-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
To nie był stalking jeśli faktycznie kiedyś było się z daną osobą w całkiem udanej relacji, prawda? Przynajmniej tak próbował tłumaczyć sobie swoje zachowanie za każdym razem gdy obserwował ją z okna kawiarni, stoiska z hotdogami czy ulicznego rogu. Wiedział, że nie powinien, ale nie potrafił sobie odmówić. Wrócił by w końcu odzyskać swoje życie. Był cierpliwy, cholernie cierpliwy. Mozolnie zbierał dowody, ukrywał się, czekał. Nie zamierzał jednak czekać w nieskończoność. Do miasta wrócił jakiś miesiąc temu. Obiecał sobie na początku, że nie będzie jej nękać. Pojawi się dopiero, kiedy rozwiąże wszystkie sprawy, a kurz zdąży opaść. Swojej obietnicy poniekąd dotrzymał. Nie pojawił się z powrotem w jej życiu. Na razie po prostu... obserwował.
Może to trochę niezgodne z prawem, lecz czy to naprawdę był stalking, skoro ona tego nie poczuła? Nie czuła się zagrożona. Cholernie za nią tęsknił i potrzebował ją zobaczyć. Liczył się z tym, że to, co zobaczy może mu się wcale nie spodobać. Mogła mieć już kogoś innego, być w zupełnie innym momencie swojego życia. Pomimo tego chciał ją zobaczyć. Po dziś dzień była miłością jego życia. Nawet jeśli im nie wyszło nadal chciał jej szczęścia. Pragnął wrócić do jej życia, wytłumaczyć, że został wrobiony, lecz czy uwierzyłaby mu teraz, jeśli nie zrobiła tego wcześniej?
Dlatego prościej dla ich obojga było gdy trzymał się na uboczu. Po prostu ją podziwiał. Tak jak teraz, kiedy robiła zakupy. To coś, co wcześniej go omijało. Był zbyt zajęty swoją pracą. Obowiązkami względem rodzinnej firmy, której miał być następnym prezesem. Nie wiedział, co tracił. Teraz oddałby naprawdę wiele by móc stać obok niej. Wybierać razem z nią warzywa, owoce. Potrzymać jej zakupy. Ktokolwiek kiedyś powiedział, że poznaje się wartość dopiero kiedy coś się utraci, miał rację. Gdyby tylko mógł, zrobiłby więcej. Zrobiłby inaczej. Niestety przeszłość miała to do siebie, że nie można było jej zmienić. Pozostawała jedynie przyszłość.
To właśnie próbował zmienić. Postarać się by przyszłość była inna, lecz nie był jeszcze gotowy by powrócić do jej życia. To jednak miało to do siebie, że czasami samo wybierało. Dzisiaj pozwolił sobie być nieco bliżej. Nie powinna go dojrzeć w tłumie ludzi. Czuł się tutaj całkiem bezpiecznie. Nauczył się już wtapiać w tłum. Być jednym z wielu. Wyglądała pięknie rozmawiając z kolejnymi sprzedawcami, uśmiechając się, skupiając na produktach. Taki widok całkowicie mu wystarczał. Miał już odejść, kiedy zobaczył jak zapatrzona w telefon wchodziła na przejście dla pieszych. Przejście, na które właśnie wjeżdżał samochód.
Jego reakcja była szybka. Nie myślał, działał. Złapał ją za łokieć i wciągnął z powrotem na chodnik. Odruchowo złapał nawet zakupy, które prawie wypadły jej z rąk. Ich spojrzenia się spotkały. Widziała go. Po raz pierwszy od lat, naprawdę go zobaczyła.
Kurwa.
To niestety pierwsze słowo, które przyszło mu w tym momencie na myśl bo nie tak wyobrażał sobie ich pierwsze spotkanie, nie tak miała go zobaczyć. Zanim zdążyła wyjść z szoku, on już odwrócił się na pięcie próbując z powrotem wtopić się w tłum. Liczył na to, że zrzuci to na swoją wyobraźnie. Na pewno jej się przewidziało. Tak będzie prościej, tak będzie lepiej. To nie był jeszcze czas na ich spotkanie. Może to trochę tchórzliwe, ale on też nie była na nie gotowy.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Przez zdecydowaną większość czasu trzymała gardę, nie pozwalając sobie na powrót do przeszłości w obawie przed tym, by nieoczekiwanie nie dotknąć czułej struny i nie pozbawić się gruntu pod nogami, który z takim trudem zdobywała. I w dużej mierze jej to wychodziło, kiedy rzucała się w wir pracy, przeplatanej zabawą i niekoniecznie dobrymi decyzjami. Robiła wszystko, żeby nie dopuścić do siebie myśli, które nadal mimowolnie wywoływały w niej ból. Pamiętała, że była szczęśliwa, choć momentami przytłaczało ją życie - praca, studia, przygotowania do ślubu. Nie chciała jednak pamiętać chwili, w której wszystko posypało się niczym domino, pozostawiając po sobie ranę, którą wciąż mimo upływu czasu ciężko było wyleczyć.
Nie mogła spodziewać się, że ktoś od pewnego czasu bacznie ją obserwował. Żyła z dnia na dzień bez większych planów na przyszłość, czerpiąc z życia tyle, ile była w stanie i stwarzając pozory osoby pozbawionej jakichkolwiek traum. I szło jej to na tyle dobrze, że czasem sama w to wierzyła. Uśmiechała się więc do sprzedawców, okazując im uprzejmość i ciepło, oraz ucinając z nimi nieznaczne pogawędki, bo wielu z nich dobrze już poznała. Uwielbiała zaglądać na targ i kupować świeże, dobre jakościowo produkty, w tym jej ulubione klementynki. Miała przeczucie, by je tego dnia kupić.
