ODPOWIEDZ
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Tell me,
how can you feel comfortable
in a place that feels like catacombs?


p o z y t y w n o ś ć

Była jedną z tych cech, którymi August uwielbiała się szczycić. Była z niej dumna. Przychodziła jej naturalnie i została z nią od dnia, w którym dowiedziała się o swojej diagnozie, aż po dzień, w którym zadzwoniła złotym dzwonkiem w szpitalnym korytarzu. Jego charakterystyczny dźwięk odbił się od ścian, od jej bębenków i od samego serca. Uśmiechy. Przeszklone oczy. Ten dziwny ciężar, który spadł z piersi dokładnie w momencie, gdy dźwięk ucichł. Przez wiele lat nie płakała. Uśmiechała się, owijała wszystko w śmiech, żart i sarkazm. Starała się nie brać życia zbyt poważnie, bo sama najlepiej wiedziała, jak ulotne potrafiło być. Tak było aż do momentu, w którym pokłóciła się ze swoim najlepszym przyjacielem. A co za tym szło - w końcu uroniła łzy, które zebrały się w jej oczach i spłynęły po policzkach takim nurtem, że sama nie wiedziała, jak to jest czuć tę dziwną wilgoć muskającą delikatną skórę.

Nie chciała o tym myśleć. Była przepełniona goryczą, złością i całym tym nieznośnym ciężarem, którego nie potrafiła z siebie wyrzucić w żaden normalny sposób. Więc ta rozpromieniona dziewczyna, która nosiła sierpniowe imię mimo tego, że urodziła się w lipcu, zdecydowała się wyżyć na czymś innym. Na sobie. Nie, nie chciała ze sobą skończyć ani nic w tym stylu. Po prostu musiała wyjść z domu, zgarnąć deskę i sunąć przed siebie tak długo, tak szybko, żeby nie myśleć o tym, jak łatwo Alexowi przyszło ją okłamać.

Wychodząc z domu, rzuciła deskę na chodnik, postawiła na niej stopę, wsunęła airpodsy do uszu i włączyła muzykę stanowczo za głośno. Schowała telefon do plecaka, poprawiła pasek na ramieniu i odbiła się stopą od ziemi, ruszając przed siebie przez całe Greektown, aż znalazła się w okolicy Beach and Boardwalk. Z każdym kolejnym odbiciem czuła ból przeszywający biodro i udo. Przez ostatnie burze noga po rekonstrukcji bolała ją bardziej niż dotychczas, ale skoro chciała się na sobie wyżyć, to najwyraźniej właśnie taki był plan. Ignorować wszystko. Ignorować wszystkich. Ignorować własne ciało, które bardzo wyraźnie próbowało jej powiedzieć... August, maybe stop this fucking nonsense??? Ale oczywiście nie słuchała. Dopiero kiedy zobaczyła, że światło na pasach zaczyna się zmieniać, a do czerwonego zostało jakieś osiem sekund, zmrużyła oczy. Nie no. Uda jej się. Na bank. Odbiła się mocniej od ziemi, ale będąc już w połowie przejścia, zorientowała się, że światło zdążyło zmienić się na czerwone. A samochód nadjeżdżał z prawej strony. Well… shit.

can you hear my heart beatin' like a hammer?
beatin' like a hammer

Próbowała zatrzymać się jak najszybciej, ale straciła balans i dosłownie bokiem odbiła się od maski gwałtownie hamującego auta. Uderzenie wyrwało jej powietrze z płuc. Odbiła się od maski, poleciała na chodnik i poczuła, jak zdarła sobie nie tylko dłonie, próbując złapać grunt, ale też kolano. - Fuck me! - syknęła pod nosem, przez chwilę leżąc bez ruchu. Jedna słuchawka wypadła jej na ziemię. August zacisnęła zęby, powoli wstała, cała roztrzęsiona, przygryzając policzek od środka, żeby stłumić ból. Swoją drogą, nie był aż tak intensywny, jak mógłby być, ale jednak prawie została potrącona na śmierć, więc chyba miała prawo do odrobiny dramatyzmu. Tylko że tu nawet nie chodziło o strach. Chodziło o to, że musiała na kogoś nakrzyczeć. Zgarnęła słuchawkę z ziemi, uniosła rękę w górę i podeszła do uchylonego okna kierowcy. W środku siedział mężczyzna, może kilka lat starszy od niej, z tatuażami na twarzy. August zmrużyła oczy i od razu podniosła głos. - Nie mogłeś przerwać mi piosenki w gorszym momencie?! - warknęła, wciskając rękę przez uchylone okno i prawie podstawiając mu słuchawkę pod nos. - Uważaj, jak jeździsz, dupku! - Prychnęła, odwróciła się na pięcie i, kulejąc, chociaż bardzo starała się iść prosto, wróciła po deskę. Schyliła się, zgarnęła ją z ziemi i ruszyła w kierunku plaży, jakby cała sytuacja wcale nie miała miejsca.

