-
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Domyśliłam się, że nie przez przypadek zamówiłeś akurat ten alkohol wtedy w barze – skwitowała, wzruszając delikatnie ramionami i na krótką chwilę porzucając swoją uszczypliwość i żart, którym zasłaniała niemal wszystko, co mówiła. Mogła oczywiście zgrywać się dalej, rzucić jakimś dowcipem albo komentarzem, które idealnie wpasowałby się w całą tę dysputę o snobizmie, ale Lina uświadomiła sobie, że nie chce stale kontrować tego, co Horacy mówi, tylko dlatego, że to wpisuje się w podjętą grę. Chciała się dowiedzieć o nim czegoś prawdziwego, jak chociażby to, że po dyżurze zapija zimne frytki odpowiednio starą whisky. – Rozumiem. Zachowujesz balans pomiędzy przykładnym przedstawicielem gatunku snobów, a zwykłym, przeciętnym obywatelem – oceniła, chociaż doskonale wiedziała, że nie o to w tym chodzi. Przez chwilę nawet kusiło ją, żeby dopytać o ten ciężki dyżur, a raczej wszystko, co po nim. Jak radzi sobie z tym, kiedy nie wszystko idzie po jego myśli, czy ma do kogo wtedy zadzwonić, ale po chwili uznała, że nie jest pewna, czy to właściwa rozmowa na te okoliczności. Coś w niej, w środku, jakby buntowało się na myśl o poruszaniu poważnych tematów tutaj, kiedy większość gości tego miejsca należała do klasy, która uosabiała wszystko, czym Lina gardziła.
– Cóż, przynajmniej kilka miejsc, które mają do zaoferowania coś więcej niż tylko pocztówkowy widok – przyznała, wyraźnie się rozluźniając. – Okazuje się, że Toronto jest najfajniejsze tam, gdzie przestaje udawać, że jest ładne. W zarośniętych wąwozach, pod mostami, przy torach, na małych scenach w parkach, gdzie aktorzy walczą z komarami i własną dykcją. – Nagle zamilkła, jakby uświadomiła sobie, że za dużo powiedziała. Uśmiechnęła się, chyba trochę speszona i sięgnęła po kieliszek, by napić się łyk wina. – Mogłabym ci kiedyś pokazać któreś z takich miejsc – dodała, czym chyba zaskoczyła nawet samą siebie. Odkąd przyjechała do Toronto nie za bardzo udało jej się nawiązać jakieś znajomości. Jasne, czasem się z kimś spotykała, raz czy dwa wyszła na imprezę, w tej czy innej pracy rozmawiała przecież ze swoimi współpracownikami, czasem wymieniła kilka wiadomości z właścicielką mieszkania, które wynajmowała, ale głównie żyła i radziła sobie kompletnie sama. Była samotnikiem i nie czuła potrzeby, by to zmieniać. Nauczona doświadczeniem nie pozwalała innym podchodzić zbyt blisko, bo tak było bezpieczniej. Ale od jakiegoś czasu jej system obronny jakoś szwankował.
Lina nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś naprawdę ją słuchał. Do spojrzenia Horacego, które w jej postrzeganiu wwiercało się w nią i choć to nie było w żaden sposób nieprzyjemne, trochę nie wiedziała, jak ma się zachować. Lekkość, z jakąś podchodziła do wielu tematów często była maską i po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, jakby ktoś próbował pod nią zajrzeć. Uśmiechnęła się lekko na jego komentarz, myśląc o tym, że to jej pasowało, bo zawsze to lubiła. I być może, gdyby nie jej brat, dziś zajmowałaby się tym na poważnie. Wspomnienie o bracie mimowolnie starło z jej ust uśmiech, ale na szczęście wtedy do stolika podszedł kelner, przynosząc im zamówione dania.
Kiedy tylko odszedł, Lina pochyliła się w stronę Horacego.
