Miło było gdy ją obejmował, to fakt. Skłamałaby mówiąc, że za tym nie tęskniła i to pomijając cały ten stan fatalnego zauroczenia jego osobą, bo tak naprawdę to cholernie tęskniła za swoim przyjacielem. Odsunęła się od niego, n i e c h ę t n i e.
—
Peter, litości — posłała mu pełne politowania spojrzenie. —
Jeszcze cię życie nie nauczyło, że nigdy nie mówi się nigdy? Podobnie jest ze stwierdzeniem: ostatni raz… bo zwykle wtedy nie jest to ostatni raz — oznajmiła unosząc ręce w geście poddania się, bo to on powiedział, a nie ona. Więc jeśli kiedykolwiek znów przyjdzie mu śpiewać dla niej lub dla kogoś innego karaoke to nie będzie to jej wina.
Od razu upiła odrobinę z kolorowego drinka, który okazał się przesłodzony do granic możliwości, a przy tym zaskakująco dobry. Trochę takie lawirowanie pomiędzy krainą leprechaunów, a rzyganiem tęczą — nigdy nie wiadomo, gdzie cię te drinki zaprowadzą. Gardner powinna nieco obawiać się mieszania szampana z fikuśnymi napojami wyskokowymi, ale od zawsze była kiepska w te sprawy, a głowę miała na tyle słabą, że szybko przestawała się tym martwić.
—
No właśnie, możemy — powtórzyła jakby czekała właśnie tutaj i teraz na jakieś słowa wyjaśnienia, ale Peter zamiast gadać poprowadził ja na kanapę więc od razu wyczuła, że to nie będzie pięć słów na krzyż, a kiedy on witał się z ludźmi ona snuła przeróżne scenariusze w swoich myślach. Nie była pewna czy to kwestia drinków czy jej niecierpliwości, ale droga do tej kanapy to się jej straaaaaasznie dłużyła. To pewnie przez to jego witanie się i luźne pogaduszki z ludźmi. Halo, tu był ważny temat do omówienia, a nie jakieś eleganckie
pitu pitu. Kiedy dotarli do kanapy zupełnie nie przejęła się, że wciąż są w centrum imprezy i zsunęła swoje sandały na obcasie po czym wpakowała się na kanapę tak, jakby właśnie wróciła do własnego salonu po najdłuższym dniu w życiu. Swobodnie podwinęła nogi, usadowiła się na własnych stopach i wpatrywała się z przyjaciela oczekując nadchodzących rewelacji. Odcięła się od bogackiej imprezki i wbiła swoje już szkliste nieco od nadmiaru emocji i alkoholu oczęta w Petera. Wyczekująco… i prawdę mówiąc nie wiedziała czego się spodziewać, ale gdzieś pomiędzy jednym szampanem, a drugim zakodowała sobie te zaręczyny tak bardzo, że nawet jak Peter sugerował jej wcześniej, że ich nie było i ojca nieco poniosło z tą mową, to ona i tak do końca nie przypuszczała, że relacja z Kristin mogła pójść w zupełnie inna stronę… a tym bardziej się zakończyć. Więc kiedy wydusił z siebie informację, że ze sobą zerwali czuła się tak jakby uderzył w nią rozpędzony pociąg.
𝒵𝑒𝓇𝓌𝒶𝓁𝒾.
ɴɪᴇ ᴍᴀ ᴢᴀʀᴇᴄᴢʏɴ
Są wolni.
🅺🆁🅸🆂🆃🅸🅽 🆃🅾 🅴🆇
Sprzeczne emocje zaczęły zalewać ją falami, bo z jednej strony poczuła euforię, a z drugiej poczucie winy. Oczywiście, że to wszystko skumulowało się do tego stopnia, że jej niezdarność wzięła górę i przejęła kontrolę nad sytuacją. Ręka jej zadrżała i fikuśny kolorowy drink wylądował na jej sukience.
— Oooo cholera jasna! Przepraszam… — pisnęła jednocześnie oblewając się rumieńcem, a jej wzrok przeskakiwał chaotycznie między twarzą Petera, a plamą na sukience, kiedy dłonią gorączkowo przecierała materiał, co wcale nie polepszyło sprawy.
