ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

04.

Error 503: Service Unavailable


Kiepskie dni się zdarzają, Rain. Przecież o tym wiesz, już to przerabiałeś. Kilkakrotnie podczas rozmowy z bratem. W gabinecie szkolnego psychologa. Na terapii też wielokrotnie poruszano ten temat. Czego nie potrafisz zrozumieć? Kilka dni gorszego nastroju to nic takiego. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten nastrój nie opuszcza cię przez kilka miesięcy. Zaufaj mi, te kilka beznadziejnych dni, nawet jeśli wydają się najgorsze, nie powinny sprzyjać twoim myślom samobójczym. Masz prawo do gorszego samopoczucia, bo jesteś człowiekiem. Zajmij się sobą, porób coś, co sprawia ci przyjemność i po prostu przetrwaj. Serio, te gorsze dni niebawem miną.


Słowa babci zostały z nim aż do następnego poranka. Miała rację. Nie powinien przejmować się gorszym dniem, bo takie po prostu się zdarzały. Nawet jeśli odnosił wrażenie, że świat się właśnie walił, bo pierwszy raz od kilku miesięcy dostał telefon z więzienia — oczywiście od ojca. Wprawiło go to w osłupienie i przypieczętowało kilka następnych dni, w których chodził, jak struty. Relacja Raina z ojcem była toksyczna. Nie, to za mało powiedziane. Ojciec przyczynił się do rozpadu rodziny i zabójstwa jego matki oraz Chase’a. Zrozumiał to po czasie. Musiał przekonać się na własnej skórze, jaki jest ojciec, żeby spojrzeć na sytuację z innej perspektywy. Chase nie szukał kontaktu z ojcem. Rain dla swojego dobra, także nie powinien tego robić. Ostatnia rozmowa w cztery oczy z tym człowiekiem zakończyła się totalnym załamaniem Raina. On był daleko, owszem. Siedział w więzieniu o zaostrzonym rygorze w Atlancie i miał tam spędzić dożywocie. Próbował złożyć apelację o przedwczesne zwolnienie, podkreślając w niej poprawne zachowanie, lecz przestępstwo, przez które trafił za kratki, niosło za sobą ciężki balast. Odebranie życia drugiej osobie było czynem zabronionym. Myśl o ojcu wywoływała w nim sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuł rozgoryczenie, z drugiej ciekawość — niechęć do tego mężczyzny pozostała niezmienna. Właściwie to nawet nie powinien nazywać go swoim ojcem. Był kimś obcym, potworem, z którym musiał dzielić dom przez piętnaście lat swojego życia. To był szmat czasu. Nie chciał myśleć o kimś, kto bez zawahania znaczył skórę własnego dziecka śladami po papierosach i spuszczał mu wpierdol za to, że w ogóle miał czelność się odezwać. Najgorsze było to, że Rain rzadko obrywał — Chase stawał w jego obronie i to jemu ojciec odbierał najwięcej. Dzieciństwo. Zaufanie. Radość z życia. Zakopywał pewność siebie i powtarzał, że jest bezużyteczny — że obydwoje są. To uczucie, wspomnienia, które nawracały i roztrzęsienie po odłożeniu telefonu, spieprzyły mu cały tydzień.

