-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Po raz pierwszy brakowało jej tej niezachwianej pewności, że wszystko skończy się dobrze; że jak zawsze wyjdą z tego obronną ręką. Nieważne ile razy próbowała przekonać samą siebie, że tak właśnie będzie, w jej głowie nieustannie pojawiało się jakieś ale.
Intuicja, która przez większość życia była jej sprzymierzeńcem, tym razem zdawała się szeptać coś zupełnie innego. Nakazywała jej złapać za rękę mężczyznę, którego kochała do szaleństwa i powstrzymać go przed tym, co zamierzał zrobić, jeśli chciała nadal mieć go przy sobie.
Z jednej strony wiedziała, że nie mieli innego wyjścia. Jeśli naprawdę chcieli odzyskać choć namiastkę spokoju, musieli zaryzykować. Z drugiej jednak ta bardziej impulsywna część jej natury, ta sama, która przez lata pakowała ją w kłopoty, podpowiadała coś zupełnie odwrotnego. Kazała już dziś wsadzić go do samochodu pod byle pretekstem i wywieźć jak najdalej stąd, nie tłumacząc niczego i nie oglądając się za siebie.
Im bliżej było do niedzieli, tym bardziej pragnęła rozciągać wspólny czas. Miała wrażenie, że godziny przeciekają jej przez palce, że każda kolejna doba kończy się zanim zdąży naprawdę się rozpocząć. Jeszcze przed chwilą zerkała na zegarek wskazujący północ, a teraz cyfry wyświetlały trzecią nad ranem.
Leżała obok śpiącego Rhysa i przyglądała mu się w ciszy, jak kiedyś robił to on. Chłonęła ten widok, próbując zapamiętać każdy detal. Serce ściskało jej się boleśnie, a ciężar zalegający w klatce piersiowej stawał się coraz trudniejszy do zignorowania.
Potrzebowała być jeszcze b l i ż e j. Wtulała się w jego bok, kiedy nieświadomie przyciągał ją do siebie przez sen. Układała w głowie kolejne scenariusze, każdy gorszy od poprzedniego. Kilkukrotnie miała ochotę go obudzić, tylko po to, by ukraść jeszcze kilka minut rozmowy, jeszcze jedną godzinę, jeszcze jedną wspólną chwilę.
Od pierwszego impulsu do działania minęło zaledwie kilka minut. Usiadła obok niego, już ubrana w ciepły dres i zdecydowanie za dużą bluzę, która należała do niego. Pochyliła się i obudziła go pocałunkiem. - Wstawaj - mruknęła cicho, gdy leniwie otworzył oczy, wyraźnie nie rozumiejąc, co się dzieje. - Mamy niecałe dwie godziny do wschodu słońca. Chcę go zobaczyć - podniosła się z łóżka i podeszła do szafy, wyciągając dla niego pierwsze lepsze ubrania.
Jeszcze zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nim przyszło mu do głowy, by zaprotestować albo przyciągnąć ją z powrotem do siebie, zniknęła w salonie, a chwilę później po mieszkaniu rozniosło się głośne jebnięcie drzwiami wejściowymi.
Papieros tlił się pomiędzy jej palcami, gdy czekała na dole oparta o maskę chargera. W ciągu ostatnich dni sięgała po nie zdecydowanie częściej niż chciała sama przed sobą przyznać. Uśmiechnęła się na jego widok, podczas gdy on wyglądał tak, jak powinien wyglądać człowiek wyciągnięty z łóżka o trzeciej trzydzieści nad ranem. Co więcej, nie kazał jej czekać nawet w połowie tak długo, jak ona kazałaby czekać jemu.
Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, przyciągnęła go do siebie i pocałowała bez słowa. Dopiero później wsunęła pomiędzy jego wargi na wpół wypalonego papierosa, jednocześnie podrzucając w dłoni kluczyki od samochodu. - Jutro wylatujemy do Meksyku. Być może nigdy tutaj nie wrócimy, więc sądzę, że to jest dzień, kiedy wreszcie powinieneś pozwolić mi prowadzić - nie czekając ani na zgodę, ani na sprzeciw, odepchnęła się od maski i ruszyła w stronę drzwi od strony kierowcy. Kilka sekund później siedziała już za kierownicą, uruchamiając silnik i obserwując jego minę z rosnącym rozbawieniem.
