-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
A później sobie przypomniał.
Kieran i ta jego chcica na ostatniej imprezie, gdzie wyłudzał od każdego, od kogo się dało, trzymając się Deana usilnie, niczym cycata blondynka nadzianego portfela swojego obrzydliwie bogatego męża. Kiedy tylko spotka go następnym razem, upomni się o swoje, mógł być tego pewien. Mógł poczęstować, nie było problemu, ale daleko było mu do sponsora, a znał tego krętacza na tyle, by wiedzieć, że to nie był pierwszy raz, kiedy specjalnie nie przyszedł ze swoim zaopatrzeniem.
Wyciągając się na fotelu, sięgnął po telefon, wysyłając krótką wiadomość do jedynej osoby, która mogła rozwiązać powstały problem - swojego zaufanego dilera, który zdecydowanie nie wyglądał jak ktoś, kto trudni się handlowaniem narkotykami. Zapewne właśnie na tym polegał jego sukces, nikt nie podejrzewał go o najgorsze.
Zarzucił na siebie bluzę, bo chociaż lato, pogoda potrafiła być zdradliwa, racząc deszczem w najmniej spodziewanym momencie, i udał się w kierunku portu, gdzie miał na niego czekać młodziak.
Zaparkował motocykl, rozglądając się. To miejsce miało o zmierzchu vibe adekwatny do celu, w którym tu przyszedł. Nic dziwnego, że nie kręciło się tutaj zbyt wiele “porządnych” osób, wolących siedzieć w zaciszu własnych domów lub spacerować po przyjemniejszych okolicach. Gdyby był jednym z nich i nie prowokował nieustannie losu, pewnie teraz patrzyłby w szklany ekran lub tańczył w studiu. A zamiast tego czekał na Olivera, który miał mu dostarczyć towar.
-Nie spieszyłeś się, co? - zauważył, dostrzegając chłopaka wyłaniającego się z jednej z uliczek. - Traktowanie klientów, ocena minus - skomentował. Tyle się mówiło o rozpieszczaniu klientów, o zapewnianiu im jak najlepszej obsługi, a tu proszę, Moon najwidoczniej zapomniał, jak dbać o osoby kupujące.
Oliver Moon
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Druga, osobna komórka, służąca mu do kontaktów z klientami, miała ustawiony inny, charakterystyczny dzwonek na smsy i powiadomienia. Za każdym razem gdy Oliver słyszał tę konkretną melodię, lekko skręcało go w żołądku. Nigdy nie lubił tej pracy. Chociaż zajmował się tym już od kilku lat, nie udało mu się wyzbyć poczucia winy, że robi coś złego. Przeciwnie, z każdym mijającym rokiem to uczucie dławiło go coraz bardziej. A jednak nie przestał, chociaż coś w nim umierało, za każdym razem kiedy ładował do kieszeni kolejne woreczki z tabletkami, białym proszkiem lub suszem. Wiedział, że nie miał innego wyjścia. Nie potrafił robić nic innego - tylko to. No, parzenie kawy też mu wychodziło, ale nie zapewniłoby mu to wystarczających środków do życia. Poza tym, nie mógł tak po prostu odejść. Może był tylko płotką, może nie znaczył zbyt wiele, ale producenci, których dragi rozprowadzał, zwyczajnie nie odpuściliby mu tak łatwo.
Ekran komórki wyświetlił mu treść smsa od jednego z zapisanych kontaktów - zapisanych samymi inicjałami, bo żadnej z tych osób Oliver nie uznawał za swojego znajomego. W przypadku niektórych osób miał nieco mniejsze wyrzuty sumienia niż z innymi... i chociaż brzmiało to nadal źle, tym razem właśnie taką ulgę odczuł. Niektórzy bowiem robili sobie krzywdę na własne życzenie, nie mogąc się przy okazji oprzeć pokusie, aby być chujem dla wszystkich wokoło - i tak mniej więcej było z Deanem. Oliver nadal nie był szczęśliwy, ładując do torby zamówione przez mężczyznę zielsko, ale idąc na miejsce spotkania czuł się zdecydowanie lżej.