Po drodze weszła do apteki, żeby kupić wodę utlenioną i przetrzeć otarcia, wciąż nie mogąc uwierzyć w tupet tamtego kolesia. Wjechał na drogę, kiedy ONA przejeżdżała. Musiał ją widzieć. Na pewno ją widział. A nawet jeśli nie, to przecież powinien przewidzieć, że jakaś rozchwiana emocjonalnie dziewczyna na desce może postanowić rzucić się przez pasy w ostatnich sekundach zielonego światła. Tak wyglądała logika August Winters, ladies and gentlemen. Usiadła w środku apteki na małym krzesełku i ogarnęła się najlepiej, jak potrafiła. Udo i kolano piekły jak cholera, dłonie szczypały przy każdym ruchu, ale przynajmniej nic gorszego się nie stało. Przynajmniej nie połamała się na środku ulicy. Wyrzuciła zużyte chusteczki do śmieci, poprawiła plecak i ruszyła z powrotem na zewnątrz. Chciała jeszcze zatrzymać się na stacji po drodze, kupić sobie coś do picia... i wtedy go zobaczyła. Tego samego kolesia z wcześniej. August poczuła, jak wszystko się w niej zagotowuje. Bo oczywiście. Oczywiście ten zabawny universe nie mógł pozwolić jej po prostu dojść do plaży i posiedzieć w samotności. Nie. Musiał jeszcze raz podsunąć jej pod nos człowieka, który prawie ją rozjechał. Przyspieszyła kroku, trzymając deskę pod ramieniem, stanęła za nim i stuknęła go dwoma palcami w ramię. - Najpierw prawie potrącasz mnie na ŚMIERĆ - zaczęła, unosząc głos - a teraz mnie śledzisz?!

what a prick
34 y/o
For good luck!
182 cm
asystent mechanika w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
the night gets so loud; a one-person crowd, all the ghosts I entertain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły / teraźniejszy, jestem flexible
postać
autor

i close my eyes only for a moment
and the moment's gone;
all my dreams pass before my eyes — a curiosity

Pisk opon przy gwałtownym hamowaniu, choć w rzeczywistości trwał krótko, abstrakcyjnie zwolnił czas; rozciągnął chwilę i bezkompromisowo obdarł ją ze zwyczajowego zgiełku myśli,
i nie miały w niej znaczenia żadne jego problemy,
żadne rozterki ani bolączki.
Nie miała znaczenia nawet ta cholerna piosenka, która nie chciała dać się tak łatwo przełączyć, bo akurat telefon mu się zaciął i przestał odpowiadać na dotyk, a która przypominała mu o Corze — mimo że tę chwilę temu zdawało się, że miała dla niego naprawdę .n a j w i ę k s z e. znaczenie.
Piosenka — nie Cora, oczywiście.


(Oczywiście.)
W momencie, w którym stary Ford się zatrzymał, Jake’iem szarpnęło, a ktoś uderzył w maskę —
albo to maska uderzyła w kogoś;
albo zdarzyło się to ułamek sekundy później… albo ułamek sekundy wcześniej — trudno było powiedzieć, bo to z kolei zadziało się już za szybko, zbyt blisko siebie.
Maska pick-upa zasłoniła mu potrąconą postać, gdy ta już upadła. W naturalnym odruchu chciał wyskoczyć z auta — zobaczyć co, kurwa, najlepszego znowu narobił co się wydarzyło, pomóc, z r o b i ć . c o ś, naprawdę cokolwiek.
Tym razem zaszwankowały pasy
(a może to po prostu nerwowe ruchy rąk nie mogły dogadać się ze zblokowanym po gwałtownym pociągnięciu mechanizmem),
utrzymując go wewnątrz samochodu tak długo, aż poszkodowana sama zebrała się z ziemi i podeszła do niego.
Przekręcił głowę w jej stronę z opóźnieniem, prawie zaskoczony, że to zrobiła. Jakaś jego część musiała odnotować ulgę — bo była w stanie wstać, więc nie mógł wyrządzić jej aż tak wielkiej krzywdy; pozostała część nie mogła się zdecydować, czy wyprzeć ze świadomości całe zajście, czy przeciwnie: uczynić je powodem do biczowania się przez następne dni albo i tygodnie.

Dopóki nie zrobiłby czegoś głupszego i gorszego.

Wszystko było jakieś odrealnione.

