ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
167 cm
zajmie się twoimi social mediami i asystuje reżyserom w Pinewood Studios
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kompletna mieszanka emocji przechodziła dzisiaj przez głowę i serce Camelli. Dzisiaj miał nastąpić bardzo ważny dzień, który zapisze się na kartach historii — a przynajmniej w oczach jej matki, która po latach aluzji będzie mogła zacząć się szczycić, że ona to już dawno wiedziała, że Connor jest odpowiednim partnerem dla jej córki. Praktycznie pół dnia spędziła ze swoją rodziną, a przynajmniej jej częścią, ponieważ jej ojciec jak zwykle przebywał na delegacji. Zadzwonił do niej z życzeniami, za które grzecznie podziękowała, aczkolwiek przez jej głowę przeszła myśl, że nie pamiętała, kiedy ostatnio spędzali ten dzień razem. Z pewnością była wtedy jeszcze dzieckiem, a urodziny to był najweselszy i najlepszy dzień w ciągu roku (tuż po świętach bożonarodzeniowych). Teraz ten dzień przypominał jej, że była coraz starsza, a może i nawet po prostu stara. Ból pleców zaczynał doskwierać i nie można było już tego ukrywać.
Popołudniu pani Stones zapowiedziała, że na kolację przyjdzie pani Walker, więc Camellia do wieczora nie mogła ulotnić się do swojego mieszkania. Nie miała takich planów, nawet cieszyła ją obecność matki jej chłopaka, bo dzięki temu upieką dwie pieczenie na jednym ogniu. Sama Camellia poinformowała, że Connor również ich dziś odwiedzi. To, jakim podejrzliwym spojrzeniem została obdarowana przez własną matkę sprawiło, że jej żołądek wykonał fikołka i miała wrażenie, że ta krótka informacja sprawiła, ŻE WIEDZIAŁA. Od zawsze uważała, że jej matka była wiedźmą; w tym przypadku nie mogło być inaczej. Zachowała pozorny spokój, w duchu mając jakąś wewnętrzną panikę, jakby przynajmniej ogłaszała swojej matce nastoletnią ciążę. Nie pisała nic chłopakowi, nie chcąc zawracać mu głowy w pracy i jeszcze nie daj boże jego dodatkowo stresować. Słysząc dzwonek do drzwi, zostawiła Erica samego z matkami, mając nadzieję, że odpowiednio je zagada, po czym poszła otworzyć drzwi Connorowi, delikatnie zamykając za sobą drzwi na przedsionek. W tym momencie dziękowała za daleko oddaloną w domu kuchnię, bo żadna z kobiet nie była w stanie dostrzec faktu tego chwilowego odizolowania się w innym pokoju. Gdy Walker wszedł do pomieszczenia, Camellia zamknęła za nim drzwi i zaraz przytuliła się do niego, przytykając policzek do jego klatki i czując, jak nieco się uspokajała. Bezwątpienia działał na nią lepiej niż niejedno lekarstwo antystresowe. Będąc przy nim wiedziała, że wszystko się ułoży. Nawet jeśli ich matki nagle zaczęłyby kwestionować ich relację, co było wręcz niemożliwe.
— Tak się cieszę, że cię widzę. Stresuje się, jakby to było coś złego. Jakbym nie zdała do następnej klasy, albo wywaliliby mnie z roboty, albo jakbym nie wiem co zrobiła, ale na pewno coś, co ciężko jest przekazać — gadała jak najęta, jak za każdym razem, gdy była zestresowana. Była wręcz przekonana, że ilość i prędkość wyrzucanych z siebie słów również działała jak terapia antystresowa.

Connor Walker
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Connor chyba z dziesięć razy sprawdzał wnętrze torby prezentowej, by mieć pewność, że niczego nie zapomniał spakować. Jasne, niby mógł to potem jeszcze tak po prostu dać, lecz... chciał dać swojej dziewczynie KOMPLETNY prezent i bardzo go ciekawiła jej reakcja - szczególnie na jedną rzecz, która była opakowana w pudełeczko, owinięte wstążeczką.
Zabawne, że tyle razy odwiedzał dom Państwa Stones, a jakoś teraz odczuwał stresik, choć przecież mieli z Camelką oznajmić o tym, że już nie są dla siebie wyłącznie przyjaciółmi. Z perspektywy czasu, Walker uśmiechał się do samego siebie na samą myśl o wspomnieniu gdzie razem z Camellią piekł świąteczne ciasteczka (które swoją drogą wyszły PRZEPYSZNE i każdy Walker jadł je żałując, że Connor nie przyniósł ich więcej) - bo to wlaśnie wtedy Connor zrozumiał, iż nastąpił upgrade relacji, gdyż przyjaciele... raczej nie całują się tak, jak oni to robili pod jarzębinąjemiołą. Odkąd ze sobą szczerze porozmawiali, Walker przestał się zamartwiać tym, że Cama postąpi tak, jak postąpiła w przeszłości i zablokuje jego numer. Chociaż gdyby teraz tak zrobiła, zrobiłby wszystko, byle to wyjaśnić. Bo rozmowa była czymś bardzo ważnym. Stanowiła swego rodzaju klucz. Była puzzlem, który łączył ze sobą różnorodne kawałki, odzwierciedlające przeróżne tematy, połączone z troskami, zmartwieniami, wątpliwościami, ale także i pozytywnymi emocjami. Dlatego - choć czasami potrafiło to być trudne - Connor chciał jak najwięcej rozmawiać ze swoją dziewczyną. Cieszyć się razem z nią, wspierać, gdy się łamała, i motywować, by NIGDY w siebie nie zwątpiła. Był jej także wdzięczny za każdą troskę - co pokazała, gdy przyjechała do szpitala, choć prosił, by tego nie robiła - każde czułe słowo, gest oraz wysłuchanie. Czasami żałował, że nie miał więcej czasu, bo zdarzało się, że wracał po ciężkim dniu, pełnym akcji ratunkowych, i od razu padał na łóżko, a oczy same mu się zamykały, a następnego dnia, po wyłączeniu budzika, miał niewiele czasu, by znów jechać do szpitala. No ale na urodziny Camellii powiedział, że będzie musiał wyjść wcześniej, a na następny dzień wziął sobie WOLNE, dzięki czemu nie będzie się musiał zrywać z samego rana. Będzie mógł spać i wstać, o której zechce - lub o której zostanie obudzony.