W końcu się zirytował.
Uznał, że nie może dłużej siedzieć w domu i napisał do Felixa.
Carlson był od niego starszy, co nieszczególnie przeszkadzało Rainowi. Felix był uroczym chłopakiem, o przyjemne dla oka aparycji i przyciągającej osobowości. Chandler przyjechał do Toronto zaledwie kilka miesięcy temu i przed poznaniem Felixa nie potrafił się za bardzo odnaleźć w tym miejscu; owszem, Kimberly także tu mieszkała, ale w męskim towarzystwie Rainowi było łatwiej. Zdarzało się, iż posyłał w stronę Felixa niepewne spojrzenia, pozbawione tej typowo przyjacielskiej iskry — były bardziej czułe. Dla Chandlera nie było zaskoczeniem, że podobali mu się również mężczyźni. Przed poznaniem Syd to nawet na nich zwracał bardziej uwagę. Po odpowiedzi, którą dostał od Felixa, spakował swojego laptopa do plecaka i wyszedł z domu, przednio informując babcie, dokąd się wybiera. Nie chciał, żeby się martwiła.
Pogoda za oknem rozpieszczała — słońce przebijało przez ciemne chmury i zdaniem Raina nie było zbyt gorąco, czyli temperatura w jego odczuciu, była idealna. Mógł wybrać się na spacer do przystanku autobusowego oddalonego nieco dalej, niż ten, na który chodził zazwyczaj. Głowę miał spuszczoną, a gdy szedł, wpatrywał się intensywnie w czubki ciemnych conversów i czerwone, kontrastujące z czernią sznurówki. Przysłonił głową kaptur. Chciał odciąć się od świata zewnętrznego. Świadomość, że co krok ktoś na niego zerkał, wprawiała go w dyskomfort — wolał być niewidzialny dla innych. Gdyby miał możliwość, zapadłby się pod ziemię, albo uczynił się przezroczystym. Społeczeństwo go przytłaczało. Przebywanie przez dłuższy czas w większej grupie sprawiało, że jego myśli przeszywał klaustrofobiczny lęk, a serce oraz gardło, zaciskały się, jakby ktoś próbował zniekształcić je przy pomocy zgniatarki lub ciężkiego kowadła i młota. Zniknięcie wydawało mu się idealną opcją. Żałował, że tutaj był. Że przechodził codziennie przez tą ulicę, że oddychał tym powietrzem — i wiedział, że czułby się w ten sposób w każdym innym miejscu na świecie, bo nie potrafił się nigdzie odnaleźć. Ten sam autobus, tylko inny przystanek. Powietrze wewnątrz czterokołowca pozostawiało wiele do życzenia; wydawało mu się gęste i rozgrzane. Złapanie oddechu w tych warunkach było niemałym wyzwaniem. Odetchnął, dopiero gdy wysiadł z autobusu i powolnym krokiem ruszył w stronę miejsca zamieszkania Felixa.

W słuchawkach leciała głośna muzyka — wokalista Bad Omens w emocjonalny sposób opowiadał o poczuciu pustki i alienacji, poprawiając Rainowi nieco nastrój. Dzięki tekstom tych piosenek wiedział, że nie tylko jemu wadziły fobie oraz życie. Ten zespół dla niego wsparciem od kilku długich lat i zajmował w jego sercu szczególne miejsce. Niebo wciąż przykrywały poszarzałe chmury, promienie słońca wciąż przez nie przebijały i nie zbierało się na deszcz. Przed wejściem do mieszkania złapał kilka wdechów.

Zapukał.
Poczekał.
Wszedł, gdy kumpel go wpuścił i zamknął za sobą drzwi.
Zsunął kaptur z głowy, przeczesując palcami włosy, wyłączył muzykę, wyciągnął słuchawki z uszu.
Wszedł głębiej, witając się z Felixem i powoli wyciągnął laptopa z plecaka.
— Fajnie, że jesteś dzisiaj w domu. Myślałem, że mnie popierdoli — poinformował, zaciągając się zapachem domu, który pachniał to cholernie inaczej niż ten, w którym sam mieszkał.
W końcu udało mu się wyrwać z tego przytłaczającego miejsca.
W końcu nie był u siebie.