Co, jakiej-… — Dłoń z słuchawką mignęła mu przed nosem. — Przecież to ty- — nawet nie zdążył dobrze unieść głosu, a ta się odwróciła i ruszyła. — HEJ, CZEKAJ! — Nie zaczekała. — Kurwa…

Z pasami szarpał się o kilka sekund za długo — nie na tyle długo, żeby nie zobaczyć, w którą stronę kuśtykała, kiedy on wreszcie się wyswobodził i pośpiesznie otworzył drzwi Forda, jednak już na tyle długo, by z poprzedniego skrzyżowania zaczęły nadjeżdżać inne samochody. W ferworze emocji gotów byłby zostawić auto na chodzącym silniku na tych pieprzonych światłach, żeby ją dogonić, ale to nie było jego zapyziałe miasteczko. Zaraz został otrąbiony — i cofnięty do otaczających go realiów. I do Forda.





Parę minut później pick-up Jake’a stał zaparkowany przy najbliższym umownie dozwolonym miejscu do postoju — sam Jake zaś stał jak idiota
(…)
tam, gdzie ostatnio widział dziewczynę. Chwilę już się tam kręcił i rozglądał. I zwątpił co najmniej dwa razy, czy w ogóle zapamiętał, jak wyglądała…

Dotknięty, obrócił się od razu: na tyle gwałtownie, jakby gdzieś obok czyhało wciąż aktualne zagrożenie; na tyle zamaszyście, że musiał zrobić szybkie pół kroku w tył dla równowagi.
Nie zdążył dobrze objąć dziewczęcej twarzy ani sylwetki spojrzeniem, nim spojrzenie to pociemniało

pod narzuconym na Jake’a całunem niesprawiedliwego osądu.

„Ś l e d z i s z”? — powtórzył nie tyle nawet z obruszeniem czy z oburzeniem, co z żywą, głęboką .p r e t e n s j ą —
zbyt poważną jak na okoliczności,
przede wszystkim jednak jak na te okoliczności zbyt personalną, bo to, co ubzdurała sobie przypadkowa nieznajoma spotkana potrącona na ulicy, nie powinno mieć dla nikogo takiego znaczenia, jakie w tej chwili miało dla niego.
Po pierwsze na jaką śmierć, przecież chyba ŻYJESZ — wytknął obronnie, mimowolnie idąc o ton wyżej, niż ona.
Wychował się w domu, w którym rację zawsze miał ten, kto mówił ciszej i z większym opanowaniem. Jake .n i g d y. nie miał w nim racji — ani wtedy, gdy serce podpowiadało mu coś innego, ani nawet gdy z całą siłą coś innego .k r z y c z a ł o; gdy wyrywało się z piersi, bo nie potrafiło zaakceptować tego, co widziały oczy i co czuł w całym ciele, mimo że to czucie ciała wcale nie dotykało.

(Wtedy nie miał jej zwłaszcza;
wtedy podejmował najbardziej nieprzemyślane decyzje,
których potem żałował — również najbardziej.)

Do dziś się nie nauczył.

A szukałem cię — zaakcentował, wycelowując w nią oskarżycielsko palec wskazujący — bo uciekłaś, zanim zdążyłem wysiąść i-
Zamiast wypluć kolejne słowa w spójnym ciągu, zawiesił się z półotwartymi ustami. Nie w celowym zabiegu, mającym nadać przejętej wypowiedzi więcej dramatyzmu; piwne oczy przez krótką chwilę skakały pomiędzy piegami na opalonej skórze, choć nie miało to w żaden sposób pomóc mu połączyć kropek w głowie.
Zapomniał, co chciał powiedzieć dalej — a może i wcale do tego wcześniej nie doszedł, może liczył, że wyklaruje mu się to samo gdzieś po drodze — i tylko któryś z podszeptów świadomości popychał ku niedającemu się zignorować wrażeniu, że zmierzał przecież do czegoś konkretnego;
może nie w tym akurat zdaniu…

Normalna jesteś?! Ja pierdolę, nie robi się tak! — wyrzucił w końcu z siebie, wyrzucając przy tym ręce w powietrze.

(Ku niebu.)
(Boże, kurwa, za co…)
…ale chyba .m u s i a ł. pójść za nią z inną motywacją niż krzyki i wyzwiska. Po prostu nie mógł sobie przypomnieć, kiedy w głowie szumiało od wszystkiego.

are you o u t of your f u c k i n g mind???
dust in the wind — all we are is dust in the wind
Ostatnio zmieniony pn maja 18, 2026 9:12 pm przez Jake Davenport, łącznie zmieniany 3 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
smark
nie lubię niedbałych postów, dokładania wstecz większych ilości dialogów i narzucania mojej postaci określonych reakcji bez mojej zgody; nie chcę pisać z AI
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie znosiła tego, jak aroganccy potrafią być faceci. A sposób, w jaki on teraz się do niej odzywał? Jakby to ona sobie wszystko ubzdurała. No może troszkę, okay? Ale tylko troszkę! A tak naprawdę problem leżał w nich. W tych ich wielkich ego, w tym przekonaniu, że jak podniosą brew, rzucą parę mądrze brzmiących zdań i spojrzą na kobietę z góry, to nagle świat sam przyzna im rację. Typical red flags. Yuck. Ale takie rzeczy nie na jej warcie...- Nie wiem, czy to kwestia tego, że naoglądałeś się za dużo YOU na Netflixie, czy po prostu moja uroda oślepiła cię na tyle mocno, że sam fakt, iż - tak jak wspomniałam - PRAWIE mnie potrąciłeś… na ŚMIERĆ, to teraz jeszcze mnie śledzisz, bo co… - zmierzyła go od stóp do głów, powoli zatrzymując spojrzenie na jego tatuażach, zanim wbiła swoje tęczówki w jego oczy i dopowiedziała na ostatnim tchu, - Chcesz mój numer?! - Westchnęła głośno, przykładając sobie wierzch dłoni do czoła.