Dotarł nawet kilka minut przed tą, na którą zapowiadał, że będzie. Zaparkował na podjeździe przed domem jego rodzinnego domu, a następnie - zgarniając prezent - poszedł w kierunku domu Stonesów.
Drzwi szybko zostały otworzone i Connor, widząc, kto je otworzył, posłał jej swój najradośniejszy uśmiech - nieważne, że widzieli się jeszcze poprzedniego dnia, on naprawdę cieszył się z jej obecności.
Oczywiście przekroczył próg, zamknął za sobą drzwi, a potem przytulił mocno Camellię oraz zaczął gładzić jej włosy - w jednej ręce wciąż trzymał torbę.
- Ja też się cieszę, że Cię widzę. I jak mam być szczery... to też się dziś stresowałem, choć przecież oznajmiamy coś miłego. - stwierdził.
- Nim jednak pójdziemy do nich, chciałbym... coś Ci dać. Wszystkiego najlepszego, Camellio Stones. Dużo szczęścia, radości, zdrowia, spełnienia WSZYSTKICH marzeń, obyś ZAWSZE była taka cudowna, jaka jesteś, oby w pracy wiodło Ci się jak NAJLEPIEJ i żebyś przeżyła wiele cudownych chwil, najlepiej ze mną, ale cóż, jak czasem sama gdzieś będziesz chciała wyskoczyć, to Ci nie zabronię. - powiedział, wymyślając wszystko dokładnie w tamtej chwili. Jasne, wysłał smsa z życzeniami, lecz chciał też, by wybrzmiały one od niego bezpośrednio. Oczywiście po wypowiedzeniu życzeń, przekazał torbę swojej dziewczynie, która mogła z niej wyciągnąć: naszyjnik ze złotym serduszkiem, t-shirt z ich zdjęciem z młodości z przodu, zestaw herbat, perfumy oraz.... TO pudełeczko - wewnątrz niego znajdował się...
kluczyk z brelokiem, a do breloka była zawieszka z domkiem.
Tak, wręczał Camellii drugi klucz do swojego mieszkania, dając tym samym znać, by wpadała, kiedy tylko chciała, i... w wolnej chwili przenosiła swoje rzeczy.
- Co Wy tam robicie?! - krzyknęła pani Walker, a Connor przewrócił oczami.
- No już idziemy, spokojnie. Przecież się nie pali...- odpowiedział, choć doskonale wiedział, że mówiąc to, ani trochę nie uspokoił swojej rodzicielki.

birthday bby <3
26 y/o
For good luck!
167 cm
zajmie się twoimi social mediami i asystuje reżyserom w Pinewood Studios
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Doceniała każdą chwilę, którą mogli razem spędzić w ostatnim czasie. I to bez znaczenia, czy widzieli się na spokojnie w weekend, gdy obydwoje mieli wolne, czy kiedy przyjeżdżała do niego, żeby zrobić mu kolację i po prostu pójść z nim spać po jego dyżurze. Liczyła się sama obecność, chwila rozmowy i czas, który mogli wspólnie dzielić. Była szczęśliwa i chciała podzielić się swoją radością z bliskimi, jednak miała w sobie kompletnie niezrozumiały niepokój. Z pewnością wywierała go nowa sytuacja, może wizja, że wszystko stawało się jeszcze bardziej realne i naprawdę się to działo. To nie były jej marzenia, to nie było życie, które mogłaby wyczytać z książek, choć doświadczała teraz tak dobrej i ogromnej miłości, że czasami czuła się jak bohaterka romansidła. Mogła jedynie modlić się, aby autorka nie wymyśliła zaraz żadnej katastrofy lub innego dramatu, który doszczętnie zmieni jej życie.
Szczelny uścisk był lepszy niż cokolwiek innego i najchętniej pozostałaby w nim przez dłuższą chwilę. Wiedziała jednak, że każda minuta zwłoki to kolejne pytania do zestawu. Z jednej strony, nie miała problemu, aby na nie odpowiadać, jednak z drugiej wiedziała, że dotyczyć one będą… odległych planów, a przynajmniej na ten moment, bo po kilku miesiącach, kiedy jeszcze nie zdążyli nacieszyć się sobą, nie rozmawiali jeszcze o dzieciach. Jeszcze nawet ze sobą nie mieszkali, a co dopiero dalsze kroki! Wiedziała, że zarówno jej matka, jak i pani Walker, na pewno nie będą szczędzić sobie możliwości dowiedzenia się o większych szczegółach, dlatego liczył się czas… a jednak zapominała o nim, kiedy widziała jego rozświetloną uśmiechem buzię i słyszała litanię życzeń, na które sama radośnie uśmiechnęła się, śmiejąc się cicho na koniec.
— Dziękuje, kochanie — rzuciła szeptem, odbierając torbę z prezentem, żeby zaraz stanąć na palcach i na moment złączyć ich usta w krótkim, lecz czułym pocałunku. Kobiety już się piekliły i po tekście Connora tylko czekała, aż jego matka postanowi osobiście przyjść z opierdzielem. Nie słyszała jednak żadnych kroków, nawet tych najcichszych, co dawało jej choć minimalne poczucie, że mieli dla siebie jeszcze chwilę. — Myślisz, że zjedzą nas, jak zostaniemy tu chwilę i odpakuję prezent? — zapytała z rozbawieniem, będąc już gotowa zajrzeć do torby, chociaż zaraz usłyszała kroki, przez które odskoczyła od Connora jak oparzona. Odruch bezwarunkowy, jakby właśnie miała zostać nakryta na schadzce z kochankiem, a nie z miłością życia. Spojrzała z konsternacją na Erica, którego najmniej spodziewała się w tych drzwiach, ale podejrzewała, że został wysłany jako zwiadowca siedzących w jadalni diabłów. — No już zaraz przyjdziemy — mruknęła, gromiąc spojrzeniem brata, który z podejrzliwym spojrzeniem wycofał się po chwili. Raczej po jej reakcji dało się przewidzieć, że coś zdecydowanie było na rzeczy. — Jednak odpakuję później. Zaraz zaczną plotkować — westchnęła, dając mu chwilę, żeby mógł się rozebrać z butów i kurtki, po czym wyciągnęła w jego kierunku dłoń, chcąc spleść ich palce razem. — Idziemy?
