-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było, co oszukiwać… tego typu imprezy nie były ulubionym miejscem Iris Valentine. Gdyby miała wybierać – wolałaby zostać w pracy i użerać się z brzydkimi przypadkami z tutejszej izby przyjęć. Ale jednocześnie miała w swoim życiu tak niewielu ludzi, z którymi utrzymywała realny kontakt i których mogła nazwać swoimi przyjaciółmi, że czasami musiała własny komfort schować do kieszeni. Dzisiaj nie chodziło o nią i dzisiaj zwyczajnie nie mogła odmówić. Więc ułożyła grafik tak, żeby mieć wolny dzień, wybrała kieckę, chociaż nie zdarzało się to często i przed wyjściem z domu spojrzała w lustro, żeby kilkukrotnie obiecać sobie, że będzie się dobrze bawić. Musiała się przecież dobrze bawić – mieli świętować miłość przyjaciół, ich zaręczyny i chęć dalszego budowania wspólnego życia. Nic tylko się wzruszyć! No pomijając to, że Iris zaczynała wierzyć, że ma serce z kamienia i powinna przygarnąć kota, żeby móc być stereotypową zgorzkniałą starą panną. Miłość, yay!
Mimo wszystko na przyjęciu pojawiła się o czasie, miała nawet prezent oraz szeroki uśmiech przyklejony do twarzy. Dość szybko odnalazła się w towarzystwie, zginęła w tak zwanym tłumie, szukając najbardziej komfortowych twarzy i w towarzystwie kieliszka wina – zaczynała się rozluźniać i faktycznie dobrze bawić.
A później wszystko szlag trafił i poczuła, że znalazła się w piekle.
Gdy Caroline – przyszła panna młoda – podeszła do grupki Iris i kilku znajomych nawet nie próbowała ukryć swojego podekscytowania.
- Kochani, musicie kogoś poznać! – rzuciła pogodnie, przerywając im rozmowę i ciągnąć za sobą parę, którą chciała im przedstawić – Moja siostra z mężem niedawno wrócili ze Stanów, no czy mogło być lepsze wyczucie czasu!? – dziewczyna szczebiotała dalej, ale Iris nie słyszała jej słów. Jej wzrok zatrzymał się na mężczyźnie, na mężu kobiety, która została przedstawiona jako starsza siostra przyszłej panny młodej. Szlag. Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, strach ją paraliżuje i musiała aż odstawić kieliszek z winem na stolik, żeby nie było po nim widać jak bardzo zaczęły trząść jej się ręce. Potrzebowała sekundy lub dwóch. Po tym czasie przykleiła sobie na twarz szeroki pogodny uśmiech i przywitała się z żoną Hendersona, przedstawiając jej się i wymieniając parę uprzejmości. Wyciągnęła też dłoń do mężczyzny, zupełnie jednak nie wiedząc jak powinna się zachować. Powinni udawać, że się nie znają, czy że wpadli kiedyś na siebie na pustyni? Ugh. Naprawdę nie wiedziała.
- Miło poznać. – rzuciła więc cicho, a zaraz też zgrabnie wycofała się z towarzystwa, starając się znaleźć inne i ponownie jakoś zniknąć w tłumie. Szlag! Najgorzej, że powitalny drink zaraz się kończył i będą musieli usiąść przy stolikach... oby jak najdalej od siebie!
Dawno za nic nie trzymała tak mocno kciuków.
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Tą przeprowadzką do Kanady, chciał jej to wszystko chociaż trochę wynagrodzić. Skoro i tak większość swojego życia poświęciła dla niego, to przecież i on mógł coś dla niej zrobić, prawda? Od samego początku nie było idealnie, jednak Jesse liczył, że w ciągu kilku tygodni, może miesięcy, wszystko się poprawi. Tak, był na tyle naiwny. Ale z tego właśnie powodu, godził się na różnego rodzaju wyjścia, wyjazdy, spotkania z rodziną i przyjaciółmi żony, z którymi ta przez te ostatni lata zaniedbała kontakt z uwagi właśnie na niego. Przyjęcie zaręczynowe jej młodszej siostry było jednym z takim wyjść.
Henderson nie miał za bardzo chęci gdziekolwiek wychodzić, a już w szczególności, jeżeli miał ubierać garnitur. Przemógł się jednak i nawet aż tak nie narzekał, dopinając ostatnie guziki białej koszuli. Narzucił na nią jeszcze czarną marynarkę, pasującą do spodni, a żona zarządziła, aby dołożył do tego jeszcze krawat. Uważał, że będzie to już trochę przesada, jednak nie chciał się spierać i niszczyć jej humoru przed wyjściem.
