-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Odsuwa się Wendy, odsuwa się on. Kręci głową w odpowiedzi na jej wyznanie, bo jest niemożliwa.
- Mam nadzieję, że zrobiłaś sobie jakiś mental pictures, bo to ostatni raz, kiedy śpiewałem z takiego powodu - obiecał i powoli zupełnie niechętnie zabiera rękę z jej pleców, bo Wendy i tak się odsuneła i jeszcze ogląda za kelnerem, który nosi drineczki. Peter zmierzył spojrzeniem kolorowe kubki - miały jakąś sąłatkę owocową na czubku: ananasik, cherry on top, jakaś palemka. Przyjał swój i unosi, żeby go z nią zbić w ramach toastu bez słów.
No tak, teraz musieli porozmawiać, aż wziął potężnego łyka, jednocześnie odnotowując poradę Lucasa, aby mieć na pewno dużo alkoholu przy sobie, jak będzie sprawdzać co Wendy myśli o nim i czy myśli w ogóle, czy właśnie zupełnie nie.
- Okej, teraz możemy pogadać - i tak przechylił trochę głowę, a potem poszli sobie usiąść na jakiś kanapach pod drzewami. Przez całą drogę się stresował na zmianę z tym, że się zupełnie nie stresował. Witał się z ludźmi i zbierał gratulacje, to za świetny występ to znów za przyszły ślub. Nie wyprowadzał ludzi z błędu, bo widział ich raz na rok, równie dobrze za rok może faktycznie być po ślubie a oni i tak nie skumają, że z inną ten ślub. No właśnie, z inną bo... - Chciałem do Ciebie zadzwonić, bo chciałem, żebyś się pierwsza dowiedziała, że zerwaiśmy z Kristin -wywala odrazu z grubej rury, tylko ich tyłki dotknęły poduszek. - Rozmawialiśmy o tym, o czym mi mówiłaś, żem usimy porozmawiać. Słaba to była rozmowa, trochę się kłóciliśmy. A od kilku dni się tak wahaliśmy jak tu rozwiązać nasz problem. Ale dziś, kiedy usłyszałem co gada mój ojciec... wiesz, ja zrozumiałem, że jeszcze chwila i utknę w tym związku na zawsze. Ale nawet Kristi powiedziała, że czuła od dawna, że jesteśmy już bardziej po prostu z przyzwyczajenia i że nie chce mi mieszać w głowie. Że powinniśmy znaleć sobie inne połóki. . Przyszliśmy tu razem, bo ona i tak ma jakiś deal do zrobienia, a ja nie chciałem wszystkim tłumaczyć dlaczego jest tu moja ex i dlaczego z niąnie spędzam czasu. Wiesz, my jednak byliśmy bardzo długo parą - przyznaje się i patrzy na nią wyczekując jakiejś reakcji. Na pewno jakaś będzie! On na przykład widać, że jest trochę smutny tym obrotem spraw, ale jednak mocno się trzyma i dobrze ito maskuje, chociaż przy Wendy i tak jest bardziej otwarty. - Właściwie, to dzięki Tobie zrozumiałem, że nie tego szukam w związku - mówi jej i pije kolejny potężny łyk drineczka. Wendy teraz twoja piłeczka!
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Peter, litości — posłała mu pełne politowania spojrzenie. — Jeszcze cię życie nie nauczyło, że nigdy nie mówi się nigdy? Podobnie jest ze stwierdzeniem: ostatni raz… bo zwykle wtedy nie jest to ostatni raz — oznajmiła unosząc ręce w geście poddania się, bo to on powiedział, a nie ona. Więc jeśli kiedykolwiek znów przyjdzie mu śpiewać dla niej lub dla kogoś innego karaoke to nie będzie to jej wina.
Od razu upiła odrobinę z kolorowego drinka, który okazał się przesłodzony do granic możliwości, a przy tym zaskakująco dobry. Trochę takie lawirowanie pomiędzy krainą leprechaunów, a rzyganiem tęczą — nigdy nie wiadomo, gdzie cię te drinki zaprowadzą. Gardner powinna nieco obawiać się mieszania szampana z fikuśnymi napojami wyskokowymi, ale od zawsze była kiepska w te sprawy, a głowę miała na tyle słabą, że szybko przestawała się tym martwić.