Dobra… jeżeli chodziło o August, to bywało różnie. Czasami pisała życiu własne scenariusze, bo właśnie to najbardziej ją bawiło. Wiedziała, że typek w żadnym wypadku nie pomyślałby o niej w ten sposób. Co najwyżej miał spojrzenie wbite w ekran telefonu czy cholera wie w co jeszcze i dlatego tak BEZMYŚLNIE w nią wjechał. No ale czy było coś lepszego niż wrzucenie mu do ust słów, które nawet nie przemknęły mu przez myśl? No właśnie. Chciała zobaczyć jego reakcję. Chciała, żeby przewrócił na nią oczami. Chciała, żeby może nawet podniósł na nią głos, bo… bo po prostu potrzebowała, żeby ktoś się na niej wyżył i żeby ona sama miała możliwość wyzbycia się całej tej negatywnej energii, która tliła się w niej niczym cholerny dym papierosowy, potrafiący osiedlić się w płucach i ubraniach na długie dni po tym, jak spędziło się czas w pomieszczeniu przepełnionym fajkami... Słysząc, że jej szukał…
Wait. What?

Uniosła brew i spojrzała na niego lekko zbita z tropu. Jej piwno-zielone tęczówki zatrzymały się na jego tatuażu 'c h a o s', a kąciki ust delikatnie drgnęły ku górze. Zabawne, jak idealnie ten napis opisywał całą sytuację. Sposób, w jaki się poznali, a teraz jeszcze sam fakt, że przyznał się do tego, iż faktycznie jej szukał, połechtał jej ego. Chociaż tak naprawdę odruchowo zerknęła na maskę pickupa, żeby upewnić się, że nie zostawiła żadnych śladów na aucie i że przypadkiem nie chciał jej namiarów po to, aby kazać jej opłacić szkody. Widząc - a przynajmniej tak jej się wydawało - że nic tam nie było, odetchnęła wewnętrznie z ulgą. Kamień spadł jej z serca.

W momencie, w którym wyrzucił z siebie swoją frustrację, przy okazji odgrywając jakiegoś Włocha rodem wyjętego z Sopranos, aż zapowietrzyła się, czerwieniejąc na twarzy. No jakim prawem odzywał się tak do niej, huh?! - Nie robi się tak?! - rzuciła, podchodząc o krok bliżej. - Chyba ktoś potrzebuje odświeżyć sobie pamięć z jazdy samochodem, a nie rzucać takimi obelgami w moją stronę! - Odpowiedziała, marszcząc nos i brwi, próbując zeskanować go wzrokiem w tak drapieżny sposób, który miał dać jej przewagę. Sprawić, żeby poczuł się m a l u t k i. Chociaż musiało to wyglądać wręcz przekomicznie, zwłaszcza że była od niego na oko jakieś dwadzieścia centymetrów niższa. Ale oh well.

Te tatuaże. Piwne spojrzenie. To, jak cholernie dobrze pachniał...

Pomimo tego, że krew buzowała jej w żyłach, a złość dosłownie przepływała przez jej klatkę piersiową, coś podpowiadało jej, że nie może teraz znowu odwrócić się na pięcie i tak po prostu odejść. Chciała zobaczyć, na jak dużo mogła sobie przy nim pozwolić. Chciała pobawić się z nim w kotka i myszkę. Albo w matadora, który kusił byka, żeby ten z impetem wbiegł w płachtę, nie bacząc na to, czy zaraz zostanie rozpłaszczony na ziemi. Nie obchodziło jej to... Uwielbiała ludzkie reakcje. Uwielbiała sprawdzać limity. A to, że on był na dobrą sprawę obcym facetem, którego możliwe, że już więcej nie zobaczy? Sprawiało, że dostawała jeszcze większego boosta adrenaliny, który, oh well, could pretty much get her killed, if we were about to rely on all those Netflix crime series. Ale myślmy pozytywnie. To, że koleś miał parę tatuaży, nie znaczyło od razu, że był kryminalistą… no nie?

