-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Czyli nie rodzina — stwierdziła w końcu spokojnie — a Giovanni. — Nie brzmiała też na rozczarowaną. Ale na pełną aprobaty również nie.
Nie ma poprawnych odpowiedzi.
Giovanni nie odezwał się, nie spuszczając spojrzenia z kobiety. W jego ocenie odpowiedź Navi była odpowiednia, bo cenił lojalność. Cenił również jej spryt i zdolność prowadzenia rozmowy tak, by nie podawać odpowiedzi wprost tylko zawoalowanej w dyplomację. W wielu przypadkach to wystarczyło, bo brzmiało ładnie i godnie, ale w przypadku Aurelii, która była przeciwnikiem wysokiej rangi, która rozgrywała ludzi dość sprytnie, to wciąż było za mało. Takie wyznanie wobec ‘Ndraghety, powiedzenie – choć nie wprost – że mimo wszystko stanie się po stronie męża a nie rodziny, gdzie rodziną miała być organizacja, było jednocześnie dobre i niebezpieczne.
W końcu ‘Ndragheta nie wybacza zdrady i nie zapomina lojalności.
Podobnie jak Giovanni, chociaż on wolał rozpatrywać się jako państwo w państwie.
— To dobra odpowiedź dla żony — powiedziała Aurelia. — Nie wiem jeszcze czy jest dobrą odpowiedzią dla Salvatore.
— Cóż, wzięła ślub ze mną, nie z rodziną — wtrącił Giovanni, nie spuszczając czujnego spojrzenia z wujostwa. I nie chodziło nawet o to, że stracił zainteresowanie żoną, która powinna w tym (i każdym innym) dniu być u niego na pierwszym miejscu. On po prostu pozostawał czujny, bo wiedział, że stając przed nimi to tak jakby pchali się do paszczy lwa. Nie bał się ciotki czy wuja samych w sobie, nie bał się że nagle wyrządzą im fizyczną krzywdę, ale był czujny na sznurki, za które pociągali i intrygi, które snuli.
— Ale dołączyła do rodziny. Została jej częścią.
— Tę część zawsze można odciąć.
Aurelia wciąż się uśmiechała, tylko wciąż tym, co było pozorną uprzejmością.
— Rodzina to nie gałąź, którą odcinasz, kiedy zaczyna rzucać cień na złą stronę ogrodu — powiedziała Aurelia. — Zwłaszcza nie ta rodzina.
— Zia, wszystko można odciąć, jeśli użyje się właściwego narzędzia.
— Oczywiście — zgodziła się. — Tylko czasem dopiero po fakcie okazuje się, że przeciąłeś coś, co trzymało cię przy życiu. Możesz próbować udawać, że rodzina jest tylko obowiązkiem czy więzami krwi, próbować się – jak to ująłeś: odciąć – ale rodzina, ta rodzina zostaje na zawsze. W tym czego cię nauczyła oraz w tym, co dla ciebie przemilczała. Zostanie też w tym, czego pewnego dnia będzie mogła od ciebie zażądać. — Odwróciła spojrzenie na Navi, pogłębiając ten swój jadowity uśmiech. — A ty, moja droga, od dzisiaj nie jesteś tylko świadkiem żądań tylko również ich częścią.
— Nie jest — wtrącił Giovanni, niemalże od razu reagując i wyczuwalnie dla Navi się napinając. — Nie jest wasza. Jest moja. Moja i tylko moja, zia Aurelia. — I nie chodziło, choć po części pewnie też, że był zaborczy. W tym wypadku jednak chodziło o zarysowanie a raczej postawienie granicy. Takiej, na której ciotka świadomie i z pełną premedytacją balansowła.
Aurelia uśmiechnęła się jednak tym razem inaczej. Bardziej złowróżbnie, nawet bez tej sztucznej uprzejmości.
— Spójrz, nie musiałam jej nawet odbierać — wytknęła — a jedynie zasugerować, że ktoś mógłby mieć do niej jakiekolwiek prawo, a tym sam pokazałeś, gdzie kończy się twoja cierpliwość.
Wyglądała jakby odniosła triumf, a Giovanni ten punkt musiał oddać. I sobie zabrać. Sobie wytknąć, że stracił swój rezon, kiedy to on miał potrzebę całkowitej kontroli. Teraz czuł, że grunt pod jego nogami niebezpiecznie, ale bardzo powoli się osuwa. Albo raczej: jest osuwany. Paskudne uczucie.
— Rhea, zapamiętaj coś bardzo prostego — powiedziała Aurelia, wracając spojrzeniem do panny młodej. — Jeśli Giovanni mówi, że coś jest jego, to zwykle oznacza, że będzie gotów to chronić, ale czasem oznacza też, że prędzej zniszczy wszystko dookoła i samo to, niż pozwoli temu odejść. — Posłała kolejny grymas, który miał być uśmiechem. Sztucznie grzeczny, uprzejmy i skinęła głową. — Nasze gratulacje, moi drodzy. — Choć nie wypowiedziała tego sarkastycznie, ciężko było uwierzyć w szczerość tych słów. — I powodzenia n nowej drodze życia. — To ona i jej mąż odeszli, zabierając kolejny punkt, bo to oni ustanowili, kiedy nastąpi zakończenie rozmowy i zabrali w niej ostatni głos.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To był główny powód dla którego stała po stronie Giovanniego i jak przysięgała przed Bogiem, zamierzała być przy nim do samego końca. Ta przysięga miała być o wiele silniejsza od tej, którą wcześniej złamała. Tej, którą przymuszona składała Subinowi. Chociaż formalnie wciąż miała być ego żoną, to Yun Navi miała zaginąć dawno temu i nigdy nie zostać odnalezioną. Rhea Salvatore była nową osobą. Pewniejszą siebie, nie zdeptaną i poniżaną. Elegancką kobietą z możliwościami i własnym zdaniem.
Oraz mężem, który mógł spalić świat, jeśli tylko będzie chciała.