— No właśnie, możemy — powtórzyła jakby czekała właśnie tutaj i teraz na jakieś słowa wyjaśnienia, ale Peter zamiast gadać poprowadził ja na kanapę więc od razu wyczuła, że to nie będzie pięć słów na krzyż, a kiedy on witał się z ludźmi ona snuła przeróżne scenariusze w swoich myślach. Nie była pewna czy to kwestia drinków czy jej niecierpliwości, ale droga do tej kanapy to się jej straaaaaasznie dłużyła. To pewnie przez to jego witanie się i luźne pogaduszki z ludźmi. Halo, tu był ważny temat do omówienia, a nie jakieś eleganckie pitu pitu. Kiedy dotarli do kanapy zupełnie nie przejęła się, że wciąż są w centrum imprezy i zsunęła swoje sandały na obcasie po czym wpakowała się na kanapę tak, jakby właśnie wróciła do własnego salonu po najdłuższym dniu w życiu. Swobodnie podwinęła nogi, usadowiła się na własnych stopach i wpatrywała się z przyjaciela oczekując nadchodzących rewelacji. Odcięła się od bogackiej imprezki i wbiła swoje już szkliste nieco od nadmiaru emocji i alkoholu oczęta w Petera. Wyczekująco… i prawdę mówiąc nie wiedziała czego się spodziewać, ale gdzieś pomiędzy jednym szampanem, a drugim zakodowała sobie te zaręczyny tak bardzo, że nawet jak Peter sugerował jej wcześniej, że ich nie było i ojca nieco poniosło z tą mową, to ona i tak do końca nie przypuszczała, że relacja z Kristin mogła pójść w zupełnie inna stronę… a tym bardziej się zakończyć. Więc kiedy wydusił z siebie informację, że ze sobą zerwali czuła się tak jakby uderzył w nią rozpędzony pociąg.
ɴɪᴇ ᴍᴀ ᴢᴀʀᴇᴄᴢʏɴ
Są wolni.
Sprzeczne emocje zaczęły zalewać ją falami, bo z jednej strony poczuła euforię, a z drugiej poczucie winy. Oczywiście, że to wszystko skumulowało się do tego stopnia, że jej niezdarność wzięła górę i przejęła kontrolę nad sytuacją. Ręka jej zadrżała i fikuśny kolorowy drink wylądował na jej sukience. — Oooo cholera jasna! Przepraszam… — pisnęła jednocześnie oblewając się rumieńcem, a jej wzrok przeskakiwał chaotycznie między twarzą Petera, a plamą na sukience, kiedy dłonią gorączkowo przecierała materiał, co wcale nie polepszyło sprawy. — Wszystko wina leprechaunów — mruknęła bardziej do siebie bez ładu i składu, ale prawda była taka, że potrzebowała tej plamy. Potrzebowała jakiejkolwiek wymówki, żeby nie patrzeć mu bezpośrednio w jego oczy, bo bała się, że Peter (który znał ja przecież jak własną kieszeń) zaraz wyczyta z jej twarzy jej egoistyczną ulgę. Bo właśnie to teraz poczuła, potworną ulgę.
Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy słuchała jego wypowiedzi. Zrozumiał dzięki niej? Nie tego szuka w związku? — Czekaj, co? — wykrztusiła w końcu, choć najwyraźniej po raz drugi dzisiaj zabrakło jej słów. — Zerwaliście? Tak na dobre? — dopytywała, jakby nie do końca dowierzała w to co słyszy. — Peter, ja... przepraszam — z trudem przełknęła ślinę bo przecież on właśnie stracił wieloletni związek i ewidentnie był smutny, więc nie mogła odpalić fajerwerek i zbijać z nim piąteczek, bo jakby to wyglądało? — Peter, jeśli przeze mnie się pokłóciliście, w sensie przez to co powiedziałam — no bo nie przez NIĄ-nią, co nie? zaczęła nie bardzo wiedząc jak to ubrać w słowa, by nie skłamać, no bo oczywistym było, że wcale się jej ten ślub nie podobał i najlepiej jakby był wolny, a z drugiej to ona dobrze wiedziała, że on z tego związku się cieszył i pragnął jakieś stabilizacji, więc porzucenie tego wszystkiego bo Wendy pewnego dnia mu coś wygarnęła, to też nie było do końca takie wspaniałe. Czuła się jak główna winowajczyni, nawet jeśli nie odpowiadała za większość problemów w ich związku. — Ja tylko chciałam żebyś był szczęśliwy, to nie tak że chciałam coś zniszczyć, ja byłam zła i może za dużo powiedziałam — kłamała. Okłamywała samą siebie, bo podświadomie właśnie tego chciała. Żeby nie był już z Kristin. I widziała ten cień smutku na jego twarzy, autentycznie poczuła jakieś dziwne ukłucie w okolicy mostka. Przysunęła się trochę bliżej niego i ostrożnie położyła dłoń na jego kolanie. Chyba próbowała zachować się jak porządna i współczująca przyjaciółka, szkoda tylko że jej lekko wstawione ciało odmówiło posłuszeństwa w tej całej mistyfikacji. Kącik jej ust zamiast trzymać się planu (czyt. utrzymanie powagi) drgnął nagle ku górze. Spanikowała. Próbując zamaskować nagły impuls radości gwałtownie przygryzła wargę i nabrała powietrza, a i tak koniec końców zaśmiała się nerwowo. Ulgę miała wypisaną na twarzy tak bardzo, że chyba nawet gdyby przygasło światło to i tak nie byłaby w stanie jej ukryć. Jej oczy błyszczące od procentów i nagłego przypływu adrenaliny, wręcz promieniały. Choć w jej głosie pobrzmiewała autentyczna troska o jego złamane serce, to cała jej postawa (to nagłe rozluźnienie ramion, ten ukradkowy uśmiech, którego za nic nie potrafiła zdusić) krzyczała coś zupełnie innego.