Felix Carlson
Donmachler
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Każdy miał gorszy dzień. Człowiek zasługiwał, by pocierpieć trochę w samotności; dać się owładnąć bezgranicznemu smutkowi, by później docenić szczęśliwsze chwile z jeszcze większą intensywnością. Felix to akceptował i sam miewał okres, kiedy nie do końca był sobą. Wspomnienia wracały, nie do końca uleczony ból sprawiał, że w najmniej oczekiwanym momencie serce bolało jeszcze bardziej. Wiedział, że to nie minie, niezależnie od tego, jak bardzo by się starał zagłuszyć żal i poczucie winy. Musiał z nim żyć i godzić się każdego poranka, kiedy wstawał, udając się do pracy. Przypominały zdjęcia, przypominały pamiątki. Nie umiał się ich pozbyć i nie chciał. Były dla niego ważne, chociaż tak bolesne, dostarczając mu odpowiednią ilość bodźca, który nie pozwalał mu zapomnieć o Brianie. Odcisnął swoje piętno na słabym sercu programisty i niekiedy odnosił wrażenie, że ten organ bił tylko dla pamięci o dawnym przyjacielu. Ktoś musiał żyć za nich oboje, doświadczając przygód zaplanowanych przez wszechświat.
Tamtego pamiętnego dnia złożył obietnicę nad grobem i miał zamiar za wszelką cenę jej dotrzymać. Dla tej myśli łykał tabletki, przy których utrzymanie systematyczności wymagało sporego pokładu energii i aktywnych szarych komórek.
Ze względu na własne doświadczenia dobrze rozumiał położenie innych. Był empatyczny i nie przechodził obok ludzi, którzy potrzebowali pomocy i wsparcia. Tym bardziej, jeśli byli to jego przyjaciele. Był skłonny poświęcić naprawdę wiele, uruchamiając przy okazji pokłady wesołości, które się w nim znajdowały. Znacznie bardziej od łez i smutnego wyrazu twarzy wolał uśmiech rozjaśniający piękne oblicza. Kiepski żart, jakiś wygłup. Cokolwiek tylko mogło rozpromienić zmarnowanego rozmówcę.
Kiedy więc dostał wiadomość od Raina, mimowolnie wyczuł, że chłopak potrzebuje odpowiedniego towarzystwa, chcąc w ten sposób odgrodzić się od nieprzyjemnych myśli.
Nie znali się szczególnie długo, ale Carlson go lubił. Coś w nim przypominało mu dawnego przyjaciela.. Nie byli identyczni, nikt nie mógł być taki jak Brian, ale posiadał ten rodzaj aury, który pchał analityka do młodziaka. Pojawiła się cienka nitka, która kazała mu zostać przy Chandlerze, wspierając go w każdej chwili. Nie chciał stracić nikogo więcej.
Propozycja wspólnego grania spotkała się z entuzjazmem, dlatego zanim chłopak pojawił się u niego w mieszkaniu, skoczył na szybciora do sklepu, zapewniając im odpowiednie przekąski. Wszak nie mógł pozwolić, by tak szczególny gość siedział o pustym żołądku. Nie wiedział jeszcze dokładnie, jakie preferencje pod względem jedzenia ma Rain, dlatego zadbał o niemal wszystkie możliwe kombinacje - od słodkich po słone. W coś trafić musiał!
Ciche pukanie, w tej dzielnicy jakby nie na miejscu, bo zazwyczaj ktoś ostro łomotał do drzwi, wywołało na jego ustach szeroki uśmiech. Naprawdę cieszył się na tych kilka, a może kilkanaście godzin wspólnego grania, rozmawiania i jedzenia. Może uda im się nawet obejrzeć jakiś film z założeniem, że nie zaśnie.
-Hej. Możesz być pewien, że dla ciebie zawsze znajdę czas. Gdybym był w pracy byłoby ciężej, ale w razie konieczności mam jeszcze sporo zaległego urlopu - stwierdził. Był skory do poświęceń, a i tak nie zapowiadało się, by miał polecieć gdzieś na dłużej. Kusiło, ale dwie włochate kulki, które miał pod opieką, skutecznie mu to uniemożliwiały.
-Kupiłem nową herbatę. Rooibos z kwiatami róży. Dziwaczne, ale może smaczne, zobaczymy. Ewentualnie kawę. Mam syropy. Co chcesz? - zerknął na niego, wskazując przy okazji miejsca na stole, które przyszykowało na jego stanowisko gejmerskie.