Brak prawa jazdy zmusił go do podróży komunikacją miejską - stąd ten drobny poślizg czasowy, z którego jednak Moon nie zamierzał się absolutnie komukolwiek tłumaczyć. Wiedział, że zastanie chłopaka dokładnie tam, gdzie się umówili.
- Mógłbyś chociaż spróbować udawać, że nie jesteś na aż takim głodzie - odpowiedział sucho, zamiast powitania, wytykając Deanowi jego niecierpliwość. Chyba Vanberg nie spodziewał się specjalnego traktowania? Oliver mógł wyglądać na młodego, ale dobrze wiedział, że nie mógł dawać sobą pomiatać. Nie w takim towarzystwie. Urocza twarzyczka często pomagała mu wydostać się z kłopotów, ale potrafił być twardy kiedy potrzeba.
- Możesz mi wystawić ocenę na google - uniósł brwi lekko ku górze, jakby w niemym pytaniu "naprawdę?". Faktem było, że znalezienie kogoś innego, kto handlował maryśką nie było specjalnie trudne - szczególnie dla kogoś takiego jak Vanberg, kto znał się już trochę na temacie. Wciąż pozostawała jednak jedna, istotna kwestia.
Towar Moona był zawsze najwyższej jakości. Żadnego sztucznego gówna. Nigdy nie zawodził, a i ceny miał naprawdę konkurencyjne.
- Nie dostaniesz zniżki, jeśli na to liczysz. Wszystko po stałej cenie. Bierzesz, czy mam się zbierać do domu?
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Może to po prostu głód, który zaspokoić mógł tylko skręt?
Nigdy nie patrzył na siebie jak na szczególnie uzależnionego, umiejąc przetrwać kolejne dni bez zapalenia, czy to papierosa czy innych substancji lotnych. A jednak teraz zdawał się naprawdę tego potrzebować, nie lubiąc zmieniać planów. Jasne, dostosowanie się to jedno i zawsze przekształcał rzeczywistość na swoje potrzeby, ale maryśki nie dało się zastąpić czymś innym, by jeszcze korzyści mógł z tego wyciągnąć.
Dlatego potrzebował Olivera. Albo innego handlarza, chociaż z towarem tego młodzieńca nie miał nigdy problemu. Był konkretny, był czysty, bez domieszek liści z babcinego ogródka, którymi tak wielu próbowało oszukać system i wyłudzić większe pieniądze.
Spotkania z Moonem były każdorazowo zaskakujące. Dean odnosił wrażenie, że ten pozornie niewinny chłopak o uroczej i delikatnej buźce, stara się usilnie przypodobać środowisku, w którym się obracał. Nie był w stanie całkowicie go rozgryźć (specjalnie też nie próbował) i nie miał zielonego pojęcia, czy wybrał tę profesję z przymusu czy własnej woli, niemniej musiał przyznać, że zabawnie patrzyło się, gdy Azjata chciał grać takiego macho. Nie pasowało to do niego i gdyby tylko Vanberg spotkał go na ulicy, nie wiedząc, co znajduje się w jego kieszeni, w życiu nie skojarzyłby go z nielegalnymi substancjami, dostrzegając w oczach pewne zagubienie i usilnie skrywaną niepewność.
- Słońce, gdybym nie był, jak to określiłeś “na głodzie”, musiałbyś zmienić profesję. Chociaż… - tu zmierzył chłopaka wyjątkowo bezczelnym spojrzeniem, niespiesznie zatrzymując się na kilku strategicznych miejscach jego ciała.. - To może wyszłoby ci na lepsze pod względem finansowym - dodał, a lewy kącik ust powędrował ku górze w półuśmiechu, przez który twarz Deane nie wyglądała tak, jakby wiecznie miał na wszystko wyjebane.
A miał.