W końcu poddała się, spuszczając głowę, by ukryć wypieki.
— Jestem okropna…prawda? — mruknęła cicho. — Ty tu przeżywasz życiowy dramat, twój ojciec pewnie dostanie zawału jak się dowie, nie mówiąc o twojej matce co radośnie coś insynuowała, a ja... ja po prostu nie potrafię udawać, że mi nie ulżyło. Przepraszam, Peter. Naprawdę jest mi przykro, że to tak wyszło... ale też cieszę się, że nie utknąłeś w czymś, co było już tylko przyzwyczajeniem — wytłumaczyła się ładnie, choć tak naprawdę była to tylko namiastka prawdy. — Zasługujesz na coś wiecej… —
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rzeczywiście ta droga do kanap była długa, w pewnej chwili Peter nawet rozważał czy nie udawać, że nikogo nie rozpoznaje, ale ciężko mu było przejść obojętnie obok męża Queenie, który chlał jakby jutra miało nie być (fakt, że Queenie wybrała sobie na męża kopię ojca był znaczący); czy bliźniaków Graham, którzy grali z nim w hokeja. W końcu jednak udało im się usiąść. I chociaż on nie ściągnął marynarki czy nie zdjął butów, czuł się równie komfortowo co Wendy, która już była bez butów. No bo przecież szykowała się rozmowa z przyjaciółką!
Nagle Wendy cała się zalała, a on patrzy po tej sukience obecnie w żółto czerwoną plamę.
- Rety Wendy... nie sądziłem, że aż takie to zrobi wrażenie - zakłopotany obejrzał się za kelnerem, ale nie widzi żadnego, na szczęście na stoliku obok nich były jakieś chusteczki, więc szybko je jej podał, żeby nie rozmazywała plamy ręką, ale no właśnie to robiła. - Teraz rozumiem, dlaczego zasadą były tylko białe napoje. Ktoś ewidentnie zastawił na ciebie pułapkę z tym drinem - zamartwia się trochę i jeszcze proponować chce jej zmianę outfitu, ale Wendy odnosi się do tego zerwania. Trochę skonfundowany przestaje jej pomagać z wycieraniem i wraca spojrzeniem do jej twarzy.
- Wiesz... tak do końca to się nie pokłóciliśmy jeżeli mam być szczery - przyznaje - Na początku faktycznie, ale... Kristin dość szybko mi przyznała, że ona też zaczynała mieć wątpliwości, to chyba nawet jest gorsze, bo - zawiesił głos i przychyla się, bo nie chce, żeby ktoś usłyszał - to mi uświaodmiło, że jej nawet na mnie już nie zależało - odsunał się trochę i kręci głową, na to, że Wendy zaczeła go przepraszać. Wróciłby do prób wytarcia jej sukienki, ale wtedy ona mu położyła rękę na kolanie, a jego spojrzenie momentalnie znów skupia się na jej twarzy na której widzi... uśmiech?
Czy to, że Wendy się cieszy z tego, że już nie są razem z Kristin, powinien odczytać jako sygnał, albo jak otwarte drzwi-zaproszenie, do tego by wyznawał jej że rzucił Kristin, żeby z nią spróbować? Nie chciał, żeby wyszło to tak, że jeszcze bardziej wystraszy albo zrani Wendy, wiec uznał, że tak, trzeba na spokojnie.
- Nie jesteś okropna, a moi rodzice mają się całkiem dobrze i przeżyją - spojrzał w bok, zachęcając, żeby i ona tam spojrzała. Tańczyli sobie właśnie w najlepsze na parkiecie i wydawało się, że nie mają wcale żadnego z kłopotów codzienności. Król i królowa pozorów. - Może mi była potrzebna taka terapia szokowa, na pewno za to nie powinnaś przepraszać - w zastanowieniu położył swoją rękę na jej, którą trzymała na jego kolanie. Przez chwilę był taki moment w którym jego spojrzenie złagodniało, a jej oczy błyszczały i wydawało się, że to jest TA CHWILA o której wspominał mu Lucas. Ale wcale tak nie było, bo ona pyta o gratulacje, a onzabrał rękę i rozłożył się na kanapie nieco zdumiony tym, że chwila im minęła. A przecież już było czuć sparkles.
- Oj nie wiem, chyba sobie wytapetuję nimi gabinet - parsknął śmiechem, bo trochę absurdalne było to, że martwili się o rzeczone gratulacje. - Trochę szkoda, że nie zaczeli nam kupować prezentów z tej okazji, przydałyby mi się jakieś dodatkowe mile albo zestaw sztućców od Versace - kpi sobie, może trochę przez łzy, bo ciężko się było przestawić w mindset singla. Szczególnie, kiedy się wcale nie chce być samym, tylko chce się spróbować z dziewczyną, która cię pociesza. Złapał sobie drineczka i pije - Więc, jestem singlem. Masz dla mnie jakieś złote rady? - pokazuje jeszcze palcem na tę jej sukienkę - A nie chcesz się przebrać? Czekaj, załóż to - ściąga marynarkę i jej daje, żeby się zakryła, bo mokra biała sukienka to przeźroczysta sukienka.