To jemu zawdzięczała to, gdzie teraz była. Jemu zawdzięczała to, że odzyskała wolność oraz własny głos. Że wyciągnął ją z piekła, które miały kiedyś być jej domem. I chociaż to on też był człowiekiem, którego ręce zaciskały się na jej gardle… to przeszłość oraz pozytywy płynące z tej relacji wciąż wygrywały.
A może po prostu miała syndrom sztokholmski.
Subin robił o wiele gorsze rzeczy i też nie raz zaciskał ręce wokół jej szyi, a wciąż zmuszona była przy nim być. Tylko, że on nie dawał jej niczego pozytywnego w życiu. Można więc powiedzieć, że wśród wzlotów i upadków przy Giovannim, miała więcej tych pozytywnych odczuć, bo poza tą jedną sytuacją, nie mogła mu zarzucić kolejnych potknięć.
A przynajmniej o nich nie wiedziała.
Milczała podczas tej wymiany zdań. Jej uprzejmy uśmiech też powoli zaczął maleć, bo stawał się już zbyt sztuczny, aby kogokolwiek oszukać. Uważnie jednak obserwowała Aurelię podczas rozmowy. To jak jej mimika się zmieniała, jak spojrzenie ciemniało, jak łatwo przeskakiwała z przesympatycznej, do kobiety, która rozgrywa kolejną partię bezlitosnych szachów.
Rodzina miała być ponad wszystko i wszystkich. Ich zasady i działania. A ona właśnie do niej dołączyła, wiedząc, że teraz stawki w grze będą o wiele większe. Bo spodziewała się, że jeśli będą chcieli jakkolwiek wpłynąć na Giovanniego, to najłatwiej będzie celować właśnie w nią. Bezbronną, wątłą kobietę u jego boku, która najwyraźniej miała znaczyć coś więcej.
Czuła napięcie męża. To napięcie mimowolnie oddziaływało też na nią.
Przez cały czas lustrowała spojrzeniem rozmówców, nie ruszając się nawet o milimetr od boku Giovanniego, gdy podkreślał, że jest jego. To właśnie wtedy zauważyła koeljną zmianę na twarzy ciotki. Jakby właśnie tej odpowiedzi od niego oczekiwała.
Instynktownie sięgnęła palcami do męskiej dłoni ulokowanej na jej boku.
Wysłuchała słów kobiety z głową uniesioną wysoko. Nie zamierzała dać się zastraszyć. Może jakieś półtora roku temu jeszcze by to podziałało, ale teraz była w takim momencie życia, że nie zamierzała znowu się koić. Skoro już wżeniła się w tę niebezpieczną rodzinę, to musiała grać z nimi na tych samych zasadach.
Nie odpowiedziała na to, można by powiedzieć, ostrzeżenie przed mężem. Doskonale wiedziała za kogo wyszła i wiedziała też jakie konsekwencje mogło to za sobą nieść. Nie żeby zamierzała od niego odchodzić.
Gdy odeszli, odprowadziła ich spojrzeniem. Dopiero po chwili wypuściła z płuc powietrze, którego nie była świadoma, że je wstrzymuje.
— Urocza jak drut kolczasty — skomentowała.
Niby rodzina, a jednak nie było tu miejsca na typową ciepłość i miłość. Nie było tu prawdziwych gratulacji, ani uczucia. Wszystko było grą, nawet gdy chodziło o dzieci swoje czy swojego rodzeństwa.
— W porządku? — przeniosła swoje łagodne spojrzenie na męża, bo chociaż po Giovannim większość interakcji spływała, tak czuła w jego postawie, napięciu oraz wcześniejszych słowach, że to spotkanie na niego wpłynęło. Zapewne bardziej niż to pokazywał.
Stanęła do niego frontem i przesunęła powoli dłonią po idealnej koszuli na jego piersi, jak gdyby chcąc wyłagodzić zagniecenie.
— Najgorsze spotkanie za nami. — powiedziała spokojnie, z pewną dozą ulgi, że udało się to przetrwać. Przynajmniej na początku, bo noc jeszcze młoda. — Chyba, że jest ktoś gorszy? — Pytanie czy poza Ernestem jest tu ktokolwiek, kto jest równie sympatyczny i bez intencji groźby czy zastraszań.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale różnica była taka, że Aurelia miała realne możliwości i mogła stać się zagrożeniem; takim, którego nie należało lekceważyć. Więc kiedy rzucała groźbami, to on musiał je przyjmować i rozkładać z rozwagą. A kiedy rzucała groźbami i widocznie szybko rozpoznała słabostkę Giovanniego, to należało być potrójnie czujnym.
Był zły, że tak łatwo się zachwiał i dał jej przejąć inicjatywę.
Nie można było powiedzieć, że kiedy para się oddaliła, to napięcie w jego karku ustąpiło. Nie można było też powiedzieć, że jego umysły odzyskał swój spokój, bo to właśnie teraz, kiedy Aurelia i wuj zniknęli w tłumie gości, zaczął naprawdę analizować to, co zaszło.
Przeniósł spojrzenie na Navi, gdy usłyszał jej pytanie. To, że w ogóle je zadała było dla niej znakiem, że za bardzo się odsłonił, a to napędziło niezadowolenie z samego siebie. Jeżeli czuła, że musi spytać czy było ‘ w porządku’ to znaczy, że pokazał, choćby niewielkim procentem, że nie jest.
A to było dla niego niedopuszczalne.
Nie odpowiedział więc, taktycznie puszczając pytanie mimo uszu. Mimo tego, że padło, że je usłyszał i teraz katował się tym, że zawisło między nimi.
— Nie ma — odpowiedział sucho na jej pytanie. W istocie – najgorsze spotkanie było za nimi, ale niewykluczone też było, że nie wesela nie przetnie jeszcze kilka dodatkowych rund. Z resztą powinien sobie poradzić – na weselu nie znajdował się już nikt, kogo mógłby nazwać przeciwnikiem tej samej rangi, którą reprezentowała sobią ciotka Aurelia.