Serce biło jej niemiłosiernie szybko i to była chwila, w której już nie było odwrotu. Co prawda, nie miała zamiaru nigdzie się odwracać, naprawdę chciała przekazać nowinę matkom, jednak czuła, że ze stresu robi jej się niedobrze. Przynajmniej jeśli by zasłabła, to mogła liczyć na kompleksową pomoc na miejscu. Obyłoby się bez czekania na karetkę. Wyszli z przedsionka, przechodząc niewielkim korytarzykiem, gdzie Camellia zostawiła na komodzie prezent, który dostała od chłopaka. Szybko znaleźli się w pomieszczeniu, które było połączeniem jadalni z salonem, a także aneksem kuchennym, gdzie duża wyspa kuchenna oddzielała go od części wypoczynkowej. Zwrócili na siebie uwagę swoim wejściem i widziała uważne spojrzenie jej matki, która najpierw podejrzliwie spojrzała w oczy swojej córki, aby następnie spuścić wzrok niżej, prosto na ich splecione dłonie.
— Chcielibyśmy wam coś oznajmić… — zaczęła, czując się, jakby właśnie ogłaszała coś wielkiego; przynajmniej powiększenie rodziny albo inne cuda. Chociaż, czy to i tak nie było właśnie powiększaniem rodziny? Nawet jeśli nie chodziło o dzieci, a Connor już od dawna był niepisanym członkiem familii, to jednak teraz wchodził do niej nieco bardziej oficjalnie. — Ja i Connor, jesteśmy parą od… jakiegoś czasu — rzuciła, przy okazji szybko wybrnęła z sytuacji i nie zdradziła na wejściu bomby, że ukrywali to przed nimi od pół roku. Pani Stones szybko podeszła do zakochanych tuląc ich jednocześnie.
— Jak się cieszę! Nareszcie! — powiedziała uradowana, cmokając w czoło najpierw Walkera, a później swoją córkę. No pięknie, już faworyzowała swojego przyszłego zięcia!

connie baby
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szczerze? Connor też bardzo się cieszył, bo przy Camellii czuł jakiś taki spokój połączony ze szczęściem i radością. Gdyby mógł, to w ogóle nie jechałby do pracy, by spędzić jak najwięcej czasu ze swoją dziewczyną - bo faktycznie czasami przez to, że wracał później niż powinien, ona już spała, więc mógł jedynie cmoknąć ją w czoło i położyć obok, obejmując. Niecierpliwie odliczał czas do wolnego lub dnia, który miał służyć odpoczęciu przed rozpoczęciem innej zmiany. Gdyby mógł, to najchętniej szedł na pierwsze zmiany, by wracać po południu i mieć po pierwsze więcej czasu, który mógł spędzić z Camą, oraz więcej czasu, żeby np. zrobić zakupy lub coś załatwić. Niby jeszcze idąc na nocki, miał trochę popołudnia, gdy wstał, ale drugie zmiany… no to już było ciężko. No i jakoś tak, odkąd miał do kogo wracać, wracał - mimo zmęczenia - z uśmiechem.
Oczywiście, jego też nachodziły obawy. Bał się, że np. Cama spotka na swojej drodze reżysera, który wpadnie jej w oko, albo że nagle ktoś zacznie do niej zarywać pod jego nieobecność... starał się sobie wmawiać, że WCALE tak nie będzie. Że przecież wiedział, ile dla niej znaczy i ile ona dla niego znaczy - a przynajmniej próbował jej to pokazać poprzez czyny, słowa oraz gesty. Czy gdyby nie była dla niego ważna, wykonałby prośbę, jaką do niego skierowała, gdy stali przed płonącym szpitalem? Nie. W innym przypadku mógłby lub po prostu olałby to i dalej wyprowadzał pacjentów, mając w nosie, czy coś mu się stanie, czy wręcz przeciwnie. Dalej uważał za mega urocze, że mimo wszystko wtedy Cama przyjechała i że była... bardzo stanowcza i przekonywująca - podobała mu się w takiej wersji (i to nawet bardzo).
Chłonął zapach perfum Stonesówny gdy się przytulali, a potem wystrzelił z życzeniami jak z karabinu oraz wręczył prezent.
- Nie ma za co słońce. Właśnie tak radosną chcę Cię widzieć praktycznie każdego dnia. - powiedział z uśmiechem, odwzajemniając ten krótki pocałunek. Żałował, że nie byli sami, bo bardzo chętnie by go wydłużył.
- Myślę, że nie. Przecież świętujemy TWOJE urodziny. - odparł, absolutnie nie spodziewając się, że ktoś faktycznie mógłby do nich przyjść... a tu TAKA niespodzianka. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, Camellia poinformowała kulturalnie brata, że zaraz przyjdą - i nie kłamała.
- Dobrze. O ile już nie zaczęły... Eric by może wiedział. - odpowiedział, skinąwszy głową, by dać znak, iż nie miał żadnego problemu, jeżeli chodziło o otwarcie prezentu później - choć Connora BARDZO ciekawiła i w sumie nie mógł się doczekać zobaczenia reakcji dziewczyny. Może i wręczał tylko kluczyk, lecz dla niego był to AŻ kluczyk, ponieważ przecież nie każdemu go dawał i nie z każdym chciał dzielić mieszkanie.