– Nareszcie. Już się zastanawiałam, czy przesadnie długie czekanie na jedzenie też jest jakoś wpisane w filozofię takich miejsc – powiedziała konspiracyjnie, ściszonym tonem i uśmiechnęła się łobuzersko, prędko wracając do poprzedniej pozycji. Spróbowała trochę mięsa z kaczki, a jej mina i ciche westchnienie wyraźnie świadczyły o tym, że chyba zaskoczyła się smakiem. – Do diabła. Jest spora szansa, że znienawidzę cię za to, że pokazałeś mi, jak w takich snobistycznych miejscach można rewelacyjnie przyrządzić kaczkę – rzuciła, celując w niego widelcem, ale zaraz na jej usta wpłynął uśmiech. Cóż, była spora szansa, że jadła to po raz pierwszy i ostatni, więc trzeba było się delektować. Dopiero po chwili spojrzała na niego trochę uważniej, przypominając sobie, co powiedział tuż przed tym, jak przyniesiono im jedzenie.
– Tylko?Ja potrafię czasem sprawić, że stara lampka znowu się zaświeci, i chodzę potem przez dwa dni dumna, jakbym oszukała prawa fizyki. Ty mówisz o ludziach – zauważyła, odkładając na moment sztućce i wpatrując się w niego intensywnie. – A to chyba najtrudniejszy materiał do naprawiania, bo zazwyczaj nie mają instrukcji i nawet kiedy wszystkie elementy są na swoim miejscu, wciąż coś może nie działać. – Z rzeczami niby też tak było, z tą różnicą, że je bez bólu można było wyrzucić na śmietnik, jeśli coś nie wyszło. Z ludźmi nie było tak prosto.
Horacy Bell
-
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mogłabym ci kiedyś pokazać któreś z takich miejsc. Przez moment naprawdę nie wiedział, co z nimi zrobić. Wydawały się przecież zwyczajne, a jednocześnie stanowiły zaproszenie do jej świata i jej mapy. A może tylko w swojej głowie chciał nadać temu dodatkowy wydźwięk. Ludzie rzucali podobne propozycje cały czas.Musimy się kiedyś spotkać. Muszę ci to kiedyś pokazać. Wpadnij kiedyś.
Życie przebiegało obok niego nieustannie. Było dosłownie na wyciągnięcie ręki. Czasami miał wręcz wrażenie, że stoi po drugiej stronie szyby i obserwuje wszystkich tych ludzi, którzy bez większego wysiłku potrafią w nim uczestniczyć. Wiedział, że kilka ulic od jego mieszkania przez całe lato działa kino plenerowe, w którym w przyszły piątek mieli puszczać jakiś świetnie oceniany thriller. Wiedział, że niedaleko otworzyła się nowa restauracja (na którą wszyscy narzekali) i wiedział jakie plotki krążyły po szpitalnych korytarzach. Nie był odcięty od świata. Nie żył pod kamieniem. Po prostu świadomie w tym nie uczestniczył.
Jego dni od lat wyglądały podobnie. Szpital. Dyżur. Dom. Szpital. Dyżur. Dom. Od czasu do czasu kolacja biznesowa, spotkanie z kimś znajomym od piętnastu lat, jakiś telefon. Wszystko uporządkowane, przewidywalne, bezpieczne. Nie pamiętał, kiedy sam zaprosił kogoś do swojego świata, właśnie poza restaurację, biuro czy spotkanie biznesowe. To była zupełnie inna kategoria bliskości, której nie pozwalał sobie doświadczać. Po prostu czasami miał wrażenie, że jakaś część niego zatrzymała się dawno temu i od tego czasu nie zrobiła ani kroku naprzód. Funkcjonował, pracował, rozmawiał i śmiał się, ale gdzieś głęboko wszystko pozostawało nieruchome. Siedząc naprzeciwko niej, zaczynał zauważać to wyraźniej. Może dlatego, że Lina wydawała się jego przeciwieństwem. Nie była mniej samotna, ale dalej żywa. Wciąż szukająca.
— Chętnie zobaczę kiedyś te miejsca.