Byli chyba o czasie. Tak przynajmniej mu się wydawało, patrząc po ilości gości kręcących się już po sali oraz tych, którzy dopiero za nimi wchodzili. Jego partnerka, co chwila się z kimś witała i wymieniała czułościami, a Jesse jej jedynie wtórował raz po raz, mając wrażenie, że ci ludzie się w ogóle nie kończą. Kilku z nich kojarzył jeszcze ze swojego wesela albo innych, pojedynczych rodzinnych uroczystości, w których wyjątkowo brał udział, jednak zdecydowana większość była dla niego kompletnie nieznajoma. I przy okazji bardzo głośna i przytłaczająca. Kto by pomyślał, że kilka miesięcy wystarczy, aby odzwyczaić się od takiego tłoku? Trochę minęło, nim dotarli do sprawczyni tego zamieszania – szwagierki Hendersona.
Dziewczyna niemalże wpadła w ramiona starszej siostry. Cała była wręcz rozanielona i widać było, że cieszy się tym dniem. Aż się człowiekowi cieplej na sercu robiło, widząc czyjeś szczere szczęście. Jesse trochę jej chyba tego pozazdrościł. Spojrzał kątem oka na swoją małżonkę, która poprawiała młodszej włosy, starając przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz on tak wspaniale się czuł z jej powodu, lecz miał z tym problem. Realnie nie był w stanie przywołać chociażby jednej takiej sytuacji w ostatnich latach. Jego nieznośna głowa jednak przywołała w pamięci pewne zdarzenia. Jednak to nie żona była kobietą, która się tam przewijała.
Miło poznać - znajomy głos wyrwał go z przemyśleń, których akurat w tym miejscu mieć nie powinien. I to aż za bardzo znajomy. Iris.
W dłoni trzymał do połowy pełny kieliszek z szampanem, który w tym momencie został przez niego opróżniony bez zbędnej zwłoki. To był jakiś nieśmieszny żart. Jesse czuł się jak w czarnej, w której to on był bohaterem skazanym na obśmiewaną przez widownię porażkę. Rozumiał spotkać ją w szpitalu – w trakcie działań wojennych była ratownikiem wojennym, więc było to wręcz dla niej naturalne środowisko. Zrozumiałby, gdyby wpadli na siebie w trakcie spaceru po parku czy w pierwszej lepszej kawiarni w centrum, aczkolwiek przyjęcie tego rodzaju? To nie mogło być przypadkowe zrządzenie losu. W tej sytuacji nie wiedział jak się zachować - jeszcze bardziej niż tamtego dnia w szpitalu. Chociaż wiedział, że tym razem aż tak uczuciowo dyskutować z nią nie mógł z uwagi na okoliczności. Ale szczerze? Nawet nie chciał. Już tamtego wieczoru żałował, że w ten sposób odbyli swoją pierwszą po takim czasie rozmowę, jednak Jesse nie miał na tyle odwagi by wrócić na tamten oddział i tym razem na spokojnie porozmawiać. To przyjęcie również dobrym miejscem do tego nie było, aczkolwiek czy będzie on w stanie tak jak ona udawać, że są nieznajomymi? Powinien, chociażby z uwagi na żonę, która przecież nie była niczego świadoma.
— Kochanie, przyniósłbyś mi jeszcze lampkę wina? — zwróciła się do niego małżonka. Jesse rozejrzał się w poszukiwaniu barku po salce. Natrafił na niego. A i również na Iris. Nie mógł jednak żonie powiedzieć, że nie, bo jego za bliska przyjaciółka z pola walki tam stoi. Kiwnął więc głową, zabierając od niej puste naczynie. Westchnął ciężko idąc przez salę do barku, poprawiając przy tym marynarkę, a i nawet włosy raz czy dwa przeczesał. Przecież nawet nie muszę się do niej odzywać - myślał, wciąż idąc. W końcu jednak dotarł do celu i postawił na barze lampkę, a wynajęty pod tę okazję barman od razu zrozumiał, co ma do zrobienia. Jesse wspomniał wino, które wcześniej jego żona popijała, jednak chłopak nie miał go przy sobie, ruszył po nie na zaplecze, wydłużając tym samym czas, jaki Henderson musiał tam spędzić.
Mężczyzna oparł się o blat baru, a palcami zaczął wystukiwać melodię, która pasowała do tej wygrywanej przez głośniki.
