-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Elsa Eriksen
Chłodne powietrze szczypało w twarz, kiedy Max szedł powoli jedną z bocznych ścieżek, pozwalając psu prowadzić. Smycz miał luźno owiniętą wokół dłoni, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby — zwierzak i tak zwykle trzymał się blisko. Lubił te momenty ciszy, kiedy jedynym dźwiękiem były kroki na żwirze i ciche szelesty gdzieś między drzewami. Wówczas bez problemu potrafił skupić się jedynie na własnych myślach, co wśród innych ludzi było niemożliwym do osiągnięcia.
Pogrążony w gonitwie rozważań nad sensem - właściwie nie wiedział czego dokładnie, nie zauważył nawet, kiedy pies nagle się napiął.
— Ej— — zaczął, ale było już za późno.
Smycz szarpnęła się gwałtownie, wysuwając mu się z dłoni, a pies ruszył przed siebie, jakby coś przyciągnęło jego uwagę. Max zaklął cicho pod nosem i ruszył za nim szybkim krokiem, po chwili przechodząc w lekki bieg.
— Wracaj tu, no dalej! — rzucił, ale bez większego przekonania.
Zwolnił dopiero, kiedy zobaczył niepozorną, kobiecą sylwetkę kawałek dalej. W pierwszym odruchu skupił się na psie, który już kręcił się w pobliżu dziewczyny, ale coś w tym obrazie sprawiło, że jego uwaga momentalnie przesunęła się wyżej.
Postawa. Sposób, w jaki stała. Napięcie w ramionach, które dla większości ludzi byłoby niezauważalne.
Zatrzymał się na sekundę.
A potem zauważył włosy.
Intensywny, chłodny odcień niebieskiego odcinał się wyraźnie na tle wszystkiego wokół — zbyt charakterystyczny, żeby go pomylić. To właśnie one uderzyły w jego pamięć pierwsze.
Jego spojrzenie momentalnie się wyostrzyło, analizując szczegóły niemal odruchowo — coś, czego nigdy do końca nie potrafił się oduczyć. Ojciec zadbał o to aż za dobrze.
A potem wszystko złożyło się w całość.
— …Elsa? — odezwał się w końcu, trochę ciszej, jakby upewniał się, że to nie przypadek.
Zrobił kilka kroków bliżej, już wolniej, uważniej.
— Nie wierzę…[/b] — uniósł lekko brwi, przyglądając jej się z jeszcze większą uwagą, jednak na tyle subtelnie, że nie można było tego źle odebrać. — Minęło ile… kilka lat?
Kącik jego ust drgnął minimalnie, coś pomiędzy niedowierzaniem a cieniem uśmiechu.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Przechadzały się właśnie między alejkami parku. I choć miała być to forma odpoczynku to w słuchawkach Norweżki leciał podcast jednego z brytyjskich ekonomistów odnośnie wielkiego kryzysu gospodarczego. Z tego też powodu nie usłyszała wesołego szczekania psiny, która właśnie biegła w jej stronę. Dopiero, kiedy zwierzą stanęło na dwóch łapach, opierając te przednie o jej nogi, zwróciła na niego uwagę, wyciągając z uszu słuchawki i chowając je pospiesznie do kieszeni swojego błękitnego płaszcza.
– Oho… ktoś tu ma dużo energii – Uśmiechnęła się delikatnie do psa, drapiąc go za uchem do czasu aż się uspokoił i usiadł grzecznie przy jej boku. No proszę, nawet nie była potrzebna odpowiednia komenda, której swoją drogę nie wiedziała nawet czy obce zwierzę znało, aby ten się podporządkował. – Zgubiłeś się czy po prostu lubisz zaczepiać obcych? – zapytała pół żartem, pół serio, zauważając, że znajda miała obrożę oraz przyczepioną do niej smycz. Czyżby więc wyrwał się swojemu właścicielowi?
Nie musiała się długo nad tym zastanawiać, bowiem zaraz do jej uszu dotarł czyjś głos – znajomy głos, który wypowiadał jej imię. Przeniosła zaraz wzrok z psa na stojącego nieopodal niej mężczyznę i przyjrzała mu się z wielką konsternacją na twarzy. Potrzebowała kilku długich sekund, aby dopasować twarz do imienia, a przecież nie tak dawno siedzieli obok siebie na lekcjach angielskiego.
