-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Zaczęło się niewinnie. W pracy szło mu całkiem dobrze i mógł nawet pokusić się o stwierdzenie, że wykazał się odpowiednią dozą inteligencji oraz kreatywności, podsuwając policjantom prowadzącym sprawę morderstwa odpowiedni trop wyczytany z dowodów. Uwielbiał uczucie przydatności oraz dobrze wykonanego zadania. To zasługiwało na potężną porcję sernika z jagodami, który planował kupić późnym popołudniem, kiedy będzie mógł już pójść do domu.
Jego zachwyt nie trwał długo. Zaledwie kilka godzin po małym sukcesie, przyszedł czas na pierwszą porażkę. Zepsuł się komputer, na którym pracował. Nie byłoby to taka tragedią, gdyby nie to, że go potrzebował. Niestety, szybko się okazało, że trzeba było zanieść go serwisantom.
Kolejne negatywne zdarzenie nastąpiło zaraz później, kiedy spektrometr masowy również się zbuntował, kiedy chłopak miał przeanalizować próbki.
Czy naprawdę każdy sprzęt stwierdził, że dzisiaj da mu popalić pokazując, że nie jest bogiem elektroniki?
Musząc odłożyć identyfikację składu dowodów, zajął się dokumentami. A tego zwyczajnie nienawidził i uważał, że był to wielki minus wykonywanej przez niego pracy.
Oczywiście i tutaj nie mógł liczyć na spokój, bo kiedy myślał, że skończył, zalał wszystko kawą, co zmusiło go do zaczęcia na nowo.
Nie dość, że stracił czas, tak również ulubiony napój.
W momencie, kiedy dane mu było opuścić pracę, był porządnie zmęczony. Zapomniał na chwilę o serniku, pragnąc znaleźć się w domu.
Przewiesił torbę z laptopem, z którym się nie rozstawał i ruszył na krótki spacer, rozkoszując się chwilą wytchnienia.
I tu wszechświat ponownie z niego zakpił.
Lunęło deszczem tak obficie, że w jednej minucie Puppy został całkiem przemoczony, upodabniając się do szczeniaka jeszcze bardziej.
Wspaniale.
Pognał przed siebie, chcąc się gdzieś schować. Czuł, że narasta w nim irytacja, a to nigdy nie kończyło się dobrze. Musiał się uspokoić i potrzebował do tego cukru.
Ociekając wodą, niemal wbiegł do jednej z kawiarni, które mijał. Gdyby w drzwiach stała staruszka, stratowałby ją.
Odetchnął głęboko, otrzepując się trochę z wody. Rozejrzał się w międzyczasie po wnętrzu, chcąc zlokalizować wolny stolik. Najwidoczniej jednak i to graniczyło z cudem, bo wiele osób uciekło przed deszczem właśnie tutaj.
Uśmiechnął się, kiedy jego wzrok padł na znajomą twarz.
-Widzę, że przymusowy prysznic nie ominął również ciebie - rzucił na powitanie, dosiadając się do Milo. - Mogę? Ciężko o wolne miejsce. Chyba, że jesteś na randce, to nie chcę być tym trzecim - dodał, kiedy klapnął na krzesło naprzeciwko kolegi.
Milo Rivera
-
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiwhatevertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjigłównie przeszłypostaćautor
Upchnięty pomiędzy stojakiem na płaszcze a obumierającym beniaminkiem o pożółkłych liściach Milo dziękował sobie w duchu - chyba po raz tysięczny w ciągu ostatniego kwadransa - że jego paranoja wyprzedzała dziurawą pamięć. Oczywiście, że nie wziął parasola. Naturalnie, że o wiele bardziej dbał o sprzęt, więc laptop nie ucierpiał, zmyślnie zapakowany w wodoodporny pokrowiec. Rivera nie miał tyle szczęścia; sam szczękał zębami w zawilgoconej bordowej bluzie, a na oparciu drugiego krzesła odpoczywała jego ciężka, opita deszczem kurtka. Pod siedzeniem krzyżował nogi w kostkach i właśnie tworzył kałużę mającą źródło w żałośnie rozmoczonych trampkach.
To była jego druga herbata z imbirem i sokiem malinowym, w perspektywach już witał się z trzecią, loki kleiły mu się do skroni i czoła, a zarzucony na głowę kaptur był tak samo wilgotny jak bluza. O wiele ciekawsze rzeczy musiały dziać się na ekranie, bo Milo co chwilę marszczył nos, przebiegał spojrzeniem od lewa do prawa, po czym stukając w klawiaturę palcami równie donośnie i z identycznym zacięciem jak deszcz za oknem miął coś w ustach bezgłośnie, bóg jeden wie w jakim języku.
To nie tak, że zapomniał o tym projekcie semestralnym. Po prostu wiedział, że pod presją czasu da radę stworzyć cud z niczego w jeden, góra dwa wieczory.
Cena geniuszu obejmowała natomiast rekompensatę w postaci ofiary z przyszłego tygodnia, którym miałby odpokutować brak snu, stres i głodówkę, aczkolwiek prawdziwą upierdliwością jaką Milo przejmował się bardziej był Dylan. Zwłaszcza, jeżeli miał do wszystkiego dorzucić jeszcze na wierzch kartę przenoszonego przeziębienia, Rivera nie posiadał co do tego złudzeń.
Ledwo wgryzł się we fragment kodu, który naprędce wklepał w przerwie między wykładami kilka godzin temu, a ktoś grzmotnął na krzesło naprzeciwko i znajomy głos skłonił go do podniesienia głowy.
Przez kilka sekund Rivera przyglądał się Carlsonowi tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Jego podkrążone niedospaniem oczy krótkowidza intensywnie doszukiwały się podpowiedzi na zagadkowo znajomej twarzy, aż wreszcie przez zastanowienie przebił się błysk nagłego olśnienia.
一 Jestem na randce z Asemblerem 一 wychrypiał na granicy rozbawienia i zrezygnowania w głosie. 一 Parę minut przerwy nie zaszkodzi, może w międzyczasie mój problem magicznie sam się rozwiąże. Joder, wyglądasz chyba gorzej ode mnie.
Milo wyprostował się z bolesnym grymasem i przeciągnął, a kantata donośnych chrupnięć zawtórowała mu opowiadając historię jego niezdrowej sympatii do nieanatomicznych pozycji.
一 Weźmiesz mi herbatę? Nie zamierzam podnosić się stąd do wieczora, muszę przeczekać deszcz i podeschnąć. Nie mogę tak wrócić do domu.
Dla zaakcentowania powagi sytuacji Rivera nawet oderwał na chwilę dłonie od klawiatury, rozłożył ręce na boki i dla zobrazowania co miał dokładniej na myśli wskazał brodą na wilgotne plamy zdobiące prawie całe przedramiona.
Felix Carlson