Wziął oddech – normalny, zwyczajny, wcale nie wyróżniający się wielką teatralnością. Ale ten jeden oddech przybliżył go o krok od uspokojenia umysłu i przeprogramowania się. Bardziej na wydarzenie, choć w trybie czujności.
— Dobrze zagrałaś — powiedział, kiedy obie jego dłonie znalazły się na jej talii. Uspokoił świat wokół siebie na chwilę, zatrzymując się na Navi. Nie tracił czujności, ale zatrzymał się na jej obecności, odnotowując że dzięki niej szybciej wracał do własnego porządku. Działała na niego kojąco.
Dobrze zagrała, chociaż Aurelia wcale nie była pod wrażeniem. Ale przed tym przecież ją przestrzegał, zanim stanęli na wprost ludzi, który wychowali Giovanniego. Nie było poprawnych odpowiedzi.
Jeszcze jeden oddech, również zwyczajny i bez ostetancyjności. Napięcie w jego karku wyczuwalnie zanikało.
— Chyba powinnaś sprawdzić co u twoich druhen — A w zasadzie to świadkowej i koleżanek, które zaprosiła Navi. — I przestrzec je, żeby za bardzo nie ulegały wdziękom tutejszych kawalerów — dodał, unosząc nieznacznie brew. Na moment tylko jego spojrzenie odnalazło scenę na jego partnerką, w której to kobiety zaproszone przez Navi stały i wyraźnie świetnie się bawiły w towarzystwie trzech amantów.
Nie mógł mieć większego wpływu na to, jeśli koleżanki Navi zostaną oznaczone i porwane w ramach kolejnego handlu. Nie mógł też pilnować, ani tym bardziej ratować z takiej opresji innych. Dlatego dobrym rozwiązaniem byłoby po prostu subtelnie upomnieć panny.
Inna sprawa, że kiedy wino już odpowiednio się rozleje po żyłach, te ostrzeżenia przestaną dawać jakikolwiek skutek.
Dlatego niekoniecznie był za tym, aby zapraszać kogoś jeszcze na to zgromadzenie. Wszyscy po jego stronie byli powiązani bliżej czy dalej z la famiglia, a naturalnym było, że goście od strony panny młodej też przykują uwagę. Tym bardziej, że okazało się, że Navi nie zaprosiła swojej rodziny.
Nie zamierzał jednak swojej kobiecie tego zabraniać. Przestrzegł ją, rzecz jasna, że może się to skończyć różnie – bo może źle, a może wcale – ale nic więcej nie zamierzał robić. Tak jak lubił, a raczej – musiał – kontrolować, tak w pewnych aspektach ustępował.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pierwsze starcie przeżyła, więc miała nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej.
Zauważyła jednak, że na Giovannim także odbiła się ta dość ciężka rozmowa. Wyczuwała to w jego napięciu, dotyku i niektórych słowach. I szczerze się zmartwiła, chociaż zapewne nie miała powodu, bo przecież to tylko rodzinne rozgrywki. Z drugiej strony, ta rodzina nie była zwyczajna. Nie była niewinna. I jej rozgrywki mogły być bardzo niebezpieczne. Kto jak kto, jej mąż wiedział o tym najlepiej. Ona mogła się tylko domyślać do czego byli zdolni.
Jego sucha odpowiedź także była potwierdzeniem.
Dobrze zagrałaś.
Kącik ust jej drgnął lekko, niemalże niewidocznie, w nieco żałosnym uśmiechu.
— Niewystarczająco — odpowiedziała. W końcu obydwoje wiedzieli, że nie udało jej się dostatecznie dobrze przekonać kobietę. Z drugiej strony, Włoch sam ją ostrzegał, że niezależnie od tego co powie i tak nie będzie dobrze. Tak czy siak chciała wypaść chociaż minimalnie dobrze. Ale skoro dostała pochwałę od męża, to znaczyło, że chyba nie było tak źle.
Nie spuszczała z niego swojego łagodnego spojrzenia, dokładnie obserwując jego twarz. Przeniosła wzrok dopiero w momencie, jak wspomniał o jej trzech koleżankach, które jako jedyne nie były z tego grona. Tylko trzy, w dodatku dziewczyny, które nie były z nią w jakikolwiek sposób spokrewnione. Jedyni ludzie, którzy byli z jej strony i dawali jej względne poczucie swobody.
Nie chciałaby chyba mieć tu swojej rodziny, bo wyszłoby… jeszcze gorzej.
Westchnęła ciężej, kiedy dostrzegła jak koleżanki głupio się uśmiechają i śmieją z jakiegoś żartu, który na pewno nie był tak śmieszny. Oczy za bardzo im się świeciły, a ich dłonie zdecydowanie zbyt często zaczepiały rozmówców.
— Mówiłam im, że mają się trzymać z daleka — mruknęła, nie wierząc, że to dopiero był początek wesela, a one już łamały regułę, aby nie spoufalać się zbytnio z resztą gości. Tłumaczyła im to już wcześniej, musząc wyjść z niewinną wymówką dlaczego powinny trzymać ręce przy sobie. W końcu nie mogła się przyznać kim byli goście na jej weselu. Poza tym, że jej nową rodziną.
Chociaż pewnie i tak by pomyślały, że żartuje.
— Chodźmy, zanim zrobią coś głupiego — powiedziała, kiedy jedna z trzech dziewczyn za bardzo się uśmiechała.
Skierowała się w kierunku jedynych znanych jej ludzi pośród tłumu, którzy popijali wino i szeroko się uśmiechali, w przeciwieństwie do sporej części gości. A przynajmniej była pewna, że jej znajome akurat w tym uśmiechu były szczere, czego nie mogła powiedzieć o reszcie.
— Dziewczyny, widzę, że dobrze się bawicie — stwierdziła, wymowniej patrząc na koleżanki, gdy podeszli bliżej rozgadanej grupki.
