-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Siedzieli na plastikowych pomarańczowych krzesłach, które wbijały się w plecy przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Nad ich głowami huczały maszyny, a rytmiczny łomot kul uderzających o parkiet mieszał się z mechanicznym warkotem podajników i brzękiem rozbijanych kręgli. Szklanki z piwem stały na blacie upstrzonym klejącymi kółkami po poprzednich graczach, a w neonowym świetle, które odbijało się od polerowanych torów, każda emocja na ich twarzach wydawała się ostrzejsza, niemal przerysowana. Rozmowa rwała się i wracała falami, dyktowana rytmem kolejnych rzutów, ale mimo tego hałasu i chaosu, w ich ciasnym boksie panował dziwny, niemal intymny spokój.
Dla postronnego obserwatora to było zwykłe spotkanie dwóch kumpli. Trochę śmiechu, trochę narzekania na robotę czy studia, jakieś głupie historie sprzed lat, ale dla Reeve'a to nie było takie proste. Każdy głośny huk rozbijanych kręgli na sąsiednim torze brzmiał jak wystrzał, który ucinał mu myśli w połowie. Kiedy przyszła jego kolej stanął na linii startu, czując ciężar kuli, który dziwnie współgrał z ciężarem w klatce piersiowej. Patrzył na plecy nowego kumpla, który właśnie coś wykrzykiwał, śmiejąc się z czyjegoś niezdarnego rzutu obok. W barze tanich przekąsek każda sekunda milczenia między nimi wydawała mu się nienaturalnie długa. Udawał, że celuje w środek, ale tak naprawdę skupiał się tylko na tym, by dłonie przestały mu drżeć, zanim wypuści kulę z rąk. Niestety, zbił tylko cztery. Marnie. Patrzył teraz jak Nicholas pewnym krokiem podchodzi do toru i z lekkim uśmiechem posyła kulę prosto w cel. Widział te same dłonie, które jeszcze niedawno bezsilnie zaciskały się na szpitalnej pościeli, a teraz pewnie chwytające ciężką kulę.
Huk rozbijanych kręgli na chwilę zagłuszył wspomnienie pikania kardiomonitora, ale obraz tamtej białej sali wciąż nakładał się na kolorową przestrzeń kręgielni. Pamiętał nocne dyżury, gdy granica między studentem a pacjentem zaczęła niebezpiecznie pękać pod naporem zwierzeń szeptanych nad ranem. Pomógł mu – to fakt, czysta medycyna, ale nikt go nie uprzedził, że ratując komuś życie, mimowolnie staje się powiernikiem tajemnic, których nie da się tak po prostu zostawić za drzwiami kliniki. Nick odwrócił się, świętując „strike’a” uniesionym kciukiem, a Reeve poczuł ukłucie lęku. Zastanawiał się, czy tamten widzi w nim przyjaciela, czy może wciąż podświadomie szuka w jego oczach potwierdzenia, że najgorsze już nie wróci.
Zaczęło się od ostrożnych pytań, od badania gruntu, jakby obaj bali się, że bez białego fartucha i kroplówek nie będą mieli o czym rozmawiać. Później poszło już normalnie — kawa w papierowym kubku, wspólne narzekanie na szpitalne żarcie, pierwsze żarty, które nie dotyczyły chorób. Aż w końcu, niemal niezauważalnie, wypracowali ten swój wspólny język, który jakoś przetrwał poza murami szpitala i pozwolił im dzisiaj stać tutaj, między torem numer pięć, a sześć.
Gdy kumpel podszedł do stolika, ocierając dłonie o spodnie, rzucił jakąś błyskotliwą uwagę o technice rzutu, zaśmiał się szczerze, po raz pierwszy tego wieczoru zapominając o zapachu szpitala i wynikach na giełdzie. Patrzył, jak tamten śmieje się z jakiejś głupiej anegdoty i czuł znajome ukłucie – coś między ciepłem a napięciem. Nie powinno go to ruszać aż tak. To tylko facet. Kumpel. Nic więcej.