- Ostatni dzień w Toronto będzie naszym dniem pierwszych razów - gdy wreszcie zajął miejsce pasażera, wyglądając jeszcze bardziej nieszczęśliwie niż wtedy, gdy opuszczał mieszkanie, ona uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła pedał gazu nie wrzuciwszy uprzednio biegu.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było w nim nic naturalnego. Nie był chwilą oddechu, łapaną na kanapie po ciężkim i długim dniu. Nie był odłożonymi na stół kluczami po wejściu do domu, z którego nie musiało się już tego dnia wychodzić. Nie był nawet ulgą posiadania zakupionych biletów, stojącą za tym definitywnością, którą widzieli w wydaniu pieniędzy inni ludzie.
Był czymś innym, czego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczył.
Rozlewał się po jego ciele jak smar. Czuł jego lepkość na swojej skórze gdy budził się w środku nocy i nad ranem uchylał powieki. Krążył w jego żyłach, jak chłodny przedsmak adrenaliny mknący w górę i dół krwiobiegu poszukujący swojego celu. Zostawiał w jego wiecznie spiętych mięśniach odrętwienie, wprawiał je w stan pomiędzy tym, co znały a relaksacją, której nigdy nie były w stanie sięgnąć.
W ten czy inny sposób, w tę niedzielę to wszystko miało się skończyć.
I choć decyzja wciąż nie została przez niego podjęta na papierze, tkwiła zapisana w jakimś zakątku jego duszy. Nie widział jej, ale czuł jej obecność, źródło tego pieprzonego spokoju, który równie dobrze mógł być transem, z którego nie mógł się obudzić.
Miał swoje plusy.
Wiadomości od Carbone'a nie przedzierały się przez jego gęstą zasłonę. Nie wywoływały w nim reakcji, które powinny, gdy stojący u szczytu Ventresci przywódca podsyłał mu kolejne groźby. Niektóre dotyczyły jego - sporadyczne, jakby wiedział, że te punkty nie są wystarczająco wrażliwe na nacisk. Inne sięgały w stronę jego matki, były jej zdjęciami zrobionymi ukradkiem gdy robiła zakupy bądź usiłowała doprowadzić ogródek do porządku.
Zdecydowana większość jednak dotyczyła j e j.
Jakby Sergio zwęszył, że Margo stała się jego wrażliwym punktem - jego cholernym centrum wszechświata, dla którego był w stanie wszystko Nie w ten heroiczny sposób, w jaki to słowo wypowiadają bohaterowie w książkach lub aktorzy na ekranach kin.
Dla Margo był gotów zrobić naprawdę w s z y s t k o.
Był gotów poświęcić swoje ciało i duszę żeby tylko groźby wypełniające jego skrzynkę wiadomości nie znalazły spełnienia. Gdy sięgał w tę stronę myślami, nie był w stanie wpaść na ani jedną rzecz, która znajdowałaby się za jakąś granicą - może dlatego, że w jej przypadku tej granicy nie było.
Tkwił do niej w kontraście, teraz, gdy nim władał spokój, a ją obejmowały nerwy. Wyczuwał to pod skórą, instynktownie i jakby pobudzony tym instynktem przede wszystkim, rozbudził się niemal natychmiast gdy wyczuł jakikolwiek ruch obok siebie. Nigdy nie należał do osób, które spały mocno - bez niej obok bywały noce, że nie spał w c a l e - tym razem jednak potrzebował jeszcze krótszego czasu by zorientować w czasie i przestrzeni.
- Jest środek nocy, Margo - odrzucił z westchnieniem, przecierając twarz by pozbyć się piasku spod powiek. - Jestem pewien, że wschody słońca wyglądają tak samo niezależnie od tego, w jakim punkcie świata jesteś.
Mrucząc pod nosem przekleństwa, wysunął się z łóżka by doprowadzić z grubsza do porządku. Mimo wszystkich swoich sprzeciwów, rozbudzenie się przyszło mu natychmiast - jakby jej ciche słowa były wystrzałem, którego huk natychmiast obudził wszystkie zakończenia nerwowe w jego ciele. Nie minęło dziesięć minut gdy, w narzuconej na siebie białej koszulce i czarnych jeansach, znalazł się na błogo chłodnym powietrzu n o c n y m.
