-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Prężyła się, stawała na palcach, próbowała nawet balansować na krawędzi dolnej półki, ale wszystko na nic. Brakowało jej dobrych dziesięciu centymetrów, więc w duchu klnęła na geny, które najwyraźniej postanowiły przypomnieć jej, że wdała się w karłowatą matkę zamiast w wysokiego ojca.
W końcu sięgnęła po dwa dezodoranty i ostrożnie ustawiła je obok siebie. Zerknęła dookoła, czy nikt nie patrzył, po czym stanęła na puszkach z trudem łapiąc równowagę. Serce już waliło jej szybciej, kiedy wyciągnęła rękę w górę.
Brakowało milimetrów, raptem odrobinki...
I wtedy, dokładnie w momencie, gdy jej palce prawie musnęły opakowanie, ktoś sięgnął zza pleców po opakowanie. Zamarła wciąż stojąc na prowizorycznym podwyższeniu, po czym już bardziej nerwowo odwróciła głowę i... straciła pion. Dezodoranty pod jej stopami zachwiały się gwałtownie, a ona sama poleciała do tyłu. Uderzyła nosem prosto w twardą klatkę piersiową mężczyzny i zanim zdołała się odsunąć, jęknęła żałośnie w jego rozbudowany tors.
Jeszcze wtedy była zbyt blisko, aby go rozpoznać, jednak kiedy w końcu zwiększyła dystans, przytrzymując się jego ramion, doznała olśnienia. Właśnie stała przed swoim byłym chłopakiem, z którym na szczęście nie miała aż tak złych relacji.
— Dziękuję — rzuciła, po czym rozmasowała nos i wyciągnęła rękę po pomadkę, zakładając błędnie, że Archie po prostu chciał jej pomóc.
Archie Miller
-
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spoiler

W jego głowie odpalił się głos lektora z filmu przyrodniczego.
— Oto znajdujemy się w naturalnym środowisku miejskim, gdzie toczy się walka o przetrwanie. Spójrzmy e lewo… W gęstwinie testerów możemy zaobserwować rzadki okaz Eks (łac. Kłopoty Pospolite). Widać, że właśnie zmaga się z frustracją, zapewne z powodu niedoboru wzrostu — wymruczał pod nosem zakładając ręce i z niebywałą satysfakcją obserwując ciąg dalszy. — Cel obiektu jest jasny: mazidło do ust. Samica napina mięśnie łydek, staje na paluszkach, pręży się… a i tak wciąż brakuje jej jakiś dziesięciu centymetrów. Natura bywa okrutna — już prawie parsknął śmiechem, ale stal na bezpiecznej odległości i całe szczęście, bo robiło się ciekawiej, kiedy tworzyła budowlę z dezodorantów. — Niewiarygodne, samica wykazuje się rzadką inteligencją i buduje imponującą konstrukcję. Co za instynkt przetrwania w tak trudnym środowisku… brakuje jeszcze kilka milimetrów. Czas na interwencję drapieżnika — skomentował podchodząc do niej i nim zdazyła dosięgnąć pudełko nad je głowa pojawiło się ramię Archiego, który bez wysiłku sięgnął po szminkę i zacisnął dłoń na tej w kolorze malinowego różu. — Niestety w wyniku nagłego pojawienia się drapieżnika konstrukcja runęła, a niski osobnik pikuje w dół lądując nosem w klatce swojego przeciwnika — dla niej pewnie brzmiało to od czapy, ale dla niego ta historia miała sens i dla niej też będzie miała, jak prześle jej wideo z całego zdarzenia. Teraz jednak wyłączył telefon i wsunął do kieszeni, w drugiej dłoni wciąż trzymając pomadkę, po którą ona wyciągnęła swoją dłoń rzucając naiwnie dziękuję.
O nie, nie tak łatwo. Natychmiast uniósł szminkę wysoo ponad jej głowę uśmiechając się w ten bezczelny słodki sposób, który dobrze znała.