Rain Chandler
21 y/o
For good luck!
185 cm
student, sprzedawca uniwersytet toronto, cukiernia
Awatar użytkownika
W deszczu zawsze jest coś, co przypomina nam o tym, jak kruche jest życie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Potrzeba towarzystwa była czymś, czego nie potrafił zrozumieć. Przypominała trudny do zapamiętania wzór matematyczny z kilkoma niewiadomymi, których rozszyfrowanie zajmowało zdecydowanie zbyt dużo czasu. Rain najlepiej czuł się w samotności — nie był fanem przebywania wśród ludzi i nigdy szczególnie tego nie ukrywał. Nie wszyscy jednak przeszkadzali mu w równym stopniu. Z obecnością niektórych radził sobie znacznie lepiej niż choćby z obecnością sąsiada. Przyjazd do Toronto miał odegrać ważną rolę w jego życiu i najwyraźniej właśnie ją odgrywał. W wirze obowiązków zabrakło mu czasu na roztrząsanie porażek. Dni Chandlera mijały w jednostajnym rytmie, tylko od czasu do czasu trafiał się gorszy niż zwykle dzień. Starał się z tym walczyć, bo doskonale wiedział, jak duże znaczenie ma podejście do codzienności. Najwyraźniej sama wiedza nie wystarczała. Potrafił wiele powiedzieć o podobnych problemach, ale wykorzystanie tej wiedzy w praktyce — kiedy chodziło o niego samego — okazywało się wyjątkowo trudne.
Snuł się po domu niczym cień, po prostu był. I coraz częściej miał ochotę zniknąć.
Mieszkanie Felixa nadawało się do tego idealnie. Nie musiał przejmować się niechcianym towarzystwem starszej kobiety ani brata. Byli tylko oni, komputery i plany, żeby zrobić z nich użytek. Wcześniej, gdzieś pomiędzy wiadomościami, zapytał, czy powinien coś zabrać albo kupić po drodze. Podobno nie było takiej potrzeby. Był jednak niemal przekonany, że ta pojawi się nagle i ostatecznie i tak skończą w sklepie.
O ile wcześniej nie zrobi tego Felix.
— To ile masz tego zaległego urlopu? Tak z tydzień, żeby wybyć w góry i odciąć się od świata, dałbyś radę ogarnąć? — jeśli tak, wystarczyłoby znaleźć odpowiednie miejsce, załatwić nocleg, opłacić go z góry i wyjechać. Wyjazdy były dobrym pomysłem. Przynajmniej tak mówili ludzie. Myśl o górach pojawiła się nagle, rzucona gdzieś mimochodem, ale z każdą kolejną sekundą nabierała kształtów. To, co jeszcze chwilę temu było luźnym pomysłem, zaczynało wyglądać jak godny zrealizowania plan.
— Z kwiatami róży? Brzmi romantycznie — zażartował, rozkładając laptopa na przygotowanym przez Felixa stoliczku. Wyciągnął z plecaka sprzęt, podstawiając pod niego podkładkę chłodzącą. Oparł się dłońmi o blat, podczas uruchamiania laptopa i wpisywania hasła. — Ale tak, napije się tej herbaty. Brzmi ciekawie — przyznał, przysiadając w rozkroku na kanapie i wyciągnął z kieszeni telefon. Po wpisaniu w wyszukiwarkę nazwy herbaty wyskoczył mu pełen skład, który zapowiadał się faktycznie nieźle. Czytając na głos, zaczął je powoli wymieniać: drobny rooibos przeplata się z kolorowymi płatkami róży i słonecznika oraz kawałkami suszonego jabłka. Zupełnie nie znał się na herbatach, ale po przeczytaniu brzmiało całkiem legit.
— Mam taki zjazd ostatnio… Stary do mnie z więzienia dzwonił — przesunął palcami po włosach, zerkając z niepokojem w stronę Felixa. Odwlekał trochę z tematem, jakby nie chciał zrzucać na ciemnowłosego ciężkiej bomby. Czuł jednak wewnętrzną potrzebę podzielenia się tą wiadomością z Felixem. Zrobiło mu się nieco lżej na duchu, gdy to powiedział. Nie chciał trzymać w sobie dłużej poczucia rozgoryczenia. Przemilczał sprawę i nie powiedział nic babci ani starszemu bratu, bo nie chciał ich niepotrzebnie niepokoić. Wolał sam załatwić sprawę, głównie poprzez rozmowę z drugą osobą — bo z ojcem nie zamierzał dyskutować.