Wzięła głęboki oddech i ominęła go, zmierzając w stronę drzwi pasażera. Uchyliła drzwi z impetem jednak po chwili zdała sobie sprawę jak cholernie wysokie to auto było. Nie chcąc pokazać mu, że w idealnym świecie poprosiłaby go o podsadzenie, rzuciła deskę na ziemię, ustabilizowała się na niej stopami, dodając sobie całe może z 10 centymetrów. Następnie zgięła nogi w kolanach i podskoczyła wysoko łapiąc się czegokolwiek by podciągnąć się ku górze i znaleźć się w jego aucie. Następnie przetransportowała się na kolanach na jego siedzenie, otwierając okno i wychyliła głowę z szerokim uśmiechem na twarzy, rzucając z bezczelną iskierką w oku - Ale nie martw się, nie zadzwonię po gliny! W zamian... niedaleko jest plaża. Zabierz mnie tam i mi potowarzysz - po czym dumnie usiadła z powrotem na swoim siedzeniu i zapięła pasy, jakby w ogóle nie brała pod uwagę faktu, że mógłby jej odmówić. Uśmiechnęła się szeroko i dumnie sama do siebie, zanim dorzuciła, - Postawię ci BeaverTails! Tam mają najlepsze w mieście! - Dodała to unosząc głos, aby się upewnić, że ją usłyszał, zanim nachyliła się, zgarnęła kabelek wystający z radia w jego aucie i podłączyła swój telefon. Zanim wybrała piosenkę zorientowała się, że przecież drzwi są otwarte na oścież, a deska leży na ziemi, więc krzyknęła - ah! Bądź gentlemanem i zamknij drzwi proszę… - o desce nic nie powiedziała, mając nadzieję, że sam o tym pomyśli jak ją zobaczy pod swoimi nogami. Po chwili muzyka wypełniła wnętrze trucka, a Winters zaczęła bujać głową w przód i w tył, czekając, aż do niej dołączy. She wasn’t taking no for an answer. A ten obcy jej facet musiał już pogodzić się z faktem, że los połączył ich dusze... przynajmniej na dzisiejszy dzień. Dokładnie w tamtej absurdalnej chwili, w której jej ciało zderzyło się z jego truckiem.

𝔠𝔥𝔞𝔬𝔰
34 y/o
For good luck!
182 cm
asystent mechanika w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
the night gets so loud; a one-person crowd, all the ghosts I entertain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły / teraźniejszy, jestem flexible
postać
autor


„Nie robi się tak?!”
Nie, nie robi! — odpowiedział — znowu głośniej — choć pytanie nie czekało na jego odpowiedź, i wyprostował się, i zadarł wyżej podbródek, jakby postawa mogła sprawić, że stanie się niedostępny dla wszelkich wyrzutów kierowanych w jego stronę;
że nie dosięgnie go osądzające spojrzenie.

Jonathan Davenport był ostatnią osobą, która powinna czy w ogóle miała prawo

mieć czelność

strofować i pouczać; ostatnią osobą, której wypadało mówić innym, co należy robić, a czego nie wolno. Był ostatnim, który mógłby rzucać kamieniami. Ostatnim, którego palec winien cokolwiek komukolwiek wytykać — a jednak robił to z łatwością.

Jonathan Davenport był bowiem tylko człowiekiem, zaś jego ludzką pierwszą reakcją
— obrona.

A ty nie wiesz, że przez pasy się .p r z e c h o d z i? I że nie można tak po prostu sobie odejść, jak coś się stanie, trzeba-…
Patrzył, jak po prostu go wyminęła, nic sobie nie robiąc z jego słów, uniesienia i racji.

(Nie była mu nic winna.)
Potem, przez moment zdezorientowany, patrzył, jak — zamiast go olać i pójść w swoją stronę — zbliżyła się do Forda. Gdy pociągnęła za klamkę, złapał się za kieszenie. Kluczyki tkwiły bezpiecznie w jednej z nich i śmiały się z niego, że znowu zapomniał zamknąć samochód.
Potem robił się już tylko coraz bardziej zirytowany:

tym przedstawieniem z bezczelnością w roli głównej,
głupimi insynuacjami wcześniej

i czymś jeszcze, czego nie umiał uchwycić ani nazwać;

nawet nie spróbował.

(A on jej-…?)
Wreszcie i on ruszył się z miejsca — bynajmniej nie z zamiarem beztroskiego dołączenia do nieznajomej.
Uderzyłaś się w głowę? — warknął, podchodząc do otwartych drzwi pasażera, być może najprawdopodobniej mając zamiar zaraz dorzucić coś niemiłego, kazać jej wyskakiwać z jego auta i zjeżdżać — ale wtedy coś kliknęło, coś wskoczyło na właściwe miejsce a Jake, nabrawszy już do ust oddech dla kolejnych słów, wstrzymał go na krótką chwilę, by potem po prostu wypuścić powoli powietrze.
Wraz z wydechem opuścił oczy: nie do końca w wyrazie kapitulacji i skruchy, jego spojrzenie raczej przesunęło po ciele — niezbyt uważnie, acz celowo — aż zatrzymało się na zdartym brzydko kolanie. Zmielił i przełknął ślinę z miną, która mogła być tylko (…?) odbiciem mieszających się ze sobą napływającego poczucia winy i niechęci.