— Wszystko wina leprechaunów — mruknęła bardziej do siebie bez ładu i składu, ale prawda była taka, że potrzebowała tej plamy. Potrzebowała jakiejkolwiek wymówki, żeby nie patrzeć mu bezpośrednio w jego oczy, bo bała się, że Peter (który znał ja przecież jak własną kieszeń) zaraz wyczyta z jej twarzy jej egoistyczną ulgę. Bo właśnie to teraz poczuła, potworną ulgę.
Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy słuchała jego wypowiedzi.
Zrozumiał dzięki niej? Nie tego szuka w związku? — Czekaj, co? — wykrztusiła w końcu, choć najwyraźniej po raz drugi dzisiaj zabrakło jej słów.
— Zerwaliście? Tak na dobre? — dopytywała, jakby nie do końca dowierzała w to co słyszy.
— Peter, ja... przepraszam — z trudem przełknęła ślinę bo przecież on właśnie stracił wieloletni związek i ewidentnie był smutny, więc nie mogła odpalić fajerwerek i zbijać z nim piąteczek, bo jakby to wyglądało?
— Peter, jeśli przeze mnie się pokłóciliście, w sensie przez to co powiedziałam — no bo nie przez NIĄ-nią, co nie? zaczęła nie bardzo wiedząc jak to ubrać w słowa, by nie skłamać, no bo oczywistym było, że wcale się jej ten ślub nie podobał i najlepiej jakby był wolny, a z drugiej to ona dobrze wiedziała, że on z tego związku się cieszył i pragnął jakieś stabilizacji, więc porzucenie tego wszystkiego bo Wendy pewnego dnia mu coś wygarnęła, to też nie było do końca takie wspaniałe. Czuła się jak główna winowajczyni, nawet jeśli nie odpowiadała za większość problemów w ich związku.
— Ja tylko chciałam żebyś był szczęśliwy, to nie tak że chciałam coś zniszczyć, ja byłam zła i może za dużo powiedziałam — kłamała. Okłamywała samą siebie, bo podświadomie właśnie tego chciała. Żeby nie był już z Kristin. I widziała ten cień smutku na jego twarzy, autentycznie poczuła jakieś dziwne ukłucie w okolicy mostka. Przysunęła się trochę bliżej niego i ostrożnie położyła dłoń na jego kolanie. Chyba próbowała zachować się jak porządna i współczująca przyjaciółka, szkoda tylko że jej lekko wstawione ciało odmówiło posłuszeństwa w tej całej mistyfikacji. Kącik jej ust zamiast trzymać się planu (czyt. utrzymanie powagi) drgnął nagle ku górze. Spanikowała. Próbując zamaskować nagły impuls radości gwałtownie przygryzła wargę i nabrała powietrza, a i tak koniec końców zaśmiała się nerwowo. Ulgę miała wypisaną na twarzy tak bardzo, że chyba nawet gdyby przygasło światło to i tak nie byłaby w stanie jej ukryć. Jej oczy błyszczące od procentów i nagłego przypływu adrenaliny, wręcz promieniały. Choć w jej głosie pobrzmiewała autentyczna troska o jego złamane serce, to cała jej postawa (to nagłe rozluźnienie ramion, ten ukradkowy uśmiech, którego za nic nie potrafiła zdusić) krzyczała coś zupełnie innego.
W końcu poddała się, spuszczając głowę, by ukryć wypieki.
— Jestem okropna…prawda? — mruknęła cicho.
— Ty tu przeżywasz życiowy dramat, twój ojciec pewnie dostanie zawału jak się dowie, nie mówiąc o twojej matce co radośnie coś insynuowała, a ja... ja po prostu nie potrafię udawać, że mi nie ulżyło. Przepraszam, Peter. Naprawdę jest mi przykro, że to tak wyszło... ale też cieszę się, że nie utknąłeś w czymś, co było już tylko przyzwyczajeniem — wytłumaczyła się ładnie, choć tak naprawdę była to tylko namiastka prawdy. —
Zasługujesz na coś wiecej… —
niż bycie unfackable — Tylko co... co ty teraz zrobisz z tymi wszystkimi gratulacjami? — ładnie próbowała zmienić temat, prawda?
Peter Blythe