Ludzie nie mieli instrukcji i dlatego tak wielu jego kolegów z czasem zaczynało traktować pacjentów jak zbiory objawów. Aby wytrwać w tej pracy musieli uprościć człowieka do karty pacjenta - zrobić coś, czego Horacy nigdy nie umiał. Za każdym razem widział coś więcej: czyjąś historię, czyjeś lęki, czyjeś życie, cały świat zamknięty w jednym ciele, Jenny. — To brzmi znacznie bardziej imponująco, kiedy mówisz to ty niż kiedy mówię to ja. To właśnie jest ten problem z ludźmi, nie zawsze da się znaleźć przyczynę. Robię wszystko dobrze, a mimo to przegrywam. — powiedział w końcu cicho, bardziej do siebie niż do niej. Na moment urwał. Nie lubił o tym mówić, bo choć ból był częścią pracy, nie umiał go nigdy dobrze ubrać w słowa.
— Większość czasu próbuję kupić im trochę więcej czasu. - Głos miał spokojny. Niemal neutralny. Ale sam słyszał różnicę. — Kilka godzin. Kilka miesięcy. Czasem kilka lat. I czasami się udaje.
Horacy odsunął się minimalnie, robiąc miejsce na talerze. Przez moment obserwował, jak Lina śledzi wzrokiem stawiane przed nimi dania i poczuł rozbawienie. A kiedy pochyliła się ku niemu konspiracyjnie, słuchając jej szeptu, parsknął śmiechem.
— Za późno. Już cię przekonałem do tego miejsca, punkt dla mnie - Sam spróbował swojego dania. -Za to jedzenie mógłbym nawet oglądać Mamma Mia.
Liyana Sinclair
-
The risk I took was calculated, but man, am I bad at math.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To takie fajne słowo. Słowo-klucz, które już samo w sobie brzmiało jak niespełniona obietnica. Jak wszystko, co możesz rzucić, z góry wiedząc, że nikt nie będzie miał pretensji, jeśli nie dotrzymasz tych słów. Jest tak niekonkretne i rozmyte, że w wielu przypadkach wszystko, co następuje po nim, przestaje mieć znaczenie.
Musimy się kiedyś spotkać
Musimy się kiedyś złapać na kawę.
Kiedyś to zrobię. I mija naprawdę dużo czasu, zanim faktycznie to zrobisz. Jeśli w ogóle.
Z tym, że Lina pomyślała, że naprawdę chciałaby mu pokazać któreś z tych miejsc, które wzbudzają w niej zachwyt, bynajmniej nie swoim pięknem czy urokiem. Więc naprawdę liczyła, że w tym wypadku kiedyś będzie czymś więcej niż sprawnym zabiegiem, który stosujesz, kiedy chcesz obiecać coś, czego i tak nie planujesz dotrzymać.
Słuchała go z poważną miną i choć miała jakieś swoje zdanie na ten temat – jak niemal na każdy – to wiedziała przecież, że w obliczu tego, czego on doświadcza na co dzień w swojej pracy, co stanowi pewnie ogromną część jego życia, ona ma na ten temat naprawdę niewielkie pojęcie. Nie wiedziała, jak to jest walczyć dzień w dzień o czyjeś życie i zdrowie. Jak przeżywa się małe sukcesy, a jak mogą boleć porażki, szczególnie kiedy na szali jest ludzkie życie, czyli coś najcenniejszego? Nie miała o tym pojęcia, bo zawsze stała po drugiej stronie barykady.
Przez chwilę po prostu na niego patrzyła.
W tym, co mówił, w jego postawie, w nim samym był w tym jakiś rodzaj bezbronności, której chyba żadne z nich nie chciało nazwać. Horacy mówił o pacjentach, ale Lina miała wrażenie, że pod tym wszystkim kryje się coś bardziej osobistego. Nie tylko praca. Nie tylko dyżury i ciała, które nie zawsze dało się uratować. Nie wiedziała, czy może zaglądać aż tak głęboko.