Wendy
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie chciała się już z nim kłócić. Ta cała ich kłótnia wcale nie była taka łatwa do przełknięcia, ale czy ktokolwiek się temu dziwił? Wendy naprawdę była z nim zżyta i fakt, że nie mogła randomowo się do niego odezwać nawet z błahego powodu było nie do zniesienia. Teraz nawet nie potrafiła zliczyć tego jak wiele razy sięgała po telefon żeby mu coś napisać albo do niego zadzwonić. Problem w tym, że nie potrafiła się przełamać po tym co jej powiedział… i chyba nawet teraz, gdy mieli już te przeprosiny za sobą, a ona je przyjęła, miała z tyłu głowy zakodowaną taką… niepewność. Teraz jednak była zbyt szczęśliwa z faktu, że udało się im wrócić na dobre tory, że nawet nie zastanawiała się zbytnio nad tym, że wciąż coś jej tam uwiera po słowach, które wtedy padły z jego ust. Może w późniejszym czasie to wszystko się z niej wyleje, ale przecież teraz było tyle informacji do przetrawienia, że naprawde nie było na to czasu. Zresztą widział jakie wrażenie na niej wywarła informacja o zerwaniu, aż się mokra zrobiła — od drinka, rzecz jasna.
— Oj tam od razu wrażenie… nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy po prostu — obrót wykonała za to jej szklanka z kolorowym drinkiem, niefortunnie. — Życie to dla mnie jedna wielka pułapka, więc jakoś mnie to szczególnie nie dziwi — dodała nawet nie myśląc o tym, że powinna się przebrać, bo wprawiona w boju swoimi pechowymi wpadkami była bezwstydna i dumnie obnosiła się ze swoimi plamami. Chociaż teraz faktycznie trochę za bardzo prześwitywały, dobrze, że nie były mokre w newralgicznych miejscach.
— Nie mów tak, bo to na pewno nie jest prawda — wydukała, gdy wspomniał, że już jej nie zależało. Nie żeby miała teraz w planach jakoś wybitnie bronić Kristin, ale to że zwyczajnie odpuściła dość szybko podczas ich rozmowy wcale nie musiało oznaczać, że jej nie zależało. — Czasem tak jest, że ludzie stopniowo oddalają się od siebie i potem nagle wylewa się całe szambo — a wtedy wszystko wydaje się takie dziwne: bo czemu tak łatwo odpuściła, bo czemu wcześniej nic nie powiedziała. — Przecież ty też miałeś wątpliwości tak jak ona, a o sobie byś powiedział, że ci nie zależało? — zapytała by odwrócić sytuację, żeby mógł sobie przemyśleć czy naprawdę był sens w tym, by się dobijać?
No właśnie… po co się dobijać, skoro można się radować!
No dobra, radować się też nie wypadało, a jednak cień uśmiechu przemknął przez jej twarz. Naprawdę starała się być poważna i nie emanować swoją wewnętrzną radością, ale jakaś cząstka niej właśnie wywijała taniec radości.
— W sumie racja, oni mają zbyt wiele swoich piłeczek do odbijania i informacji do przepijania — wyznała nawiązując do tenisowego romansu jego matki i ojca, który wolał tego nie widzieć więc zaglądał w kieliszek w poszukiwaniu dna. Pomimo wszystkich rodzinnych problemów u Petera Wendy i tak wychodziła z założenia, że miał sporo szczęścia trafiając na nich. Wendy z dzieciństwa to pamięta głównie zapach stęchlizny przeplatający się z aromatem cynamonowych lasek rozkładanych przez matkę po szafkach właśnie po to, by wyłapywały wilgoć i paskudny zapach. Tylko po co, skoro za ojcem ciągnęła się spirytusowa woń, a za matką nuta tytoniu. Była to kombinacja nie do zapomnienia! Dorzucając do tego notoryczne pustki w lodówce, wychowywanie przez starszego brata i dokuczliwe dzieci w szkole… chyba wolałaby jednak rodziców Petera z tym swoim wachlarzem problemów, pomimo których wciąż są razem i wciąż troszczą się na swój pokręcony sposób o dzieci.
Spojrzała na rękę Petera, która wylądowała na jej dłoni i tak od razu jakoś cieplej się jej zrobiło. Za ciepło. Za miło. — Terapię szokową to mam ja. Byłam pewna, że się zaręczyliście… — odparła chyba nieco z trudem, bo na samą myśl, że mogłoby tak robiło się jej źle. I choć większość gratulować mu teraz będzie zaręczyn ona w duchu gratulowała mu zerwania.