— Nie ma za co, ale to powiedział, że to dla ciebie? Ta pomadka idealnie będzie pasowac do moich oczu. Nie sądzisz? — ale kto wie, może będzie mogła negocjować. Przecież znała go! Droczenie to jego język miłości przez który prawdopodobnie zerwali, bo ileż można wytrzymywać taką dziecinadę.

-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Był taki czas, kiedy naprawdę lubiła tę jego infantylność. Był też taki czas, kiedy wydawało jej się, że kochała go właśnie za tę lekkość w podejściu do życia, a potem nastąpiło rozczarowanie.
Na szczęście nie słyszała, jak stroił sobie z niej żarty w tej przeklętej, drogeryjnej alejce ani jak nadał jej „gatunkowi” szczególną, wymyśloną nazwę. Poza świadomością Lilian pozostało to, że wśród antyperspirantów i kosmetyków do twarzy urządził sobie coś na kształt pseudoprzyrodniczego programu, co pewnie spotkałoby się z jej ostrą krytyką. Zwłaszcza teraz, kiedy była zła, że nie mogła dosięgnąć limitowanej pomadki.
Niewyraźny bełkot dotarł do uszu Lilian dopiero w momencie, w którym uderzyła w klatkę piersiową Archiego. Nawet wtedy nie zrozumiała dokładnie, o co mu chodzi i wycedziła to głupie, naiwnedziękuję. Już miała sięgnąć po pomadkę; już jej palce prawie musnęły opakowanie, kiedy niespodziewanie uniósł ją wysoko nad głowę, wywołując na jej twarzy zaskoczenie.
— Co? — Spojrzała niespokojnie to na Archibalda, który uśmiechał się w słodko-przebiegły sposób, to na kosmetyk, który znowu znalazł się poza zasięgiem. — Głupi jesteś? — zapytała retorycznie, wielce oburzona zachowaniem mężczyzny. — Oddawaj! Do twoich oczu, to pasuje limo! — krzyknęła, czym zrównała na siebie uwagę dwóch pań. Kobiety debatowały nad maszynkami do golenia.
Lilian zrobiła krok bliżej, potem drugi, i spróbowała go obskoczyć.Problem w tym, że przy swoich 160 centymetrach i wyraźnie większym wzroście Archibalda, wyglądało to komicznie. Mimo tego kręciła się wokół niego, zmieniając stronę i kombinując, jakby szukała słabego punktu w tej absurdalnej sytuacji. W końcu była pewna, że wcale nie zamierzał malować ust na malinowy róż.
W pewnym momencie zatrzymała się gwałtownie. Spojrzała na niego z wyraźnym zirytowanym niedowierzaniem, po czym znienacka kopnęła go w piszczel.Przypomniała sobie, że kiedyś właśnie w taki sposób radziła sobie z tym droczeniem.
— Oddawaj, zwyrolu — rzuciła bezmyślnie, ale w pełni gotowa uderzyć go wyżej. Dokładnie w Dzwony Zygmunta.
Archie Miller
-
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wcale by się nie zdziwił, gdyby to właśnie braki w jego dorosłym oprogramowaniu przemówiły w ich relacji i to właśnie z powodu jego niedojrzałego stylu życia by sie rozeszli. Bo ile można żyć ciągle się bawiąc... ale prawdę mówiąc w głębi serca wiedział, że ona go kiedyś za te bzdury uwielbiała. Wciąż pamiętał te ich wspólne radjdy metalowym wózkiem między półkami, gdy siedziała w środku i kibicowała mu, jakby zaraz mieli zgarnąć puchar Formuły 1.
Jej dzisiejsza mina daleka była od tamtej radości. Trochę się jej nie dziwił, chociaż on bawił się przednio, kiedy go tak wkoło atakowała próbując doskoczyć jego ręki. — Czemu od razu tak brzydko — zacmokał z niezadowoleniem; jak nie głupi to limo, chyba zaszedł jej za skórę, kiedy się rozchodzili.