– O..! Cześć Max! Ulubieniec pani Johnson od literatury. Chłopak, który urodził się z piórem w ręce. – Uśmiechnęła się szeroko, przypominając sobie lata spędzone w jednej klasie. Elsa uchodziła przez całe liceum za prymuskę, głównie z przedmiotów ścisłych, ale na historii czy angielskim również dawała z siebie wszystko. Tylko na tym drugim przedmiocie, nieważne jak dobrą pracę by napisała, nigdy nie była tak dobra jak ta Maxa. Po prostu, on od zawsze miał wrodzony talent i nie należało z tym w żaden sposób dyskutować.
– Kilka lat to bardzo precyzyjne określenie. – Jej buźkę ozdobił promienny uśmiech. – Ostatnio na wręczeniu dyplomów? Chociaż nie… potem jeszcze raz się widzieliśmy w spożywczaku… ale to nieważne. Co u ciebie? Jak życie? Widzę, że znalazłeś czworonożnego kompana. Ja też mam małą rozrabiakę. Olive, chodź się przywitać! – Zawołała, zerkając na drugi koniec długiej smyczy, która przyczepiona była do obroży niewielkich rozmiarów psiny. Ta zaś słysząc swoje imię, od razu się wyprostowała i zostawiając najciekawszego na świecie liścia patyka, którym się do tej pory zajmowała, przybiegła do swojej pani na tych króciutkich nóżkach.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Elsa. Nie była jakąś tam znajomą twarzą z przeszłości, ani przypadkowym wspomnieniem z licealnego korytarza. Spędzili w jednej ławce na tyle dużo czasu, że odgadnięcie kim jest postać „zaatakowana” przez Tessu, nie było dla blondyna żadnym problemem. To była ona - stojąc kilka kroków przed nim, z tym samym sposobem patrzenia i tym uśmiechem, który właściwie niewiele się zmienił. Kącik ust Korhonen’a drgnął lekko, kiedy usłyszał „ulubieniec pani Johnson”. — Czyli jednak coś zapamiętałaś — rzucił spokojnie, z cieniem rozbawienia w głosie. — Myślałem, że byłem tylko tłem dla twoich perfekcyjnych notatek. - dodał, pamiętając, jak idealnie je robiła, a jemu przecież nie raz zdarzało się z nich korzystać.
Spojrzenie na moment zatrzymało się na postaci dziewczyny, jakby próbował połączyć obraz sprzed lat z tym, co widział teraz. Było w tym coś znajomego i jednocześnie zupełnie nowego. — I hej — dodał po chwili ciszej. — „Urodziłem się z piórem w ręce” brzmi lepiej niż „ten, który zawsze siedział za cicho”. - skwitował z krótkim śmiechem, wiedząc, że pomiędzy murami szkoły inni uczniowie określali go mianem mruka. Dopiero wtedy jego uwaga wróciła do psa, który już zdążył uznać Elsę za nową najlepszą przyjaciółkę. Max lekko pociągnął za smycz, przywołując go do siebie bardziej gestem niż siłą. — Lubi zaczepiać — odpowiedział na jej wcześniejsze pytanie, spoglądając na psa z czymś na kształt pobłażliwości. — I najwyraźniej ma lepszy radar do ludzi niż ja. - przyznał. Kiedy wspomniała o swoim psie, jego spojrzenie automatycznie powędrowało za jej głosem. Uśmiech pojawił się odruchowo — szczery, niewymuszony — kiedy zobaczył małą Olive biegnącą w ich stronę. - No proszę… — mruknął cicho, kucając lekko, żeby być bliżej poziomu obu psów. — czyli jednak nie tylko mój ma słabość do obcych. - przez chwilę obserwował, jak zwierzaki się witają — z tą całą prostą, bezpośrednią ciekawością, której ludziom często brakowało.