(Do przyznania się.)

Świeże rany nie wyglądały poważnie,
(a akurat ran widział już .n a p r a w d ę. dużo)
ale przypominały — o całym zdarzeniu sprzed paru (parunastu?) minut i o tym, jak inne mogło przynieść skutki. Ofiary. Szczęki Jake’a zacisnęły się mocno ze sobą, tak jak wytatuowana dłoń zacisnęła się na krawędzi drzwi. Kolejny oddech przyszedł mu ciężej, jak gdyby tlen nabrany zbyt szybko do płuc miał moc je zalać, zakleić, zatkać; coś niematerialnego stanęło na moment w gardle, kiedy mimowolnie wyobraził sobie gorszy scenariusz. Rytm, w jakim unosiła się i opadała jego klatka piersiowa, musiał w końcu przyspieszyć bez baczenia na dziwne kłucie w przełyku i pod mostkiem;

w piwnych tęczówkach Jake’a niemal odbijały się

odkryte nogi Cory w bożonarodzeniową noc,
gdy patrzył na nie z podobnej perspektywy

(…)

policyjne syreny

i to ciało, które miał przed oczami

— ale leżące bezwładnie na jezdni.


Chociaż oddychał szybciej, zaczynało pożerać go wrażenie, że brakuje mu powietrza, że ono którędyś z niego ulatuje. Spojrzenie, nieobecne i mętne, skakało teraz bez ładu po przestrzeni; po tej .s c e n i e, po chaosie panującym naokoło nieruchomej sylwetki. Cofnął się, puścił drzwi samochodu — i popatrzył na wnętrza swoich rąk. Były... czyste.

Były splamione krwią.
Pokręcił głową z niedowierzaniem, które stopniowo odpychało go z powrotem w ramiona rzeczywistości — ta została dla niego jednak zmieniona, jakby chwilowe urealnienie uzmysłowienie alternatywnego przebiegu zdarzeń odcisnęło na niej namacalne piętno. Spóźnione — wszak powinien był zdać sobie z tego sprawę wcześniej,
powinien był-…
Spojrzenie Jake’a wróciło na twarz dziewczyny. I wróciło tak w ogóle, inne niż przedtem: trochę przestraszone, trochę ostrożne. Czujne. Dłonie nie opadły do końca luźno; pozostały wciąż lekko uniesione, wciąż poniekąd zwrócone wnętrzem ku górze.

(Ku niebu.)

(…)
Serio, nie uderzyłaś się w głowę jeszcze? Albo, no-… Nie boli cię… nic?

stranger danger...?
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
smark
nie lubię niedbałych postów, dokładania wstecz większych ilości dialogów i narzucania mojej postaci określonych reakcji bez mojej zgody; nie chcę pisać z AI
27 y/o
Welkom in Canada
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Spoiler
there is a stain on your shirt,
semi-sweet semicide…


Była gotowa do walki jak nigdy. Do zderzenia osobowości, sprzeczki…
czegokolwiek, co stłumiłoby krzyki i rozbuzowane emocje tlące się w jej ciele.
August nie była taka. Nie zwykła kierować się negatywnością. Zawsze uśmiechnięta, pozytywna, przypominająca słonecznik wyrastający ku słońcu, byleby zaczerpnąć więcej energii. A teraz stała przy dosłownej chmurze, chcąc, by wyższy mężczyzna po prostu ją zbeształ... Zmieszał z błotem... Słowami uronił łzy, które może choć na moment przywróciłyby ją na tę podłą ziemię, która tak naprawdę była niczym więcej, tylko pustą, szarą rzeczywistością.
Plan miała idealny.
Swoim pyskowaniem oczekiwała, że owa chmura zacznie ronić grzmoty, błyskawice, deszcz… c o k o l w i e k. Zamiast tego tylko przyjrzała mu się z oniemieniem, gdy uniósł podbródek, prostując się i jeszcze bardziej podkreślając różnicę wzrostu między nimi.

Cholera jasna.

Przeszło jej przez głowę. Miała ochotę tupnąć stopą jak jakiś rozwydrzony dzieciak w sklepie, który nie dostał tego, czego chciał. Albo powiedzieć mu w twarz, że powinien ją bardziej opierdolić, no ale kim była, żeby dawać mu rozpiskę instrukcji, jak chciałaby być dzisiaj potraktowana? Przecież to nie na tym polegało, co nie? A Winters sama w sobie była bardzo ciężką osobą. Lub półcyborgiem, jak to pieszczotliwie lubiła siebie nazywać. - Ugh, so annoying - wyrzuciła z siebie tylko, przewracając oczami na jego kolejne słowa i po kilkunastu długich sekundach rozmyślania w końcu udało jej się władować do jego samochodu monster trucka. Goddammit, the effort to get in this thing, sheesh - pomyślała, zanim wydała mu KOLEJNE? polecenie. No przebijała samą siebie. Hit.