Ponownie skinął głową, a dodatkowo ścisnął dłoń Camellii, jakoby miało być to potwierdzeniem na pytanie. Skoro już Eric do nich przyszedł, kobiety faktycznie mogły się zatem niecierpliwić. Gdzie niby im się tak spieszy... Mimo wszystko poczuł stres, kiedy tak obydwoje stanęli naprzeciwko trzech osób - aż przełknął ciut głośniej ślinę, a przecież oznajmiali tylko, że ze sobą są, a nie nie wiadomo co. Automatycznie ścisnął ciut mocniej dłoń Camellii w momencie, gdy wypowiadała słowo oznajmić. Pani Walker aż uniosła brew i Connor dostrzegł to pytające spojrzenie. Najbardziej wyluzowany wydawał się Eric, który na chwilę przestał jeść krakersy. Connor uśmiechał się, bo miał powód, a kiedy Camellia dokończyła oznajmianie, postanowił dodać coś od siebie:
- To prawda. Możliwe, że następnym razem przyjdziemy z informacją o podjętej kolejnej decyzji. - owszem, istniało takie prawdopodobieństwo i dał tym samym jasny sygnał, iż nie było to wykluczone w jego planie.
Posłał uśmiech w kierunku pani Stones, kiedy ta najpierw im pogratulowała, a potem uściskała — rzecz jasna, odwzajemnił uścisk, żeby nie było, że stał jak kołek - a zaraz po niej podeszła do nich pani Walker.
- No w końcu. Gratulacje! Jeżeli będzie przez Ciebie płakać.... - pogroziła przed twarzą syna palcem wskazującym, z groźną miną, chcąc tym samym dać znak, iż spotkają go BARDZO przykre konsekwencje, jeśli spowoduje, że Cama będzie przez niego smutna, a po chwili się uśmiechnęła i wpierw wyściskała Camellię i dopiero później syna. Czy to go zaskoczyło? Ani trochę.
Eric też podszedł i zbił piąsteczkę z Connorem, a następnie uścisnął siostrę - normalnie jak na weselu podczas składania życzeń. Connor mógł poczuć, jak to jest.
- Siadajcie. Przygotowałyśmy coś do jedzenia. Do picia jest wino, piwo, sok pomarańczowy i jabłkowy oraz woda. Oczywiście, mogę też zrobić kawę albo herbatę. - powiedziała pani Walker, wskazując wolne miejsca przy stole.
- Nałożyć Ci czegoś? - spytał Camellii, samemu robiąc rozeznanie, co znajdowało się na stole - a znajdowały się m.in sałatki, roladki z tortilli (doskonale wiedział, że zrobiła to jego mama), kimbap (zrobiony przez panią Stones), przeróżne ciasta oraz przekąski. Musiał przyznać, że wszystko wyglądało mega apetycznie, aż mu prawie ślinka zaczęła lecieć.

my sunshine
26 y/o
For good luck!
167 cm
zajmie się twoimi social mediami i asystuje reżyserom w Pinewood Studios
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Od tych kilku miesięcy, kiedy rozpoczęli swój związek, Camellia była naprawdę zadowolona z tego, jak wyglądało jej życie. Czasami dochodziła do wniosku, że było to jak spełnienie marzeń jej nastoletniej wersji; zajmowała się czymś, co kocha, jest zdrowa, jej rodzina ma się dobrze, a obok niej był chłopak, którego kochała. Nawet jeśli kilka lat temu, wizja była czysto teoretycznie niedoprecyzowana, to gdzieś w domyśle dopowiadała sobie, że już w szkole była zakochana w Connorze. Kiedyś nie dopuściłaby do siebie tej wizji, jednak teraz wiedziała, że blokowała swoje myśli, pozostawiając go przez lata na miejscu przyjaciela, a niejednokrotnie serce zabiło jej szybciej, gdy wykonywał wobec niej kroki, gesty, które miały przyjacielski wydźwięk, a jednak nieświadomie zapierały jej dech w piersi. Szkoda, że uzmysłowiła sobie to tak późno, bo ich los może potoczyłby się inaczej, gdyby towarzystwo w liceum nie postanowiło ich rozdzielić.
Nie powstrzymywała uśmiechu, który cisnął się na jej usta. Przy nim mogła być tak szczęśliwa i radosna bez najmniejszego problemu; sam jego widok sprawiał, że automatycznie się cieszyła. I skoro świętowała dzisiaj urodziny, w otoczeniu najbliższych i miłości swojego życia, to nie mogło być inaczej. Po spędzonej połowie dnia ze swoją matką i później bratem, równie dobrze mogłaby teraz uciec z Connorem, aby móc nacieszyć się jego obecnością bez gapiów — bo zdecydowanie, gdy oznajmią matkom swój związek, będą pod bacznym ostrzałem ich uważnego spojrzenia. Obowiązki jednak wzywały i nawet jeśli sam proces przeszedł gładko i przyjemnie, to jednak stres dalej nie opuścił drobnego ciałka Stonesówny, bo prawdziwe show miało się dopiero zacząć i bardzo dobrze o tym wiedziała.
Słysząc o dalszych etapach, zerknęła krótko na Connora, zdziwiona jego bezpośredniością, ale jednocześnie uśmiechnęła się lekko, bo było to najlepsze okazanie, że naprawdę myślał o niej na poważnie. Bez podejścia, co będzie to będzie, tylko realne plany, o których i jej zdarzało się snuć fantazje. Cicho zaśmiała się na słowa pani Walker i ją również uściskała, kiwając z rozbawieniem głową. — Jeśli będzie sprawiał kłopoty to daj znać, już ja mu co nie co powiem — powiedziała, niby na ucho podczas krótkiego przytulenia, ale spojrzała kątem oka na swojego syna, przez co Cama nie mogła powstrzymać się od kolejnego, rozbawionego uśmiechu.