- Czy tym pierwszym razem będzie twoje szanowanie mojego samochodu? - spytał ze skwaszoną miną, przeczesując palcami włosy, które wciąż nosiły na sobie ślad poduszki i lekkiego snu. - Potrzebuję kawy. Albo co najmniej trzech.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie istniała na świecie ani jedna rzecz, która sprawiłaby, że przymknęłaby oczy na podobne rzeczy wobec kogokolwiek innego. Jeszcze kilka miesięcy temu wszystko było dla niej proste - istniało dobro i zło, właściwe decyzje i te, których nigdy nie należało podejmować. Tymczasem odkąd w jej życiu pojawił się Rhys, granice zaczęły się zacierać. Nie dlatego, że nagle przestała odróżniać jedno od drugiego, ale dlatego, że po raz pierwszy naprawdę rozumiała, co potrafi zrobić człowiek postawiony pod ścianą. Rozumiała desperację, strach i gotowość do przekroczenia własnych zasad dla kogoś, kogo kochało się bardziej niż cokolwiek innego.
Nie było też drugiego człowieka dla którego zrobiłaby to samo. Nie było nikogo za kim byłaby gotowa ruszyć na drugi koniec świata, zostawiając za sobą Toronto, własną pracę, rodzinę i wszystkie miejsca, które przez lata nazywała domem. Nikogo dla kogo bez wahania spakowałaby całe swoje życie do jednej walizki.
Zbliżający się nieubłaganie dzień zero odbierał jej zdolność do tych drobnych, codziennych potyczek słownych, które zwykle prowadzili z taką łatwością. Normalnie odpłaciłaby mu pięknym za nadobne, rzuciłaby równie złośliwą uwagę i nie odpuściła, dopóki nie przyznałby jej racji. Tym razem jego niechęć skwitowała jedynie krótkim pocałunkiem, skradzionym tuż przed tym, gdy wymknęła się z mieszkania, zostawiając go samego z koniecznością podążenia za nią. - Nie widzieliśmy go nigdy wcześniej w takich okolicznościach - odpowiedziała tylko.
Gdy wyszedł na zewnątrz, patrzyła wprost na niego, dochodząc do wniosku, że zawsze wyglądał za dobrze. Nieważne czy wracał po trzydziestu godzinach na nogach, z zarostem i podkrążonymi oczami, czy właśnie został wyciągnięty z łóżka przed świtem z włosami pozostającymi w kompletnym nieładzie.
Wciąż wywoływał w niej ten sam znajomy skurcz gdzieś pod mostkiem. Miała absurdalną ochotę podejść do niego, wsunąć dłonie w jasne kosmyki i uporządkować je wyłącznie po to, żeby chwilę później znowu je rozczochrać.
L e d w i e powstrzymywała ten odruch, gdy jeszcze mocniej starała się nie myśleć o tym, że być może już jutro mogłaby tęsknić właśnie za takimi drobiazgami.
- Czy ja kiedyś wykazywałam brak szacunku dla twoich rzeczy? - uniosła pytająco brew. - To ty wyrzuciłeś w s z y s t k o, co do mnie należało, kiedy ostatnim razem wyjechałam - wypomniała, ukrywając rozbawienie pod pozorną powagą. - Znalazłam swoje ciuchy upchnięte głęboko w szafie pod twoim mundurem, Rhys - parsknęła wreszcie śmiechem. - To jest największa otchłań. Głębsza niż piekło - przez pierwszą część drogi rzeczywiście prowadziła z zaskakującym poszanowaniem dla jego ukochanego samochodu. Dopóki nie okazało się, że manualna skrzynia biegów została stworzona wyłącznie po to, by uprzykrzać ludziom życie. - Okropnie się to prowadzi - mruknęła pod nosem, gdy kolejny raz zmiana biegu odbyła się zdecydowanie m n i e j płynnie, niż życzyłby sobie tego Madden.
Miasto zostało za ich plecami, uliczne światła ustąpiły miejsca ciemności i dopiero gdzieś za jego granicami zatrzymali się na stacji benzynowej. Wrócili z niej uzbrojeni w dwa kubki gorącej kawy i kilka zupełnie niepotrzebnych rzeczy, które Margo uznała za absolutnie niezbędne.