— Jesteś od pana młodego czy panny młodej? — zapytał, zawieszając swoje spojrzenie na Iris dosłownie na jeden moment. A miał się nie odzywać. To jednak było od niego silniejsze. — Ja teoretycznie od panny, ale szczerze, to nawet jej nie znam za dobrze — kontynuował, tym razem obracając się przez ramię, by ujrzeć jak aktualnie omawiana jeszcze panienka wznosi za coś toast z koleżankami. — A przynajmniej teraz. Kiedyś byłem w stanie powiedzieć nawet, który chłopak z OneDirection był jej ulubionym i który doprowadzał ją do łez. — Na to wspomnienie nawet krótko się uśmiechnął. — Ale wiesz, trochę podrosła, przestała nas odwiedzać, ja wyjechałem i tak się jakoś potoczyło. Swoją drogą, Jesse — dodał, wystawiając rękę w jej kierunku do przywitania. — Miło poznać.
I to chyba była najbezpieczniejsza opcja. Przynajmniej na ten wieczór. W sumie szkoda, że faktycznie nie mogli tak zacząć wszystkiego od nowa.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Taki był plan. Doskonały plan. Musiał się udać…
A wtedy ktoś stanął przy jej boku przy barowej ladzie. Nie musiała nawet na niego patrzeć – jego obecność i tak była dla niej wyczuwalna. Jakby wprawiał powietrze w tak charakterystyczne drgania, że nie dało się tego z niczym innym pomylić. A może to były jego perfumy? Oh, nie mieli wielu okazji w przeszłości, żeby się odstawić, a właściwie nie mieli ich wcale, ale mimo wszystko ten zapach wydawał jej się dziwnie znajomy. Wisienką na torcie był moment, w którym się odezwał. Poczuła jak wzdłuż jej kręgosłupa przechodzi charakterystyczny dreszcz – jego głos był zaskakująco pewny, miękki i nie wyczuła w niej tej pretensji, co przy poprzednim. Aż serce zabiło jej mocniej, a zdecydowanie nie powinno.
Mimo wszystko spojrzała na jego wyciągniętą dłoń i zawahała się zaledwie przez sekundę. Uścisnęła ją pewnie, jakby to był faktycznie ich pierwszy raz i po prostu poznawali się na imprezie pełnej ludzi. Ta… tylko, że gdy trzymała jego dłoń jednocześnie na niego spojrzała – Iris. – głos jej lekko zadrżał i stanął w gardle, ale zapiła to sporym łykiem swojego wina i miała nadzieję, że będzie lepiej – I panny młodej… znam ja kawał swojego życia. Właściwie od szkoły. – być może nawet od czasów, gdy opowiadała mężowi swojej siostry o One Direction – Może dlatego wydajesz mi się znajomy, Jesse… może mieliśmy okazję się już poznać. – gdy Iris była koleżanką młodszej siostry jego żony. Mhm, na pewno… na pewno wtedy. Na pewno nie w zupełnie niesprzyjających okolicznościach przyrody, gdy wszystkie znajomości wydają się być bardziej intensywne i bardzo łatwo stracić nad sobą kontrolę… i to się właśnie między nimi stało. Przyskoczyli granicę, pozwolili sobie na więcej niż powinni… i to na pewno nie było dla nich dobre. Wtedy? Oh, wtedy nie zamieniłaby tego na nic innego. Dzisiaj? Ból głowy od wyrzutów sumienia był bardziej niż wymowny.
Mimo wszystko nie potrafiła oderwać od niego wzroku.
- Nie wiedziałam. – rzuciła ciszej, tylko Jesse mógł ją usłyszeć – Nie miałam pojęcia, że moglibyśmy się tutaj spotkać… nie przyszłabym. Nie stawiałabym cię w takiej sytuacji. – nie chciała, żeby musiał konfrontować swoje wspomnienia z Iris w obecności żony. Jednocześnie… nie podejrzewała, że jeszcze w nim trwa – to ją odrobinę zaskoczyło.
