music vibes
Wizja małżeństwa z Sullivanem, rodzicielstwa i domu z białym płotem na przedmieściach Toronto kiedyś wydawała się Adeline być wszystkim, o czym marzyła. Wyobrażała sobie dzieci biegające w ogrodzie i stojącą siebie na werandzie trzymającą rękę Sully’ego, chłonącą ten widok z poczuciem, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Kochała blondyna i chciała spędzić z nim resztę życia, wiedząc, że marzył o tym samym. A przynajmniej tak jej się wydawało, zanim otrzymała niepokojącą kopertę, która zmieniła wszystko.
Momentami dziewczyna była przytłoczona pędem życia i miała wrażenie, że traciła nad nim kontrolę. W takich chwilach pomagały jej konne przejażdżki i towarzystwo, dzięki któremu mogła odetchnąć od codzienności. Niestety, to towarzystwo, mimo tłumaczeń, że istniała między nimi tylko przyjaźń, stało się powodem zgrzytów, co kompletnie ignorowała. Bo przecież nigdy nie przekroczyła żadnej granicy, przez którą Sully miałby prawdziwe powody do zazdrości. A kiedy to jej pokazano dowody zdrady swojego przyszłego męża, emocje sięgnęły górę.
Wściekłość i rozczarowanie przejęły nad nią władzę do tego stopnia, że nie pamiętała, jak dotarła na farmę, nie wspominając już o tym, jak dokładnie doszło do wypadku. Gdyby chodziło wyłącznie o połamane przez upadek żebra, może byłaby w stanie ochłonąć na tyle, żeby dopuścić do siebie Sullivana. Jednak rana po zdradzie pogłębiła się bardziej, kiedy konsekwencją całej tej afery stała się niewinna istota. Wiadomość o poronieniu załamała Ade do tego stopnia, że najwłaściwszym sposobem poradzenia sobie z bólem wydało jej się odcięcie od wszystkiego, co go wywoływało. I dosłownie wtedy, kiedy potrzebowała ukochanego najbardziej, on się poddał, jednocześnie utwierdzając ją w przekonaniu, że postąpiła słusznie - odpuścił, bo już jej nie kochał. To przerażające, jak w jednej chwili wszystkie dotychczasowe marzenia i przekonania mogły lec w gruzach.
Słysząc znajome słowa, podniosła na niego spojrzenie. Odbijało się w nim rozczarowanie i gorycz, których nie dało się ukryć, kiedy przypomniała sobie te dobre chwile, bo teraz to, co uważała za dobre, zamieniało się w kłamstwo. Na kilka sekund pozwoliła zadomowić się ciszy między nimi, zanim ściągnęła nieco brwi.
—
To miałeś być Ty, pamiętasz? - przechyliła nieco głowę na bok. Jej głos wbrew pozorom pozostał dość spokojny, choć wplotła się w niego odrobina zarzutu. To z nim miała oglądać nieboskłon. I to on postanowił te plany popsuć, przez co zaczęła podawać w zwątpienie całą ich relację.
W najtrudniejszych chwilach odepchnęła go od siebie, zamykając się we własnej skorupie, ale fakt, że nie próbował o nią zawalczyć, dopełnił swego. Nie dopuściła do siebie również jego perspektywy, przyjmując tamte wydarzenia takimi, jakie były w jej mniemaniu. Dlatego w tym momencie, kiedy znów widziała szansę na wyjaśnienie sprawy, nie wiedziała, czy chciała poruszać to wszystko na nowo. Bała się związanych z tym emocji, które uwolnione spod klucza siały w jej głowie chaos. Starała się je usilnie zatrzymać w sobie, ale pewnych rzeczy nie mogła zignorować. Na przykład tego, że część jej instynktownie chciała się w niego wtulić i ponownie poczuć jego oplatające jej drobne ciało silne ramiona, w których kiedyś znajdowała schronienie. Upewnić się, że naprawdę tu był. Wystarczyłoby jej tylko tyle, bo mimo wszystko nigdy nie życzyła mu źle. Za to druga część siebie przeczuwała, że to wystarczyłoby, żeby się złamała, a nie mogła tego zrobić w markecie. Pytanie, czy była gotowa na to kiedykolwiek?
Mimowolnie skrzywiła się na wspomnienie łodzi, a raczej jej szczątków, które widziała w wiadomościach po tym, jak Ethan poinformował ją o wypadku. —
I nikt o Tobie nie wie? - dopytała, zastanawiając się, czy jego brat również przypadkiem jej nie wkręcał, chociaż nie miało to najmniejszego sensu. Ani żartowanie z takiej sprawy, ani tajemnicze zachowanie Sullivana. Powolne przyswajanie sobie nowej rzeczywistości, w której starszy Hartley żył i stał przed nią, sprawiało, że miała w głowie coraz większy mętlik. —
Czasu? Na co? Dlaczego musisz być taki tajemniczy? - pokręciła głową. Niemniej miękkość jego głosu trochę złagodziła buzujący w niej gniew, pozbawiając ten jej ostrzejszych nut. Musiała mu to przyznać, że niemal zawsze potrafił poskromić jej złość. Poza jednym wyjątkiem. —
I jak dużo go jeszcze potrzebujesz? - Nadal nie była zadowolona z jego odpowiedzi, bo sądziła, że ten niecały rok był wystarczającym czasem, żeby wrócić do życia nawet po tak paskudnym wypadku. I tym bardziej potrzebowała wyjaśnień, skoro postanowił znów wkroczyć do
jej życia.
Jego zranienie wyczuwalne w głosie wywołało na jej twarzy niewielki grymas. Nadal jednak nie była pewna, czy powinna mu ufać. —
Wierzę w to, co widzę. A wtedy dobrze wiedziałam, co widziałam - odparła powoli stanowczym głosem, ale powstrzymała się przed dalszą sprzeczką, która do niczego w tym momencie nie prowadziła. Zabolało ją, że nie chciał jej wyznać prawdy, co wydało jej się również bezsensowne, bo nie powinien już wpływać tak znacząco na jej uczucia. A jednak…
Przez chwilę przesunęła spojrzeniem po straganach i chodzących w oddali ludzi, próbując uspokoić myśli, spośród których jedna szczególnie nie dawała jej spokoju.
—
Powiedz mi tylko jedno - zaczęła, zanim przemyślała, co robiła -
czemu? Czemu tu jesteś? - W tym pytaniu na próżno było szukać złości, która jeszcze chwilę temu pulsowała w jej żyłach. W zamian w jej łagodny głos wkradła się doza ciekawości, której mimo próby nie potrafiła okiełznać. To samo mógł dostrzec w jej oczach, kiedy patrzyła na niego, mając nadzieję znów pochwycić jego spojrzenie, bo wiedziała, że one mówiły więcej, niż słowa.
Sullivan Hartley