Następnie ponownie wrócił uwagą do dziewczyny— U mnie… spokojniej, niż kiedyś — odpowiedział w końcu na jej pytanie, unosząc się z powrotem do pionu. — Trochę pracuję. Trochę uciekam przed rzeczami, których nie chcę robić. - kącik ust blondyna uniósł się minimalnie. — Czyli w sumie bez większych zmian. A ty? — zapytał mimochodem odbijając piłeczkę. — Dalej bierzesz na siebie więcej, niż powinnaś?- w tonie głosu Maxa nie było w tym osądu, raczej coś na kształt starej znajomości, która mimo upływu czasu wcale nie zniknęła.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
– Oczywiście, że zapamiętałam! Babka przy oddawaniu prac potrafiła stać przy naszej ławce dziesięć minut i zachwycać się twoim wypracowanie. Och, panie Korhonen! Cóż za absolutnie fenomenalne słownictwo! I ten motyw podróży – jakże dojrzale i niebanalnie pan go ujął! Ale proszę zwrócić uwagę, drodzy państwo, że nie chodzi tu o podróż dosłowną, o przemieszczanie się po świecie… Ale o tę najważniejszą podróż – podróż w głąb własnego "ja"! Bo każdy z nas, moi drodzy, każdego dnia odbywa swoją małą wewnętrzną wędrówkę, która nas kształtuje, zmienia i prowadzi ku odkrywaniu siebie… – Nie wytrzymała i na końcu parsknęła radosnym śmiechem. Nie była pewna, co do tego, że idealnie przedrzeźniła nauczycielkę, ale z pewnością przytoczony cytat był wierny oryginałowi. W końcu ilekroć po tym następowało rozdanie innych prac, Elsa nabijała się z kolegi, oczywiście tylko i wyłącznie po przyjacielsku (!), że nie może się doczekać aż kobiecina przeczyta jakiś erotyk spod jego pióra i również w podobny sposób skomentuje go przy całej klasie. Zastanawiała się też czy może nauczycielka czasem nie zaprosi go na jego własny bal z okazji zakończenia szkoły.
– Tłem dla moich notatek? Nie tego słowa bym użyła. Chyba raczej się uzupełnialiśmy. Ty dobrze pisałeś, a ja robiłam rysunki obok. Coś za coś – poprawiła go pospiesznie. Zdawała sobie sprawę, że była wśród rówieśników uznawana z kolei za kujona, który zawsze był przygotowany do każdej lekcji, a ocena niższa niż cztery plus oznaczała swoistą porażkę, ale na pewno nigdy nie czuła się kogoś lepsza. Zresztą, gdyby jakoś mocno zadzierała nosa to czy dzieliłaby się tymi swoimi pięknymi notatkami z całym rocznikiem? Nie wspominając o pomocy przed sprawdzianem.
– Cześć, Max. Miło cię widzieć. I zdecydowanie nie zapamiętałam cię jako tego, który zawsze siedział za cicho! Ja tam dobrze wspominam nasze wspólne plotki – odparła z promiennym uśmiechem. Cóż, to akurat mogła trochę podkoloryzować. Bo problem Elsy polegał na tym, że… strasznie dużo gadała. A jak się stresowała to jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Istniało więc spore prawdopodobieństwo, że nawijała jak szalona, ale jej mózg zapamiętał ten moment jako dialog a nie monolog. Max tak naprawdę mógł ją tylko grzecznie słuchać i przytakiwać na każde jej co nie?, prawda?
Dalej kucała przed czworonożnym przyjacielem chłopaka, głaszcząc drapiąc go za uchem i robiąc do niego głupie miny, komplementując przy okazji jego uroczą mordkę i nazywając go największym słodziakiem. Dopiero jak go przywołał do siebie tym lekkim szarpnięciem za smycz, wyprostowała się, upewniając przy okazji, że jej Olive zrozumiała komendę i siedziała już przy jej nodze.
– Nie no, to już wszystko o tobie wiem. Streściłeś mi całe osiem lat w pięć sekund. Dobry jesteś. – Puściła mu zadziornie oczko. I jak tu teraz miała mu opowiedzieć o swoim życiu skoro tak niewiele dowiedziała się o nim? – Byłam na jednych studiach, zaczęłam drugie… w międzyczasie otworzyłam swój salon fryzjerski, ale pracuję też czasami przy pokazach, więc… nie wiem czy to tak dużo. – Wzruszyła niepewnie ramionami. Fakt, często ludzie uważali, że brała na swoje barki zdecydowanie więcej niż byłby w stanie udźwignąć każdy normalny człowiek, ale ona ignorowała wszystkie ostrzegawcze lampki i po prostu robiła swoje. Może dlatego nie wylądowała na sali rozpraw w adwokackiej bądź prokuratorskiej ławce, czego pewnie bardzo chcieli jej rodzice prawnicy.
