Słowa babci zostały z nim aż do następnego poranka. Miała rację. Nie powinien przejmować się gorszym dniem, bo takie po prostu się zdarzały. Nawet jeśli odnosił wrażenie, że świat się właśnie walił, bo pierwszy raz od kilku miesięcy dostał telefon z więzienia — oczywiście od ojca. Wprawiło go to w osłupienie i przypieczętowało kilka następnych dni, w których chodził, jak struty. Relacja Raina z ojcem była toksyczna. Nie, to za mało powiedziane. Ojciec przyczynił się do rozpadu rodziny i zabójstwa jego matki oraz Chase’a. Zrozumiał to po czasie. Musiał przekonać się na własnej skórze, jaki jest ojciec, żeby spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Chase nie szukał kontaktu z ojcem. Rain dla swojego dobra, także nie powinien tego robić. Ostatnia rozmowa w cztery oczy z tym człowiekiem zakończyła się totalnym załamaniem Raina. On był daleko, owszem. Siedział w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Atlancie i miał tam spędzić dożywocie. Próbował złożyć apelację o przedwczesne zwolnienie, podkreślając w niej poprawne zachowanie, lecz przestępstwo, przez które trafił za kratki, niosło za sobą ciężki balast. Odebranie życia drugiej osobie było czynem zabronionym. Myśl o ojcu wywoływała w nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuł rozgoryczenie, z drugiej ciekawość — niechęć do tego mężczyzny pozostała niezmienna. Właściwie to nawet nie powinien nazywać go swoim ojcem. Był kimś obcym, potworem, z którym musiał dzielić dom przez piętnaście lat swojego życia. To był szmat czasu. Nie chciał myśleć o kimś, kto bez zawahania znaczył skórę własnego dziecka śladami po papierosach i spuszczał mu wpierdol za to, że w ogóle miał czelność się odezwać. Najgorsze było to, że Rain rzadko obrywał — Chase stawał w jego obronie i to jemu ojciec odbierał najwięcej. Dzieciństwo. Zaufanie. Radość z życia. Zakopywał pewność siebie i powtarzał, że jest bezużyteczny — że obydwoje są. To uczucie, wspomnienia, które nawracały i roztrzęsienie po odłożeniu telefonu, spieprzyły mu cały tydzień.
W końcu się zirytował.
Uznał, że nie może dłużej siedzieć w domu i napisał do Felixa.
Carlson był od niego starszy, co nieszczególnie przeszkadzało Rainowi. Felix był uroczym chłopakiem, o przyjemne dla oka aparycji i przyciągającej osobowości. Chandler przyjechał do Toronto zaledwie kilka miesięcy temu i przed poznaniem Felixa nie potrafił się za bardzo odnaleźć w tym miejscu; owszem, Kimberly także tu mieszkała, ale w męskim towarzystwie Rainowi było łatwiej. Zdarzało się, iż posyłał w stronę Felixa niepewne spojrzenia, pozbawione tej typowo przyjacielskiej iskry — były bardziej czułe. Dla Chandlera nie było zaskoczeniem, że podobali mu się również mężczyźni. Przed poznaniem Syd to nawet na nich zwracał bardziej uwagę. Po odpowiedzi, którą dostał od Felixa, spakował swojego laptopa do plecaka i wyszedł z domu, przednio informując babcie, dokąd się wybiera. Nie chciał, żeby się martwiła.
Pogoda za oknem rozpieszczała — słońce przebijało przez ciemne chmury i zdaniem Raina nie było zbyt gorąco, czyli temperatura w jego odczuciu, była idealna. Mógł wybrać się na spacer do przystanku autobusowego oddalonego nieco dalej, niż ten, na który chodził zazwyczaj. Głowę miał spuszczoną, a gdy szedł, wpatrywał się intensywnie w czubki ciemnych conversów i czerwone, kontrastujące z czernią sznurówki. Przysłonił głową kaptur. Chciał odciąć się od świata zewnętrznego. Świadomość, że co krok ktoś na niego zerkał, wprawiała go w dyskomfort — wolał być niewidzialny dla innych. Gdyby miał możliwość, zapadłby się pod ziemię, albo uczynił się przezroczystym. Społeczeństwo go przytłaczało. Przebywanie przez dłuższy czas w większej grupie sprawiało, że jego myśli przeszywał klaustrofobiczny lęk, a serce oraz gardło, zaciskały się, jakby ktoś próbował zniekształcić je przy pomocy zgniatarki lub ciężkiego kowadła i młota. Zniknięcie wydawało mu się idealną opcją. Żałował, że tutaj był. Że przechodził codziennie przez tą ulicę, że oddychał tym powietrzem — i wiedział, że czułby się w ten sposób w każdym innym miejscu na świecie, bo nie potrafił się nigdzie odnaleźć. Ten sam autobus, tylko inny przystanek. Powietrze wewnątrz czterokołowca pozostawiało wiele do życzenia; wydawało mu się gęste i rozgrzane. Złapanie oddechu w tych warunkach było niemałym wyzwaniem. Odetchnął, dopiero gdy wysiadł z autobusu i powolnym krokiem ruszył w stronę miejsca zamieszkania Felixa.
W słuchawkach leciała głośna muzyka — wokalista Bad Omens w emocjonalny sposób opowiadał o poczuciu pustki i alienacji, poprawiając Rainowi nieco nastrój. Dzięki tekstom tych piosenek wiedział, że nie tylko jemu wadziły fobie oraz życie. Ten zespół dla niego wsparciem od kilku długich lat i zajmował w jego sercu szczególne miejsce. Niebo wciąż przykrywały poszarzałe chmury, promienie słońca wciąż przez nie przebijały i nie zbierało się na deszcz. Przed wejściem do mieszkania złapał kilka wdechów.
Zapukał.
Poczekał.
Wszedł, gdy kumpel go wpuścił i zamknął za sobą drzwi.
Zsunął kaptur z głowy, przeczesując palcami włosy, wyłączył muzykę, wyciągnął słuchawki z uszu.
Wszedł głębiej, witając się z Felixem i powoli wyciągnął laptopa z plecaka.
— Fajnie, że jesteś dzisiaj w domu. Myślałem, że mnie popierdoli — poinformował, zaciągając się zapachem domu, który pachniał to cholernie inaczej niż ten, w którym sam mieszkał.
W końcu udało mu się wyrwać z tego przytłaczającego miejsca.
W końcu nie był u siebie.