Nie dało się ukryć, że w ostatnich tygodniach zdecydowanie więcej czasu spędzał w domu Elsy niż w wynajmowanym mieszkaniu. I może w związku z tym dalsze jego wynajmowanie zaczynało powoli tracić jakikolwiek sens, ale… na tak
zobowiązujące decyzje może jednak mieli jeszcze całkiem sporo czasu. Na pewno dość, by nie musieć za bardzo zaprzątać sobie głowy. A przynajmniej nie podczas porannego – lub bardziej
południowego… – dopijania kawy w
jej kuchni, po kolejnym noclegu w
jej domu, kiedy ona od jakiegoś już czasu była niewątpliwie w pracy…
Wchodząc do łazienki, na pewno nie spodziewał się zastać tam niczego zaskakującego. A przynajmniej nic, co miałoby zatrzymać go w niej na dłużej niż było to konieczne… Niewiele zresztą brakowało, by rzeczywiście nie zwrócił nawet uwagi na ten jeden niepasujący element, który częściowo wystawał z należącej do Elsy kosmetyczki – w pierwszej chwili jego spojrzenie jedynie prześlizgnęło się po nim bez większego zainteresowania. W kolejnej jednak musiało chyba do niego dotrzeć, że coś tu się nie do końca zgadzało… Zerknął więc raz jeszcze, po dłuższej chwili mimowolnie sięgając ręką w stronę podłużnego plastiku. Póki co wciąż jeszcze nie przerywając mycia zębów i wciąż nie spodziewając się niczego
niepokojącego. Dobrych kilka sekund musiało minąć, zanim dotarło do niego,
na co właściwie patrzył i co trzymał w ręku. Jeszcze dłużej natomiast, zanim zorientował się,
co ten widok mógł oznaczać.
Nie odrywając spojrzenia od testu ciążowego, wypluł z ust spienioną pastę do zębów i pospiesznie je wypłukał, by w kolejnej chwili – wciąż z tym cholernym testem w ręku – wyjść z łazienki i przyjrzeć się swojemu
znalezisku w nieco lepszym świetle.
Bo… tylko mu się wydawało, czy faktycznie w miejscu, w którym
nie powinno być niczego, majaczyła jakaś ledwie widoczna niebieska kreska…?
–
O kurwa… – mruknął pod nosem, wciąż wpatrując się w to blade widmo kreski, jakby liczył co najmniej na to, że ta będzie dość uprzejma, by tak po prostu zniknąć zupełnie. Albo jakby obawiał się, że stanie się stanowczo zbyt wyraźna i zbyt trudna do zignorowania, jeśli tylko odwróci wzrok choćby na moment.
Niestety, ani uporczywe przyglądanie się testowi, ani nawet ta powtórzona jeszcze kilkukrotnie
kurwa, nie sprawiły, że kreska miałaby zniknąć. A on… jakoś tak kompletnie nie miał pojęcia, co powinien w tej sytuacji zrobić. Odłożyć to cholerstwo na miejsce i udawać, że absolutnie niczego nie widział…? Tak w myśl zasady, że rzeczy skutecznie ignorowane, po prostu
nie istniały. Tyle, że to chyba kompletnie nie wchodziło w grę. Nawet z całym swoim nieprzeciętnym talentem do ignorowania najróżniejszych
problemów, w tym przypadku mógłby zwyczajnie nie dać rady.
W takim razie… przeszedł pospiesznie do kuchni, zgarniając z blatu pozostawiony tam telefon i już mając zadzwonić do Elsy, kiedy dotarło do niego, że to chyba też nie był najlepszy możliwy pomysł. Pospiesznie wystukaną wiadomość do niej, ostatecznie również po prostu skasował, ponownie zerkając zamiast tego na ten pieprzony test. Nie dało się ukryć, kreska wciąż tam była. Niewyraźna, ledwie zauważalna, ale nadal absolutnie niemożliwa do zignorowania. Niewiele myśląc, zrobił zdjęcie cholerstwa, wysyłając je do pierwszej osoby, która – poza Elsą – przyszła mu na myśl.
Szkoda tylko, że wymiana wiadomości ze Stonesem – ani tym bardziej research w odmętach Internetu, po którym dowiedział się na temat testów ciążowych zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek chciałby wiedzieć – też jakoś niespecjalnie poprawiła sytuację.
Zwłaszcza, że kreska
nadal tam była.
A Stones potwierdził –
niestety – że nie była przy tym tylko jego przewidzeniem.
I naprawdę
próbował w ciągu całego dnia zająć się czymkolwiek innym, byleby tylko nie myśleć ciągle o tym, że mogli z Elsą
wpaść. I z czym
dokładnie ta wpadka miałaby się wiązać… Co pewnie miałoby dość niewielkie szanse na to, by rzeczywiście się udać. Gdyby nie wiadomości, które mu wysłała, a na które nie był nawet w stanie jej odpisać. Za to jeszcze jedna rzucona w eter
kurwa była chyba całkiem adekwatną reakcją…
Choć jednak przynajmniej rzeczywiście podczas krótkiego spaceru z psami kupił to cholerne brownie. A także trzy paczki chipsów – pewnie łatwiej byłoby dopytać o konkretny smak, ale… to akurat oznaczałoby, że musiałby jej
cokolwiek odpisać… – i paluszki. Całość wylądowała bezładnie porzucona na kuchennym blacie, on sam natomiast kolejny raz sprawdził godzinę, by móc przynajmniej mniej więcej oszacować, ile mógłby mieć jeszcze czasu do powrotu Elsy. Prawdopodobnie stanowczo za dużo. I przy okazji zdecydowanie za mało. Co za idiotyczny
paradoks…
A ponieważ powrót do wpatrywania się w ten durny test prawdopodobnie nie miałby większego sensu, zdecydował się ostatecznie porzucić go na stoliku w salonie i spędzić nieco czasu z psami w ogrodzie. Może nawet faktycznie wierząc, że zabawa szarpakiem miałaby pomóc w oderwaniu myśli od tego konkretnego tematu. Poniekąd… przynajmniej w niewielkim stopniu mogło tak być. Na tyle przynajmniej, by nie do końca zwrócił uwagę na to, kiedy Elsa weszła do domu – aż do momentu, gdy ta nachyliła się nad nim z tym powitalnym buziakiem.
I
pieprzonym testem w ręku.
–
W śmieciach…? – powtórzył za nią niezbyt przytomnie, odstępując Murphy’emu szarpak i przez moment, zanim zawiesił spojrzenie na tym nieszczęsnym teście, przyglądając się jak ten odbiega z nim ścigany przez Olive. –
Nie. W sensie… przecież nie był w śmieciach, tylko w łazience. I… Elsa…?
Spojrzał wreszcie na nią, najwyraźniej licząc na to, że to niezadane wprost pytanie,
wybrzmiało mimo wszystko dostatecznie wyraźnie. A jeszcze bardziej na to, że odpowiedź na nie nie będzie tą twierdzącą…
Elsa Eriksen