— Myślę, że dam sobie z nim radę — rzuciła ze śmiechem, kiedy kobieta się od niej odsunęła i sama Stones chwyciła Connora za łokieć, lekko zadzierając brodę, aby spojrzeć na niego. Wszystko na razie wyglądało wręcz bajkowo; wiedziała, że jak w każdym związku, kiedyś nadejdzie do nich kryzys, ale zrobi wszystko, aby wyszli z niego cało, na dodatek jeszcze silniejsi.
— Na spokojnie, obsłużymy się sami — odpowiedziała, bo przecież obydwoje mieli nóżki i ręce, aby zrobić sobie kawę albo herbatę, jednak wiedziała, że obydwie kobiety z pewnością trzyma faza ekscytacji przez usłyszane wiadomości. Poprosiła Connora o nałożenie sałatki, sama zapytała się, co mu nalać do picia i gdy wybrał, polała mu napoju, w międzyczasie czując spojrzenia utkwione na nich, przez co zaczynała czuć się niekomfortowo.
— To od kiedy jesteście razem? — padło jedno z kluczowych pytań, w momencie gdy obydwoje coś przeżuwali, a ona sama myślała, że zaraz jedzenie stanie jej w gardle, bo nadeszła jedna z cięższych wiadomości do przekazania.
— Noo, takie cztery miesiące jakoś — odpowiedziała i już widziała, jak jej matka otwiera usta. — Zanim cokolwiek skomentujesz, to pamiętaj, że nie powiedzieliśmy wam od razu, żeby nie robić wam nadziei. Co gdybyśmy się nie dogadywali i zerwali ze sobą po miesiącu? Albo dwóch? — rzuciła, przez co zapadła chwilowa cisza i Camellia zastanawiała się, jaką bombę zrzucą na nich za chwilę. Brak odpowiedzi oznaczał jedno, że miała rację i ciężko było im to przyznać. Jednak naprawdę chciała uniknąć sytuacji, w której ogłaszają rodzinie swój związek, a za kilka tygodni łamią nie tylko swoje serca, ale też bliskich, bo domyślała się, że ich mamy będą największymi shipperkami.
— Ja to mogłabym już zostać babcią. — Usłyszała z ust pani Walker, akurat w momencie gdy napiła się soku pomarańczowego i albo mogła wypluć go z powrotem do szklanki, albo połknąć i postarać się nie udusić. Wybrała drugą opcję, ale zaraz zaczęła kaszleć. Obecnie bliżej jej było do śmierci niż do wydania człowieka na świat, i jak wreszcie się uspokoiła, to jej matka postanowiła zrzucić swój komentarz. — Ja też byłabym gotowa. W końcu można byłoby kogoś rozpieszczać, ale nasze dzieci najwidoczniej nie chcą uszczęśliwić swoich matek — rzuciła niepocieszona, po czym Camellia spojrzała na Connora, nie wiedząc co odpowiedzieć. Nie rozmawiali o dzieciach, jeszcze nie wybiegali tak na przód.
— A może nie chcemy mieć dzieci? — wypaliła, znowu ściągając na siebie spojrzenie zebranych przy stole.
— Nie chcecie mieć dzieci? — matki oburzyły się niemal natychmiast i razem, a dziewczyna automatycznie zestresowała się, próbując wybrać najszybszą drogę ucieczki od tematu, który w jej głowie świecił się pod napisem nastoletnia ciąża; chociaż to, że nie była już nastolatką, było małym szczegółem.
— Nie wiem! Może kiedyś będą, jezu! A ty Eric, chcesz być wujkiem? Może wcześniej ja zostanę ciocią, co? — zamieszała brata w tym temacie, co mogło wyglądać na chamskie, ale od czegoś miało się w końcu młodsze rodzeństwo, prawda?!

Connor Walker
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Czasy liceum były dość… specyficzne – niby ludzie dojrzewali i byli praktycznie dorośli, a mimo wszystko często zachowywali się gorzej niż dzieci. Connor doskonale pamiętał wszystkie odpały - zarówno te imprezowe, jak i szkolne. Wiele pamiątek zachował na pamięci przenośnej – zawanej pendrive’em – poświęconym wyłącznie czasom licealnym. Trzymał tam między innymi zdjęcia z wycieczek, imprez, szkolnych wydarzeń, a nawet lekcji.
Były fotografie kolegi z ławki śpiącego w najlepsze podczas zajęć, zdjęcia notatek wypełnionych absurdalnymi dopiskami oraz wierszykami i oczywiście uwiecznione na zawsze „arcydzieła” tworzone na ostatnich stronach zeszytów. Niektóre rysunki były tak zacne, że Connor żartował czasem, iż sam Picasso patrzyłby na nie z zazdrością, zastanawiając się, jakim cudem nie wpadł na coś równie NIESAMOWITEGO i pięknego. Mimo tych wszystkich zabawnych sytuacji Walker musiał przetrawić, a jednocześnie pogodzić się ze zmianą w jednej relacji z kimś, kogo znał. Kimś, kogo zauważył po raz pierwszy, gdy jako dzieciak akurat bawił się na werandzie przed domem, gdy nagle zajechało ciemne auto, a za nim całkiem spora ciężarówka i oba pojazdy zaparkowały przed domem obok. Najpierw wysiadli kierowca wraz z kobietą, a potem trójka dzieciaków w podobnym wieku do niego. I wtedy zauważył ją. Miała długie włosy związane w dwa kucyki i Connor zastanawiał się, czy to mieli być jego nowi sąsiedzi.
Okazało się, że owszem.
I bardzo go to ucieszyło.
Szczególnie, że po jakimś czasie, razem chodzili do szkoły i razem z niej wracali, czasami zahaczając o plac zabaw albo jakiś park gdy już byli nieco starsi. Często też - ponieważ mieszkali obok siebie - przychodzili jedno do drugiego lub odwrotnie w zależności od tego, kto pierwszy rzucił zaproszeniem lub zarzucił tekstem ej idziemy do mnie.