– Kilka godzin potrafi być wszystkim – powiedziała nagle miękko. Właściwie nie planowała powiedzieć tego wcale, ale słowa wyszły same, zanim zdążyła je zatrzymać, co przecież wcześniej jej się nie zdarzało. W głowie mimowolnie pojawił się obraz ojca. Nie ten najgorszy, z samego końca, kiedy dom był już pełen cichych dźwięków aparatury i ostrożnych kroków, bo nie chcieli go zbudzić, jeśli udało mu się zasnąć. Inny. Wcześniejszy. Jak siedział przy kuchennym stole, zbyt chudy, zbyt zmęczony, ale jeszcze obecny. Jak próbował żartować, choć wychodziło mu to wtedy wyjątkowo koślawo. Jak przez kilka minut udawali, że życie nie zmieniło się w czekanie. Na kolejną falę bólu, na chemię, na wizytę u lekarza.
Pomyślała, że mogłaby zabić za kilka godzin więcej obserwowania taty przy tym cholernym stole. Bo kiedy umarł, całe ich życie posypało się wraz z nim.
– Może czasem nie chodzi o naprawianie. Może wystarczy tylko zatrzymać coś na tyle długo, żeby ktoś zdążył powiedzieć jedno zdanie więcej. Albo wrócić do domu. Albo spojrzeć na kogoś jeszcze raz. – Podniosła na niego wzrok. – Dla mnie to nie brzmi jak porażka. – Nie powiedziała tego z naciskiem. Nie próbowała go przekonać siłą, nie wciskała mu w dłonie pocieszenia, którego nie prosił. Powiedziała to raczej tak, jak mówi się rzecz, którą uważa się za prawdziwą, nawet jeśli wie się, że druga osoba może nie umieć w nią uwierzyć.
Zmianę tematu na nieco lżejszy chyba przyjęła z ulgą. Bo choć cały czas mówili o nim, jej wspomnienia odezwały się nieproszone.
– Uważaj na słowa. Mam do nich świetną pamięć. Jestem gotowa odpytać cię z każdej piosenki, która pojawia się w Mamma Mia – zagroziła żartobliwie, posyłając mu łobuzerski uśmiech.
Horacy Bell
-
This is melancholia. Wanting to eat yourself whole.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
-Czasami zapominam o tym. — przyznał cicho i zrobił przerwę, biorąc łyka wina. — Kiedy przez lata patrzysz na wszystko z perspektywy kolejnych wyników badań i miesięcy leczenia, bardzo łatwo zacząć myśleć kategoriami dużych liczb. Rok wydaje się sukcesem. A potem człowiek zapomina, że dla kogoś pojedynczy wieczór może być wart więcej niż cały ten kalendarz. - Bezwiednie przypomniał sobie twarze z ostatniej zmiany. Mężczyzna, który chciał dożyć ślubu córki. Kobieta, która mówiła wyłącznie o tym, że musi jeszcze raz zobaczyć ocean.
— Masz rację — powiedział w końcu spokojniej. — To nie jest porażka. - Coś w nim odrobinę opuściło. Na krótką chwilę przestał rozliczać samego siebie ze wszystkich rzeczy, których nie potrafił zmienić. A potem pojawiła się Mamma Mia - kontrast pomiędzy tym, o czym rozmawiali jeszcze przed momentem, a jej groźbą dotyczącą znajomości piosenek był tak absurdalny, że parsknął cichym śmiechem. Pokręcił głową.
— To brzmi jak szantaż. - Lubił chwile, w których nagle znikała ostrożność i zostawało wyłącznie rozbawienie. Rozmowa potoczyła się dalej już znacznie swobodniej. Tematy zmieniały się płynnie, niemal niezauważalne, gdy mówili o rzeczach ważnych i kompletnie nieważnych.
O miejscach w mieście. O filmach. O absurdach swojej pracy. O ludziach, których spotykali. Wino powoli znikało z kieliszków, a Horacego ogarnął spokój jakiego nie doświadczał od bardzo dawna. Tego wieczoru jeszcze tego nie wiedział. Siedział naprzeciwko niej, słuchał jej śmiechu, obserwował sposób, w jaki gestykulowała, kiedy coś ją rozbawiło i był przekonany, że to po prostu dobry wieczór. Jeden z tych rzadkich wieczorów, które pozostawiają po sobie przyjemne zmęczenie i wspomnienie rozmowy trwającej dłużej, niż planowano.
/koniec
Liyana Sinclair