— Tylko rozmawiamy — zapewniła ruda, która była przy okazji jej świadkową i najbliższą koleżanką, którą miała od czasu przeprowadzki do Kanady.
— Tylko?
— Gratulacje kochani! — wtrąciła brunetka, przytulając Navi w przyjacielskim uścisku, odwracając tym samym uwagę od poprzedniego tematu. — Wyglądasz nieziemsko. Oboje wyglądacie — dodała, przeskakując spojrzeniem po parze młodej. Do Giovanniego tak nie startowała z uściskami. — Napijecie się?
— Dziękuję, nie piję. — I zapewne cały wieczór będzie musiała to powtarzać.
— Jak się czujesz jako świeżo upieczony mąż? — spytała trzecia, która stała bliżej włoskich kawalerów.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie był zdziwiony, że wbrew temu, że Navi ostrzegała swoje koleżanki – wierzył, że w istocie to zrobiła – nie stosowały się do tego delikatnego upomnienia. I to nie dlatego, że miał o nich złe zdanie – raczej nie miał żadnego szczególnego. Chodziło bardziej o sam fakt, że znał swoją stronę tego układu i doskonale wiedział, z jaką łatwością niektórzy omamiali kobiety i wkradali się w ich łaski – dlatego w ‘Ndraghecie zajmowali się tym, a nie innym biznesem.
Każdy miał swoje talenty i organizacja znajdowała dla każdego odpowiednią rolę, którą mieli pełnić w tej całej sieci.
Podążył za swoją partnerką, gdy podjęła decyzję o faktycznej intewerncji. To była dobra decyzja i znacznie lepiej, jeśli zrobi to ona niż on sam, bo po pierwsze – będzie to znacznie bardziej niewinne w oczach mężczyzn i nie będzie uznane, jakoby to on, część tej siatki, wtrącał się w ‘biznes’, a jednocześnie wierzył, że to ona miała większy posłuch u kobiet. Ostatnie czego chciał, to feministyczny wybuch o tym, że panie sobie świetnie radzą i nie potrzebują, aby facet mówił im co powinny, a czego nie powinny robić.
Przeskakiwał spojrzeniem między partnerką a rudą kobietą, przysłuchując się ich wymianie z wyuczonym, niewielkim, szelmowskim uśmiechem w półgębku. Takim, który pozwalał go uznać, za przystępnego – przynajmniej w ich oczach – i który pomagał się wtapiać w otoczenie. Inna sprawa, że bardziej zainteresowany był mężczyznami, nie w kwestii preferencji, a tego, co mogli mu powiedzieć bez otwierania ust – to, co zdradzali mową ciała.
— Tak samo, jak czułem się wczoraj, przedwczoraj i każdy wcześniejszy dzień, aż do momentu, w którym poznałem Rheę — odpowiedział, otaczając ją ramieniem w pasie. — Czyli jak ktoś, kto jest przekonany, że wie przy kim spędzi resztę swojego życia — dodał. Ślub niczego miał nie zmieniać, bo przecież on od początku wiedział, że będzie jego. — Bez obrączki to miało takie samo znaczenie to symbolika i papier, a to nie one tworzą małżeństwo.
Było to nieco dyplomatyczne – może, nie było wyuczoną formułką, którą przygotował już wcześniej, bo przecież takie pytanie, jak zadano mu teraz, powtórzy się pewnie jeszcze wiele razy tego wieczoru i później. Było to coś, co przyszło mu naturalnie. Nie było sentymentalne, a pragmatyczne, a on przecież pragmatyzm cenił. Była to perspektywa, która w jego logicznym świecie miała sens. Małżeństwo było tylko papierem – można było być nim bez papieru i od samego początku. Dodawało jedynie kwestii formalnytch jak podział majątku lub jego wspólnota – tak jak w jego przypadku; jak również możliwość o decydowaniu o wielu aspektach zdrowotnych i życiowych.
— Ważniejsze pytanie to – czy próbowałyście już antipasto — odbił rozmowę, dość świadomie wybierając temat ‘przed posiłku’, co zmusiłoby do zmiany miejscówki, podejścia do stołu, na którym serwowano przystawki. — Nie ma nic lepszego ponad kalabryjską prociutto. Polecam z suszoną figą lub melonem. — Przesunął spojrzenie na wino. — Do tego grassini z oliwą z oliwek i idealnie podbija to walory smakowe wina. — Przesunął nieznacznie palcami po plecach Navi, drugą ręką przyjmując kieliszek z winem, które podał mu jeden z ‘amantów’. — A samo wino, mam nadzieję, pasuje? — dodał, ruchem nadgarstka sprawiając, że burgundowy napój zakołysał się w szkle.
Wino było ich. Z rodzinnej winnicy, którą miała rodzina Salvatore od pokoleń. To było istotnym aspektem, aby je podać, bo jednocześnie pokazywało się, co rodzina ma do zaoferowania. Co mogła wnieść. A jeśli wino było dobre, to znaczyło, że mogła wnieść dobre, dostatecznie i przede wszystkim długie życie.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wtedy wolała mieć przy sobie kogoś zaufanego z kim mogła zwyczajnie się pośmiać i porozmawiać bez żadnej większej strategii oraz baczenia na każde słowo. To były osoby, które były jej tu najbliższe. Wyselekcjonowane. Wierzyła więc, że faktycznie nie zrobią niczego głupiego i dostosują się do prośby panny młodej. Zapewne ta prośba byłaby o wiele bardziej wymowna, gdyby została podparta dobrymi argumentami… ale tych najważniejszych nie mogła wypowiedzieć na głos.
Jakby usłyszały, że mogą zniknąć jeśli nie będą się trzymać z daleka, to nie rozmawiałyby z nikim i każdego odganiałyby wykałaczką z przystawek oraz obcasem.
Gdy Giovanni odpowiedział na pytanie, wszystkie damskie oczy spoczęły na nim. Każda z dziewczyn się uśmiechała, a brunetka to się za serducho złapała, ewidentnie rozczulona jego słowami.