Roześmiała się może odrobinę nerwowo, gdy tak zażartował z tym tapetowaniem i odsunął się od niej pytając o singielstwo. No własnie, ona niby też była więc powinna coś wiedzieć w tej kwestii, a jednak od jakiegoś czasu regularnie spotykała się z Goodmanem, co nabrało rozpędu po kłótni z Peterem, więc teraz gdy o tym wszystkim sobie pomyślała to zalała ją fala dziwnego niepokoju, a potem szybko sobie zdała sprawę z tego, że przecież niczego nikomu nie deklarowała i poza tym ona nie ma głowy się teraz nad tym zastanawiać, jak ma przed sobą Petera… — Przypomnij mi prosze jak długo jesteś singlem? — zagaiła żartobliwie, bo pierwsze o czym pomyślała słysząc o radach to rady na podryw — Bo podstawą to jest nacieszenie się tym stanem — chyba nie było nic gorszego niż zastępowanie związku nowym związkiem, prawda? No chyba, że… nieważne.
N i e w a ż n e.
— Przebrać? — zapytała wyraźnie zaskoczona spoglądając na niego tak jakby ja olśniło. — A no przecież! Faktycznie bo byłam z twoją mamą i Kristin na zakupach, mam jeszcze w zapasie dwie kreację na zmianę i jedną na wypadek losowych zdarzeń — zgrywała się żartobliwie rzecz jasna, po czym roześmiała się lekko by znów tą ręką pacnąć w to jego kolano. No wyraźnie ta jej ręka sobie upodobała to miejsce. A w kwestii ubrania to wiadomo, że dorwała kieckę na promce z pierwszego lepszego sklepu z używanymi ciuchami, więc w co niby miała się przebrać?
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
I oby tym razem nigdy było bardziej przekonujące niż to związane z karaoke.
Z powątpieniem zagląda w oczy Wendy, która jak na przyjaciółkę przystało, nie chce przyjąć do wiadomości, że ktoś trzeci mógł mieć o nim złe zdanie. Była bardzo urocza w tym, ale niestety Peter miał tu swoją opinię w tym temacie. Zdumiało go, że kiedy on bił się z tymi myślami od kilku miesięcy, Kristin tak po prostu przystała na jego propozycję.
- No nie wiem... - mówi bez przekonania - Nie wiem na przykład jak dużo czasu straciłem w takim razie, może to trwało już dłużej? Może cała ta jej wycieczka do Kopenhagi była próbą zerwania, tylko się nie zorientowałem - teraz to nieźle jest rozbity, widać, że wcale się nie trzyma tak świetnie. Ale chyba nie z tego powodu co można się było domyślać, tylko raczej z tego, że nie zauważył wcześniej. - A gdybym jednak się z nią zaręczył i wzielibyśmy ślub, to kiedy by to wyszło- zastanawia się jeszcze. Czy mu zależało? Chyba tak średnio. Dlatego chyba też nie był bez winy.
Trochę się zastanawiał, czy jej nie powiedzieć o tym, że bardziej mu czasami zależało na one night standach, które mu umilały wieczorki bez Kristin, ale szybko pojął, że tej części siebie jednak nie powinien pokazywać.
Jeszcze zaczęłaby go podobnie jak jego rodziców oceniać. Chyba w tym wszystkim nie jest właśnie aż tak rózny od nich, skoro miał takie ciągoty.
Tylko, jeżeli z nią o tym nie pogada, to z kim?
Nie, musi zrobić listę za i przeciw dlaczego warto albo niewarto mówić jej o swojej mrocznej stronie!
-To aż takie dziwne, że twój młodszy kolega chce wziąć ślub? - pyta jej cicho, również patrząc na ich dłonie, ale powoli uniósł spojrzenie, bo może faktycznie Wendy po prosotu jest przeciwna ślubom? Nic dziwnego, jej rodzina nie była taką z której mozna wyciągnąć pozytywne wzorce jeżeli chodzi o ślub. Nie to co Peter, który chociaż wiedział o dramach swoich rodziców, ogólnie rzecz biorąc był raczej za.
- Więc na prawdę nie masz dla mnie żadnej rady? - pyta przekornie, zupełnie nie wiedząc, że kiedy on nagle stał się singlem, to ona zupełnie inaczej. - No dobrze, a Twoim zdaniem ile czasu powinno upłynąć, nim zacznę chodzić na randki?
Bo on na przykład mógłby już na jedną randkę z nią iść nawet jutro. Tyle, że pewnie Wendy tak odpowie, że znów sie będzie zastanawiać. Póki co jednak zakłada jej swoją marynarkę, żeby osłonić ją od oceniających spojrzeń, ale też może żeby było jej może jakoś przyjemniej. Ciekawe, że tym jednym gestem zmienił jej sześć dolarową kreację w kreację za sześć tysięcy dolarów. Nie myślał o tym oczywiście, chociaż ona pewnie tak.
- No przecież one mają tyle ciuchów w domu, że na pewno coś dla ciebie byśmy znaleźli - odsuwa się powoli, jakby wcale nie chciał, lekko rozprostowując materiał na ramionach. Spogląda wymownie w górę na dom. - Tylko powiedz słowo
W sumie mógły to powiedzieć po prostu, żeby tylko mu jakiś sygnał dała.
- Dobrze, dość o mnie. Opowiedz mi co nowego u Ciebie
Wendy Gardner
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To aż takie dziwne, że twój młodszy kolega chce wziąć ślub?
