek
winnie / ancy ( dc: winniethepooh91 )
28 y/o
NARRATORSKI PIESEK
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że pamiętała.
Pamiętała każdy, pojedynczy wiersz, jaki jej recytował. Te których faktycznie nauczył się w szkole, ale również i te, które były tekstami piosenek lub chociażby opowieści wujka Franka, których… oni tak naprawdę sami nie rozumieli. Ale śmiali się z nich, bo wydawały im się strasznie głupie i dorosłych bawiły, wiec ich też powinny, czyż nie? Poza tym, Abby była w niego niekiedy tak bardzo wpatrzona, że śmiałaby się z wszystkiego, nawet gdyby jej wyrecytował coś tak nudnego jak przepis na jajecznicę. I tak by to doceniła. Bo Miller wszystko, co robił, robił przecież z dobroci serca. Tak jak za każdym razem, kiedy w stresującej sytuacji chciał ją uspokoić. Być jej bezpieczną przystanią i niezależnie od tego, co by to nie było, ze swojego zadania wywiązywał się śpiewająco.
A ona zaś z tego, jak o niego dbała. Jak każde zadrapanie czy zdarte kolano traktowała z kompletną powagą. Jak opatrywała go trawą, szyła plasteliną i przemywała rany wodą z kałuży. Może i nie były to medycznie dobre praktyki (i faktycznie zabraliby jej za to licencje), ale troski o niego nie można jej było odmówić. Bo akurat tego miała dla Millera zawsze aż w nadmiarze. Martwiłą się o niego nawet kiedy on nie widział w sytuacji żadnego problemu. Jak chociażby wtedy, kiedy założył się z Tomem z równoległej klasy, kto lepiej skoczy na główke z klifu. Kurwa, jak ona się o niego bała. Wszystkie paznokcie wtedy zjadła ze stresu. Całe szczęście nikt nie skończył z połamanymi żebrami. Jedynie Abby ze zszarganymi nerwami.
Ale to akurat nie była nowość, co zresztą było widać na załączonym obrazku. Obrazku, który przedstawiał kompletną bezmyślność po obu stronach, w postaci palca Millera, który niepotrzebnie znalazł się na jej policzku, a potem w jej wargach, które zamknęły go w swoich sidłach i oplotły językiem.
Nie powinna była tego robić.
Nie wolno jej było prowokować takich sytuacji ze swoim najlepszym przyjacielem, a jednak ostatnio chyba żadne z nich nie było w stanie już tego kontrolować. Tych wydłużonych spojrzeń i napięcia, które zdawało się budować między nimi w najbardziej niespodziewanych momentach. Jedyną deską ratunku było dla nich zerwanie się na nogi i odpuszczenie. Spróbowanie zepchnąć te myśli gdzieś na dno umysłu, powtarzając sobie, że to przecież nic takiego. I to właśnie Wallace próbowała zrobić, gdy zajadając ostatnią kanapkę z koszyka, jako pierwsza zeszła z drzewa, wyczekując przyjaciela na dole. Oddech miała ciężki, myśli zszargane, a smak palca Millera pomieszanego z sosem, wciąż kręcił się w jej ustach. Nawet przeklęta kanapka nic na to nie pomogła.
Kurwa.
Skupiła się na mapie. Tak, to był świetny rozpraszacz. Wpatrzeć się w krzywe obrazki i odnaleźć strumyk wraz z domkiem, a nie rozmyślać o jakiś dwuznacznych sytuacjach które chętnie przeżyłaby jeszcze raz.
No ja przynajmniej stawiałam takie kroki, jakie faktycznie robiłam! — od razu odbiła piłeczkę, patrząc na niego znad mapy. — A ty praktycznie skakałeś, bo mówiłeś, że jak będziemy za kilka lat tego szukać, to będziemy wielcy — wypomniała mu, wbijając palec w ramie przyjaciela i tak przekomarzając się, kto robił lepsze kroki przy tworzeniu mapy, skierowali się w stronę domu. Domu, który bardzo szybko okazał się nie być już wcale czerwony, a szary. Budowla jednak była dokładnie taka sama, jak na ich rysunku. Było też drzewo, na którym kiedyś wyryli swoje inicjały. Kiedyś, bo teraz jak to pięknie Miller podsumował: gówno było widać.