Rudowłosa dziś była wyjątkowo zamyślona. Usłyszawszy powiadomienie w telefonie bezwiednie sięgnęła po telefon i odczytała wiadomość, zupełnie nie zwracając uwagi na otoczenie. Dopiero gwałtowny pisk opon sprawił, że uniosła głowę do góry, dokładnie w tym samym momencie, kiedy poczuła mocne szarpnięcie za łokieć i raptowne pociągnięcie do tyłu. Serce podskoczyło jej do gardła, a strach na chwilę całkowicie sparaliżował całe jej ciało, z trudem rejestrując, co się wydarzyło. Pasy. Samochód. Torba z zakupami. Sullivan. Sullivan?
Wpatrywała się w mężczyznę przez kilka sekund z lekko rozchylonymi wargami, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że wstrzymywała oddech, jakby właśnie zobaczyła ducha. Myśli intensywnie kotłowały się w jej głowie. Bo to nie mógł być on. Przecież była na jego pogrzebie. Pożegnała go mimo, że od czasu jego wizyty w szpitalu przestali się ze sobą kontaktować, a ją nadal bolały wspomnienia tamtego felernego wieczoru. Umysł najwyraźniej zaczynał płatać jej figle i jedyne tłumaczenie, jakie wydawało się logiczne, to fakt, że uderzyła jej do głowy adrenalina i szok.
— Sully - wyrwało się z jej ust ciche westchnięcie tuż po tym, jak odwrócił się do niej plecami. Dopiero słysząc jego imię na głos, wydało jej się to jeszcze bardziej nierealne. Zamrugała gwałtownie. — Zaczekaj! - Głos jej odrobinę zadrżał, jednak zabrzmiała w nim stanowczość, której się po sobie nie spodziewała. Podobnie, jak dłoni, którą zatrzymała na jego ramieniu.
Gdy duch stanął w miejscu, a ona poczuła go fizycznie, nagle stropiona odsunęła ją z powrotem. Miała nadzieję, że tym razem jej wzrok będzie bardziej świadomy i że zwyczajnie się pomyliła, choć kiedy zobaczyła twarz mężczyzny ponownie, ściągnęła brwi i pokręciła głową w niedowierzaniu. Minęły dwa lata, ale oprócz większego zarostu i pewnego zmęczenia wymalowanego na twarzy, niewiele uległo zmianie, a tego zielonego spojrzenia nie dało się pomylić z żadnym innym. Kiedyś potrafiła wpatrywać się w nie godzinami.
— Czy ja umarłam? - ostrożne pytanie padło z jej ust, bo to było pierwsze, co przyszło jej do głowy. Może tym razem nie miała tyle szczęścia i wcale nikt jej nie uratował? To przynajmniej tłumaczyłoby, że widzi swojego ukochanego sprzed lat, który już dawno został wykreślony z ziemskiego świata.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wychowanie oraz wartości, jakie mu wpojono nie pozwalały mu jednak tak po prostu odejść. Zniknąć, nawet jeśli wszyscy sądzili, że nie żyje. Nie mógł zostawić brata w rękach ludzi, którzy posunęliby się do próby zabójstwa. Jeśli zrobili to jemu, mogli spróbować tego samego z większym sukcesem na jego bliskich. Na to nie potrafił pozwolić. Był... Jest starszym bratem. Od rodziny się tak po prostu nie odwraca. Szczególnie, kiedy może grozić im niebezpieczeństwo.
Pomimo tego jak zakończyła się ich relacja, nie potrafił również odejść od Adeline. Gdy widziała go ostatni raz nadal byli pokłóceni. On urażony tym, że mu nie wierzy, ona urażona tym, co jej powiedziano, a nawet pokazano. Tęsknił za nią. Cholernie. To właśnie ona była tą największą częścią życia, które pragnął odzyskać. Nie miał pojęcia czy to możliwe. Czy jest na to nawet najmniejsza szansa. Jednak, jeśli była, on był gotowy ją podjąć. Czego najlepszy dowód mamy właśnie tutaj. Te kilka momentów, które skradał co kilka dni napędzały go do działania. Był już coraz bliżej.
Jak się przed chwilą okazało - za blisko. Nawet jeśli w odpowiednim momencie, w odpowiednim miejscu.
Przez moment debatował czy powinien się odwrócić gdy złapała go za ramię. Była w szoku. Mógł z łatwością się wyrwać. Zniknąć w tłumie. Był już w tym całkiem dobry. Mógł dać jej możliwość zapomnieć. Zrzucić to na przewidzenia z tęsknoty, jeśli w ogóle tęskniła.
Nie potrafił. Zawsze miała nad nim pewną władzę. Ona i te jej niebieskie tęczówki, w które właśnie patrzył. Za jego własnymi stała mieszanina uczuć. Tęsknota, ta zdecydowanie dominowała. Również trochę strachu. Nie miał pojęcia jak zareaguje na jego powrót do żywych. Jak bardzo będzie wkurzona, jak bardzo zraniona. W tym wszystkim była też znaczna doza czułości. Wiedział, że mięknie i nie mógł sobie na to pozwolić, jeszcze nie teraz. Dlatego złapał ją za rękę i zaciągnął za jeden ze straganów. Z dala od spojrzeń gapiów.