Felix Carlson
Donmachler
Nie lubię postów napisanych przez AI. Czytania w myślach mojej postaci i oczywiście klasyczek największy: utożsamiania postaci z autorem. To dwa oddzielne byty :/
26 y/o
For good luck!
190 cm
Analityk kryminalistyczny w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Obecność Raina było mu na rękę za każdym razem, kiedy mieli okazję się zobaczyć. Niezależnie od tego, w jakim momencie młodszy chłopak do niego napisał, Felix był. Tak po prostu. Albo się starał. Kiedy był w pracy dawał mu znać, że będzie dostępny jak skończy. Był w stanie odwołać inne plany, chcąc pomóc koledze. Polubił go niemal natychmiast, gdy tylko okazało się, że wspólne granie wychodzi im całkiem dobrze. Od słowa do słowa, od rozgrywki do rozgrywki i udało im się spotkać w rzeczywistości, co było dość odosobnionym przypadkiem. Zazwyczaj, kiedy Felix poznawał kogoś w wirtualnym świecie, znajomość ta właśnie tam pozostawała, jakby z obawy, że w realnym życiu nie zostaną spełnione odpowiednie oczekiwania i magia pryśnie. Tak było łatwiej; przynajmniej nie istniało prawdopodobieństwo, że szara ikona offline już więcej się nie zaświeci.
Uśmiechnął się do niższego o zaledwie kilka centymetrów młodzieńca. Tak, zdecydowanie byłoby mu przykro, gdyby okazało się, że tu po pierwszym spotkaniu Rain uznałby, że Carlson nie jest wart jego uwagi. Przywiązał się do niego w pewien sposób, chociaż wielokrotnie obiecywał sobie, że nigdy więcej nie powtórzy tego błędu. Najwidoczniej jakaś komenda w programie została źle zapisana i Felixa poniosło.
-Sam nie wiem, całkiem dużo. Ostatnio nie bardzo miałem okazję gdzieś pojechać - odpowiedział, drapiąc się po głowie z zastanowieniem. Kiedy był na dłuższych wakacjach? Kiedy w ogóle wyjechał ostatnim razem z Toronto, głównie biorąc wolne, gdy potrzebował udać się do lekarza. A i to ostatnio udało mu się całkiem dobrze zaniedbać. - Z tydzień na pewno, jak nie więcej - odpowiedział.
Zmarkotniał na kilka chwil po usłyszeniu słowa góry. Uwielbiał je. Kiedyś były jego życiem, a zdobywanie szczytów dostarczało odpowiednich przeżyć dzielonych z kimś ważnym. Zamienił to jednak na świat wirtualny obawiając się powrotu do rzeczywistych wzniesień i wspomnień, które nawiedzałyby go przy każdym kroku stawianym na górskiej ścieżce.
-Można pomyśleć - zaraz przywołała na ustach uśmiech. Nie czas było na rozpamiętywanie poczucia winy, które go przepełniało, odzywając się zawsze wtedy, kiedy nie chciał. Nie życzył sobie jego obecności, chciał miło spędzić czas z Rainem.
Czy to było fair wobec Briana?
-Dla ciebie wszystko, co najlepsze. Mam jeszcze czekoladki, dla dopełnienia romantycznej scenerii - skomentował, dłonią wolno masując kark, jakby chcąc ukryć, zaraz, czyżby zakłopotanie? Z jakiegoś powodu połączenie słowa “romantycznie” z obecnością kumpla doprowadziło jego serce do wysłania sprzecznych informacji, których umysł do końca nie umiał przetworzyć.
-Świetnie, to już idę zrobić! - rzucił ochoczo, przyłapując się na tym, że zbyt uważnie śledził każdy ruch chłopaka, kiedy ten przygotowywał stanowisko do gry.
Niebywałe.
Chwilę później przyniósł dwa kubki herbaty, stawiając je na stoliku w bezpiecznej odległości od komputera.
-Dzwonił z więzienia? Po co? Nie powinien się z tobą kontaktować - lekko zmarszczył brwi, niepocieszony. Teraz wiedział, co było powodem słabej kondycji chłopaka. Gdyby on miał spotkać się z kimś, kogo nie chciał znać, zapewne rozniósłby połowę pomieszczenia. - Czego chciał? Chyba nie prosić o widzenie? - Usiadł naprzeciwko niego po turecku bo mu się nogi nigdzie nie mieściły. W geście dodania otuchy przesunął w stronę chłopaka talerzyk z czekoladowymi pierniczkami.

Rain Chandler
ODPOWIEDZ

Wróć do „#709”