— No, muszę przyznać, że rzut świetny — rzucił z przekąsem, choć w jego głosie słychać było autentyczny podziw. — Słuchaj, spędziliśmy tyle czasu na sali, opatrując ci nogę, ale jakoś nie wspomniałeś ani słowem, że jesteś ukrytym mistrzem kręgli. Gdybym wiedział, że tak kręcisz tą kulą, powiedziałbym twojemu lekarzowi prowadzącemu, żeby kazał ci trenować w ramach rehabilitacji zamiast tych nudnych ćwiczeń z gumą — dodał czując, że bariera między nimi ostatecznie znika.
Złapał się na tym, że przygląda się zbyt długo – jak opiera łokcie o stół, jak mówi, jak marszczy brwi, kiedy coś go bawi. Natychmiast odwrócił wzrok, jakby ktoś mógł go na tym przyłapać. Nawet nie chodziło o innych ludzi. Bardziej o to, żeby tamten nie zauważył. Nie miał pojęcia, czy to działa w obie strony. Nie było żadnych oczywistych sygnałów, żadnych półsłówek, niczego, czego mógłby się złapać. Tylko ta zwyczajna bliskość, która równie dobrze mogła znaczyć wszystko albo kompletnie nic.
Uśmiechnął się, ale czuł, że to nie do końca szczere i napił się piwa. I może właśnie to było najgorsze. Ta łatwość, ta normalność. To, że mogli tak siedzieć godzinami i nic nie musiało być powiedziane. A on siedział z tym wszystkim w środku, z myślą, której nie chciał nazywać, bo samo jej wypowiedzenie mogłoby wszystko zmienić albo zniszczyć.
– No to… za nową znajomość. - Uniósł kufel, stuknął nim o jego kufel. W głowie jednak dodał coś jeszcze, czego już nie odważył się wypowiedzieć na głos.
Nicholas Swanson
-
„Nie zaczynam problemów. Ja tylko kończę to, co inni zaczynają źle.”nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, jegotyp narracji1 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kręgielnia była głośna i pełna ludzi, których twarzy nawet nie rejestrowałem. Cała moja uwaga i tak skupiała się wyłącznie na nim. Czułem, że kiedy był w pobliżu, to wszystko wydawało się być prostsze. Chyba właśnie to było najbardziej niebezpieczne, ponieważ im bardziej się przyzwyczajałem do jego obecności, tym mniej wyobrażałem sobie, że mogłoby jej zabraknąć.
Byliśmy tam już od dłuższego czasu i muszę przyznać, że całkiem dobrze się bawiłem. Udało mi się nawet kilka razy zbić wszystkie kręgle jednym rzutem. - Ukryty mistrz kręgli brzmi dobrze - odpowiedziałem. - Znacznie lepiej niż pacjent numer dwa, ten problematyczny - dodałem, obracając w dłoni kufel z piwem. - Chociaż przyznaję, że rehabilitacja poprzez kręgle miałaby zdecydowanie więcej sensu. Ha, ha. Myślę, że medycyna powinna bardziej iść właśnie w tę stronę. - Spojrzałem mu prosto w oczy. - Piwo, kręgle i przystojni studenci medycyny pilnujący, żebym nie zrobił nic głupiego, brzmi jak bardzo profesjonalny plan leczenia.
Uśmiechnąłem się szerzej niż zwykle, ale zaraz uciekłem wzrokiem gdzieś na tor, bo nawet dla mnie to zabrzmiało zbyt szczerze. Uniosłem swój kufel trochę wyżej i zatrzymałem go w powietrzu ciut dłużej, nadając temu gestowi większe znaczenie. - Za nową znajomość - powtórzyłem z lekkim uśmiechem.
Piwo było zimne i gorzkie, ale dzięki temu sprowadzało mnie na ziemię. Nie trwało to długo, ponieważ po chwili wracało to znajome napięcie. Niestety to dziwne uczucie pojawiało się ostatnio zdecydowanie zbyt często. Nie miało ono nic wspólnego z niepokojem, który znałem aż za dobrze. Było to coś znacznie bardziej niebezpieczne, bo nie chciałem się pozbywać tego uczucia.