- Myślę, że Twoja wizja nieba byłaby trochę ciekawsza niż lokalny market i narzeczony wracający do żywych. - przeczesał włosy uśmiechając się do niej bardzo niezręcznie nie wiedząc jak powinien do niej podejść - Ale może jest to po prostu naprawdę realistyczny sen? - gdzieś tam w środku nadal był Sully, którego znała i małymi krokami starał się przebić z powrotem na powierzchnię.
Udawał w ostatnim czasie już tyle osób, że czasami gubił się w tym, kim tak naprawdę był. Bo czy mógł powiedzieć, że nadal był mężczyzną, którego znała? Przez te dwa lata zmieniło się więcej niż tylko jego wizerunek.
- Nie mogę Ci wszystkiego wytłumaczyć Cle- - przerwał bo nie wydawało mu się, że mógł jeszcze się tak do niej zwracać - Ade - to nie czas i nie miejsce, ale tak, żyję. Nie mogłem wrócić wcześniej. Nikt nie mógł wiedzieć. - mówił w dużym skrócie nie mogąc sobie pozwolić na więcej, jeszcze nie teraz.
Unikał również jej wzroku wiedząc, że to jego kryptonit. Gdyby przyszpiliła go tym jednym, szczególnym spojrzeniem pewnie by uległ, a to teraz było po prostu zbyt niebezpieczne.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy żałowała, że nigdy nie otrzymał szansy poznać prawdy? Ból po tym, jak zobaczyła go z inną, oraz późniejsze konsekwencje zdrady skłaniały ją ku stwierdzeniu, że nie zasługiwał na prawdę. Wszystko, co wydarzyło się tamtego tragicznego wieczoru, było jego winą. Roztrzaskał jej serce na milion kawałków, nawet nie będąc świadomym wymierzenia aż tak bezlitosnego ciosu. A ona nie znosiła poczucia bycia ofiarą. Musiała sobie z tym wszystkim poradzić, i postanowiła zrobić to, bez niego.
Ale teraz, kiedy wbijała zdumiony wzrok w stojącą przed nią postać, znów zaczęła czuć rosnący w niej niepokój, który przecież wydawał się jej opuścić ją już dawno temu. Zaskakująco mocno uderzyła w nią świadomość, że zamknięty rozdział właśnie otwierał się przed nią ponownie. Aż przez chwilę nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to działo się naprawdę. Że Sullivan znów był dla niej osiągalny. I to dosłownie, wprost na wyciągnięcie ręki.
W pierwszej chwili zadziałała instynktownie, próbując przekonać samą siebie, że najwidoczniej musiało jej się coś przywidzieć, a mężczyzna, który ją uratował, w rzeczywistości był jej zupełnie obcy. Jej umysł chciał to racjonalnie wytłumaczyć, ale ponowne napotkanie twarzy, którą niegdyś znała na pamięć, tylko bardziej zamieszało jej w głowie. Mimo to patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, wyczytując z jego oczu znacznie więcej, niż by chciała. To, co w niej budził, zupełnie nie pasowało do jej poglądu o życiu pośmiertnym. Nie powinna czuć tak wielu skrajnych emocji na raz.
Niespodziewane pociągnięcie jej za rękę wywołało w niej nieprzyjemny ból, z miejsca przypominając jej o ciemnych siniakach wciąż znaczących jej nadgarstek po incydencie przed barem sprzed kilku dni. Pod wpływem szoku pozwoliła się zaciągnąć za stragan, mimowolnie się przy tym krzywiąc i bezwiednie rozcierając drugą dłonią obolałą skórę, gdy blondyn ją puścił. Ból był prawdziwy, a więc szybko sprowadził ją na ziemię. Albo były to piekielne tortury.
— A może niebo nie jest mi pisane? - ściągnęła odrobinę brwi, a w ton jej głosu wkradła się nuta zwątpienia. Przestawała wierzyć, że kiedykolwiek miała tam trafić. Nie miała w życiu zbyt wiele szczęścia to i w piekle pewnie na nią dybali. Wystarczyło spojrzeć na wszystko, co się jej w życiu przydarzało, żeby potwierdzić tę teorię.
Nieznacznie drgnęła na dźwięk imienia, którym nazywało ją tylko kilka bliskich jej osób. Pamiętał. Po takim czasie. Przełknęła ślinę, kiedy Sullivan się poprawił, i postarała skupić się na dalszych jego słowach, z których i tak niewiele rozumiała. Przez chwilę milczała, próbując zebrać myśli. Tyle pytań cisnęło jej się na język, ale żadne nie było w stanie przejść przez jej usta. Ale… jak? Co się stało? Jak do tego doszło? Dlaczego był taki tajemniczy? Nie wiedziała, czy chciała poznać prawdę. Czy chciała angażować się w coś, co było dla niej niewygodne i jednocześnie zaprzepaścić wszystko, co budowała przez ostatnie dwa lata.