— AŁA! — syknął podskakując na jednej nodze i teatralnie łapiąc się za zaatakowaną piszczel. Delikatnie bolało, ale po ostatnim stłuczeniu kości ogonowej naprawdę był to minimalny ból. Szminki rzecz jasna nie puścił, ale wetknął ją sobie do tylnej kieszeni jeansów. — Nie ładnie, przemoc w miejscu publicznym. Czy panie to widzą?! — zwrócił się do kobiet debatujących nad maszynkami do golenia, a widząc co jedna trzyma w rękach zawołał jeszcze. — Polecam tą różową, ma warstwę nawilżającą! Ta turkusowa szybko się zużywa — i puszczając do nich oczko pozostawił je z wyraźnym rozbawieniem, a Lilian zmierzyły tylko piorunującym spojrzeniem.
Pomimo udawanego bólu na jego twarzy malował się bezczelny uśmiech. — Zwrot akcji — zaczął znów odpalając swój głos lektorski — niski obiekt przeszedł do nogoczynów, agresja narasta i zagrożone są już nie tylko piszczele, ale też klejnoty koronne narratora, sytuacja robi się niebezpieczna — oznajmił próbując osłonić ręką wrażliwe miejsca po czym otwarcie wyznał — rękoczyny poniżej pasa to nieczysta gra. Poza tym, chciałbym mieć jeszcze dzieci! — oznajmił choć sam przecież był wielkim dzieckiem. Pomyślał chyba, że spróbuje ją wziąć na litość. Kobieta w wieku rozrodczym — jest szansa, że na wzmiankę o dzieciach obierze sobie inny cel. Jak zacznie boksować go w tors to będzie prawie jak za starych dobrych czasów, heh.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Doskonale wiedziała, że przez rodzinny pensjonat nie mogła pozwolić sobie na to, co Archie, czyli na traktowanie świata jak wielkiego placu zabaw i podejmowanie decyzji bez oglądania się na konsekwencje.
Wielka szkoda. Czasami, a właściwie często, naprawdę myślała, że byłoby jej o wiele łatwiej, gdyby mogła ułożyć segmenty życia na swoich własnych warunkach, zamiast nieustannie dopasowywać się do oczekiwań innych ludzi.
Postanowiła nie komentować, a już na pewno nie usprawiedliwiać wyzwisk i gróźb kierowanych w stronę Archibalda. W końcu padły w afekcie tuż po tym, jak bezczelnie pozbawił Lilian szansy na zdobycie limitowanej pomadki. Więc kiedy zasygnalizował, że kopnięcie rzeczywiście go zabolało, nawet się nie wzruszyła. Wręcz przeciwnie jeszcze bardziej desperacko naparła na jego sylwetę.
I tylko na moment wytrącił ją z tej szaleńczej próby odzyskania przedmiotu, gdy niespodziewanie zwrócił się w stronę innych klienetek. Wtedy uświadomiła sobie, że naprawdę zdążyła zapomnieć, jaki był Archie. Ludzie, a szczególnie starsze panie, takie jak tamte dwie, go uwielbiali. Miał w sobie charakterystyczny, uroczo-kokieteryjny urok bawidamka, któremu wyjątkowo trudno było się oprzeć.
Być może własnie na to Lilian zwróciła uwagę. Być może właśnie dlatego wpadł jej w oko i być może z tego samego powodu finalnie doprowadzili ich związek do autodestrukcji.
Lilian aż zadrżała, słysząc ten durny głos, którym Archie próbował coś opowiadać. Nie było jej do śmiechu, dlatego spróbowała wyciągnąć ramię, choć bez większego efektiu. Ostatecznie postanowiła po raz kolejny zagrać nieczysto. Skoro była niska, to musiała nadrobić sprytem.
Jednym sprawnym ruchem złapała przez materiał koszulki za sutek Archibalda i bez litości wykręciła raz w lewo, raz w prawo.
— Czyli rękoczyny powyżej pasa są już dozwolone? — zapytała retorycznie. Potem ponownie wspięła się na palcei wyciąnęła wolną rękę ku górze. Ledwo musnęła opuszkami opakowanie pomadki, które wciąż pozostawało irytująco poza jej zasięgiem. — Oddaj — syknęła i z pełną satysfakcją znowu wykręciła mu sutka. A niech trochę pocierpi; powinien wiedzieć, ile dla Lilian znaczył ten kosmetyk, skoro podobne produkty kupywała jeszcze za czasów ich związku.