— To chyba najbardziej romantyczna rzecz jaką słyszałam — powiedziała. Navi zerknęła krótko w stronę swojego nowego męża, bo chcąc nie chcąc, to coś w jej serduchu mocniej drgnęło. — Nie masz przypadkiem jakiegoś brata? — spytała brunetka.
— Żaden z tych panów nie jest chociaż trochę podobny do ciebie? — dopytała trzecia, przeskakując spojrzeniem z jednego amanta na drugiego. Uśmiechnęli się zawadiacko. Przystojni, przekonujący. Idealne, fałszywe lisy.
— Nie ma drugiego takiego, Layla. I lepiej nie szukaj tu nikogo — odpowiedziała, dość automatycznie, kontrolnie zerkając w stronę Włochów, których nie znała.
— Dobrze, dobrze! Rączki przy sobie — rzuciła obronnie, upijając swojego wina, które przez cały czas trzymała w dłoni.
Spojrzenie wszystkich trzech dziewczyn raz jeszcze przeniosło się na pana młodego w momencie gdy zadał pytanie o włoskie przystawki, których było od groma. W końcu dokładnie zadbali o to, aby na weselu nie zabrakło przede wszystkim jedzenia. No i wina. Dookoła chodzili kelnerzy, rozdający nie tylko napitek, ale też przekąski do niego. Przeróżne.
— Nie kuś, Giovanni. Musimy się mieścić w te sukienki — powiedziała ruda, spojrzeniem wodząc za jednym z kelnerów, który roznosił przystawki.
— Ja tam jem od samego początku. Te antipasty — rzuciła trzecia.
— Antipasti — poprawiła ruda.
— No właśnie, są fenomenalne.
— Wino jest doskonałe — odpowiedziała Layla, upijając łyka ze swojego kieliszka.
— To z winnicy Salvatore — uświadomiła koleżanki Navi, bo nie każdy mógł wiedzieć, że tutejsze wino jest… faktycznie tutejsze. Rodzinne wręcz.
— Nie gadaj — zachwyciła się brunetka, zaraz samej też biorąc łyka. — To tym bardziej genialne.
Navi uśmiechnęła się szerzej pod nosem na reakcję swoich jedynych gości.
— Czyli są jego spore zapasy — zauważyła trzecia.
— Ale przyznaję, że serce idzie oddać za nie.
— Powiedz nam jednak Giovanni coś ciekawszego, bo nieczęsto się widzimy, to teraz mamy okazję w końcu z tobą bardziej pogadać — zaczęła ogniście ruda koleżanka, świadkowa Navi. — Jak ją przekonałeś, aby za ciebie wyszła?
— Żartujesz? Spójrz na niego. Ja dalej czekam na odpowiedź czy masz brata… albo czy mnie adoptujecie — rzuciła luźno brunetka.
— Ja mam lepsze pytanie. Gdzie planujecie podróż poślubną? Bo Navi niczego nie chciała zdradzać.
Dziewczyny nie próbowały go analizować, ani testować. Były zwyczajnie, po ludzku ciekawskie i traktowały go jak męża swojej przyjaciółki, a nie człowieka przy którym należało ważyć każde słowo. Ah ta beztroska niewiedza.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na pytanie o brata, byłby rozchylił usta i odpowiedział, że ma jedynie kuzyna, zgodnie z prawdą (i byłoby to na pewno lepsze przekierowanie ich uwagi, niż pozostaiwenie ich z ‘myśliwymi’), ale ubiegła go Navi, informując, że miał być jedynym egzemplarzem. Jedynym takim trudnym w utrzymaniu, najwyraźniej.
Ale pozostało mu mieć nadzieję, że kolejne ostrzeżenie ze strony jego własnej żony, wystosowanie w kierunku jej przyjaciółek, podziała. To znaczy – miałby taką nadzieję, gdyby po pierwsze – był człowiekiem, który wierzył w takie pojęcie i po drugie - gdyby nie rozumiał ludzi na takim poziomie, na jakim był teraz. Tak mówiąc szczerze, to kłopoty były czytelne już teraz, bo wystarczyło samo zainteresowanie, jakie wykazali ragazzi osobistościami na weselu.
Nie przyprowadza się nikogo w środek gniazda węży – ostrzegał Navi o tym raz i jeden jedyny. Teraz jedynie mogli próbować zmniejszyć potencjalne zniszczenia, które mogłyby powstać. A raczej które powstaną.
Przysłuchiwał się jak szczebiotały, tak po prawdzie gubiąc uwagę w połowie tej wymiany, a wytężając słuch, by zebrać rozmowę, która miała miejsce przy stoliku nieopodal nich. Na twarzy miał jednak odpowiednią, elegancką maskę z własnego zainteresowania. Tak jakby faktycznie miało go interesować to, czy jedzą to antipasto i czy zamierzają uwalić się winem z jego winnicy.
Płynnie jednak wrócił do reszty w odpowiednim momencie, gdy spojrzenie kobiet w jego stronę nabrało tej charakterystycznej intensywności, a one wykorzystały jego imię. Znów milczał po pierwszym pytaniu, bo nie zamierzał się wciskać, kiedy same sobie odpowiadały. Gdyby naprawdę miał mówić, czym przekonał Navi do ślubu z nim, to pewnie rzuciłby, że niekwestionowanym poczuciem humoru i beztroskim podejściem do życia. I wystarczyłoby, że tylko on i ona wiedzieliby, że stoi to długie kilometry od prawdy.
Ale kiedy w końcu zawisła ta pauza po jednym z pytań, zabrał głos:
— Bo Rhea sama niczego nie wie — odpowiedział, w tym przypadku nawet nie patrząc na swoją partnerkę. — Może zgadywać razem z wami, bo wie tyle samo, co wy. — Czyli absolutne nic. Giovanni raczej nie był wielkim pasjonatem niespodzianek, ale jeśli chodziło o Navi… To nawet by ich tak nie nazwał. Raczej by to określił wizualizacją tego, że jej słucha. Czasami wystarczyło, aby rzuciła coś mimochodem, aby on to dla niej ziścił. Czasami wystarczyło, aby o sekundę za długo spojrzała na jeden z pierścionków, aby niedługo potem znajdował się on na jej palcu.