Prychnął na jego komentarz. Urocze, jak odparowywuje ataki.
-Możesz też zrekompensować się w serwisie dodatkowym, extra care - rzucił, nieprzerwanie wpatrując się w jego twarz. Lubił badać granice drugiej osoby i nijak nie przejmował się, że mogłoby to drugą stronę wprawiać w zakłopotanie lub stawiać w mało komfortowej sytuacji. Ba, jego to nawet podjudzało.
-Coś ty taki niecierpliwy? Oferuję ci trochę czasu ze mną, to samo w sobie jest wyróżnieniem. Nie powiesz mi, że masz lepsze rzeczy do roboty - stwierdził, stając na przeciwko chłopaka. dorównywał mu wzrostem, co było poniekąd paradoksem, patrząc na aparycję nieskazitelnego młodzieńca i Deana, od którego wiało kryminałem. - A może pół na pół, hm? Trochę hajsu, trochę przyjemności - uśmiechnął się szeroko i przejechał dłonią po policzku chłopaka.
Brakowało mu takich gier.
Oliver Moon
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Sugerujesz że twoje sporadyczne zakupy są powodem, dla którego jeszcze nie wylądowałem na bruku, tak? - odpowiedział zabarwiając swój ton sarkazmem. Och, jakże on wprost kochał takich zadufanych w sobie dupków. Dean ewidentnie miał się za pępek świata, któremu powinno się dziękować za sam fakt istnienia. Niestety Oliver nie miał na to cierpliwości. To dlatego zawsze starał się sprawiać, aby te transakcje przebiegały szybko i bez jakiegoś spoufalania się. Nie chciał wiedzieć z kim ma do czynienia - wmawiał sobie, że będzie miał wtedy spokojniejsze sumienie. Nie będzie żałować takiego delikwenta w przypadku zgonu, ale też nie będzie mógł niczego wyśpiewać policji, gdyby zaczęli go o kogoś przepytywać.
Prychnięcie wyrwało się także z ust Moona.
Szczerze powiedziawszy, już zdarzało się, że próbowali mu zaoferować usługi seksualne za działkę, ale kupujący wtedy przedstawiali sobą raczej obraz nędzy i rozpaczy. Oferty wynikały bardziej z faktu, że zwyczajnie nie mieli czym innym zapłacić. Vanberg na biednego i zdesperowanego raczej nie wyglądał. Co właściwie nie robiło Oliverowi różnicy, bo tak czy inaczej odpowiedź miał zawsze jedną i tą samą.
- Widzę że twój głód obejmuje więcej niż jedną sferę. Wyświadcz mi te grzeczność, po prostu powiedz jeśli cię nie stać, zamiast marnować mój czas - gdyby to była zgoła inna sytuacja, gdyby Moon stał w tym momencie za ladą w kawiarni, serwując niezadowolonemu klientowi kawę, chłopak stawałby pewnie na rzęsach, żeby tylko jakoś udobruchać sytuację. Martwiłby się o to, że może kogoś urazić, że lokal może dostać negatywną opinię, że szefowa będzie niezadowolona że jakoś nie wybrnął. Ale w tej chwili, gdy stał przed głodnym ćpunem, który jeszcze na dodatek otwarcie sugerował mu aktywności seksualne, musiał postarać się ukryć to, jak bardzo go wewnętrznie skręcało. Bo tak, czuł się w tym momencie wybitnie niekomfortowo. Ale taką ścieżkę życiową sobie obrał, musiał sobie z tym jakoś radzić.