— Byłam na Twoim pogrzebie - stwierdziła powoli, starając się zachować resztki rozsądku. — Czy to jest jakiś głupi żart? - przekrzywiła nieco głowę na bok, wpatrując się w niego z niezrozumieniem. Czuła, jak chcąc nie chcąc w jej żyłach zaczyna rządzić się złość. Tak, prościej było się na niego gniewać, niż zetknąć ze wszystkimi emocjami, które mogły ją za bardzo przytłoczyć. — Nie sądzisz, że należą mi się jakieś wyjaśnienia? - uniosła wyżej brew z oczekiwaniem. Nie mogła w to uwierzyć - przez pół roku udawał swoją śmierć i jeszcze raczył ją półsłówkami. Tak się nie robiło. Mimo, że podświadomie wiedziała, że jej już właściwie nic się od niego nie należało. - Z resztą, chyba nie chcę słuchać kolejnych kłamstw - westchnęła zaraz w geście bezsilności, uciekając wzrokiem w bok. Byle nie dostrzegł w jej oczach nagłego zaszklenia, które próbowała za wszelką cenę opanować. Zaczynała zdawać sobie sprawę, że nie miała zbyt wielkiego wpływu na uczucia, jakie wywołała nagła obecność Sullivana.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sully potrafił być miejscami arogancki, uważał, że przez te wszystkie lata trochę sobie na to zapracował. Jest wiele rzeczy, w których był dobry. Miał dość duże powodzenie. W biznesie, w życiu prywatnym, ale to właśnie ich relację uważał za swoją największą porażkę. To właśnie jej oddał swoje serce. Włożył w ich relację naprawdę dużo wysiłku. Wszystko po to żeby w tym najbardziej wrażliwym i krytycznym punkcie mu nie uwierzyła. Nie miała do niego wystarczająco zaufania by nawet dać mu się wytłumaczyć. Naprawdę posłuchać tego, co do niej wtedy mówił. To właśnie ten brak zaufania sprawił, że wtedy odszedł. Uniósł się swoim honorem oraz po części arogancją. Zraniła go.
Jednak czas miał to do siebie, że zaleczał pewne rany. Blizny pozostawały, lecz nie bolało to już tak mocno. Człowiek uświadamia sobie jak wiele miał dopiero gdy to stracił. Oczywiście, że chciał drugiej szansy. Żałował tego, jak wtedy odszedł. Tego, że bardziej o to nie zawalczył. O to by mu uwierzyła. Z drugiej jednak strony czy naprawdę powinien jeśli się kochali? Czy nie powinna mu uwierzyć?
W perspektywie czasu może tak po prostu miało być? Zdecydowanie wolał by to wszystko rozegrało się w ten sposób, ale co gdyby tamtego dnia była razem z nim na łodzi? Czy byłby w stanie ją uratować? Czy oboje by przeżyli? Nie wybaczyłby sobie, gdyby tak się stało. To wszystko było po prostu cholernie pochrzanione.
- Przestań Ade, jeśli potrzebujesz nieba trzeba samemu je sobie stworzyć. Albo znaleźć kogoś, kto Ci w tym pomoże. - powiedział zanim pomyślał, ale nie zamierzał się już za to karcić.
To coś, co często jej powtarzał. Życie nauczyło go tego, że jeśli czegoś się chciało trzeba było po prostu po to sięgnąć, zapracować. To pewnie kwestia tego jak dorastał, ale wierzył, że można było zdobyć wszystko, czego naprawdę się chciało. Nawet jeśli ta teoria nie do końca wypaliła w ich relacji, której naprawdę cholernie chciał, tak te słowa trzymały go w ryzach podczas prowadzonego śledztwa. Jeśli ostatnią rzeczą, którą w nim zrobi to oczyszczenie swojego imienia i wyciągnięcie brata z tarapatów to wszystko będzie tego warte.
Bo oczyścić swoje imię chciał przed nią. Nie musiał wracać do żywych, do obowiązków. Mógł ponownie zniknąć tak długo jak Clem wiedziała, że jej nie zdradził. Nie musieli być już razem, mogła pójść naprzód, ale to była ostatnia, samolubna rzecz, jaką zamierzał zrobić.
- Robiłem w swoim życiu kilka naprawdę głupich, żartów sytuacyjnych, ale nie wysadziłbym do tego swojej łodzi. - wiedziała jak bardzo ją kochał, była na drugim miejscu zaraz za dziewczyną stojącą przed nim - Należą i te wyjaśnienia mam. Potrzebuję jeszcze trochę czasu. Wszystko Ci wyjaśnię. - powiedział dość miękko tak jak zawsze to robił kiedy próbował ją udobruchać.
Jednak jej kolejne słowa rozdrapały stare rany. Kłamstwa. Tak, od tego się zaczęło. Kłamstw, w które postanowiła uwierzyć zamiast uwierzyć w jego prawdę. To zabolało. Bardziej niż myślał, że może zaboleć po takim czasie.
- To od Ciebie zależy w co postanowisz uwierzyć... - mruknął z pewnym wyrzutem oraz zranieniem.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Wizja małżeństwa z Sullivanem, rodzicielstwa i domu z białym płotem na przedmieściach Toronto kiedyś wydawała się Adeline być wszystkim, o czym marzyła. Wyobrażała sobie dzieci biegające w ogrodzie i stojącą siebie na werandzie trzymającą rękę Sully’ego, chłonącą ten widok z poczuciem, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie. Kochała blondyna i chciała spędzić z nim resztę życia, wiedząc, że marzył o tym samym. A przynajmniej tak jej się wydawało, zanim otrzymała niepokojącą kopertę, która zmieniła wszystko.