– To zdradzisz mi czym się teraz zajmujesz czy to ściśle tajne łamane przez poufne? Bo wiesz, jeśli tańczysz w klubie nocnym to nie ma się czego wstydzić. Powiedz mi tylko, w którym to wpadnę, żeby sypnąć ci napiwkiem. – Na jej ustach zagościł niewinny uśmieszek. Cóż, akurat jego nie potrafiła sobie wyobrazić jako roznegliżowanego mężczyzny wijącego się przed kobietami, ale nie jej było oceniać! Jeśli spełniał się w swojej pracy to mogła mu tylko i wyłącznie kibicować.
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Ty serio pamiętasz takie rzeczy? — mruknął z rozbawieniem. — Mam wrażenie, że pamiętasz moją młodość lepiej niż ja sam.
Kiedy mówiła dalej, o tym „uzupełnianiu się”, przez moment tylko ją obserwował. Swobodna, pewna siebie, z tym swoim chaotycznym urokiem, który sprawiał, że rozmowa z nią nigdy nie była do końca przewidywalna. Bardzo w niej to lubił w czasach liceum, bo dzięki temu świetnie ze sobą kontrastowali, a ich dyskusje często wymagały od Maxa znacznie więcej niż rozmowy z innymi uczniami.
— „Tło dla notatek” brzmiało trochę dramatycznie — rzucił w końcu, wzruszając lekko ramieniem. — Ale dobra, niech będzie. Uzupełnialiśmy się.
Na jej pytanie o jego zajęcie uśmiechnął się pod nosem, ale już bardziej ostrożnie.
— Nie, nie tańczę w klubie nocnym — odparł spokojnie. — Choć muszę przyznać, że masz dość kreatywne wyobrażenie o moim życiu. Przesunął dłonią po karku, a w głowie automatycznie pojawiło mu się coś innego — noc, warsztat, cisza, kiedy kończył pracę nad jednym z tekstów i przez chwilę miał wrażenie, że to jedyne miejsce, gdzie naprawdę panuje nad światem. Ale to wspomnienie odsunął równie szybko, jak przyszło.
— W zasadzie mówią o mnie złota rączka, robię większe lub mniejsze prace naprawcze — przyznał ostatecznie, bez cienia kłamstwa, chociaż była to częściowo prawda, gdyż poza tym napisał także dwie książki, jednak tym już się nie chwalił.
Przez chwilę obserwował jej reakcję, jakby sprawdzał, czy tą wersję go osoby „kupuje”.
— Zamek w drzwiach, cieknący kran, zepsuta pralka… takie rzeczy. Nic ekscytującego — dodał po chwili, lekko wzruszając ramieniem. Kącik jego ust drgnął minimalnie. — Choć widzę, że twoja wersja była ciekawsza. Może powinienem jednak zostać tym tancerzem. Brzmi bardziej dochodowo. - przyznał z rozbawieniem. Przy tych słowach na usta cisnęło mu się jeszcze pytanie, jednak postanowił z niego zrezygnować. Nie był pewien czy byłoby na miejscu i chociaż można powiedzieć, że przez lata spędzone we wspólnej ławce poznał Else, tak w jej przypadku trzymał ten subtelny, charakterystyczny dla siebie dystans. Podobnym za to nie odznaczał się jego psi przyjaciel, zbyt łasy na pieszczoty. Spoglądając na niego Max pokręcił głową. Pies zaszczekał.
— A ty? Zawsze chciałaś robić fryzjerstwo i pokazy, czy to jedna z tych rzeczy, które po prostu „się wydarzyły”? - rzucił innym pytaniem, nie kryjąc zainteresowania. Jednocześnie skinienie głowy wskazał ścieżkę, wypowiadając nieme zaproszenie nie wspólnego spaceru, na które ich podopieczni zareagowali automatycznie.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Możliwe. Byłam w końcu całkiem niezłym obserwatorem. Ale nie martw się, o żadnych kompromitujących sytuacjach raczej nie mam w zwyczaju plotkować, więc wszystkie twoje sekrety są ze mną bezpieczne. — Puściła mu oczko niby zaczepnie, ale w tym wszystkim było coś na wzór drugiego dna. Przyglądała mu się uważnie, ale nie aż nazbyt nachalnie, tak jakby próbowała go przejrzeć i upewnić się czy czasem jednak wieczorami nie zakłada skórzanych spodni i nie tańczy ku uciesze podjaranych jego przystojną buźką kobiet. Bo może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale w liceum miał grono swoich wielbicielek. Kilka uczennic wzdychało do niego ukradkiem, niemalże mdlejąc, gdy tylko spojrzał na nie na korytarzu. Te same, którym nogi się trzęsły, gdy nieśmiało prosiły czy mógłby sprawdzić ich zadanie domowe zanim trafiłoby pod ostrzał czerwonego długopisu Johnson. Cóż, przynajmniej miały więcej taktu niż inne dziunie oferujące otwarcie Dantemu seks, nawet wtedy, gdy ten już spotykał się z Elsą.