Przy Reevie natomiast bardzo szybko zapominałem o tym, jak bardzo nie lubię ciszy. Moim codziennym zwyczajem było natychmiastowe zagłuszenie ciszy. Czy to kamerą, muzyką, powiadomieniami, czy czymkolwiek. A tutaj mogłem po prostu siedzieć i nie czułem potrzeby ucieczki. To właśnie było dla mnie najbardziej zaskakujące.
Przesunąłem palcem po wilgotnym śladzie zostawionym przez kufel na blacie. Przez chwilę po prostu milczałem i zbierałem myśli. W sumie to próbowałem zdecydować, co mogę powiedzieć, żeby nie brzmieć jak idiota. - Wiesz, co jest najgorsze? - wydusiłem z siebie. - Że na początku naprawdę cię nie lubiłem.
Zaśmiałem się krótko. Był to śmiech bardziej z samego siebie niż tego wyznania. - Byłeś irytująco spokojny. Miałeś to całe medyczne opanowanie, dzięki któremu pomimo ciężkiego stanu pacjenta, jesteście w stanie powiedzieć mu, żeby się nie martwił. Strasznie mnie to wkurzało i chciałem ci udowodnić, że nie masz pojęcia, o czym mówisz.
Pokręciłem lekko głową. - A potem okazało się, że po prostu - zrobiłem krótką przerwę - zostawałeś. Nie musiałeś, ale zostawałeś. I to chyba było gorsze. - Spojrzałem na niego w końcu bez uciekania wzrokiem. - Ludzie zazwyczaj lubią mnie na odległość. Na ekranie wydaję się bardziej przyjazny. Ale jest to tylko wersja demo, bo ta pełna bywa bardziej męcząca. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Ty niestety trafiłeś od razu na edycję rozszerzoną i na reklamację jest już za późno.
Spróbowałem obrócić wszystko znowu w żart, ale głos i tak zdradzał pewnie coś więcej. Przygryzłem lekko wewnętrzną stronę policzka i nachyliłem się trochę bliżej. - Więc skoro już pijemy za nową znajomość - powiedziałem ciszej - to chyba powinienem być uczciwy i powiedzieć, że od jakiegoś czasu przestała ona być dla mnie tylko nową znajomością. - Serce waliło mi gdzieś absurdalnie wysoko, ale byłem zadowolony, że zdobyłem się na to wyznanie.
Reeve LeBlanc
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Rzucił kulą, niemal nie rejestrując huku przewracanych kręgli ani okrzyków z sąsiednich torów. W tym całym chaosie czuł na sobie czyjeś spojrzenie – uważne, niemal namacalne, a kiedy odwrócił głowę i napotkał wzrok Nicholasa, poczuł dziwne ukłucie satysfakcji.
Przez moment przemknęło mu przez myśl, że ta cisza między nimi stała się bardzo gęsta. Czuł, że ta relacja przestała być tylko „luźnym wyjściem”, a on sam stał się dla niego kimś w rodzaju bezpiecznego azylu. To pochlebiało mu, ale też sprawiało, że zaczął zastanawiać się, co kryje się pod tą fasadą spokoju. Poczuł impuls, by podejść bliżej, by jakoś zareagować na tę intensywność, której nie potrafił jeszcze nazwać, ale którą wyraźnie czuł w powietrzu.
LeBlanc odstawił swój napój, a na jego twarzy pojawił się charakterystyczny, lekko rozbawiony półuśmiech, który zawsze sprawiał, że wydawał się jeszcze bardziej opanowany niż zwykle.Wytrzymał wzrok kumpla, nie pozwalając mu uciec w żart.