Momentami dziewczyna była przytłoczona pędem życia i miała wrażenie, że traciła nad nim kontrolę. W takich chwilach pomagały jej konne przejażdżki i towarzystwo, dzięki któremu mogła odetchnąć od codzienności. Niestety, to towarzystwo, mimo tłumaczeń, że istniała między nimi tylko przyjaźń, stało się powodem zgrzytów, co kompletnie ignorowała. Bo przecież nigdy nie przekroczyła żadnej granicy, przez którą Sully miałby prawdziwe powody do zazdrości. A kiedy to jej pokazano dowody zdrady swojego przyszłego męża, emocje sięgnęły górę.
Wściekłość i rozczarowanie przejęły nad nią władzę do tego stopnia, że nie pamiętała, jak dotarła na farmę, nie wspominając już o tym, jak dokładnie doszło do wypadku. Gdyby chodziło wyłącznie o połamane przez upadek żebra, może byłaby w stanie ochłonąć na tyle, żeby dopuścić do siebie Sullivana. Jednak rana po zdradzie pogłębiła się bardziej, kiedy konsekwencją całej tej afery stała się niewinna istota. Wiadomość o poronieniu załamała Ade do tego stopnia, że najwłaściwszym sposobem poradzenia sobie z bólem wydało jej się odcięcie od wszystkiego, co go wywoływało. I dosłownie wtedy, kiedy potrzebowała ukochanego najbardziej, on się poddał, jednocześnie utwierdzając ją w przekonaniu, że postąpiła słusznie - odpuścił, bo już jej nie kochał. To przerażające, jak w jednej chwili wszystkie dotychczasowe marzenia i przekonania mogły lec w gruzach.
Słysząc znajome słowa, podniosła na niego spojrzenie. Odbijało się w nim rozczarowanie i gorycz, których nie dało się ukryć, kiedy przypomniała sobie te dobre chwile, bo teraz to, co uważała za dobre, zamieniało się w kłamstwo. Na kilka sekund pozwoliła zadomowić się ciszy między nimi, zanim ściągnęła nieco brwi.
— To miałeś być Ty, pamiętasz? - przechyliła nieco głowę na bok. Jej głos wbrew pozorom pozostał dość spokojny, choć wplotła się w niego odrobina zarzutu. To z nim miała oglądać nieboskłon. I to on postanowił te plany popsuć, przez co zaczęła podawać w zwątpienie całą ich relację.
W najtrudniejszych chwilach odepchnęła go od siebie, zamykając się we własnej skorupie, ale fakt, że nie próbował o nią zawalczyć, dopełnił swego. Nie dopuściła do siebie również jego perspektywy, przyjmując tamte wydarzenia takimi, jakie były w jej mniemaniu. Dlatego w tym momencie, kiedy znów widziała szansę na wyjaśnienie sprawy, nie wiedziała, czy chciała poruszać to wszystko na nowo. Bała się związanych z tym emocji, które uwolnione spod klucza siały w jej głowie chaos. Starała się je usilnie zatrzymać w sobie, ale pewnych rzeczy nie mogła zignorować. Na przykład tego, że część jej instynktownie chciała się w niego wtulić i ponownie poczuć jego oplatające jej drobne ciało silne ramiona, w których kiedyś znajdowała schronienie. Upewnić się, że naprawdę tu był. Wystarczyłoby jej tylko tyle, bo mimo wszystko nigdy nie życzyła mu źle. Za to druga część siebie przeczuwała, że to wystarczyłoby, żeby się złamała, a nie mogła tego zrobić w markecie. Pytanie, czy była gotowa na to kiedykolwiek?
Mimowolnie skrzywiła się na wspomnienie łodzi, a raczej jej szczątków, które widziała w wiadomościach po tym, jak Ethan poinformował ją o wypadku. — I nikt o Tobie nie wie? - dopytała, zastanawiając się, czy jego brat również przypadkiem jej nie wkręcał, chociaż nie miało to najmniejszego sensu. Ani żartowanie z takiej sprawy, ani tajemnicze zachowanie Sullivana. Powolne przyswajanie sobie nowej rzeczywistości, w której starszy Hartley żył i stał przed nią, sprawiało, że miała w głowie coraz większy mętlik. — Czasu? Na co? Dlaczego musisz być taki tajemniczy? - pokręciła głową. Niemniej miękkość jego głosu trochę złagodziła buzujący w niej gniew, pozbawiając ten jej ostrzejszych nut. Musiała mu to przyznać, że niemal zawsze potrafił poskromić jej złość. Poza jednym wyjątkiem. — I jak dużo go jeszcze potrzebujesz? - Nadal nie była zadowolona z jego odpowiedzi, bo sądziła, że ten niecały rok był wystarczającym czasem, żeby wrócić do życia nawet po tak paskudnym wypadku. I tym bardziej potrzebowała wyjaśnień, skoro postanowił znów wkroczyć do jej życia.
Jego zranienie wyczuwalne w głosie wywołało na jej twarzy niewielki grymas. Nadal jednak nie była pewna, czy powinna mu ufać. — Wierzę w to, co widzę. A wtedy dobrze wiedziałam, co widziałam - odparła powoli stanowczym głosem, ale powstrzymała się przed dalszą sprzeczką, która do niczego w tym momencie nie prowadziła. Zabolało ją, że nie chciał jej wyznać prawdy, co wydało jej się również bezsensowne, bo nie powinien już wpływać tak znacząco na jej uczucia. A jednak…
Przez chwilę przesunęła spojrzeniem po straganach i chodzących w oddali ludzi, próbując uspokoić myśli, spośród których jedna szczególnie nie dawała jej spokoju.