W sumie odkąd sobie wszystko wyjaśnili po latach separacji, Connor znów zaczął powtarzać te trzy słowa, zachęcające do tego, by przekroczyć próg jego mieszkania i wspólnie spędzić czas. Jemu było naprawdę obojętne, czy będą coś robić coś konkretnego, czy tylko leżeć bo najważniejsze, że miał ją obok siebie, a ze względu na swoją pracę, nie codzienie mógł go spędzić tyle, ile by chciał. Aczkolwiek skoro dostała coś fajnego w swoim prezencie, sama będzie mogła przychodzić, kiedy tylko będzie miała ochotę.

Pani Walker posłała ciepły uśmiech Camelli i jeszcze raz ją do siebie przytuliła.
Potem obydwoje zasiedli do stołu, dołączając do wszystkich zebranych.
- Melcia ma rację. Jesteśmy duzi, więc spokojnie. - dodał jeszcze od siebie, a następnie nałożył swojej dziewczynie to, na co miała ochotę, a sam poprosił o sok jabłkowy - choć coś mu podpowiadało, że lepiej byłoby nalać sobie piwa…. i w tamtej chwili zaczął zastanawiać się, czy aby nie pójść w ślady Erica, którego szklanka mieniła się żółtym kolorem, a na górze widoczna była opadająca pianka.
Powinien być przygotowany na te pytania, ale jednak nie był. Podniósł wzrok na panią Stones, która rozpoczęła tę rundę “Jednego z dziesięciu” i już otwierał usta, gdy Cama wystrzeliła z odpowiedzią. On, chcąc dodać jej wsparcia wraz z otuchą, wziął jej rękę i złączył ją ze swoją w uścisku - nieważne, że jeszcze kilka minut temu się za nie trzymali.
- Nie zrobiliśmy tego specjalnie. Po prostu nie chcieliśmy Was rozczarować, to wszystko. - jego mama coś jeszcze chciała od siebie dodać, ale ostatecznie tylko przewróciła oczami i napiła się wina, posyłając porozumiewawcze spojrzenie Pani Stones, co oznaczało, że planowała to z nią przedyskutować, gdy zostaną same.
- Mamo! - podniósł głos Connor, bo doskonale wiedział, do czego piła… Ja nie wierzę…. powiedział do samego siebie w myślach, zaciskając mocniej dłoń Camellii. Na dodatek jeszcze pani Stones dorzuciła swoje trzy grosze…
Chociaż największe oczy zrobił, kiedy usłyszał słowa swojej dziewczyny. O tym to akurat oni będą musieli porozmawiać…
- Posłuchajcie… - zaczął, lecz Eric postanowił rozpocząć wypowiedź w dokładnie tym samym momencie.
- Jasne, że chciałbym być wujkiem, tak że, Connor, lepiej weźcie się z moją siostrą do roboty. - powiedział, puszczając oczko, a po chwili dodał: - Eee… nie o mnie tu teraz rozmawiamy. - odpowiedział, szybko sięgając po swoje piwo, aczkolwiek Pani Stones złapała przynętę i popatrzyła na syna z uniesionymi brwiami.
- Chcesz mi coś powiedzieć? - spytała, a Eric wybuchnął nerwowym śmiechem.
- Nie. - odparł stanowczo Stones, wzruszając ramionami, i kiedy pani Stones odwróciła wzrok, Eric spojrzał na Camę z przymrużonymi oczami - było widać, że nie spodziewał się przerzucenia piłeczki na jego stronę.
Connor nagle chrząknął, chcąc, by teraz wysłuchano tego, co sam miał do powiedzenia.
- Pozwólcie, że w tej kwestii sami zadecydujemy. Oczywiście, jeśli wcześniej coś się uhm… wymknie spod kontroli, to uwierzcie, że zostaniecie poinformowane. Na razie… żyjemy w ciągłym biegu. Cama dostaje co rusz to nowe projekty, a ja… - zawiesił głos, bo każdy tu wiedział, kim był z zawodu. - A ja nadal jeżdżę karetką i potrafię wracać naprawdę późno. Ostatnio wieczorami potrafiło się sporo dziać, bo a to wypadek, a to potrącenie, a to bójka... - dokończył.
- A może powinieneś pomyśleć nad zmianą pracy? - powiedziała pani Walker, a Connor tylko posłał jej piorunujące spojrzenie i zacisnął wolną dłoń pod stołem.
- A może mogę coś zjeść? - odpowiedział z ironicznym uśmiechem; aczkolwiek jakoś trochę mu się odechciało jeść w tamtym momencie. No ale dla zachowania pozorów, nałożył sobie - rozłączając dłonie - trochę sałatki i parę kawałków kimbapu. Wsadził sobie do buzi kimbap.
- Mmm, bardzo dobre. - a mama Camelli i Erica uśmiechnęła się w podzięce.
Naprawdę mu smakowało.

Camellia
26 y/o
For good luck!
167 cm
zajmie się twoimi social mediami i asystuje reżyserom w Pinewood Studios
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przeprowadzka do obcego kraju była dla niej wyzwaniem. Język znała w stopniu podstawowym i największym zmartwieniem dziesięcioletniej Camelli było to, czy inne dzieci będą chciały się z nią bawić, skoro nie umiała się z nimi dogadać. Było jej ciężko, miała zawsze rodzeństwo, więc z jednej strony nie czuła się osamotniona, jednak ile można było bawić się z młodszymi braćmi? I nagle znalazł się taki jeden, który zaakceptował jej łamany angielski i to, że czasami mówiła w innym, dziwnym języku, licząc, że jakimś magicznym sposobem nagle ją zrozumie. To była przyjaźń, która rozwijała się przez lata, dzięki czemu nieco łatwiej było zaadaptować się do życia w Kanadzie, ale także nauczyć języka i nie tylko od tej formalnej strony. Dzięki temu ich matki złapały dobry kontakt, pani Walker wprowadziła panią Stones w osiedlowe życie, później do rady szkolnej i w końcu wymyślały różne szalone rzeczy jak metrowe skrzaty ogrodowe i świecące renifery na podjeździe zimą. Dostrzegały też więź między ich dziećmi i gdzieś po cichu sugerowały im swoją częstą obecność, w późniejszym czasie rzucając aluzję, które z perspektywy ich utraconego kontaktu, wydawały się według dziewczyny nieodpowiednie. Ile to razy słyszała, jaki Connor nie był wspaniały, że cudownie byłoby mieć zięcia, który był pomocny, zabawny i na dodatek przystojny (!!!).