– Po pierwsze – zaczął, zniżając nieco głos, by przebić się przez huk rozbijanych kręgli – wcale nie byłeś problematyczny. Jako przyszły lekarz wolę termin wymagający i niezwykle ciężki przypadek. To brzmi znacznie bardziej prestiżowo, nie sądzisz? - Zrobił krótką pauzę, a błysk w jego oczach stał się wyraźniejszy. Przesunął dłonią po krawędzi stołu, nieznacznie skracając dystans. – A co do tego profesjonalnego planu leczenia... – zaśmiał się cicho, kręcąc głową. – Przystojni studenci medycyny są zwykle zbyt zajęci nauką o anatomii, żeby zauważyć, kiedy ktoś ich podrywa. Ale muszę przyznać, że Twoja metoda rehabilitacji jest wyjątkowo... przekonująca. Jeśli tak mają wyglądać Twoje postępy, to chyba muszę zweryfikować swoje notatki, bo pacjent wyraźnie zaczyna przejmować inicjatywę.
Reeve zauważył ten nagły unik, to szybkie przeniesienie wzroku na tor i paradoksalnie to właśnie ta jego chwilowa utrata pewności siebie uderzyła go najmocniej. Zrozumiał, że pod warstwą ironii kryje się coś znacznie głębszego. Poczuł, jak w piersi rośnie mu dziwne ciepło – mieszanka rozczulenia i narastającej fascynacji.
Kiedy uniósł kufel, natychmiast odpowiedział tym samym gestem. Obserwował, jak światło kręgielni odbija się w szkle, i przez tę krótką chwilę, gdy ich spojrzenia znów się spotkały nad kuflami, poczuł, że nowa znajomość to już zdecydowanie za mało powiedziane.
– Za nową znajomość – powtórzył cicho, a jego głos był teraz głębszy, pozbawiony wcześniejszej kpiarskiej nuty. – I za to, żebyś częściej pozwalał sobie na taką szczerość. Nawet jeśli potem musisz uciekać wzrokiem.
Lekko stuknął swoim kuflem o kufel Nicholasa, a dźwięk szkła wydał mu się sygnałem, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie da się już cofnąć. Zamarł z kuflem w połowie drogi do ust. Spodziewał się kolejnego żartu o medycynie albo błyskotliwej riposty, ale to uderzenie szczerości zupełnie go wytrąciło z rytmu. Odstawił piwo powoli, dając sobie czas na przetrawienie tego, co usłyszał. Patrzył na jego palec kreślący wzory w wilgoci na blacie i nagle poczuł, że kręgielnia przestała istnieć.
Zamiast się obrazić, poczuł nagły przypływ adrenaliny. Fakt, że teraz siedział tu z nim i przyznawał się do tej początkowej niechęci, oznaczał, że bariery runęły całkowicie.
– Naprawdę? – zapytał, a w jego głosie nie było urazy, tylko autentyczne rozbawienie zmieszane z ciekawością. – Tylko „nie lubiłeś”? Myślałem, że po naszej pierwszej rozmowie miałeś ochotę rzucić we mnie czymś co akurat miałeś po ręką. To zabawne, bo uczą nas, że to opanowanie ma dawać pacjentowi bezpieczeństwo.
Uśmiechnął się, ale tym razem był to uśmiech łagodny, niemal intymny. Przysunął się odrobinę bliżej na wysokim stołku, ignorując hałas za plecami.
– To ciekawe, bo najtrudniejsze znajomości zwykle okazują się tymi, bez których potem trudno sobie wyobrazić dzień. Więc... co się zmieniło? W którym momencie przestałem być wkurzającym studentem, a stałem się kimś z kim jednak można wyjść na browara? - Przez chwilę milczał, kręcąc głową z niedowierzaniem. Nie czuł się urażony; czuł się... rozbawiony. Oparł łokcie o blat, rezygnując z resztek dystansu. – I skoro tak bardzo chciałeś mi udowodnić, że nie mam pojęcia, o czym mówię... to jak Ci idzie?