- Zasugeruj coś takiego jeszcze raz, a już nigdy nigdzie w Toronto nie kupisz dobrej jakości towaru - rysy twarzy mu stężały, własną dłonią z odrazą odepchnął rękę mężczyzny, zanim ten zdążył dotknąć jego skóry. Wolałby już chyba żeby mu wyrywano zęba bez znieczulenia. Wolałby wrócić do sierocińca i przeżyć koszmar dorastania tam jeszcze raz. Wystarczyło mu, że już teraz nienawidził swojego życia, nie zamierzał dać się jeszcze zeszmacić. Skoro więc nie szło po dobroci, zamierzał użyć groźby - i Vanberg mógł wierzyć, że nie była ona całkowicie bez pokrycia. Wystarczyło, żeby rozpuścił wieści w środowisku, że któryś z klientów jest problemowy i nie chce płacić za swoje zamówienia. Ani dealerzy ani ich dostawcy nie lubili takich problemów.
Może Dean sam powinien zmienić profesję, skoro uważał się za taki skarb, a jednocześnie tak chętnie próbował wskakiwać ludziom do łóżek. Moon był pewny, że jakiś alfons z ochotą przyjąłby takiego desperata.
- Grzecznie pytam jeszcze raz - płacisz czy nie?
Dean Vanberg
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nawet teraz, kupując narkotyki, co z góry zakładało transakcję błyskawiczną - wszak nikt nie chciał zostać złapany, nie umiał odpuścić i przejść obojętnie wobec chwili zabawy, dzięki której jego wcześniej skoszony wieczór stał się mniej przegrany. Oliver, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy, stał się mimowolnie rozrywką, serwując podwójne usługi. Nie takie, na które Dean mógłby liczyć, nijak nie rezygnując z seksu, który był uzależniający równie mocno, niemniej wystarczające, by zatrzymać go w tym miejscu na dłuższą chwilę.
-Oh, zdecydowanie - stwierdził, pewny siebie, święcie przekonany, że jego zakupy przyczyniają się w sporym procencie do utargu Azjaty. - Ostatecznie jeśli biorę ja, biorą i inni. Tak działają polecenia, a ja, co nie dziwne mam znajomych całkiem sporo. Tym bardziej powinieneś być mi wdzięczny, że masz za co żyć - uśmiechnął się lekko. Wiele razy, kiedy ktoś pytał go, skąd ma dobry towar, padała konkretna odpowiedź o konkretnym dealerze. Nie rzucał imionami, chujem może był, ale nie miał zamiaru narażać chłopaka. Głównie dlatego, że nie chciało mu się szukać nikogo innego, kto sprzedałby mu trochę trawki. Był leniwy pod tym względem, plus z Moonem wiedział na co może sobie pozwolić. Dodatkowo miał już sprawdzone wszystko, co oferował młodzieniec.
-Też powinieneś spróbować, wiesz? Może wtedy nie byłbyś tak spięty i wyjął ten kij z tyłka, bo jak tak dalej pójdzie piękna i niewinna buźka nie uchroni cię przed podejrzeniami policji. Just sayin’ - wzruszył ramionami. Proszę, jak martwił się o niego. A ten odpychał go na każdym możliwym kroku. Zero wdzięczności za starania, by żyło mu się dobrze poza więziennymi kratami. - Kochany, stać mnie na dużo więcej, niż sądzisz. Możemy się założyć, że w przyszłości się o tym przekonasz - dodał, nijak nie przejmując się tym, że doprowadził do sytuacji, w której Oliver czuł się jeszcze mniej pewnie. Był spaczony i jego reakcje jedynie nakręcały go bardziej. Od zawsze mówiło się, że najlepiej smakuje to, co zakazane, a gdyby chciał coś łatwego, poszedłby na jakieś dziwki, które chętnie rozłożyłby nogi.
-Cnotka niewydymka z ciebie, Moon. Ewidentnie brakuje ci przyjemności, bo jesteś wyjątkowo opryskliwy - stwierdził, nawet nie przejmując się tym, że odtrącił jego dłoń. Nie pierwszy i nie ostatni. Imponujące jednak, że tak zaciekle się bronił. - Słuchaj, dobrze wiemy, że potrzebujesz klientów. Inaczej nie byłbyś na ich zawołanie, starając się sprzedać jak najwięcej, bo sądzę to twoje hobby to nie jest - odpowiedział, prostując się i krzyżując ręce na piersi. Miał rację. Gdyby mu nie zależało, nie byłby na skinięcie palcem każdego, kto chciał kupić działkę. Tak to działało, czy Moon tego chciał, czy nie.