— Tylko ja trochę tego nie rozumiem Peter wiesz? — zaczęła spokojnie i westchnęła leciutko. — To nie tak, że ja cię z tym ślubem oceniam, bo sama nie mam w planach i w głowie mi fiu bździu — bo to też nieprawda była, a ona nie była jakąś antyślubną personą skrzywdzoną przez kiepski wzorzec małżeństwa rodziców. — Ja po prostu nie rozumiem po co się tak upierać na ślub byleby tylko był, bo przecież to nie on jest gwarancją szczęścia tylko osoba z którą jesteś — a niekiedy miałam wrażenie, że Peter gonił za jakąś wizją stabilnego związku, szybkiego narzeczeństwa i pewnego ślubu, a życie (w szczególności miłosne) bywa pełne wzlotów i upadków i pewna to jest tylko śmierć. — A widocznie ta nie była ci pisana — dodała trochę ciszej, jakby bała się, że tą informacją tylko przekręca mu ten nóż, co go już zranił. — Znajdziesz taką do tańca i do różańca, dasz jej rodowy pierścień zaręczynowy, padniesz na kolano, ona krzyknie radosne TAK, boooooże po stokroć TAK! — tu trochę ją poniosło, bo aż ludzie wokół się obejrzeli na nich wyraźnie zaskoczeni obrotem spraw i lekko zdezorientowani. — A potem złożycie przysięgę przed bogiem obiecując sobie miłość wzajemną i na zawsze ze sobą będziecie już, o! — i nagle znów czuła się jak przyjaciółka Petera co gada może trochę zbyt ekspresyjnie, ale szczerze. Optymistycznie tak i wcale nie tak, że nagle w głowie wybijały jej kościelne dzwony muzykę ślubną, a na miejscu żony wyobrażała sobie siebie. Mówiła szczerze wierząc, że Peter zasługuje na spełnianie swoich marzeń, a jeśli to właśnie tym było to ona mu kibicowała.
— A rad to ja mam od groma, bo w kwestii bycia singielką to wymiatam — wyznała, a może powinna powiedzieć, że wymiatała? nie no, nie była w związku. — No wiesz to chyba zależy… Charlotte York uważała, że przetrawienie rozstania zajmuje połowę czasu, przez jaki się z kimś spotykałeś, a Bradshaw stwierdziła wtedy, że skoro chodziła z Mr. Bigiem przez rok to musi cierpień pół roku, ale średnio posłuchała przyjaciółki i od razu rzuciła się w wir nowojorskiego życia i chyba zaraz umówiła się też na randkę z takim niezwykle przystojnym zawodnikiem drużyny New York Yankees — raczej Petera nie zdziwił fakt, że Wendy przytoczyła jakieś nowinki z seriali, bo ona właśnie tym żyła. Serialami o relacjach, filmami romantycznymi, komediami ale i dramatami, a on w wolnych chwilach wiele podobnych z nią oglądał, bo to na nim wymuszała. Może nawet na seks w wielkim mieście się z nią załapał… na kanapie przed telewizorem, bo dosłownie to wiadomo, że nie.
I to wcale nie tak, że chciała mu wybić z głowy ranki zaraz po zerwaniu!
Tylko powiedz słowo.
I już nagle nie nie myślała o randkach, a o sukienkach… bo girls will be girls, co nie? To, że nie wydawała fortuny na kreacje nie oznaczało, że nie chciałaby sobie poprzymierzyć. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć wzruszyła ramionami trochę na tak, a trochę na nie wiem, bo może jej nie wypadało? Choć chciała, no wystarczyło spojrzeć w jej oczy, by dostrzec, że czułaby się jak dziecko w sklepie z cukierkami.
— U mnie? — zaśmiała się lekko. — Bez zmian. Niewiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania Peter — wciąż miała tą samą pracę, wciąż się plamiła, wciąż była niezdarą i wciąż tkwiła w nieokreślonych i niezobowiązujących relacjach.
Peter Blythe
-
Naprawdę kocha się tylko raz w życiu, nawet jeśli człowiek tego nie zauważa.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Ale nic takiego nie powiedział, może się speszył troche uwagą którą przykuwają.
- Najwyraźniej nie. Poza tym, wiesz sama, że nie uważam, że nie ma czegoś takiego jak koncepcja bycia dla kogoś pisanym. Że jest jedna osoba dla jednej osoby. Wciąż podtrzymuję, że teoretycznie udany związek można stworzyć z kimkolwiek, nawet jeżeli nie ma tam jakiś głębokich zauroczeń. Jeżeli obie osoby są na to gotowe, to można się dogadać - powtarza tę filozofię odkąd się poznali, już dostał wiadro argumentów od Wendy, które zbijały ten punkt widzenia. Pamięta do dziś, jak spędzili osiem godzin dysktując na ten temat, gdyż była to najmniej romantyczna filozofia miłości na świecie. To, że nie ma przeznaczenia, nie ma tego jedynego-tej jedynej. Jest tylko praca i wola bycia ze sobą. Peter tak mocno w to wierzył, że nawet kiedy teraz zachowuje się jak główna postać z komedii romantycznej, to nawet tego nie zauważa i najwyraźniej jest przekonany, że na sucho mu ujdzie takie powtarzanie suchych przekonań o teorii związku. No ale tak, już nie raz rozmawiali o tym z Wendy do rana i może właśnie dlatego, że wie, że ona wie, co on sądzi na temat miłości opartej na zauroczeniu, jest pewny tego, że Wendy nie wyśmieje jego stanowiska, kiedy jej wyjawi... właściwie niewiadomo po co z tym zwlekał.