— Złota rączka? W sumie… pasuje to do ciebie. W liceum co prawda poprawiałeś błędy w moich pracach, więc można powiedzieć, że zaliczyłeś jakąś ewolucję. — Parsknela cichym śmiechem. Norweżka raczej nie miała problemów z pracami stylistycznymi, ale kiedy jakiś akapit brzmiał bardziej jak sprawozdanie z doświadczenia fizycznego to oczywiście, że uniżenie prosiła Maxa o pomoc. — Ale wiesz, że jedno nie wyklucza drugiego? Na wieczory panieńskie kobiety często zatrudniają tancerzy w stroju hydraulika czy elektryka, więc czemu by nie połączyć tych dwóch profesji? — I znów się zaśmiała na swój spontaniczny aczkolwiek chyba nie taki głupi pomysł. Ludzie sobie dorabiali na różne sposoby i to nie w jej gestii było ocenianie ich wyborów. Zresztą, póki nikt nikomu nie robił krzywdy to jej to totalnie nie przeszkadzało. Sama nie była jakąś ostoją moralności, więc tym bardziej nie podejmowała się jakichś osądów.
Poprawiła smycz na nadgarstku, kiedy ruszyli ścieżką. Jej pies natychmiast wystrzelił do przodu, jakby właśnie dostał misję życia polegającą na obwąchaniu absolutnie każdego źdźbła trawy w okolicy. A niby taka była z niej dama…
— Jako mała dziewczynka chciałam być balsamistą zwłok… ale okazało się, że hemofobia trochę to utrudnia. Jednak szybko odkryłam, że lubię zajmować się włosami i wychodzi mi to całkiem nieźle. I chyba coś w tym jest, bo przecież przez te wszystkie moje eksperymenty w liceum to już dawno powinnam być łysa. — Mimowolnie wzruszyła ramionami. Cóż, dosyć regularnie zmieniała kolor włosów, a każdego dnia przychodziła do szkoły w praktycznie innym upięciu. Nie wszystkim pasowało to, że Eriksenówna aż tak zwracała na siebie uwagę, głównie chłopców, ale… tym akurat ona się nie przejmowała. W końcu skupiała się przede wszystkim na nauce, romanse były totalnie poza jej punktem zainteresowań. No… dopóki nie pojawił się Dante.
— A jak tam twoja prywata? Jakaś żona? Mąż? Dzieci? — zagadała, zerkając w jego stronę. Cóż, mieli w końcu prawie trzy dychy na karku, więc nie byłoby nic dziwnego, gdyby się ustatkował i założył rodzinę. Za chwilę jednak zatrzymała się, spoglądając z wyraźnym zainteresowaniem w stronę wody.
— Też to widzisz? Tam na środku jeziorka… to… to szop? — Zmarszczyła brwi, wyciągając z torebki telefon i włączając w nim aparat i zbliżając obraz, aby poznać tożsamość tej dziwnej ciemnej plamy. Początkowo myślała, że to może gałąź, potem, że kaczka, ale ruch był zbyt zamaszysty.
Tak. Szop. Topił się.
— Cholera, jak on się tam znalazł?! Potrzymaj proszę — powiedziała nerwowo, podając mu szybko smycz, do której przypięta była jej mała shorkie, a sama zaczęła ściągać z siebie ubrania. Woda wyglądała paskudnie zimno, ale nie miała wyjścia. Została jedynie w bieliźnie i po chwili wbiegła do jeziora, pozwalając, aby jego chłód objął ją z każdej strony. Normalnie przed podjęciem jakichś decyzji to kalkulowała wszystko, wypisywała w głowie każdy plus i każdy minus, ale jeśli chodziło o życie zwierzątek to działa instynktownie. A jej instynkt podpowiadał, że musiała jak najszybciej pomóc temu biednemu szopowi.