Reeve poczuł, jak gardło mu wysycha, a serce bije w rytmie, którego nie nauczyli go kontrolować na żadnych zajęciach z etyki. Słowa o „edycji rozszerzonej” i braku możliwości reklamacji wywołały u niego nagły impuls – chciałby teraz po prostu skrócić ten dystans i sprawić, byś przestał się tak surowo oceniać. Patrzył mu w oczy, nie pozwalając na kolejny unik.
– Nie szukałem wersji demo – powiedział, a jego głos był teraz niezwykle stabilny, pozbawiony cienia żartu. – I szczerze? Twoja edycja rozszerzona jest o wiele ciekawsza od wszystkiego, co mogłoby być tylko na pokaz. Zostawałem, bo przy Tobie ten mój medyczny spokój w końcu nie musiał służyć do niczego profesjonalnego. Po prostu dobrze mi się z tobą gadało. - Uśmiechnął się, ale tym razem był to uśmiech niemal czuły. – Więc nie licz na reklamację. Zostaję przy tej wersji, którą mam przed sobą. Nawet jeśli uważasz ją za męczącą, to dla mnie jest... jedyna prawdziwa.
Czuł, jak każda sekunda tej ciszy rozciąga się w nieskończoność. Widział jego bliskość, czuł ciepło jego oddechu i wiedział, że wystarczyłby jeden minimalny ruch, by zmienić wszystko. Ale nie gonił tej chwili. Delektował się tym, że w końcu karty są odkryte, a napięcie, które dotąd było tylko domysłem, stało się faktem.
Jego palce w końcu drgnęły i ledwie zauważalnie musnęły dłoń na blacie – to był subtelny test, pytanie bez słów, na ile może sobie pozwolić. Obserwował jego reakcję z mieszanką fascynacji i spokoju, który tym razem nie był maską, ale wyrazem czystej obecności. Cieszył się tym bezpiecznym niebezpieczeństwem pozwalając, by ta chwila trwała.
Nicholas Swanson
-
„Nie zaczynam problemów. Ja tylko kończę to, co inni zaczynają źle.”nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, jegotyp narracji1 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kiedy palce Reeve'a dotknęły moją dłoń, to najpierw kompletnie znieruchomiałem. W zasadzie był to dość drobny gest, że pewnie mógłbym udawać, że nic się nie stało. Mógłbym odsunąć rękę, sięgnąć po kufel i powiedzieć coś głupiego o tym, że przyszliśmy grać, a nie urządzać dramat romantyczny. Już prawie to zrobiłem. Naprawdę byłem temu bliski. Miałem w zanadrzu swoją bezczelną minę, tę irytującą wersję siebie, która zawsze wchodziła pierwsza, zanim ktokolwiek zdążył zobaczyć coś więcej. Jednakże nie odsunąłem dłoni.
Spojrzałem najpierw na nasze ręce, a potem na niego. Serce uderzało mi tak mocno, że przez chwilę aż mnie to zirytowało. Zacisnąłem lekko palce na blacie, ale nie po to, żeby się wycofać. Chciałem się upewnić, że naprawdę tu jestem i że nie jest to jedna z tych scen, które człowiek dopowiada sobie w głowie, bo w rzeczywistości zabrakło mu odwagi.
- Wiesz, że to jest strasznie nie fair? - powiedziałem ciszej, starając się brzmieć normalnie, chociaż głos trochę mi się załamał na początku zdania. Uśmiechnąłem się krótko, ale tym razem bez przesadnej pewności siebie. - Mówisz takie rzeczy tym swoim spokojnym głosem, tak jak w szpitalu informowałeś mnie o wynikach badań. A ja mam teraz niby siedzieć normalnie i udawać, że nie robi mi to bałaganu w głowie?
Po tych słowach przesunąłem minimalnie dłonią w górę, aż moje palce dotknęły jego palców. Tym razem zrobiłem to świadomie. I samo to było dla mnie bardziej przerażające niż wszystkie momenty, w których musiałem udawać, że nic mnie nie rusza. W porównaniu do tego, tamte rzeczy były proste. Gniew, krzyk, a nawet i ucieczka od ludzi nie były niczym skomplikowanym. To z kolei było dla mnie trudne.