Zadowolona, że zaraz jej plan wypali, siedziała rozradowana, kiedy zaczął podchodzić do drzwi, oczekując na porządny opierdol. - Dawno i nieprawda - rzuciła z uśmieszkiem, w dalszym ciągu czekając, aż grzecznie wyprosi ją ze swojego samochodu. Przyglądała mu się, kiedy chwycił dłonią drzwi samochodu, a potem… stał i po prostu na nią patrzył? Obserwowała, jak przejeżdżał wzrokiem po jej ciele. Gdyby nie to, że w tamtym momencie nie plasował się na liście osób, które mogłyby ją lubić, pomyślałaby, że może sprawdzał, czy nic jej się nie stało? Ahhh, get over yourself, Winters. Poprawiła się na siedzeniu, zsuwając delikatnie spódniczkę i upewniając się, że nie zauważył blizny na jej prawej nodze. August miała dużą, zgrubiałą bliznę po prawej stronie uda, ciągnącą się aż do kolana i biegnącą wzdłuż do biodra, gdzie w tamtych okolicach wyglądała jeszcze gorzej przez kilkanaście chirurgicznych nacięć wykonanych podczas leczenia. Starała się być body positive, jednak sam fakt i świadomość reakcji obcej osoby na jej widok pierwszy raz budziły w niej coś na kształt obrzydzenia do samej siebie...
Jednak po chwili zorientowała się, że coś było nie tak.
Wyglądał, jakby zobaczył ducha. Spojrzała na jego wyraz twarzy, na to, w jak gwałtowny sposób zaczął oddychać… - Hhheejjj… - wydusiła ledwo, niemal w tym samym momencie, w którym cofnął się i przyjrzał wnętrzu własnych dłoni. Wyglądało to tak, jakby patrzył na nie z przerażeniem. Patrzył, lecz nie widział? Nie potrafiła tego opisać. Przestraszyła się i momentalnie zmartwiła o człowieka, z którym tak cholernie chwilę wcześniej chciała się pokłócić. Przesunęła się do krawędzi, gotowa zaraz zeskoczyć i do niego podejść, gdy zetknęła z nim spojrzenie. Właśnie wtedy zadał jej pytanie. - Nie, nie boli - odparła, zeskakując na dół. A w momencie, gdy jej buty zetknęły się z asfaltem, a kolana automatycznie się zgięły, poczuła, że cholera, nie powinna była skakać z takiej wysokości. Syknęła pod nosem i podeszła do niego. - Teraz tak… - uśmiechnęła się delikatnie w swego rodzaju grymasie bólu. - Nie mogłeś wybrać wyższego auta? - Uniosła brew, wyciągając jedną dłoń powoli ku górze i kładąc ją na wewnętrznej stronie jego dłoni, która jeszcze do końca nie zniżyła się... po czym delikatnie ją ścisnęła. - A ty jesteś okej? - zapytała, unosząc podbródek, by spojrzeć mu prosto w oczy. - August Winters, pirat drogowy, właścicielka kwiaciarnio-kawiarni, poszukiwaczka wrażeń, kłania się do usług. - Uśmiechnęła się do niego szeroko z myślą, że może oboje mieli gorsze dni. I zamiast być wredną wersją siebie, której sama nie poznawała… może warto było odsłonić przed nim tę, którą tak naprawdę w sobie uwielbiała?

𝐬𝐮𝐦 𝐠𝐮𝐲 𝐰𝐢𝐭𝐡 𝐚 𝐦𝐨𝐧𝐬𝐭𝐞𝐫 𝐭𝐫𝐮𝐜𝐤
34 y/o
For good luck!
182 cm
asystent mechanika w Morton Motors Inc.
Awatar użytkownika
the night gets so loud; a one-person crowd, all the ghosts I entertain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły / teraźniejszy, jestem flexible
postać
autor


Miałby ją na sumieniu;
jego barki, choć w zupełnej dosłowności silne i wytrzymałe, nie dźwignęłyby ciężaru .k o l e j n e j. duszy, nie byłyby w stanie ponieść konsekwencji .k o l e j n e g o. wypadku, w którym żadne

„Ja nie-… Przecież, kurwa, nie chciałem…”

nie mogło niczego zmienić, bo jego nieostrożność już i tak zrobiłaby swoje —

nieodwracalnie.
Właściwie…:
miał ją na sumieniu, choć szkody pozostawały symboliczne. Wszystko zaś, co się nie wydarzyło, było
może nie o włos,
może nie o krok,
ale bliskie o zaledwie parę sekund albo i mniej; o nieznacznie mocniejsze oparcie stopy na gazie — kiedy oczy o ułamek chwili za długo nie kontrolowały uważnie tego, co działo się na drodze — i o tyle dla Jake’a realne, by na moment prawdziwie nim wstrząsnąć, by zniekształcić rytm oddechu i złapać w potrzask uwłaczającego strachu — i obaw: jeszcze bardziej uwłaczających, bo w końcu…

martwił się
głównie o . s i e b i e ;

o . s w o j ą. przyszłość z poczuciem winy i z konsekwencjami.