-Aż tak bardzo chcesz ode mnie uciec? Ranisz moje serce, sądziłem, że po takim czasie jesteśmy niemal kumplami - westchnął, udając rozczarowanie.
Oliver Moon
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Proszę bardzo, skoro Dean uważał psychiczne znęcanie się nad swoim dealerem za dodatkową rozrywkę, powinien mu za to dodatkowo zapłacić. Chociaż nawet wtedy ta transakcja nie byłaby fair. Moon coraz bardziej kurczowo zaciskał dłoń w kieszeni. Zawsze cenił sobie tę swoją delikatną urodę, faktycznie pozwalała mu ona na unikanie podejrzeń, że mógłby robić coś nielegalnego. Ale teraz? Teraz chętnie zamieniłby się ciałami z jakimś osiłkiem, byle tylko wydawać się bardziej niebezpiecznym i aby mieć spokój od takich niedorozwiniętych gadek klientów.
Albo żeby po prostu dać im w ryj.
- Jeszcze jakieś błyskotliwe obserwacje? - zapytał, przewracając oczami. Był zmęczony. Naprawdę był zmęczony użeraniem się z takimi ludźmi. Przyszedł tutaj z zamiarem załatwienia szybkiej transakcji. Nie pisał się na żałosną psychoanalizę w wykonaniu ćpuna-nimfomana na głodzie. Nie obchodziły go te słowa, ale mimo to wiedział, że później będą mu one chodzić po głowie przez resztę dnia.
- Jest dzień. Wysil się chociaż odrobinę i zastanów lepiej, kiedy i gdzie najlepiej schodzą dragi - odpowiedział mu beznamiętnie, wytykając dość rażącą dziurę w logice Deana. Owszem, pojawił się dziś "na zawołanie", bo nawet jeśli nie lubił swojej roboty i przede wszystkim nie lubił tego mężczyzny, starał się być fair wobec swoich klientów. Jeśli jednak Vanberg wymyślił sobie, że Moon ma tak mało klientów że do każdego leci niczym pies z wywieszonym ozorem, byle tylko wcisnąć im działkę, to się grubo mylił. Zdecydowana większość utargu chłopaka pochodziła z nocnych wypadów do klubów nocnych. Pieniądze mężczyzny były w porównaniu z tym ledwie drobniakami. Gdyby Moonowi naprawdę szło tak słabo, dużo prościej byłoby mu rzucić tę robotę.
- Że też cię uszy nie bolą od słuchania własnej paplaniny. Ale rozumiem, nie jesteś zadowolony z oferowanych usług. Trudno, jakoś przecierpię stratę jednego klienta - wzruszył ramionami. Miał naprawdę dość tej bezsensownej wymiany zdań. Dobrze wiedział, że po powrocie do domu pewnie będzie ją potem odchorowywać przez następnych kilka dni. Nienawidził takich ludzi. Zadufanych w sobie, pyszałkowatych, próbujących ci wmówić że jesteś gorszy niż brud pod ich paznokciami, jeśli nie będziesz robić dokładnie tego, czego od ciebie oczekują. W domu dziecka było takich pełno. Oliver próbował być cierpliwy, ale ile można. Chciał stąd uciec, uciec i zaszyć się w swoim mieszkaniu. W dupie miał tę transakcję, naprawdę nie zbiednieje od utraty jednego, zjebanego klienta. W pamięci zanotował sobie, aby opchnąć Deana któremuś z innych dealerów, komuś kto może będzie w stanie nieco utemperować tę napaloną dziwkę.
Pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym po prostu odwrócił się i ruszył w kierunku przystanku autobusowego. No i chuj i tylko zmarnował czas. Taka oto go nagroda spotkała za to, że chciał być miły dla ćpuna.
Dean Vanberg