Nie miał pojęcia, jak miałby sprawdzić się w roli ojca – podejrzenia nie prezentowały się jednak zbyt kolorowo – ale skoro w tej chwili
jednak nie musiał się tym w żaden sposób przejmować, to… faktycznie nie zamierzał tego robić. Kreska była jedna, nie mieli na głowie żadnego
problemu i skoro tak, to nie było sensu snuć jakichkolwiek wizji na temat ewentualnego rodzicielstwa. Ani tych nadmiernie optymistycznych, ani tym bardziej tych mających nieco więcej wspólnego z realizmem, które przy okazji nie jawiły się najlepiej. Nawet jeśli bardzo chciałoby się w nich uwzględnić te przejawy jego
troskliwości, które mogłyby przychodzić jej na myśl. W końcu… te chyba całkiem skutecznie równoważone były przez nieco częstsze przejawy kompletnego braku odpowiedzialności. A to niekoniecznie byłoby coś, czego mógłby tak po prostu się oduczyć – nawet mając na to tych kilka miesięcy…
–
Ej, przecież nie zawsze… – zaprzeczać na jej przytyk zaczął chyba całkiem odruchowo, mniej więcej w połowie zdania orientując się, że ostatnie spotkanie z przyjacielem, jakie mógłby przywołać w pamięci, a któremu nie towarzyszył alkohol, miało miejsce… dość dawno temu. Mniej więcej tych kilkanaście lat temu, kiedy obydwaj mogliby mieć raczej spory problem, by dostać w swoje ręce jakikolwiek alkohol i kiedy zgodnie musieliby uznać, że ten smakował po prostu
ohydnie, gdyby już jakiś się trafił. Za to w tej mniej odległej przeszłości faktycznie trudno byłoby przywołać choćby jedno spotkanie, podczas którego przynajmniej jeden z nich nie byłby pod wpływem. I najczęściej chyba w tym rankingu wygrywał Dante – choćby przez wszystkie te sytuacje, kiedy to Eric wplątywany był w mniej lub bardziej dobrowolne usługi taksówkarskie… –
Dobra, jednak nieważne…
Musiał więc ostatecznie skapitulować, podsumowując to dodatkowo krótkim śmiechem. I zdecydowanie nie planując zdobywać się na jakieś – trudne do spełnienia – deklaracje, że rzeczywiście od tej pory miałby spotykać się ze Stonesem na trzeźwo. W końcu… i tak bez sensu byłoby obiecywać coś, co nie miałoby najmniejszych szans na powodzenie. Tym bardziej biorąc pod uwagę tę niedawną wymianę wiadomości z przyjacielem, która prawdopodobnie już teraz mogłaby oznaczać złamanie ewentualnej obietnicy w ciągu zaledwie kilku godzin. Póki co jednak, nawet jeśli poniekąd temat został przez nią przywołany, nie widział najwyraźniej konieczności, by informować ją o tych planach…
Bez protestu –
jak zawsze… – objął ją za to, kiedy przytuliła się do niego. Nikomu niepotrzebny już test spoczywał dokładnie tam, gdzie było jego miejsce – w koszu na śmieci, jedzenie prawdopodobnie mogło jeszcze trochę zaczekać, a jej niespodziewana propozycja
wspólnego wylotu do Włoch… no właśnie, była
niespodziewana. A jednak pod początkowym zaskoczeniem wymalowanym na jego twarzy, z pewnością nie kryło się nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób sugerować jej, że ten pomysł mógłby się mu nie spodobać. Albo, że miał jakiekolwiek inne
plany, które miałyby okazać się lepsze od wspólnego spędzenia czasu w trakcie wyjazdu. Nawet jeśli ona akurat większość tego czasu miałaby poświęcić pracy i jeśli tego spędzanego wspólnie miałoby być w związku z tym stosunkowo niewiele.
W Toronto przecież i tak wciąż nie trzymało go w zasadzie nic. Aktualnie – poza nią. A skoro akurat ona miałaby być przez tych kilka tygodni na innym kontynencie…
–
Jasne, że z tobą polecę – uśmiechnął się, raczej nie musząc zbyt długo rozważać ewentualnych
za i
przeciw. Czyli… chyba jak zwykle podczas podejmowania jakichkolwiek decyzji… –
Zwłaszcza, że jakoś nie wierzę, żeby akurat pogoda miała ci przeszkodzić w tych spacerach… A przecież nie dam ci moknąć samej. No i bardzo chętnie posłucham na żywo o twoim bolącym mózgu.
O ile już w jego słowach można było bez większego wysiłku wychwycić tę nieco rozbawioną nutę, to oczywiście, że po kolejnych jej słowach nie mógłby po prostu nie roześmiać się szczerze. Fakt, prawdopodobnie powinno być mu przynajmniej trochę
głupio za te nieszczęsne magnesy, o których zdążył najpewniej zapomnieć naprawdę dawno temu. W dodatku może i potrzebował krótkiej chwili, by dotarło do niego, do czego tak właściwie nawiązywała, ale… wciąż nie zmieniało to tego, że ten – całkiem zresztą trafny – przytyk mógł go dość skutecznie rozbawić. No i…
–
Prawie na pewno miałem gdzieś dla ciebie magnes z Vancouver. I… skądś jeszcze, nie mam pojęcia skąd – zaśmiał się, chwilę wcześniej cmokając ją krótko w usta. –
Ale też prawie na pewno nie było żadnego z Montrealu, to może jeszcze kiedyś nadrobię.
Bo w Montrealu ostatecznie nigdy nie wylądował – a przynajmniej nie na dość długo, by przejmować się jakimikolwiek zakupami. A o ile nie zawodziła go pamięć, to rzeczywiście miało być jedyne sprecyzowane miasto, do którego
miał się wybrać i z którego Elsa zamówiła sobie ten nieszczęsny magnes jeszcze przed jego wyjazdem. W każdym razie… faktycznie był
prawie pewien, że wciąż gdzieś mógłby mieć te, które zdążył dla niej kupić, a które ostatnich parę lat spędziły nie wiadomo gdzie i być może miały nawet szansę zawieruszyć się wśród bagaży przewożonych do Toronto.
–
Els, twoje autorskie tosty dalej śnią mi się po nocach. Nie musisz mi o nich przypominać… – ponownie parsknął krótkim śmiechem, zdejmując jedną rękę z jej talii, by sięgnąć po przyniesioną wcześniej torbę z jedzeniem. –
No i mam nadzieję, że burger z trawy okaże się jednak lepszy. Nie żeby poprzeczka była jakoś szczególnie wysoko…
Wciąż najwyraźniej nie mając ochoty puszczać jej zupełnie i nadal starając się operować jedną ręką, wydobył z torby oba zawiniątka, ostatecznie podając jej to, na którym nalepka rzeczywiście informowała o tym, że zawartość powinna składać się ze wspomnianej trawy. Albo liści. W każdym razie… spełniać kryteria Elsy i nie zawierać w sobie żadnych odzwierzęcych składników.
–
I też cię kocham – dodał jeszcze, wciąż z lekkim uśmiechem na twarzy. Bo w końcu odpowiedź na jej wyznanie mogła być przecież tylko jedna, w dodatku dość oczywista. Choć najwyraźniej nie sprawiało to wcale, że nie warto byłoby wypowiadać jej na głos.
Elsa Eriksen