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Dla niego - z oczywistych względów - sytuacja ta nie była komfortowa. W końcu na jednej sali miał swoją żonę oraz dziewczynę, dla której kilka lat wcześniej był w stanie zostawić małżonkę. Dodatkowo, owa żona o tym wszystkim nawet nie wiedziała. O wiele mogła Jesse’a oskarżyć i wiele rzeczy we wniosku rozwodowym mu wypomniała, jednak o zdradę nigdy go nie posądzała. Cóż, może gdyby wyszło to na jaw w tamtym czasie, to małżeństwo faktycznie by rozwiązali? Teraz pozostawało jedynie gdybać. Ale nie teraz. Nie tej nocy. — Jak ta piosenka — stwierdził, odnosząc się do kultowego już utworu Goo Goo Dolls. Nie pierwszy raz zresztą. Wtedy, na Bliskim Wschodzie, często się do tej piosenki odnosił. Puszczał jej to, czasami tez śpiewał - nawet przy jednym z pierwszych spotkań, kiedy to jeszcze nie zapowiadało się, że relacja ta zaprowadzi ich do takiego momentu.
— Może minęliśmy się gdzieś na ulicy — powiedział, trochę nonszalancko. — W końcu to niewielkie miasto — dodał, a ironią te słowa wręcz ociekały. Spojrzał w kierunku, w którym zniknął barman. Dalej w zasięgu wzroku go nie było. — Zgubił się tam, czy co? — westchnął pod nosem, wychylając się lekko za bar, aby sięgnąć za najbliższe szklanki. Położył je na blacie, a zaraz po tym chwycił butelkę jakiejś whisky. Spojrzał na nazwę - nic mu nie mówiła. Nalał sobie i z racji bycia prawdziwym dżentelmenem, zaproponował również Iris. Nim zdążyła odpowiedzieć, rozlał. — Witamy w czasach samoobsługi — dodał, przesuwając szklankę w jej kierunku.
Upił łyka. Zdecydowanie było mu to potrzebne, chociaż za alkoholem nie przepadał - jak na wojskowego pijał bardzo rzadko. Szczególnie jak na weterana wojennego. Wielu z nich zapijało swoje traumy, traumatyzując przy tym wszystkich innych. Cóż, Jesse aż tak swojej rodziny nie maltretował, aczkolwiek wzorem do naśladowania również nie był. To, że teraz próbował być najlepszą wersją siebie, nie znaczyło, że był w stanie odkupić najbliższym minione lata. Zresztą, czy naprawdę próbował być najlepszą wersją siebie, skoro zamiast omijać swoją niespełnioną miłość szerokim łukiem, to popijał w jej towarzystwie whisky, udając, że w ogóle się nie znali wcześniej? Kwestia sporna.
— Iris, a skąd mogłaś wiedzieć? — zapytał, wracając do niej wzrokiem po tym jak przez dłuższą chwilę przyglądał się sali, próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. — Skąd mogłaś wiedzieć, że to siostra akurat mojej żony? Że w ogóle dalej mam żonę? — zapytał, ponownie biorąc łyka. — Sporo się zmieniło, gdy wróciłem do kraju. Zdecydowanie za dużo, by opowiadać o tym przy tej ilości whisky — prychnął pod nosem. — Wtedy, naprawdę się rozwodziłem i byłem przekonany, że to koniec naszego małżeństwa — wytłumaczył, chcąc być w pełni klarownym wobec iris, która mogła pomyśleć, że Jesse – jak większość żołnierzy na wyjazdach – po prostu ją okłamywał, a tego nigdy nie zrobił (przynajmniej nie celowo). — Obstawiasz, że gdzie się teraz przypadkiem spotkamy? — zapytał, trochę tonem żartobliwym. — Na weselu na pewno. Pewnie będziesz na panieńskim, więc nie zdziw się, jak żonę będę musiał podwieźć, może ciebie też wtedy zgarnąć?
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- I just want you to know who I am – szepnęła pod nosem słowa piosenki, którą tak dobrze znała. Nie wiedziała, czy była to jakakolwiek inspiracja dla jej rodziców, ale w późniejszym czasie stała się bardzo ważna dla niej. Jednocześnie poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku, gdy zerknęła krótko na mężczyznę obok. To wszystko… było i się skończyło. Dzisiaj nie miało już najmniejszego znaczenia.
Więc uśmiechnęła się smutno pod nosem, że mogli się gdzieś minąć na ulicy. Tak… właśnie tyle z tego wszystkiego zostało. Nawet nie odpowiedziała, a jedynie skinęła lekko, gdy zaproponował jej drinka. Z jednej strony wiedziała, że jeden tutaj dzisiaj nie pomoże, a z drugiej powinna trzymać się od nich z daleka. Dla własnego bezpieczeństwa. Alkohol jednak nieprzyjemnie podrażnił jej gardło, sprowadził na ziemię. Dokładnie na to sobie zasłużyła.