Nie działały na nią teksty o dzieciach. Albo nie poczuła jeszcze instynktu albo po prostu nie spotkała odpowiedniego partnera, dlatego jakiekolwiek rodzicielstwo znajdowało się poza świadomością Lilian. Toteż nie podzieliła się empatią, kiedy wspomniał o potomstwie.
— Zresztą ty nie powinieneś się mnożyć, Archie! — krzyknęła złośliwie.
Nie. Nie nienawidziła go. Tak naprawdę, mimo kilku niesmaków pod koniec ich relacji, nie mogła mu wiele zarzucić. Owszem, był niedojrzałym piętnastolatkiem zamkniętym w ciele prawie trzydziestoletniego faceta. Bywał irytujący, leniwy i momentami totalnie niepoważny, ale przez cały czas, kiedy szli przez życie razem, zdążyła zauważyć, że miał naprawdę dobre serce. I potrafił ją rozbawić, gdy Dolores po raz kolejny przesadzała ze swoją krytyką.
Archie Miller
-
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— AŁA, Lily! — wykrzyczał, gdy te drobne rączki tej pozornie niewinnej
— Sytuacja wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli. Niski obiekt wpadł w szał i przeszedł do średniowiecznych tortur — odpalił lektora, ale nagle dotarło do niego to co powiedziała o mnożeniu się i zabolało bardziej niż jakiekolwiek pociągniecie za sutek.
— Mini wersja mnie byłaby zajebista — rzucił z oburzeniem, ale szybko też uśmiechnął się szeroko. Takimi drobnostkami przejmował się tylko na chwilę. — Poza tym byłbym fantastycznym ojcem i nauczyłbym młodego jak wynegocjować darmowe żelki albo jak przetrwać atak agresywnej eks dziewczyny w dziale z kosmetykami — chociaż kto mówił, że go przetrwa? Cóż, Miller był bardzo pewny siebie.
Zrobił pół kroku w tył i poklepał się po tylnej kieszeni jeansów ostentacyjnie, by wiedziała gdzie spoczywa malinowe cudo. — Co ci tak zależy? — jemu nie zależało w ogóle, po prostu dobrze się bawił.
Lilian Davenport
-
Zaraz dla nas wybije północ.
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Lilian nie zamierzała ustąpić za żadną cenę. Każde jego szarpnięcie tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że obrała właściwą taktykę. Jeśli sądził, że wystarczyło kilka jęków i teatralnych protestów, aby zmusić ją do odwrotu, to był w ogromnym błędzie. Ba, gdyby nadal stawiał ten idiotyczny opór, byłaby skłonna uszczypnąć go jeszcze niżej.
— Twoje ciało to śmietnik spożywczy! — zaprotestowała jeszcze głośniej. Przypomniała sobie wszystkie te sytuacje, gdy w restauracjach bez wahania dojadał porcje, których sama nie była już w stanie zmieścić.Wówczas daleko mu było od miana tej, ekhem, świątyni
Kiedy po raz kolejny usłyszała głos lektora, natychmiast wywróciła oczami. Tym razem nawet sama wydała z siebie przeciągłe, pełne rezygnacji jęknięcie. Nagle Lilian ogarnęła dzika ochota, aby wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy. Szybko jednak uznała, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby najpierw oskubanie z nich Archiego. Przecież on był źródłem jej cierpienia i niewyobrażalnie działał jej w tej chwili na nerwy!
— Nie, Archie. Nie byłaby zajebista. Naprawdę uważam, że powinieneś zostać wykastrowany — spróbowała wyprowadzić go z myśli, aby się rozmnożyć.