— Powiedz mi tylko jedno - zaczęła, zanim przemyślała, co robiła - czemu? Czemu tu jesteś? - W tym pytaniu na próżno było szukać złości, która jeszcze chwilę temu pulsowała w jej żyłach. W zamian w jej łagodny głos wkradła się doza ciekawości, której mimo próby nie potrafiła okiełznać. To samo mógł dostrzec w jej oczach, kiedy patrzyła na niego, mając nadzieję znów pochwycić jego spojrzenie, bo wiedziała, że one mówiły więcej, niż słowa.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
To miałeś być Ty.
To zabolało. Nie potrafił nawet ukryć tego jak celny wymierzyła mu cios. To był pierwszy nokaut po którym nie mógł już nic więcej powiedzieć. Bo miała rację. Wiedział, że ta rola należała właśnie do niego. To ona go takiego wybrała. Zawsze starał się uchylić jej nieba. W prezentach, w gestach, w łóżku. W każdym aspekcie ich życia. Dążył do jej szczęścia, bo to szło w parze z jego własnym. Lecz wtedy, gdy było to najważniejsze zawiódł. Poddał się. Uniósł się swoim honorem i arogancją. Zamiast walczyć, spróbować jej to jakoś wytłumaczyć, posłuchał jej i zniknął.
Żałował tego. Oczywiście, że żałował. Chciał z nią tego wspólnego życia. Domku, białego płotku i przynajmniej dwójki dzieci. Wybrał ją już kilka lat temu. Nie chciał nikogo innego. Wbrew temu, w co nadal wierzyła, nie było żadnej innej kobiety, która potrafiłaby obrócić jego głowę. Ani wtedy, ani dzisiaj. Miał ku temu kilka okazji, lecz nie potrafił o niej zapomnieć. Zawsze była pierwsza w jego sercu. Nie było dla niego innej opcji. Po prostu nie było.
Nie miał dla niej odpowiedzi. Żadnej, która mogłaby stworzyć między nimi jakiś most porozumienia, po którym przejdą razem. Dlatego nie chciał się z nią spotkać zanim nie doprowadzi wszystkich swoich spraw do końca. Nie mógł jej jeszcze dać wszystkich odpowiedzi. Nie winił jej natomiast za to, że ciężko było to zrozumieć, kiedy już dawno stracił jej zaufanie.
- Nikt. Nawet rodzina. I tak musi zostać Ade, jeszcze przez chwilę. - w tym temacie był całkowicie poważny i kładł na to dość duży nacisk - Ciężko mi powiedzieć jak długo to potrwa. Nigdy nie myślałem o tym w kategoriach posiadania jakiegoś deadline'u. Chcę to zakończyć jak najszybciej, ale czy zajmie to jeszcze kilka dni, tygodni czy miesięcy... Nie wiem. - zaczesał nieco dłuższe niż pamiętała włosy do tyłu głośno wzdychając - Chcę żeby to się już skończyło. Naprawdę chcę tego jak najszybciej. - w tym akurat był z nią zupełnie szczery i pewnie mogła to zobaczyć w jego tęczówkach.
Chciałby powiedzieć jej coś więcej. Najlepiej wszystko, ale rynek pełen obcych ludzi nie jest do tego najlepszym miejscem. Tym bardziej, że sprzedawca już raz spoglądał w ich stronę pewnie zastanawiając się czy próbują mu coś ukraść. Chciał by wszystkiego dowiedziała się od niego. Na spokojnie. Przy herbacie, kawie. Prywatnie. Wtedy miałby chociaż procent szansy na to, że ją odzyska. Bo cholera mając ją teraz na wyciągnięcie ręki musiał mocno ze sobą walczyć by właśnie po nią nie sięgnąć. Wziąć w ramiona. Pocałować. Tak bardzo chciał ją pocałować.
- W tym momencie powiem Ci to, co powiedziałem Ci również wtedy. Nie zdradziłem Cię Clem. Nigdy. - kładł duży nacisk na to ostatnie słowo patrząc w jej nieufne tęczówki bez najmniejszego zawahania.
Tak samo teraz, jak i wtedy wiedział, że mówił prawdę. Wierzył, że ma czas. Że prawda w końcu sama się obroni. Teraz potrzebował solidnych dowodów. Kontekstu, a tego nie mógł dawać jej na raty. Wszystko musiało zadziać się w odpowiedniej sekwencji. Odpowiednim czasie by to wszystko wypaliło. Do tego właśnie potrzebował czasu. By to wszystko zaplanować oraz to, żeby w końcu mogła mu uwierzyć.
- Czemu jestem tutaj w mieście, czy czemu jestem tutaj przy Tobie? - zapytał, chociaż chyba znał odpowiedź - Żeby odzyskać swoje życie. - podsumował wszystko w jednym zdaniu, które było naładowane dużym ładunkiem emocjonalnym.