Po otrzymaniu od niego drinka powinna też po prostu odwrócić się na pięcie i odejść, znaleźć jak najdalszy kąt lokalu, znaleźć sobie towarzystwo i przez resztę wieczoru uparcie go unikać. Zamiast tego twardo stała obok i mówiła rzeczy… które trudno byłoby wytłumaczyć znajomością sprzed pięciu minut.
Powinna się ugryźć w język.
Powinna zrobić dużo rzeczy…
- Przestań, Jesse. Nie pójdę na żaden panieński. Nie zaprzyjaźnię się z twoją żoną, nie chcę robić większego bałaganu niż jest teraz. Dla mnie to też jest niekomfortowe. Wierzę ci, że wtedy… wtedy wszystko było inne. Wierzę, że nie kłamałeś. A oboje musimy uwierzyć w to, że podjęliśmy decyzje, które wydawały się najlepsze. – spojrzała na niego wymownie w oczywisty sposób nawiązując do swojej ucieczki. Dzisiaj na pewno zrobiłaby to inaczej, ale musiałaby mieć tą wiedzę. Wtedy? Była przerażona, była jak spłoszone zwierzę i zupełnie nie wiedziała, co robi i trudno szukać w tym jakiejkolwiek logiki. Nie chciała go jednak obciążać swoimi problemami, więc tak… uważała, że zrobiła wtedy to, co było dla niego najlepsze.
Zdała sobie też sprawę, że oboje bardzo szybko porzucili pomysł udawania, że widzą się pierwszy raz na oczy. Trudno. Ważne, że nikogo nie było obok. Nikogo, kto mógłby usłyszeć o dwa słowa za dużo.
- Dlaczego wróciłeś? Co się stało? – ciekawość wzięła górę, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że szukał fizjoterapeuty. Coś więc na pewno musiało się stać, a przez długi czas po powrocie do domu był to jeden z jej najczęściej wracających koszmarów. Odcięła sobie możliwość sprawdzenia, co u niego, więc jej mózg podsyłał jej najczarniejsze z czarnych scenariuszy, żeby jeszcze jej dokopać. A teraz stał obok. Na pierwszy rzut oka cały i zdrowy, ale jak było naprawdę?
Jesse Henderson
-
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się lekko, gdy przyjęła od niego drinka. Upiła niewiele, a po grymasie było widać, że lepsze rzeczy w życiu pijała. Nie powinna jednak narzekać. To whisky przy afgańskim alkoholu było jak niebo do ziemi. Człowiek zazwyczaj prędko takie rzeczy zapomina. Szybko do dobrego ponownie się przyzwyczaja. Jesse jednak miał jednak taki problem, że wspomnieniami za bardzo wracał do tamtych dni. Wiele codziennych sytuacji przypominało mu o spędzonych tam latach. Chwilami miał nawet wrażenie, że jedynie ciałem opuścił Bliski Wschód, a dusza jego w tamtych rejonach po prostu została.
Słuchał jej uważnie. Ostatnie czego chciał, to aby zaprzyjaźniła się z jego żoną, ale wiedział też, że było to mało prawdopodobne. Znał swoją małżonkę i znał również Iris - były to dwie bardzo odmienne od siebie kobiety. Naprawdę, niczym ogień i woda. Może z tego powodu aż tak go do niej ciągnęło wtedy? Po prostu szukał ucieczki. — A były w ogóle jakieś inne opcje? — dopytał. Musiał przyznać, że jej słowa go trochę zaskoczyły. “Musimy uwierzyć”? Czyli Iris dalej nie była przekonana, że to, na co się wówczas zdecydowała, nie było idealną opcją? Że mogły być lepsze? Jesse nie znał jej sytuacji – nie chciała go z nią zapoznawać. Cóż, musiała mieć do tego swoje powody - brzmiało to dość dojrzale, tak jak przystało na czterdziestolatka. Prawda była jednak taka, że doszedł do tego, aż wstyd przyznać, stosunkowo niedawno.
Zadała pytania, których nikt mu nie zadawał. Każdy raczej wiedział, dlaczego zdecydował się na powrót i po prostu, nie chcąc otwierać niezagojonych ran, nie podejmowano się tego tematu. Valentine jednak nie mogła tego wiedzieć. Spojrzał na nią, tym razem chwilę dłużej. Wyglądała dobrze. Powiedziałby nawet, że bardzo dobrze. Zdecydowanie inaczej niż ją zapamiętał. Może była trochę bledsza, jednak tego wieczoru praktycznie nie było tego widać.