- Nie wiem, w którym momencie przestałeś mnie wkurzać - przyznałem po chwili, patrząc na Reeve'a uważniej. - Chciałbym powiedzieć coś błyskotliwego, ale chyba nie umiem. Wydaje mi się, że nie był to tylko jeden moment. Raczej seria małych rzeczy, które zaczęły się składać w coś, czego nie planowałem.
Przełknąłem ślinę i odwróciłem wzrok na sekundę. Zmusiłem się jednak natychmiast, żeby wrócić spojrzeniem do towarzysza. - Podobało mi się to, że nie traktowałeś mnie jak idioty, który sam sobie wszystko zrobił. Ani jak kogoś, kogo trzeba tylko przeczekać, aż przestanie być problemem - dodałem. - Po prostu byłeś przy mnie. A ja chyba nie jestem przyzwyczajony do ludzi, którzy poświęcają mi więcej niż tylko chwilę uwagę.
Oparłem się trochę bliżej stołu, choć w rzeczywistości miałem wrażenie, że zbliżam się nie do blatu, lecz do niego. I może właśnie dlatego moja ręka nadal została tam, gdzie była, czyli blisko jego dłoni. - A jak mi idzie z udowadnianiem ci, że nie masz pojęcia, o czym mówisz? - powtórzyłem po nim, kręcąc lekko głową. - Idzie mi beznadziejnie. Jest to zdecydowanie moja wielka porażka. Chyba pierwszy raz od dawna ktoś tak skutecznie nie daje mi wygrać w moją własną grę.
Popatrzyłem na Reeve'a i poczułem coś, czego nie umiałem dobrze opisać. Nie chciałem też przesadzać i brzmieć jak jakiś bohater taniego filmu. Miałem za dużo chaosu w głowie i zdecydowanie za mało doświadczenia w mówieniu prawdy wtedy, kiedy naprawdę miała znaczenie. I właśnie dlatego musiałem ją powiedzieć.
- Myślę, że najpierw chciałem, żebyś się pomylił - powiedziałem powoli. - Wtedy byłoby łatwiej i mógłbym wrócić do tego, co znam. Niestety ty nie pomyliłeś się tak szybko, jak powinieneś. - Delikatnie się uśmiechnąłem. - I to mnie strasznie wkurzyło.
Przez chwilę tylko milczałem. Hałas kręgielni istniał gdzieś obok, ale już mnie nie drażnił. Przynajmniej nie musiałem być najgłośniejszą osobą w pomieszczeniu. To było trochę niepokojące, ale nie w zły sposób. - Kiedy powiedziałeś, że zostajesz przy tej wersji, którą masz przed sobą - zacząłem ciszej, czując, jak coś ściska mnie w gardle. - To chyba nie masz pojęcia, jakie to jest dla mnie ważne.
Zacisnąłem usta, bo nie chciałem się rozsypać. - Ja naprawdę nie wiem, czy umiem być dla kogoś łatwy - powiedziałem w końcu. - Pewnie nie. Pewnie będę robił głupie rzeczy i za dużo gadał. Z czasem będę udawał, że mi nie zależy, chociaż będzie mi zależeć i to bardzo. I pewnie jeszcze nie raz będziesz miał ochotę powiedzieć mi, żebym się ogarnął.
Spojrzałem na niego z lekkim, ale niepewnym uśmiechem. - Ale chyba chciałbym, żebyś jednak próbował. Tylko nie jak lekarz, lecz jako ty. - Te ostatnie słowa wyszły ciszej niż planowałem. Przez sekundę zawahałem się jeszcze, a potem złapałem jego dłoń. - Więc jeśli to był test - mruknąłem, spoglądając na nasze dłonie, a potem znowu na niego - to chyba właśnie oblałem całą strategię udawania, że nic się nie dzieje. - Uśmiechnąłem się trochę szerzej. - I w sumie, chyba nie jest mi z tego powodu przykro.