Tak czy siak słucha jej rad na temat powrotu do randek i dopiero, kiedy powiedziała mr. Big to skumał, że to nie chodzi wcale o przyjaciółki Wendy z pracy czy z życia, tylko bohaterki Seksu w wielkim mieście. Rozbawia go to ogromnie i już obserwuje ją z uśmiechem wymalowanym na ustach.
-Czyli Twoim zdaniem powinienem teraz półtorej roku się wstrzymać? - aż się zdziwił, bo skoro wie o wszystkich mankamentach jego związku to się raczej spodziewał, że powie mu, żeby na tej imprezie zaliczył przynajmniej z dwie modelki, a nie zachęcała go do kolejnych miesięcy wstrzemięźliwości. - Poza tym miałem wrażenie, że ty akurat zawsze zgadzałaś się najbardziej z tym co mówiła Samantha -tak jeszcze podnosi i pewnie cośtam jeszcze rozwinie się w tym temacie, ale jest też inny temat. Temat sukienek.
A to też dla Petera jest wymarzona sytuacja, bo w końcu zejdą z centrum uwagi i nie będą jacyś ludzie im się kręcić nad głową. Zresztą też, kiedy gadali sobie dopeiro co o Seksie w Wielkim Mieście, to ktoś podszedł i podaje mu rękę żeby się przywitać, albo pożegnać. Peter już nawet nie był zły, po prostu podawał ręce i mówił z trzy zdania, że się spotkają później czy coś. Chociaż nie zamierza się z nikim łapać.
- Chodź, nie będziesz tu przecież tak siedziała - złapał ją za dłoń i wstaje, a dłoń, którą trzymał wziął sobie pod ramię i bo dzieki temu nawet jeżeli widać coś na sukience, to trochę mniej, bo taka przytulona do niego może iść. I idą sobie przez tłum, cudem omineli zresztą poród Queenie, który zaczyna się pięć minut później. Ale oni zupełnie nieświadomi tego, znikają w środku wielkiej willi.
Willę Wendy zna. Co prawda są tu jeszcze takie części w których nigdy nie była, ale gości się nie zaprasza do spiżarni, naawet po tylu latach znajomości. Pewnie też n igdy nie była w piwnicy z basenem, bo jak już zapraszał ją do siebie na basen to na ten zewnętrzy. Imprezki też głównie były w ofcinalnej części. Do niego do pokoju czasami zachodzili, ale na pewno nie była nigdy wcześniej w wielkiej szafie Queenie Bylthe. Kiedy tylko wchodzą do pokoju automatycznie zapalają się światełka przy podłodze tworząc miły nastrój i Peter idzie pewnie do drzwi szafy otwieranej jak kolejny pokój. Odwraca się do Wendy i rozkłada ramiona.
- To jest szafa Queenie, ale ona nie zagladała do niej od trzech lat odkąd mieszka ze swoim mężem, więc możesz śmiało się częstować. Ale mam taki warunek, że powiesz mi co tak właściwie się nie zmieniło u Ciebie, bo jakoś mi się w to nie chce wierzyć. Szafa jest twoja, ja tu poczekam - wcale nie musiał czekać, ale pewnie wiedział, że Wendy mogłaby poczuć się niekomfortowo, gdyby Barbara przyłapała ją na buszowaniu w kieckach, a jak jest Peter to mogła robić co chciała. Peter zaś sobie siada w jakimś białym puchatym fotelu w pokoju Queenie i wyjmuje telefon, żeby się nie zastanawiać czy Wendy tam już się rozbiera za tymi drzwiami czy jeszcze nie, chociaż oczywiście że się odrazu zaczął zastanawiać, no ale był dżentelemnem, więc nawet jeżeli coś by zobaczył, to by nic nie powiedział. Dlatego tylko czasami sobie tam unosi spojrzenie, ale zamiast zobaczyć gołe ramie, to widzi tylko jakieś chustki które lądują na ziemi.