Właśnie .t a k i
był z niego .b o h a t e r.;


właśnie .d l a t e g o. jej zapewnienie przyniosło tak doraźną ulgę — choć trwałą zaledwie do twardego lądowania opatrzonego zbolałym syknięciem.
„Nie mogłeś wybrać wyższego auta?”

Co…? — Zdezorientowany spojrzał na pick-upa. — Przecież tam jest-…
Nie dokończył; wąskie wargi złączyły się mocno ze sobą, a wzrok mężczyzny opadł na własną rękę, ujmowaną właśnie w delikatnym geście — zbyt czułym, by mógł być czymś normalnym w świecie Jonathana Davenporta,
zbyt ciepłym i miłym, zbyt .l u d z k i m . i zdecydowanie zbyt życzliwym, by nie wywołać nowej fali wstydu.
Dyskomfortu?

Nie zasłużyłeś.
Oczy pod ściągniętymi brwiami opadły na moment na abstrakcyjny obrazek. Nie znał i nie rozumiał takiego odruchu —

„A ty jesteś okej?”
…?! — na pewno nie wobec kogoś obcego…

( martwił się
głównie o . s i e b i e )

może tylko z jednym, przypadkowym wyjątkiem.


Gdyby nie chwilowe sparaliżowane dotykiem
(i może gdyby nie to, że, istotnie, nie był do końca okej)
zaśmiałby się chyba w reakcji na to pytanie — albo raczej na sytuację, w której padało ono w jego stronę, a nie powinno.

NIE ZASŁUŻYŁEŚ.
(Nie powinno musieć; nie powinno cisnąć się nikomu na usta.)
Usta Jake’a nie wypuściły jednak ani śmiechu, ani odpowiedzi — wykrzywiły się jedynie w spiętym, zmieszanym grymasie, jakby tylko na tyle było go stać w wyminięciu tematu. Nawet ramiona, zbyt zesztywniałe, nie chciały podjąć nonszalancko zbywającego wzruszenia. To wszystko było tak kuriozalnie krępujące — a w skrępowaniu tym obce i dziwnie znajome zarazem.
Być może to właśnie niewyraźny cień tej znajomości był taki obezwładniający.
Taki zimny.

(Albo taki palący.)

Minęła chwila; Jake odchrząknął, i chociaż nie odwzajemnił dokładnie szerokiego uśmiechu przedstawiającej mu się dziewczyny, zmusił kąciki warg do drgnięcia ku górze.
Tych wrażeń to byś mogła jakoś inaczej szukać, wiesz? — rzucił bez cienia kąśliwości w głosie i wyplątał dłoń z obezwładniającego łagodnego uścisku. Zaraz potem machnął nią wskazująco w stronę Forda. Poniżej progu niepozornie wystawał niezbyt rzucający się w oczy element, przypominający… — A tak w ogóle, to tam jest schodek.
To nie było zaproszenienie miało być — mimo to chwilę później obserwował, jak nieznajoma
(nie pomyślał nawet, żeby też się przedstawić)
mimo wszystko wciąż nieznajoma bezpardonowo gramoli się z powrotem na górę, na siedzenie pasażera, tym razem wspomagając się wytkniętym schodkiem. Wymruczał coś z niezadowoleniem pod nosem, ale jej nie powstrzymał. Niewiele później popatrzył na rzuconą pod auto deskę. Wywrócił oczami.

Niech już jej będzie…


Dopiero gdy zasiadł po stronie kierowcy, zorientował się, jak poszukiwaczka wrażeń zdążyła się rozgościć; piwne oczy podążyły po kablu od radia do rzuconego na kanapę telefonu, a mina Jake’a zgrymasiła się jeszcze bardziej w aktywnej ocenie.
Nie skomentował jednak wyboru piosenki.
Nie znasz mnie. Mogę być niebezpieczny — odezwał się chłodno, prawie złowrogo, obdarzając dziewczynę, zdawać by się mogło, wyczekującym spojrzeniem z ukosa — jakby naprawdę liczył, że ta zmieni zdanie...

(...zanim on odpali silnik i w końcu bezradnie zapyta:
To gdzie ta cała... co to było? Plaża?)

little miss fearless
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
smark
nie lubię niedbałych postów, dokładania wstecz większych ilości dialogów i narzucania mojej postaci określonych reakcji bez mojej zgody; nie chcę pisać z AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „Woodbine Beach & Boardwalk”