Ciepło jego dłoni dodawało jej otuchy w tej całej rozmowie. Musieli przebrnąć przez pierwsze, może nawet niewygodne pytania, aby później już nie musieć wracać do tematu i wspólnie ciesząc się ich szczęściem. Camellia pokiwała lekko głową na potwierdzenie; nie mieli złych intencji, jakże by mogli, skoro obydwoje mieli bliskie relacje ze swoimi matkami i nie chcieliby ich zawieść. Właśnie swoją decyzją odciągnęli je od potencjalnego rozczarowania, gdyby to wielkie uczucie okazało się chwilowym zauroczeniem.
Nie rozmawiali o dzieciach i też nie czuła, aby to był właśnie ten czas w ich życiu. Stąd ta impulsywna odpowiedź i odwracając spojrzenie w kierunku Connora, wiedziała, że sam był zaskoczony i… no zdecydowanie jej tego nie odpuści. Uśmiechnęła się jedynie przepraszająco, bo nie chciała go nagle szokować, ale też nie było co oszukiwać, że w tym momencie była to po prostu najłatwiejsza odpowiedź.
— Ale możemy zacząć. Ogłosiliśmy, że jesteśmy razem. Koniec ogłoszenia. Jak się miewają twoje sprawy sercowe, bracie? — rzuciła, siłując się z młodszym na spojrzenie, walcząc o dominację w tej rozmowie. Mogła przysiąc, że wyczuwała coś i niemo próbowała zasugerować mu wzrokiem, że chyba czymś się z nią nie podzielił.
Kiwała głową jak Walker mówił swój monolog. Byli zalatani, czasami nie widzieli się dwa dni, a to było przecież bardzo długo i wtedy nawet zgranie się, aby zasnąć w jednym łóżku było cudem. Camellia gdzieś zabłądziła myślami, zastanawiając się, kiedy był odpowiedni czas, aby zamieszkać razem. A po chwili pani Stones rzuciła pytanie, które nieco ją zdziwiło — w końcu sama Cama podziwiała swojego chłopaka za tak odważną pracę; czy to pytanie ze strony jego matki świadczyło o tym, że nie do końca akceptuje wybór syna? Spojrzała kątem oka, widząc, jak wolną rękę zacisnął pod stołem, więc darowała sobie komentarze i dalsze drążenie tematu, skupiając się na jedzeniu i wymownej, dość gęstej ciszy, która zapanowała nad stołem. Słychać tylko było dźwięk sztućców uderzających o talerze, a przez całą napiętą sytuację, dziewczyna mało co mogła w siebie wmusić. — Przepyszne pierogi — rzuciła, żeby też dodatkowo udobruchać kobiety, po chwili wywiązała się rozmowa odnośnie zmian sąsiedzkich i konkursu na najlepsze, letnie rabaty przed domami, aż w końcu stwierdziła, że to dobra pora, aby uniknąć dalszych pytań i po prostu się stąd ewakuować.
— To w zasadzie niedługo szykuje nam się ślub! — temat powrócił nagle jak boomerang, w momencie kiedy Camellia piła sok pomarańczowy. Zakrztusiła się, czując napój nawet we własnym nosie, a przede wszystkim na swojej koszulce.
— Cholera — mruknęła pod nosem, a jej matka spojrzała na nią spod uniesiony brwi. — My pójdziemy do mnie do pokoju — rzuciła, wstając nagle z krzesła i chwytając Connora za rękę, posyłając mu błagające spojrzenie. Czuła się tak osaczona, że w tym momencie chciała się jak najszybciej ewakuować.
— Po co do pokoju? Posiedźcie jeszcze z nami, mamy całą listę pytań — odpowiedziały na odchodne, przez co dziewczyna poczuła jeszcze większą panikę, która spowodowała najgłupszą z możliwych odpowiedzi.
— Jak to po co? Dzieci robić. — Od razu pożałowała swoich słów, ale szybko pociągnęła za sobą Connora na korytarz, chwytając po drodze prezent, który rzucił jej się w oczy i w ciszy udali się do góry. Dopiero gdy drzwi do jej pokoju się zamknęły, Camellia głośno odetchnęła. — One są niereformowalne — jęknęła z rozpaczą, zerkając na swoją bluzkę. — I jeszcze ten cholerny sok — mruknęła, ściągając górną część garderoby, zostając w samym staniku i przerzucając na oparcie fotela stojącego przy toaletce. Podeszła do szafy, otwierając szafę i patrząc na jej wnętrze, z rozpaczą dochodząc do wniosku, że typowo, w jej rodzinnym domu zostały rzeczy, których nie nosiła już latami. — Lepsza bluzka z Bambi czy z napisem no more boys? — zaśmiała się, wyciągając dwie koszulki. Był to prawie że śmiech przez łzy, była naprawdę przebodźcowana dzisiejszym wieczorem.

connor
26 y/o
Welkom in Canada
180 cm
Ratownik medyczny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
911 what's your emergency?
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Mimo że mała Camellia mówiła łamanym angielskim, Connor koniec końców zazwyczaj potrafił zrozumieć, co chciała mu przekazać. Sam chętnie pomagał jej w nauce nowego języka i musiał przyznać, że był pod ogromnym wrażeniem jej postępów. Miał wrażenie, że z każdym kolejnym dniem mówiła odrobinę pewniej, rzadziej zawieszała się na słowach i coraz śmielej próbowała budować całe zdania. Zresztą nie tylko angielski szedł jej dobrze - tego, co pamiętał, równie sprawnie radziła sobie z innymi przedmiotami. Razem celebrowali sukcesy i wspierali się podczas upadków czy porażek, za co był Camellii naprawdę wdzięczny. Choć oczywiście, mógł liczyć na siostrę, rodziców i grono znajomych, to właśnie jej słowa i obecność działały na niego z potrójną siłą - jakby była silnym lekarstwem, które nie usuwało problemów, ale skutecznie koiło ból i dodawało energii do dalszej walki.