Zrobimy nowe — poparła go praktycznie od razu. — Inicjały wciąż mamy takie same — zauważyła, bo przecież ile to razy dyskutowali o tym, że kiedyś naziwako Abby może się zmienić i Archie chyba ze sto razy powtarzał jej, że jeśli już, to musi sobie znaleźć kogoś, kto ma tą samą literę nazwiska jak ona, żeby nic nie trzeba było zmieniać na drzewie. I prosze. Bez zmian. Kto by pomyślał. Szkoda tylko, że i tak prawie nic już nie było widać. Przesunęła palcami po ledwo widocznym grawerze i nawet chciała coś jeszcze powiedzieć w temacie, ale Miller już ją ponaglał, zabierajac jej mapę do skarbu. Oczywiście Abby nie dała za wygraną i zaraz wciskała się między niego a papier, kończąc w ramionach przyjaciela.
Faktycznie gdzieś tu powinien być pień — którego oczywiście nie było, a nawet gdyby był, to z pewnością nie utrzymałby ich wielkich tyłków. Co innego jak mieli po dziesieć lat i ważyli jakieś dwadzieśćia kilo. Teraz trzeba było to pomnożyć razy trzy jak nie cztery! Podeszli do strumyka, przyglądając się mętnej wodzie i sobie nawzajem. I znowu wodzie i sobie. A potem Miller przedstawił jej opcje, jakie miała do wyboru, a on… cóż, był wręcz aż za bardzo o-czy-wi-sty.
Nie codziennie dostaje się możliwość przejażdżki w Archibald Express, więc chętnie skorzystam — uśmiechnęła się do niego wymownie. — Obracaj się Miller i daj mi to! — wyrwała mu mapę, zawinęła ją w rulonik, a następnie… wsadziła ją sobie w dekolt. Uśmiechnęła się, gdy i jego spojrzenie tam zawędrowało. — No co? Żeby nie zmokła — w końcu o drogę do skarbu trzeba było odpowiednie zadbać, czyż nie? A nie było na ciele kobiety bezpieczniejszego miejsca. Z kieszeni mogłoby jej wypaść, ze stanika, który Abby miala na sobie nie wypadało nic.
Gotowy? — spytała jeszcze tak dla pewności, a następnie przeszła za jego plecy i ułożyła dłonie na jego ramionach. Po tych wszystkich kanapkach, jakie zjadła, na pewno nie miał łatwej roboty, ale kto jak nie Miller! Przymierzyła sie i z głośnym trzy, czte..ry! wskoczyła mu na plecy. Uda docisnęła do bioder przyjaciela, a dłonie zawiesiła wokół jego szyi, przyspawajać policzek do jego twarzy. — Na przeprawę! — rzuciła zadowolona, jako passager princess otulając ciepłym oddechem jego skórę. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej, kiedy faktycznie ruszył przez wodę. Widziała po jego twarzy, jak bardzo się krzywił. — Zimna? — aż sama sie skrzywiła, dziękując w duchu, że nie musiała ię tym razem moczyć. — Obiecuję, że ci to jakoś wynagrodzę — najwiała mu bez przerwy. Wszystko szło im nawet bez zarzutów, gdyby nie to, że gdzieś w połowie drogi, Archie natrafił na jakiś śliski kamień i noga mu na moment uciekła. Akurat w tej samej chwili, w której Abby pokazywałą mu kolejne punkt przed nimi, który był na mapie i przestała się trzymać. To zaś standardowo już dla nich stworzyło serię niefortunnych wydarzeń, w których ona próbowała się jakoś odratować, on ją złapać, a skończyło się na tym, że oboje skończyli w wodzie. Cali.
Wszystko miała zalane. Lodowata ciecz momentalnie zajęła jej ubrania, w tym mapę, która przecież miała być tak bardzo bezpieczna! Jedynym plusem tej sytuacji — a przynajmniej dla Archiego — było to, że tym razem Abby wcale nie padła na niego, a na własny tyłek, tłukąc sobie kilka mięśni.
Ja pierdole — tylko tyle i aż tyle miała do powiedzenia w tej sprawie.

oops
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”