Uniósł swoją szklankę i wypił do końca. — Po prostu znudziło mi się to — powiedział, jednak po jej spojrzeniu wiedział, że nie była przekonana do jego wersji. Henderson nie był osobą, której po prostu mogło się to “znudzić”. Szczególnie, że było to całe jego życie; oddał się temu stuprocentowo. — Miałem wypadek — dodał po chwili ciszy. — Musieli mnie ściągnąć, a potem uznali, że lepiej będzie jak już tam nie wrócę — powiedział, pomijając istotne fakty tej historii, aczkolwiek nie uważał, żeby była to dobra okazja do zdradzania jej aż takich szczegółów. On zresztą chyba sam jeszcze nie był na to gotowy. — Teraz, “wymieniam się doświadczeniami”. — W jego głosie słychać było cynizm. Wiedział, że była to tylko wymówka przełożonych, którym po prostu było szkoda Hendersona i lat jakie oddał armii.
— Nie trafiłem wtedy do tej rehabilitantki — przyznał, chcąc uciąć ten temat. Nie tłumaczył, dlaczego, bo Iris najpewniej się tego i tak domyślała. — Będziesz musiała mi jeszcze raz wytłumaczyć jak do niej trafić. Długo już tam pracujesz? Warunki zdecydowanie lepsze niż w poprzednim miejscu pracy, co nie? Ale na pewno nie masz tak ciekawych pacjentów.
Iris Valentine
-
And I don't want the world to see me 'cause I don't think that they'd understand.
When everything's made to be broken I just want you to know who I am
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiŻeńskietyp narracji3os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Wtedy? Nie. Znaczy… tak, ale uwierz mi, że też by ci się nie spodobała. – wzruszyła lekko ramionami i przez kilka chwil za długo wpatrywała się w męską twarz. Przystojną i tak dobrze jej znaną, za którą przez cały ten czas tęskniła i nie było sensu sobie wmawiać, że jest inaczej. Po prostu teraz musiała ponosić konsekwencje własnych czynów i nie mogła tego na niego zrzucać. Musiała sobie z własnymi uczuciami radzić sama – Ale to nie jest czas i miejsce na tą rozmowę. Może kiedyś jeszcze będzie okazja… chociaż nie wydaje mi się, żebyś chciał tego słuchać. – jej tłumaczenia się. Uśmiechnęła się blado, trochę koślawo i znowu ukryła twarz za szklanką z alkoholem, który przy kolejnym łyku wszedł już lepiej, a jej nie wykrzywiło. Kto wie… może to był właśnie sposób na rozwiązanie wszystkich problemów tego wieczora.
I spojrzała na niego znad szkła bardziej niż wymownie. Bo oczywiście, że nie uwierzyła w nudę – prędzej sprawy rodzinne! Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że był mężem, chociaż podobno jego małżeństwo wisiało na włosku… ugh, dlaczego tak często myślała o tym fakcie? Dlaczego to ją w ogóle interesowało! Postanowiła się skupić na wojsku.
- Przykro mi. – poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku, tym bardziej, gdy wiedziała, że jej słowa z perspektywy czasu nie miały najmniejszego znaczenia. Wszystkim w takich sytuacjach było przykro – I cieszę się, że skończyło się to tylko tak… wiem, że to rozczarowujące, gdy nie możesz wrócić. Frustrujące. Ale… przynajmniej żyjesz. – rzuciła cicho, a jednocześnie w jej słowach było czuć gorycz i jej własne rozczarowanie, które mówiło pewnie więcej niż sama by tego chciała. Zawiesiła się też krótko na jakimś puncie w przestrzeni i drgnęła dopiero po chwili, upijając kolejny łyk whisky.
- Brakuje mi też upału, piasku wszędzie tak, gdzie go być nie powinno i najbardziej gwieździstego nieba w całym moim życiu. – przyznała lekko, uśmiechając się do mężczyzny – Ale pracuje się dobrze, skoro i tak nie mam wyboru. A będzie… no prawie rok już. – co i tak tworzyło dziurę między jej powrotem do kraju a podjęciem pracy – Nie powinieneś rezygnować z rehabilitacji, bo wyprowadziłam cię z równowagi, Jesse… – nie musiał tłumaczyć, doskonale to rozumiała – Czwarte piętro. Znajdziesz. A jakbyś mnie szukał… na izbie przyjęć. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu – Dałabym ci mój numer, ale jesteś z żoną, więc chyba nie wypada. – bo przecież zawsze przejmowali się tym, co wypada! – Dziwnie jest ją zobaczyć. Poznać.
Jesse Henderson