Doskonale pamiętał dzień, w którym jego mama wróciła do domu w towarzystwie nowej sąsiadki, z którą podobno złapały świetny kontakt podczas niewinnej rozmowy o kwiatach - a trzeba przyznać, że pani Walker potrafiła o swoim ogródku opowiadać godzinami. Wkładała w niego mnóstwo serca, cierpliwości i pracy, pielęgnując dziesiątki roślin, które z dumą prezentowała każdemu zainteresowanemu.
Od tamtej chwili ich znajomość rozkwitła błyskawicznie. Z czasem stały się niemal nierozłączne, a Connor niejednokrotnie wracał do domu i już od progu słyszał głosy dochodzące z kuchni lub salonu, oznaczające, że mama Camellii znów wpadła w odwiedziny. Innym razem sytuacja wyglądała odwrotnie i to jego mama spędzała popołudnie u sąsiadów.Po pewnym czasie przestał pytać, gdzie gdzie jest mama? Po prostu wiedział, że jeśli nie ma jej w domu, najprawdopodobniej siedzi kilka metrów dalej, z kubkiem lub kieliszkiem w ręku, rozmawiając na różne tematy - najcześciej, rzecz jasna, o dzieciach.
Tak, temat dzieci wkrótce na pewno zamierzał poruszyć sam Walker bo no… powinni skoro wkrótce prawdopodobnie razem zamieszkają. Oczywiście nie zamierzał rozmawiać o tym przy sępach w postaci ich matek, bo… już sobie nawet zaczął wyobrażać, jakby to wyglądało - te utkwione w nich pary oczu, nadstawione uszy, a potem atak wszelakimi komentarzami. Naah, to nasza decyzja i najpierw to my musimy o tym pogadać. powiedział w myślach do samego siebie. Zrobił wielkie oczy i zakrztusił się kimbapem, gdy usłyszał, że mogą zacząć staranie się o dziecko. Nic już nie rozumiał, ale wiedział jedno. Nie chciał zostać pokonanym przez tak dobre jedznie, dlatego zaczął kasłać i uderzać się w klatkę piersiową.
- Moje sprawy sercowe? Bardzo dobrze siostrzyczko. Moje serce wciąż bije. A ja…. - zawiesił na chwilę głos i Connora bardzo ciekawiło, co chciał powiedzieć. Najwyżej złapie go później na rozmowę we dwóch. Taki miał sprytny plan.
- Shereen wróciła do miasta. Spotkaliśmy się, pogadaliśmy… było miło. - dokończył, biorąc kilka łyków piwa, a Pani Stones uważnie obserwowała syna.
- Skoro przyjechała, to przyjedźcie razem do mnie na obiad. -
- Powiem jej i dam Ci znać, bo no… ma dużo pracy. -
- Rozumiem. Pozdrów ją ode mnie. - w odpowiedzi Eric skinął głową, dając znać iż zamierza pozdrowić swoją przyjaciółkę. A chwilę później spojrzał na Camellię wzrokiem typu: zadowolona?
A potem nastała cisza po wymianie zdań Connora z własną mamą - została ona przerwana przez Camellię, której posłał ciepły uśmiech. Nagle rozmowy zaczęły dotyczyć przeróżnych tematów i Walker poczuł pewnego rodzaju ulgę, mając nadzieję, że jego mama nie wpadnie na pomysł, by zadać jakieś głupie pytanie. No ale po luźnych tematach znowu któraś z pań postanowiła rzucić DOŚĆ GŁOŚNO swoje trzy grosze, choć Connor bardziej zareagował na zakrztuszenie swojej dziewczyny, którą zaczął lekko klepać po plecach.
- Tak, radziłbym zacząć odkładać co nieco, bo kto wie, u kogo on będzie pierwszy. - rzucił Connor, nie zdradzając nic więcej, a mając na myśli także pozostałych dwóch Stonesów oraz… JEGO SIOSTRĘ, która właśnie siedziała u swojego chłopaka i podobno oglądali film.
- Ogłaszam… przerwę na reklamy. Do pozostałych pytań wrócimy.. kiedyś. Dziękujemy za uwagę. - padło z jego ust, nim zaczął iść z Camellią do jej pokoju. Zatrzymał się i aż chrząknał głośno bo…
- Dzieci robić? - powtórzył, zadając pytanie - absolutnie nie spodziewając się CZEGOŚ TAKIEGO. Idąc do jej pokoju, cały czas szumiały mu w głowie te dwa wypowiedziane przez Stones słowa…
- Tak to prawda. Wciąż potrafią nieźle zaskoczyć. - stwierdził nagle, siadając na łóżku.
- Chyba następnym razem przyjdziemy w śliniakach, co o tym myślisz? - spytał, pół żartem, pół serio, bo… z jednej strony naprawdę mógłby przyjść z takim dodatkiem, a z drugiej… ich matki pewnie by pomyślały, że chcą ogłosić COŚ MIŁEGO. Bo dorośli raczej nie zakładali śliniaków. Oczywiście gdy zdjęła koszulkę, nie omieszkał zatrzymać spojrzenia na biuście Camellii odrobinę dłużej, niż zapewne wypadało. … Nagle wstał i umieścił dłonie na jej talii.
- No more boys, bo teraz masz swojego mena… - powiedział, zabawnie poruszając brwiami. - aczkolwiek w tej z Bambi wyglądałabyś mega uroczo. - odparł zgodnie ze swoim przemyśleniem, a następnie złożył na ustach Melci czuły pocałunek. Oczywiście zdawał sobie doskonale sprawę z tego gdzie byli ale no... miał nadzieję, że nikt nie wpadnie na genialny pomysł by zweryfikować, czy faktycznie
ROBIĄ DZIECI.

no more boys
ODPOWIEDZ

Wróć do „#5”