— Możecie więc próbować się zakładać. Zapłacę pięćset dolarów, jeśli którakolwiek z was będzie blisko odpowiedzi. — Niby żart, choć może nie – znając jego suche poczucie humor, bo przecież z drugiej strony taka kwota była akurat dla niego śmiesznie mała (choć podobno bogaci byli bogaci właśnie dlatego, że byli bardzo skąpi). Niemniej nie planował im wypłacać tego teraz, bo przecież to była niespodzianka. Choć w jego przypadku wolał określenie – postawienie przed faktem dokonanym.
W ogóle pojęcie niespodzianki wolał określać właśnie tym faktem, bo niespodzianka była właśnie tym, tylko ubrane w ładniejsze, magiczne słowo.
— A mój kuzyn, z którym zasadniczo się wychowywawłem, więc jest dla mnie jak ten wspomniany brat, jest tam — wskazał dłonią na Ernesta, który akurat stał i rozmawiał ze swoją partnerką. Salvatore nie był do końca pewien jak poważne miało to być, ale sądząc po tym, że Aurelia nie monitorowała kobiety przez cały czas, to najpewniej wcale nie aż tak poważne.
Jego towarzyszka była albo kolejną kobietą wciągniętą w gniazdo węży – w co raczej wątpił, albo po prostu dobrą, polityczną zagrywką.
— Amore — zwrócił się do Navi, przenosząc na nią spojrzenie — Myślę że czas zacząć oficjalnie kolację.
Główny punkt programu weselnego, ten który miał się ciągnąć godzinami – to tak a propos mieszczenia się w sukienki, o którym mówiły koleżanki jego partnerki. Jeśli faktycznie wierzyły, że nie przytyją za bardzo na takim weselu, to chyba nie miały pojęcia o kulturze. Chociaż wierzył, że to było puste stwierdzenie na potrzeby podtrzymania dialogu.
Mogli jeszcze poczekać, ale będąc brutalnym – miał wrażenie, że iloraz jego inteligencji zacząłby drastycznie spadać w towarzystwie szczebioczących kobietek. Nie ujmując im, oczywiście.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spojrzała kątem oka na męża, gdy potwierdził, że kierunek ich podróży poślubnej był tajemnicą, aby zaraz wrócić spojrzeniem do trzech rozgadanych dziewczyn, które spojrzały na nią podejrzliwe.
— Naprawdę, nic nie chciał powiedzieć. — A pytała. Zamierzała się także tym zająć, bo skoro już i tak ogarniała zdecydowaną większość organizacyjną wesela, to podróż poślubna też leżała w zakresie jej obowiązków. Jakie było jednak jej zdziwienie, kiedy ten aspekt miała porzucić, bo Giovanni powiedział, że sam się tym zajmie.
Wizja zakładu jednak była bardzo kusząca dla wszystkich dziewczyn, zwłaszcza, że dla nich pięćset dolarów piechotą nie chodziło. Dziewczyny nie wywodziły się z bogatych domów, tylko pracowały w normalnych miejscach, gdzie dostawały przeciętną pensję.
— Hawaje — powiedziała brunetka.
— Jakaś wyspa, której nazwy nikt nie zna, a jest pośrodku oceanu — stwierdziła ruda. W końcu wszyscy wiedzieli, że byli już na Malediwach, a skoro Giovanni miał… naprawdę dużo pieniędzy, to każda opcja była możliwa. Wynajęcie ekskluzywnej, egzotycznej wyspy, gdzie nie będzie nikogo poza nimi, było bardzo możliwe, nie?
— Alaska — rzuciła ostatnia, przez co dwie inne na nią wymownie spojrzały. — No co? Mało oczywiste. — To akurat fakt.
Navi nawet nie próbowała zgadywać, bo wiedziała, że i tak nie zgadnie. Uśmiechnęła się jedynie na propozycje koleżanek, kręcąc przy tym głową. Powiodła spojrzeniem jednak w stronę Ernesta, który znajdował się przy swojej partnerce.
— A jest wolny? — spytała luźno trzecia.
— Żadnych podrywów — upomniała ją Navi. Wszyscy jednak byli dorośli. Mogła je prosić i gadać swoje, ale nie miała mocy, aby wszystkich powstrzymać. Wierzyła najbardziej w swoją świadkową, która nie była nikim zainteresowana.
Przeniosła swoje spojrzenie z powrotem na męża, gdy zwrócił się bezpośrednio do niej. Jej wzrok złagodniał, a delikatny uśmiech ponownie wpłynął na twarz.
— Masz rację — przyznała. Raz jeszcze spojrzała na swoje drogie koleżanki. — Bawcie się dobrze, ale-
— Trzymajcie ręce przy sobie — odpowiedziały niemalże chórem.
Navi w odpowiedzi się uśmiechnęła, po czym pożegnała się z nimi, aby przejść z mężem bliżej wielkich, zastawionych stołów, które wkrótce miały pokryć się masą najróżniejszego jedzenia. Od mniejszych dań, po te naprawdę wykwintne z których każdy będzie mógł wziąć tyle, ile będzie potrzebował. Nie mówiąc też o alkoholu, który już się lał na litry.
Usiadła na miejscu przeznaczonym dla panny młodej i pozwoliła Giovanniemu oficjalnie otworzyć kolację.
I tak zaczął się kilkugodzinny posiłek, gdzie wszyscy jedli, pili i rozmawiali. Raczej mało kto rozmawiał o życiu. Tak jak powiedział Włoch, te stoły stały się miejscem negocjacji, wiązania umów. Jedno wielkie spotkanie biznesowe, gdzie tylko nieliczni rozmawiali o czymś nie związanym z biznesem.
W końcu, po kilku długich godzinach do stanowiska państwa młodego podszedł jeden z kelnerów, aby zaprosić ich do tworzenia tortu ślubnego. Według tradycji to już była odpowiednia godzina.