Byli parą zaledwie kilka tygodni, ale nawet wtedy, gdy jeszcze przy Archibaldzie czuła się szczęśliwa, nigdy nie pomyślała, aby mogli mieć razem dzieci. W tamtym okresie nie potrafili porządnie zadbać nawet o samych siebie. Oboje bywali nieodpowiedzialni, impulsywni i labilni emocjonalnie, dlatego trudno było sądzić, że mogliby wziąć odpowiedzialność za czyjeś życie. Właśnie dlatego myśl o dzieciach nigdy nie pojawiała się w przysłościowych planach Lilian.
— Możesz być fantastycznym wujkiem. — W dalszym ciągu nie zamierzała się z nim zgadzać, ale brnięcie w ten temat coraz mocniej wydawało się Lilian pozbawione sensu, dlatego już z pozoru trochę spokojniejsza zatrzymała się tuż przed mężczyzną. W środku nadal kipiała i wpatrywała się w Archiego z niezdrowym uporem, uważnie śledząc każdy jego ruch, a zwłaszcza tę nieszczęsną kieszeń, w której spoczywała jej własność.
W końcu prychnęła i skrzyżowała ręce na piersi.
— To limitowana edycja — odpowiedziała poważnie. — Limitowana — podkreśliła jeszcze jeden raz, aby lepiej zrozumiał. — Ma fantastyczny kolor i pasuje mi do kilku ulubionych bluzek. Poza tym pomadki z tej serii trzymają się na ustach przez cały dzień. Mogę pić, jeść, gadać bez przerwy i nic się z nimi nie dzieje, dlatego tak bardzo, bardzo mi zależy, Archie.
Archie Miller
-
Jutro to problem przyszłego mnie, a przyszły ja na pewno coś wymyśli.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Kastracja?! Jesu Lilly, czy ty możesz nie zagrażać choć na moment moim kluczowym częściom ciała? — zaprotestował marszcząc brwi wyraźnie niezadowolony z obrotu sprawy, ale szybko na jego twarz wtargnął łobuzerski uśmiech. — Chyba, że się stęskniłaś… wiesz, kto się czubi ten się lubi — zagaił wiedząc, że to rozdrażni ją jeszcze bardziej, a widocznie to właśnie sobie obrał za punkt honoru. Doprowadzenie jej do granicy możliwości, ale należało się jej ! Miller był zdania, że akurat jakby miał dzieci to nie byłoby to żadną tragedią dla świata i ludzkości, a może nawet wręcz przeciwnie. Może i był dużym dzieckiem, ale świat miał zbyt wielu dorosłych, poważnych i wypchanych kijami w dupie sztywniaków.
— A wujkiem to już w sumie trochę jestem za-je-bi-stym, więc trudno się nie zgodzić — oznajmił dumnie, bo z Samem od Zaylee dogadywał się naprawdę wyśmienicie. Przynajmniej tak się mu wydawało.
Pomimo wielokrotnych prób obrażenia go Archie wysłuchał z zaciekawieniem wywodu o szmince, o kolorze, o dopasowaniu do ulubionych bluzek oraz o tym, że pomadka trzyma się na ustach podczas jedzenia i picia. Słuchał tak, jakby tłumaczyła mu bardzo skomplikowane równanie matematyczne (czyt. odrobinę przynudzała) dlatego zamrugał kilkakrotnie robiąc na koniec wielkie oczy. Dla niego szczytem pielęgnacji był żel 3w1, więc pewnie stąd kiepskie zrozumienie sprawy. I choć ta cała babska paplanina była dla niego czarną magią to widok jej zaciętej i nadąsanej miny nieco go zmiękczył. W końcu nie był potworem by niszczyć jej marzenia o malinowych ustach, ale w życiu nie ma nic za darmo.
— Okej — zaczął przyglądając się jej z zaciekawieniem. — Biznes to biznes Lilian, darmowe to były wyścigi wózkami, ale skoro ten cenny święty Graal jest taki ważny, to co masz do zaoferowania w zamian za oddanie zakładnika? — zapytał unosząc jedną brew i przyglądając się jej wyczekująco. — Słucham ofert, Devenport — może uda się jej go przekonać.
Lilian Davenport