Przyjechał odzyskać swoją rodzinę. Odzyskać swoją pracę oraz jeśli będzie mu to dane odzyskać swoją kobietę. To właśnie było jego życiem. Na ten moment to ona musiała wybrać sobie która z tych rzeczy była dla niego najważniejsza. On zawsze taki był. Chciał wszystkiego, sięgał po to i to zdobywał. A ona była dla niego wszystkim. Tylko przekonał się o tym odrobinę za późno.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Wbita w niego w tym momencie szpilka była jej mechanizmem obronnym. Im dłużej przy nim stała, tym w jej głowie pojawiał się coraz większy mętlik od zupełnie skrajnych emocji. Nie miała pojęcia, jak zareagowałaby, gdyby Sully spróbował zmniejszyć dzielącą ich przestrzeń, wolała więc temu zapobiec. Jego reakcja jednak wcale nie poprawiła jej samopoczucia, bo zrozumiała, że jej uwaga trafiła w niego bardziej, niż przypuszczała. Mimo to tłumaczyła sobie, że tak właśnie miało być. Dwa lata temu ją też zabolało uderzenie, które pojawiło się znikąd. Zupełnie nic tego nie zapowiadało. Mężczyzna zasługiwał na cierpienie tak, jak cierpiała wtedy ona. Z drugiej strony cichy głosik w jej umyśle podawał tę myśl w wątpliwość. Bo czy powinno go boleć, skoro i tak jej nie kochał? Najwyraźniej tak musiała wyglądać jego urażona duma. Nic innego nie miało sensu.
Przez chwilę patrzyła na niego, wsłuchując się w poważny ton jego słów i próbując rozszyfrować z jego twarzy cokolwiek, co mogłoby ją nakierować na właściwe tory. Powaga słyszalna w jego głosie połączona z nutą zmęczenia sprawiły, że bezwiednie w zamyśleniu zagryzła wargę. Jej rozsądek nie chciał wierzyć w jego pokrętne tłumaczenia, natomiast serce podpowiadało jej, że bijącej od niego w tej chwili szczerości nie dało się tak po prostu odegrać. O cokolwiek chodziło, wyglądało to na poważną sprawę, która przekraczała jej wyobrażenia. Adeline mimo wszystko poczuła się zobowiązana to uszanować. Chociażby przez wzgląd na stare czasy, bo po takim czasie nie mogła już więcej od niego niczego wymagać, prawda?
— I przez cały ten czas nadal zamierzasz się ukrywać? A ja mam udawać, że nic się nie wydarzyło? — zapytała po namyśle. Wrócił. Co więcej, widziała go. Rozmawiała z nim. Czuła zapach jego perfum subtelnie roztaczający się wokół nich. Tych samych, które uwielbiała i które już zawsze będą wywoływać wspomnienia właśnie z nim. Jak po tym spotkaniu mogłaby wrócić z powrotem do normalności? Nagle uświadomiła sobie coś jeszcze. — Chciałeś tego. Dlatego próbowałeś zniknąć w tłumie. Po co więc mnie uratowałeś? - ściągnęła brwi. Starała się zachować spokój i nie dopuszczać do siebie żadnych zdradliwych myśli, ale przyspieszone bicie serca miało co do tego zupełnie inne plany. — Nie musiałeś się ujawniać. I psuć sobie przeze mnie swoich tajemniczych planów - dodała jeszcze, spierając się w myślach sama ze sobą, że to nie mogło niczego znaczyć. Nie sądziła, żeby była dla niego wystarczającym powodem, dla którego warto było zniweczyć wszystkie swoje skrzętnie przemyślane plany. Czyżby zadziałał impulsywnie? Może żałował? Gdyby ją zostawił, zaoszczędziłby sobie problemów.
Nie zdradziłem Cię, Clem. Nigdy. To, z jakim przekonaniem wypowiedział te słowa, sprawiło, że niepostrzeżenie na chwilę wstrzymała oddech, nie potrafiąc powstrzymać kotłujących się w jej głowie myśli. Chciała mu wierzyć. Naprawdę chciała. Nie potrafiła jednak przyznać tego na głos. Nie tylko w obawie przed ponownym zranieniem, ale także przed tym, że co, jeśli rzeczywiście było to prawdą i całe te dwa lata od ich rozstania mogły wyglądać zupełnie inaczej? Nie miała sił na przyznanie się do błędu. To nie mogło być prawdą. Widziała zdjęcia. Dowody, których nie dało się wymazać z pamięci. Było już za późno na powrót.
Na jego kolejne wyznanie drgnęła nieznacznie. W pierwszej chwili umysł podsunął jej myśl, że naprawdę był tutaj przy niej nie bez powodu. Że nadal mu na niej zależało. A potem przypomniała sobie, że przecież od dawna już nie byli razem. Odszedł od niej, zaprzestał z nią jakiegokolwiek kontaktu. Jedynym łącznikiem między nimi został Ethan, który, mimo tego, że wcale nie pytała, wplatał brata w rozmowę.
Jej spojrzenie znów powędrowało gdzieś w bok. Musiała wziąć się w garść. A przynajmniej dopóki miała go w zasięgu wzroku. I rąk, choć nie zdecydowała się ich do niego wyciągnąć.
— Robiąc to na lokalnym targowisku? — mruknęła z iminimalnym przekąsem w głosie, którego nie potrafiła powstrzymać, po czym westchnęła. — To będzie trudne, jeśli nie będziesz szczery — uznała finalnie, zdobywając się na naturalny ton. Jakby to, o czym mówiła, wcale jej nie dotyczyło. Już dawno nie znajdowała się na jego liście priorytetów, a jego obecność tutaj była czysto przypadkowa. Pozostało jej więc tylko dać mu dobrą radę i udać, że to wszystko było tylko snem tak, jak zasugerował to chwilę wcześniej. — W każdym razie dziękuję za troskę, możesz wracać do tego, czym zajmowałeś się, zanim weszłam Ci w drogę — uśmiechnęła się kącikiem ust, który nie miał nic wspólnego z prawdziwym uśmiechem i odwróciła się z zamiarem odejścia.