Niedługo później asfaltowa droga zaczęła przechodzić w coraz węższe ścieżki prowadzące pomiędzy drzewami. Gdy wreszcie zaparkowała, wokół nich rozciągała się cisza. Przed nimi połyskiwała ciemna tafla jeziora, dalej wznosiły się skaliste brzegi porośnięte drzewami, a nad wszystkim unosił się chłód ostatnich godzin nocy. - Byłeś tutaj kiedyś? - zapytała, gasząc silnik. Odpięła pas i wysiadła z samochodu, nie przejmując się specjalnie tym, że drzwi zatrzasnęły się o d r o b i n ę za głośno. - Zabierałeś w takie miejsca swoje dziewczyny?
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyjmował ją ze środowiska, które znała całe swoje życie. Z miejsca, w którym dorastała, w którym czekała na nią jej rodzina oraz praca, którą kochała. Nie mógł być permanentny z natury - niezależnie od tego jak silne było uczucie, które ich połączyło, nie mogli przecież spędzić w Meksyku wieczności.
Mógł być jedynie kolejną łatką nałożoną na dziurę, którą musieli w ten czy inny sposób zamknąć na dobre. Łatką, która obecnie wydawała się wystarczająca nawet, jeśli nie miała taka być permanentnie.
Ale wiedział, że Margo była tego świadoma.
Przekazywało to jej zawahanie, schowane gdzieś w miejscu, którego nie mógł sięgnąć, ale które widział kątem oka. Bezsenność, która najwyraźniej dogoniła również ją - której się od niego z a r a z i ł a tak, jak on niekiedy zarażał się jej optymizmem.
Dlatego nie zamierzał narzekać, nawet jeśli wiązało się to z nieco krótszym snem. Rzeczywistość na jawie z nią obok zawsze wydawała mu się więcej warta niż niespokojne przewracanie się w pościeli, która nocami lubiła kąsać.
- Kiedy uciekłaś i myślałem, że nigdy więcej cię nie zobaczę? - poprawił rzeczowo, zanim wsunęli się do wnętrza samochodu. Gdyby mógł, chętnie dywagowałby tu i teraz na ten temat, byle tylko odroczyć fakt jej zajęcia miejsca kierowcy.
Mieli wyjechać - dlatego westchnął, wręczając jej kluczyki do stacyjki, jeśli wcześniej sama nie zgarnęła ich z kuchennego blatu.
Wkrótce miał tego pożałować.
- Wyczuwa intencje kierowcy - warknął w odpowiedzi, natychmiast ucinając zdanie nim powie za dużo. Odgłosy wydawane przez prowadzony przez nią pojazd sprawiały, że jego szczęka zaciskała się za każdym razem odrobinę mocniej i teraz wymagała od niego świadomego rozluźnienia nim był w stanie powiedzieć coś jeszcze.
Nie mając jednak nic miłego do powiedzenia, zdecydował się zrobić to, co robił najlepiej - milczeć.
Paskudna kawa ze stacji benzynowej, na której się zatrzymali przywodziła mu na myśl smak kawy z komisariatu. Gorzka, mocna, zabijana przez jego kolegów z pracy dużą ilością mleka i niekiedy cukru. Lata temu i on dolewał do niej śmietanki, licząc na to, że smak ulegnie poprawie, jednak z biegiem lat przywykł do niego, a nawet w jakiś sposób go polubił.
Zastanawiał się, czy poprzedniego wieczora pił ją po raz ostatni - wtedy, gdy samochód wtaczał się na swoje miejsce docelowe, a on, pochłonięty tymi rozmyśleniami, z początku nie zauważył miejsca, które wybrała.
- Pytasz, czy w środku nocy wywoziłem swoje dziewczyny na odludzie, na którym nikt nie mógłby ich znaleźć? - odrzucił z rozbawieniem, z ulgą przyjmując gasnący silnik samochodu i odruchowo sięgając do pasa, odpinając się w nagłej potrzebie zaznania powietrza na zewnątrz. Chwycił kubek, w którym zabrakło już połowy kawy i sięgnął do drzwi, obrzucając kobietę krótkim, znaczącym spojrzeniem. - Większość dziewczyn preferuje kolację przy świecach, Margo.