Dobrze pływała. W liceum należała do drużyny pływackiej i do dziś regularnie trenowała na miejskim basenie, więc przy biednym topielcu znalazła się dosyć szybko. Od razu go złapała i uniosła do góry, aby mógł spokojnie złapałam powietrze.
— Mam go!
Max Korhonen
-
Ludzie myślą, że najtrudniej jest żyć z cudzymi sekretami. Nie mają pojęcia, jak bardzo boli życie z własnymi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, Jegotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Przy wizji hydraulika występującego na wieczorach panieńskich uniósł brew i spojrzał na nią z niedowierzaniem. — Zaczynam rozumieć, dlaczego nie należy zostawiać cię samej z własnymi pomysłami. Informacja o dziecięcych marzeniach związanych z balsamowaniem zwłok rozeszła się szokiem wymalowanym na twarzy blondyna, który osiadł także pod skórą. - Przepraszam, co? — spojrzał na nią. — Chciałaś zostać kim? - zaśmiał się szczerze, ale nie z niej, tylko z samego absurdu tej informacji. A jednak im dłużej o tym myślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że w jakiś dziwny sposób pasowało to właśnie do Elsy. Było nietypowe, trochę niepokojące i jednocześnie całkowicie zgodne z jej charakterem.
Pytanie o rodzinę wywołało u niego ciche westchnięcie. Fakt, czas uciekał, a im bliżej już było do dojrzałości niżeli nastoletnich lat, co wiązało się z pewnymi wymaganiami . Max słyszał o tym coraz częściej, głównie z ust matki, jednak nie bardzo brał owe słowa do siebie. - Żony brak. — odpowiedział spokojnie. — Męża również. - kącik jego ust drgnął lekko. — Dzieci też nie. Najwyraźniej skutecznie omijam wszystkie obowiązkowe etapy dorosłości. - nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdy podążył spojrzeniem za wzrokiem Elsy i zmarszczył brwi. Początkowo widział jedynie niewyraźny punkt na tafli jeziora. Potem dostrzegł ruch. Następnie usłyszał słowo „szop”.
A chwilę później wydarzyło się dokładnie to, czego można było spodziewać się po Elsie Eriksen. Max przez większość życia należał do ludzi, którzy najpierw oceniali sytuację, a dopiero później podejmowali decyzję. Elsa najwyraźniej funkcjonowała według zupełnie odwrotnej zasady. Zanim zdążył zaproponować jakikolwiek plan działania, wcisnęła mu smycz do ręki i zaczęła zdejmować ubrania z determinacją człowieka, który nie zamierza słuchać żadnych argumentów. — Elsa… — zaczął bez większego przekonania. Było już za późno.
Patrzył, jak wpada do lodowatej wody bez chwili zawahania. Jak pewnymi ruchami przecina kolejne metry jeziora. Jakby ratowanie tonących szopów było całkowicie normalnym elementem spaceru. Uśmiech zniknął jednak z jego twarzy równie szybko, jak się pojawił. Woda wyglądała na cholernie zimną nawet z brzegu. Max odruchowo podszedł bliżej linii brzegowej, nie spuszczając z niej wzroku. Nie martwił się o jej umiejętności. Pamiętał jeszcze szkolne zawody pływackie i wiedział, że radziła sobie w wodzie lepiej niż większość ludzi. Nie zmieniało to jednak faktu, że znajdowała się na środku jeziora, a on stał tutaj z psią smyczą w dłoni, czując się absurdalnie bezużyteczny. — Jeżeli ten szop cię pogryzie, nie zamierzam tłumaczyć tego lekarzowi. — krzyknął za nią, bardziej po to, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, niż rzeczywiście ją ostrzec.
Dopiero kiedy zobaczył, że rzeczywiście utrzymuje zwierzę nad wodą, napięcie między jego łopatkami nieco zelżało. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Była albo wyjątkowo odważna, albo kompletnie szalona. Im dłużej ją znał, tym trudniej było mu określić, która odpowiedź była bliższa prawdy. Kiedy po chwili usłyszał jej triumfalne: „Mam go!”, mimowolnie się uśmiechnął.— Oczywiście, że masz. — odkrzyknął. — Ani przez chwilę nie wątpiłem. A teraz wracaj tutaj, bohaterko, zanim będę musiał ratować ciebie.
Elsa Eriksen