Sullivan Hartley
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracji3 osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Sam się o to prosił. We wszystkim, co mówiła miała oczywiście wiele racji. Zawsze tak było, dlatego pomimo ich różnicy wieku wybrał właśnie ją i słuchał jej rad. Nawet biznesowo. Ich relacja wydawała się być z rodzaju tych, których nie da się podważyć. Nie da się zburzyć. Oboje byli dla siebie opokami. Aż do tego jednego momentu, który kompletnie ich załamał. Zniszczył całe zaufanie, które sobie przez te lata zbudowali. Było tak wiele rzeczy, które chciał jej powiedzieć. Tak wiele rzeczy, które chciał z nią zrobić. Już od dobrych kilku tygodni pojawiał się w jej okolicy. Zawsze niewinnie, po prostu obserwując ją z bezpiecznego dystansu. Układając sobie w głowie to, jak to wszystko będzie wyglądać. Całe, wielkie zmartwychwstanie. Jakie będą wszystkie kroki. Wiedział, że nie będzie mieć drugiej szansy. Musiał to zrobić dobrze. Nie, bezbłędnie. To będzie najważniejsza rozmowa w jego życiu. Podchodził do niej z całym zaangażowaniem, na jakie było go stać. Spędził nad tym już pewnie więcej czasu niż nad zbieraniem całego materiału dowodowego, który będzie przekazywać policji. Tak wiele dla niego znaczyła.
Tak bardzo chciał ją po prostu wziąć w swoje ramiona. Przytulić, pocałować. Nie łudził się, że ich ponowne spotkanie będzie jak w tych wszystkich romantycznych filmach, kiedy po prostu rzuci mu się w ramiona, wycałuje i powie jak bardzo za nim tęskniła. Między nimi było już po prostu za dużo niewyjaśnionych spraw. Uczuć, które nadal nie były przepracowane. Rozmów, których nigdy nie odbyli. Stracili tak wiele czasu, którego nie da się nadrobić. Chciał teraz po prostu mieć z nią jeszcze wspólną przyszłość. Nad tym mógł popracować.
- Tak, niestety muszę Cię o to poprosić. Nikt nie może wiedzieć, jeszcze nie. - spojrzał na nią w ten miękki, proszący sposób.
Wiedział, że nie daje jej tego, czego potrzebowała. Czego chciała, ale nie mógł. Po prostu nie mógł. Mógł tylko wierzyć, że ma dla niego w swoim sercu chociaż trochę pozytywnych uczuć by spełnić jego prośbę.
- I miałem pozwolić żeby stała Ci się krzywda? Za kogo Ty mnie masz Ade? - był tym trochę urażony, może nawet oburzony.
Może ich relacja nie zakończyła się w najlepszych okolicznościach, ale chyba nie myślała, że mogłaby być mu kompletnie obojętna? Z czasów, kiedy faktycznie go znała powinna wiedzieć, że zrobiłby to dla obcej osoby, a co dopiero dla niej. Zapamiętał to. Nie wróżyło dobrze dla jego planów skoro jej opinia o nim była tak niska, lecz nie zamierzał pozwolić by go to zniechęciło. Nie odpuszczał. Nie tym razem.
Widział, że nadal mu nie wierzyła. To było w porządku, nie dał jej jeszcze powodów by odbudować to zaufanie. Tym razem nie będzie musiała już jedynie wierzyć jego słowu. Będzie miał dowody, kontekst. Wierzył w to, że uda im się uporać z tym tematem. Nie wiedział natomiast czy kiedyś wybaczy mu to, że odszedł. Nie walczył. Tutaj nie było nic, co mógłby naprawić. Nie słowami, ale może czynami.
- Tak, na lokalnym targowisku, ponieważ to właśnie tutaj jest część mojego życia. - nie musiał patrzeć na nią znacząco, dawać żadnych sygnałów, wydawało mu się, że wyraża się wystarczająco jasno.
Jeśli nadal mu nie wierzyła... Cóż, to jest to zaufanie, które będzie musiał odbudować. Właśnie po to tutaj wrócił. Odbudować stare mosty. Odzyskać swoją kobietę. Chociaż bał się zapytać, czy jest na to jeszcze jakaś szansa. Może podświadomie dlatego stalkował ją przez ostatnie tygodnie? W dużej mierze na pewno chciał ją po prostu zobaczyć. Najlepiej bez innego mężczyzny u boku. To bardzo samolubne z jego strony, ale chciał mieć tę szansę. Jeszcze jedną.
Chciał ją zatrzymać. Złapać za dłoń, przyciągnąć do siebie. Nawet jeśli nie rozmawiali teraz o przyjemnych rzeczach. W tym momencie miał ją tylko dla siebie. O to walczył. To wszystko było właśnie po to by mogli się znów zobaczyć. Poświęcić sobie czas.
Nie mógł. To nie był ten czas. Nie uwierzyłaby w nic, co by w tym momencie powiedział. Nie miał swoich dowodów, nie miał kontekstu, nie miał potwierdzeń, których będzie potrzebować. Nie chciał tego rozwlekać. To spotkanie dało mu jeszcze więcej motywacji by w końcu wrócić do żywych i zawalczyć o swoją kobietę.
Adeline Covington
z/t x2