Przeszła wraz z mężem do zaścielonego stolika, na którym stała wielka patera. Tam już kręciło się trzech kucharzy, którzy powoli zaczęli układać poszczególne warstwy kremu, owoców i biszkoptu. Większość gości zebrało się dookoła, aby obserwować jak powstaje ten wielki, typowo włoski tort.
Muzyka grała na żywo, a dzieci nie mogły się już doczekać spróbowania kawałka szykowanej słodkości. Nie mogło zabraknąć akcentu wykończeniowego, gdzie pozwolono im nałożyć trochę kremu czy owoców, aby tort tworzyli i dekorowali wspólnie, zgodnie z tradycją.
Jeszcze tylko kieliszek bezalkoholowego prosecco i można zacząć tańce. Spora część gości już była porobiona, więc na pewno nie brakowało im chęci do wejścia na parkiet.
Zwyczajne włoskie, radosne wesele, by się wydawało.
Giovanni Salvatore
-
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Cóż, ich niewiedza była niemalże urocza
Przyjął wszystkie strzały ze strony kobiet, całość kwitując jedynie podniesionym minimalnie kącikiem ust, nie zdradzając jednak tym wszystkim niczego – ani aby któryś ze strzałów był celny, bliski prawdzie czy od niej całkowicie odległy.
Nie odpowiedział jednak, traktując swoje milczenie, jako wystarczającą odpowiedź samą w sobie. Przyznałby, gdyby faktycznie któraś trafiła, ale żaden ze strzałów nie był nawet blisko. Cóż za przyjaciółki…
Na pytanie o stan cywilny również nie odpowiedział. W zasadzie nie miał nawet okazji, bo Navi sama ukróciła temat. Oczywiście, gdyby było mu dane, zostawiłby je szybciej z większą ilością pytań niż faktyczną odpowiedzią. Stan cywilny Ernesta, jego układy, jego kobiety i stopień powagi relacji, w której aktualnie się znajdował, nie były tematem dla przyjaciółek jego żony. Ale na pewno był znacznie lepsza dystrakcją dla nich, niż towarzystwo, które wybierało do tej pory.
Po tym, kiedy jego partnerka zostawiła kobiety z kolejnym ostrzeżeniem, oddalili się od nich, by zacząć oficjalnie kolację. Coś, co znacznie bardziej zaangażuje otwarzystwo niż samo antipasto oraz wino, bo oto teraz miała zacząć się wielogodzinna uczta, gdzie za jednym daniem stawiano przed tobą kolejne i tak bez końca. Zero pustych talerzy i zero hamulców.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kobiety traktują poważnie ostrzeżenia Navi choć tak naprawdę szczerze w to wątpił. Jeśli miałby odstawiać, to niczego to nie zmieni. Gdyby były świadome niebezpieczeństwa to może, ale tak oczarowane atmosferą i już z alkoholem krążącym we krwi raczej traciły rigcz.
Na pewnym etapie kolacji miał przygotować tort. Tradycja doskonale mu znana i chociaż ogólnie uznawana za coś czarownego, to myśl o nim, a później stanie na środku postawionej na potrzeby wydarzenia sceny, nie budziła w nim głębszych odczuć. Cóż za zaskoczenie. Jego uwaga jednak spoczęła bardziej na samej Navi i tym, jakie emocje w niej to wywoływało. Te prawdziwe, a nie sfingowane, by wyglądać dobrze w wężym gnieździe.
Musiał jednak przyznać, że samodzielne tworzyenie tego tortu było dość… ciekawym doświadczeniem. Całkiem zabawnym w tej prostocie. Później poczęstował swoją partnerkę pierwszym kawałkiem, ona jego także. Smak mógł określić jako w porządku – chociaż sam nie przepadał za deserami. Może przemawiał do niego posmak sentymentu i symbolika związku.
Dopiero po tym wszystkim, gdy w końcu serwowano likier lub zwykłą, czarną kawę, espresso konkretniej, (bo przecież nikt nie śmiał prosić o cappuccino po dwunastej w południe) był to czas by przysiąść do interesów. Większość była już odpowiednio podchmielona – ta, która nie brała udziału w tej części tego typu spotkań, która polegała na rozstawianiu pionków i biznesie.
Giovanni zniknął, a kiedy rozdzielał się z Navi na tego typu wydarzeniach, zawsze kierował spojrzenie swojego ochroniarza przede wszystkim na kobietę, a nie na samego siebie. W końcu wychodził z założenia, że ona była nim. A ta jego część raczej była nieco słabsza w samoobronie niż on sam.
Zresztą – on w tym środowisku byłby szybciej chroniony przez resztę famiglii niż świeżo upieczona żona. Nawet z takim nazwiskiem.
I kiedy Navi przeszła do toalety, sama – bo koleżanki były zaangażowane w
Mogła. A paradoksalnie chyba powinna poczuć się jeszcze intensywniej pilnowaną niż wcześniej i nie chodziło tu o spojrzenie Damona, który został w tłumie.
— Pięknie dzisiaj wyglądasz — zdanie, choć może w samej swojej treści było komplementem, to sposób jego wypowiedzi wcale na to nie wskazywał. Drwiące, może nawet jadowite. I zdecydowanie nie pasujące do miejsca, w którym się znajdowała – bo głos był męski. A język koreański.
Wystarczyło spojrzeć w lustro nad umywalkami, aby dostrzec, że to, co było wcześniej cieniem, tak naprawdę nim nie było. Bo oto cień nabrał kształtu i był nim… Subin.
Navi Yun
-
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ludzi nie mogła pilnować, albowiem było ich ponad dwieście, niemniej gdy chodziło o samo przygotowanie, wszystko było dokładnie tak, jak to zaplanowała. Przystawki świetne, muzyka na żywo doskonała, podobnie jak wino, wystrój i cała reszta. Każdego szczegółu pilnowała do końca i teraz mogła spokojnie przeżywać i świętować wejście w nowy związek małżeński. Taki, który sama chciała i do którego nie była przymuszana.