Reeve LeBlanc
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Patrzył na niego cały czas, badając wzrokiem najmniejszych oznak napięcia. Słysząc załamanie w głosie Nicholasa, przez chwilę poczuł wyrzuty sumienia. Wyprostował się nieco, choć nie zabrał dłoni z blatu, a spojrzenie Reeve'a stało się jeszcze bardziej bezpośrednie.
– Nie informuję cię o diagnozie – odparł cicho, a w jego głosie, choć opanowanym, pojawiła się teraz miękka nuta. – Informuję cię o fakcie, który obaj widzimy, a którego najwyraźniej obaj baliśmy się nazwać przez ostatnie tygodnie. I szczerze? – dodał, uśmiechając się w sposób, który zdradzał, że on sam nie jest tak opanowany, jak by chciał. – Ten bałagan w twojej głowie jest dokładnie tym, czego potrzebowałem. Bo jeśli ty czujesz, że tracisz grunt, to znaczy, że nie muszę być już tym jedynym, który próbuje zachować resztki spokoju.
Przeniósł wzrok na ich złączone palce, a potem z powrotem na oczy Nicholasa, nie pozwalając mu uciec od tego momentu. Oparł się nieco mocniej o blat, niemal zapominając o otaczającym ich hałasie, który teraz brzmiał jak szum.
– Dobrze, że nie próbujesz być błyskotliwy – dodał po chwili, niemal szeptem, by nie wyjść z tej bańki, którą wokół siebie stworzyli. – Pytanie tylko... co zamierzasz zrobić z tą serią „nieplanowanych rzeczy”? Bo po tym, co powiedziałeś, ja już nie zamierzam udawać, że szukam tylko dobrego towarzystwa do piwa.
Przerwał na moment, pozwalając tym słowom zawisnąć między nimi, a w jego oczach pojawił się błysk, którego nie potrafił już ukryć.
– Zawsze uważałem, że każda minuta, którą spędziliśmy na tych twoich dyskusjach, była ciekawsza niż cokolwiek innego, co mogłem wtedy robić. - Reeve przez chwilę nic nie mówił, chłonąc przyznanie się do wielkiej porażki w grze, którą Nicholas tak długo prowadził, bo była to dla niego jak odsłonięcie ostatniej karty. Poczuł, jak w jego wnętrzu wzbiera fala ciepła, która skutecznie zagłuszyła wszelkie pozostałości logicznego myślenia. Nie potrafił ukryć też rozbawienia. – Właściwie to cieszę się, że przegrałeś – kontynuował, a jego głos był teraz całkowicie pozbawiony wcześniejszego dystansu. – Bo gdybyś wygrał, gdybyś dalej grał tę swoją partię, pewnie nigdy byśmy nie siedzieli tutaj w ten sposób.
W kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki, gdy odwzajemnił delikatny, niemal wstydliwy uśmiech. Została tylko ta chwila, w której obaj przyznawali się do czegoś, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia.
– Czyli byłem najbardziej wkurzającym studentem z roku? – stwierdził Reeve, a w jego głosie brzmiała nuta satysfakcji. – To chyba najlepszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem. - Oparł się mocniej o krzesło, rozluźniając ramiona, które dotąd nieświadomie trzymał w lekkim napięciu. Zamarł na ułamek sekundy, jakby uderzył go prąd. Słowa Nicholasa trafiły w punkt, którego dotąd nie odważył się wyobrażać w myślach.
– Mam pojęcie – odpowiedział w końcu. – Może nie w pełni, bo nie znam cię tak dobrze, ale widzę, jak bardzo kosztowało cię przyznanie się do tego. I... – zawahał się, przez moment szukając odpowiednich słów – ...nie wyobrażasz sobie, ile dla mnie znaczy, że to właśnie przede mną postanowiłeś się otworzyć.