Wendy
-
Just don't fall recklessly, headlessly in love with me, cause it's gonna be all heartbreak blissfully painful and insanity, if we agree.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Im dalej szli w las tym napotykali więcej drzew, a Wendy gdyby miała pełnego drinka znów by się nim oblała po słowach Petera. — Powiedz mi, że teraz to mnie wkręcasz? — zagadała niby się śmiejąc, a jednak wciąż nie dowierzając bo po minie jego widziała, że on to tak na poważnie mówi. Wiedziała, że pod tym kątem się różnią, ale chyba w którymś momencie życia, pewnie przez ten jego związek z Kristin, nie ogarnęła jakie to się stało wszystko smutne i przewidywalne. Zawsze tak miał czy się zdziadział? Czy to wszystko przez tą oschłą Kristin? Jesu… aż jej głowa parowała. — Z kimkolwiek? Dogadać się?! — nawet nie wiedziała kiedy zaczęła nadawać na nieco wyższych tonach, jakby miało jej to w jakikolwiek sposób pomóc trafić do jego rozumku. — A ty zakładasz jakąś spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością czy co? — dopytała nie będąc pewna, czy nie zboczyli przypadkiem z tematu relacji i coś jej umknęło. — Miłość to nie kwestia dogadania się i podpisania papierków, no co ty to opowiadasz — się biedna nakręciła, ale jej się to w głowie nie mieściło. Musiała mu zbić od głowy odrobinę romantyzmu zanim wpakuje się w jakiś mało opłacalny i nudny układ z kolejną Kristin od siedmiu boleści. — Związek bez tych wszystkich fajerwerków i motyli w brzuchu od których chce się puścić pawia to taka trochę dobra znajomość ze współdzielonymi rachunkami — głupota! — Miłość musi być chaotyczna, no weź… — jęknęła spoglądając na niego błagalnie — tak, by jak ta druga osoba wchodzi do pomieszczenia to zapominasz o tym jak się nazywasz, a w głowie ci szumi… tak, że chcesz z tą osobą konie kraść iiii gadać o totalnych bzdurach nie wyobrażając sobie dnia, że mogłoby jej zabraknąć — nic, serio wolał sobie to odpuścić? — Poza tym sorry, ale ona była gotowa, ty byłeś gotowy i zobacz jak się to skończyło? — zagaiła totalnie nie kupując tej jego wersji. Niewątpliwie miała słabość do Petera, wiedziała to nie od dziś i wiedział to też William, a nawet Ophelia, ale przecież gdyby jej wyskoczył z tekstem o gotowości względem niej i dogadaniu się to chyba by uciekła. Ona nie była w związku nie dlatego, że lubiła skakać z kwiatka na kwiatek i brak zobowiązań, a dlatego, że się faceci przestali bawić w pieprzony romantyzm.
Peterowi też najwyraźniej trzeba było pomóc zrozumieć pewne kwestie. Nie była pewna czy wzorowanie się na Seksie w wielkim mieście to rozsądna rzecz, ale chyba lepsze to niż te jego chłodne i wykalkulowane przekonania. — Ej, Samanta pod tą swoja wyzwoloną stroną skrywała przecież romantyczkę, która chciała trzymania za rękę! — miała swoje związkowe epizody i wtedy wychodziło, że wcale nie była taka wyzwolona. — A co do tych randek to wiesz, półtorej roku to może lekka przesada, ale jutro to też trochę za wcześnie — a pewnie gdyby ja zaprosił to by pieprzyła te wszystkie zasady, ale przecież mu tego nie powie, co nie? Poza tym z jednej storny by chciała, a z drugiej wcale nie chciała być jakimś plastrem na rany, elementem zamiennym czy kolejnym dogadaniem. Co to, to nie.
A jednak gdy ją złapał za rękę to i tak poszła za nim w ciemno. Zawsze szła. I teraz wcale nie dlatego, że w grę wchodziły sukienki. Duuuuużo sukienek, choć trochę to było ekscytujące. Dla Gardner świat Petera to wciąż była trochę taka tajemna bańka. Jasne, że była jego częścią przez te wszystkie lata przyjaźni, ale to zupełnie nie był jej świat. Wielkie posiadłości, baseny, bogackie imprezy i setki kreacji.
Kreacji wiszących i marnujących się, zapomnianych. Od trzech lat niedostrzeganych. Wendy była teraz jak dziecko w sklepie z cukierkami, oczy świeciły się jej jak pięciozłotówki. Zaraz wpadła do tej garderoby zrzucając z ramion jego marynarkę, a chwile później to i też sukienkę. Przy dzisiejszej sukience to bielizna była trochę kłopotliwa, więc jej nie miała. Szybko jednak zaczęła przeglądać sukienki zdejmując z wieszaków jakieś chustki i apaszki, niewiele się tym przejmując lądowały one na ziemi. Później posprząta! Dzikuska. — U mnie serio nic nowego, nuda! — zaczęła sięgając po pierwszą sukienkę, mieniła się w tym świetle przepięknie, różowo! — O mamuniu! — pisnęła wciskając się w nią podekscytowana. — Chociaż… — kontynuowała o tym co to u niej słychać — ostatnio byłam z Goodmanem na biwaku, tak totalnie na dziko pod namiotem. Fajnie było … i jak? — zapytała zrzucając na niego informację o nocowance w namiocie z Matthewem jednocześnie pokazując się mu w sukni, pięknej, różowej, błyszczącej i TOTALNIE prześwitującej.
Nie wiedziała, okay?!
Peter Blythe