Wszystko szło dobrze. Zwłaszcza po tym, jak przeżyła rozmowę z Aurelią.
Kolacja przeszła spokojnie. Dużo jedzenia, rozmów. I chociaż uwielbiała jeść, a od dwóch miesięcy miała „jeść za dwóch”, tak ilości jedzenia na ich stole nie dało się przejeść, dlatego bardzo szybko skorzystała z zasady, aby zawsze coś mieć na talerzu. Wtedy nikt niczego jej nie wciskał.
Nie mogła się jednak doczekać samego tortu.
To było ciekawe wydarzenie. Wiele o nim słyszała, wiele o nim czytała. Widziała też kilka filmików, gdzie dekorowano tort na różne sposoby. Nie mogła się tego doczekać, bo chociaż i tak całe to wesele było jedynie wielkim przedstawieniem przed rodziną Giovanniego, to mimo wszystko przeżywała każdy etap. Dlatego kiedy doszło już co do samej aktywności przed rodziną, szczerze się uśmiechała, doskonale się bawiąc gdy rozrzucała kolejne owoce na krem i posypywała je cukrem pudrem.
Pierwszy raz też wymieniała się kawałkami tortu z mężem. Ona w przeciwieństwie do męża, kochała słodkości i desery, dlatego te kilka kęsów bardzo jej podpasowały. Smak na pewno był podrasowany samym wydarzeniem oraz sentymentem. Głupią symboliką małżeństwa, które wcześniej uważała za przekleństwo.
W końcu nadszedł moment, gdzie rozstała się z mężem na rzecz interesów. Jeszcze zanim przeszedł do innej części rodziny, życzyła mu powodzenia. Tak po prostu. Sama zamierzała sobie przecież poradzić, po za tym – tu miała być bezpieczna. Była tu tylko rodzina. I chociaż wciąż znajdowała się w gnieździe węży, to miała przekonanie, że nikt jej tu nie skrzywdzi ze względu na nazwisko, które przywdziała. A może po prostu miała taką nadzieję. W końcu to głównie ze względu na jej ochronę Giovanni chciał wziąć z nią ślub.
Czuła na sobie też spojrzenie cienia jej męża, które dodatkowo podnosiło jej poczucie bezpieczeństwa. Rozmawiała z nim za plecami, spory kawałek dalej, z częścią rodziny, poznawała kobiety innych mężczyzn, którzy siedzieli przy głównym stole. Bawiła się nawet przez jakiś czas z dziećmi, które przyjechały tu wraz z rodzicami.
Doskonale spędzała czas na własnym weselu, nawet gdy wciąż musiała trzymać fason i odpowiednią maskę przed resztą famiglii. Ale potrafiła się sobą zająć. I umiała wkręcić się w towarzystwo, niezależnie od charakteru oraz wieku.
W pewnym momencie przeprosiła towarzystwo, aby przejść do łazienki. Damon przechodził za nią do momentu, gdy ta nie skryła się za drzwiami toalety. Trzymał się na odległość, ale wciąż czuła na sobie jego spojrzenie. Gdy jednak zamknęła się w czterech ścianach, odetchnęła, zupełnie jakby wypuściła z siebie cały ciężar. A noc wciąż była młoda.
Pięknie dzisiaj wyglądasz.
W pierwszej chwili nie zareagowała. Jakby jej umysł odmówił przyjęcia do wiadomości tego, co właśnie usłyszała. Dopiero po sekundzie poczuła, jak całe jej ciało sztywnieje. Dreszcz przebiegł jej po plecach, od karku aż po sam dół kręgosłupa. Żołądek zacisnął się boleśnie, a serce wykonało jeden gwałtowny skok, po którym przez moment miała wrażenie, że całkowicie przestało bić.
Nie. To niemożliwe.
Znała ten głos. Doskonale go znała. Przez lata słyszała go częściej niż własne myśli. Niemożliwym było, aby był tutaj. Ale kiedy tylko podniosła spojrzenie na lustro, dostrzegła za sobą postać człowieka, przez którą krew odpłynęła z jej ciała.
Poczuła jak grunt osuwa jej się spod nóg. Tyle czasu. Tyle kilometrów. Nowe nazwisko, nowa tożsamość, nowe życie. Wszystko po to, aby go nigdy więcej nie zobaczyć.
Miała być dla niego martwa.
Odwróciła się gwałtownie, odruchowo się wycofując, aby być jak najdalej od niego. Wbiła tył białej sukni w marmurowy blat z umywalką. Jakby mogła, to przebiłaby się przez kamień.
— Co ty tu robisz? — spytała po koreańsku. I chociaż chciała brzmieć na pewną siebie, to w jej głosie ukrywało się napięcie. Bo wrócił do niej cały ten doskonale jej znajomy strach i niepewność, które wgryzły się w jej podświadomość tak głęboko, że wciąż ich nie przepracowała.
To chyba nie jest odpowiednia reakcja na swojego… męża. Dawnego męża.
Jej wzrok uciekł za jego postać. Na drzwi, które sobą zastawiał, odcinając jej jedyną drogę wyjścia. Aby do nich dotrzeć i się wydostać z łazienki, musiałaby przejść przez niego, co miało być jej jedyną opcją. Mogła też liczyć, że ktoś wejdzie i to wykorzysta.
Na bogów, co on tu robił? I dlaczego jedno jego spojrzenie wystarczyło, aby te dwa lata przestały być bezpiecznym dystansem.
— Jak mnie znalazłeś? — Subin nie miał takich znajomości, ani umiejętności co Giovanni. To, że tu był, było czymś wyjętym prosto z jej najgorszego koszmaru. Nie wiedział jakim cudem się tu dostał, jak tu przyjechał i dowiedział się, że żyje, ale wiedziała, że nie będzie to przyjemna rozmowa. I przyjemne spotkanie.
Giovanni Salvatore