Obszedł samochód, znajdując się po jej stronie jeszcze zanim wyszła sama, uchylił drzwi - był bardzo skłonny do dżentelmeńskich gestów i podawania jej ręki, jeśli miało to szybciej usunąć ją sprzed kierownicy, za którą ewidentnie nie powinna się znajdować ze swoją miłością do automatów.
I tak stojąc z wyciągniętą w jej stronę dłonią, nie odsunął się, jak powinien, zamiast tego blokując jej wyjście. Jeśli podała mu dłoń, wyciągnął zamiast tego drugą w jej stronę w wymownym geście, wcześniej odkładając kubek na dach samochodu.
- Kluczyki - zażądał przebiegle, wiedząc, że w innym wypadku czeka ich powtórka. - Pobawiłaś się już moim kosztem, wystarczy - wyjaśnił, na wszelki wypadek będąc w gotowości jakby Mercer postanowiła dla zasady zjechać z pieprzonego klifu.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bardzo starała się od tego odciąć, jadąc w miejsce, które odwiedzała dziesiątki razy na przestrzeni wielu lat. Traktowała je dokładnie tak, jak Rhys traktował whisky, dzieląc ją na tę dobrą i złą nie ze względu na smak, lecz okoliczności. Dla niej tym czymś było niewielkie jezioro położone za granicami Toronto.
Przyjeżdżała tutaj, gdy była szczęśliwa i wtedy, gdy miała wrażenie, że świat wali jej się na głowę. Gdy chciała świętować i wtedy, gdy potrzebowała schować się przed wszystkim. Gdy brakowało jej tchu i gdy pragnęła poczuć coś wyjątkowego. Nigdy jednak nie przyjechała tutaj z kimkolwiek. Nie przyprowadziła żadnego przyjaciela, żadnego mężczyzny, nikogo z rodziny. To miejsce należało wyłącznie do niej, mimo że przecież nie było żadną tajemnicą i znało je wielu innych ludzi.
- Tak, pytam dokładnie o to - wywróciła z rozbawieniem oczami. - Mając szesnaście albo osiemnaście lat zabierałeś dziewczyny na kolacje przy świecach? - uniosła brew, nie będąc w stanie uwierzyć w taki obrazek. D z i s i e j s z y Rhys Madden mający trzydzieści sześć lat nie zabierał kobiet do eleganckich restauracji na romantyczne kolacje. Nigdy nie zabrał tam nawet jej. Okrągłe zero wskazywało idealną liczbę, żeby policzyć sytuacje, które choć odrobinę przypominały klasyczną randkę, a co dopiero mówić o świecach i nastrojowej muzyce.
- Jedyna kolacja, na której byliśmy, to ta, gdy JA zabrałam ciebie do portu - wysiadła z samochodu, korzystając z jego wyciągniętej dłoni, a potem jeszcze raz obrzuciła go rozbawionym spojrzeniem. Jej wzrok przesunął się powoli wzdłuż jego sylwetki, bezczelnie oceniając sytuację. Zdecydowanie wyglądał jak ktoś, kto wywoził dziewczyny w podobne miejsca w bardzo konkretnym celu.
Zrobiła dokładnie to, czego się spodziewał. Przyciągnęła go do siebie i skradła szybki pocałunek, zanim oddała mu kluczyki do samochodu.
Przez chwilę po prostu stała obok, pozwalając spojrzeniu chłonąć widok przed sobą. Powietrze wciąż było chłodne, a gdzieś pomiędzy drzewami zaczynał pojawiać się blady ślad wschodzącego dnia. Dopiero po chwili odwróciła się z powrotem w jego stronę, podeszła do chargera i dwukrotnie poklepała dłonią maskę samochodu, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę. Uśmiech natychmiast wypełzł na jej usta.
- Czy spotka mnie kara, jeśli zaraz na nią wskoczę i rozsiądę się po turecku? Jestem pewna, że akurat z tego miejsca widok wschodu będzie najpiękniejszy - dla bezpieczeństwa odsunęła się na drugą stronę auta, na wypadek gdyby postanowił natychmiast ją złapać i wyperswadować jej z głowy każdy głupi pomysł, który właśnie się w niej pojawiał.
Rhys Madden