Słuchał uważnie, gdy Nicholas sporządzał listę swoich wad w nadziei, że Reeve w końcu się wycofa. Nie było w nim cienia zniecierpliwienia; przeciwnie, w jego oczach malowało się zrozumienie kogoś, kto sam doskonale znał cenę bycia sobą w tym zwariowanym świecie.
– Nie chcę, żebyś był łatwy – powiedział ciszej, a każde słowo wydawało się cieższe niż wcześniejsze żarty. – Chcę, żebyś był prawdziwy. Jeśli będziesz gadał za dużo, to po prostu będę słuchał. Jeśli będziesz udawał, że ci nie zależy, będę wiedział, że to twoja tarcza i będę czekał, aż ją opuścisz. A co do ogarniania się... – zaśmiał się krótko, tym razem ciepło. – Jeśli kiedykolwiek będę chciał, żebyś się „ogarnął”, to tylko dlatego, że będę się o ciebie martwił, a nie dlatego, że twoja natura będzie mnie drażnić.
Ten ostatni, ledwo słyszalny szept przeniknął go głębiej niż skalpel, którego kiedyś miał używać. Kiedy Nicholas w końcu zdecydowanie ujął jego dłoń, poczuł, jak z jego ramion spada ciężar, który nosił od początku wieczoru.
– Wiesz co? – dodał, lekko pochylając się w jego stronę, przez co ich kolana pod blatem niemal się zetknęły. – Jako „nie-lekarz” uważam, że ta twoja porażka to najlepsze, co mogło się dzisiaj zdarzyć. Bo teraz, kiedy nie musimy już udawać, w końcu możemy zacząć robić to, po co tu naprawdę przyszliśmy. A przynajmniej zacząć się zastanawiać, co zrobimy, kiedy w końcu wyjdziemy stąd, a hałas kręgli przestanie robić za tło. - Zamilkł na chwilę, przyglądając się mu z uwagą, która była teraz czymś znacznie więcej niż zwykłym skupieniem. – Jeśli masz ochotę na to, żeby sprawdzić, jak to jest nie udawać... to masz mnie. Pytanie tylko, czy jesteś gotowy, żeby przestać rozmyslać nad tym, co czujesz, i po prostu zacząć to sprawdzać? Bo ja jestem o krok od tego, żeby w ogóle zapomnieć, gdzie zostawiłem swoje rzeczy - mówiąc to, poczuł niemal dziecięce poczucie zagubienia. Słowa, które chciał wypowiedzieć już dawno temu, zawisły teraz w powietrzu.
Nicholas Swanson
-
„Nie zaczynam problemów. Ja tylko kończę to, co inni zaczynają źle.”nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn, jegotyp narracji1 osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
A Reeve? No cóż, on patrzył na mnie właśnie w taki sposób, jakby wszystkie moje sztuczki wcale na niego nie działały. Jego słowa trafiły w samą dziesiątkę, czyli sam środek mojego serca. Nawet nie przypuszczałem, że kiedykolwiek coś takiego poczuję, ponieważ starałem się przyjmować takie rzeczy na chłodno. Ciężko było mi zdecydować, które słowa wywarły na mnie największe wrażenie. Chociaż wiem, bo to, że powiedział, że mam jego utkwiło mi w głowie najbardziej.
Miałem jego, co brzmiało dla mnie nierealnie. Były to dwa proste słowa, ale robiły mi środku ogromne spustoszenie. Przez sekundę zacisnąłem moje palce mocniej na jego dłoni. Trochę się speszyłem, ale ciepło jego skóry pod moimi palcami było bardzo przyjemne i jednocześnie absurdalnie ważne. Cała moja uwaga skupiła się wyłącznie na nim i nie zamierzałem się już cofnąć.
- Nienawidzę, kiedy mówisz rzeczy, na które nie da się odpowiedzieć czymś głupim - odezwałem się w końcu cicho. Uśmiechnąłem się do niego, ale tym razem nie był to uśmiech, którym próbowałem coś ukryć. W sumie to pojawił się on mimowolnie i był trochę bezradny. - To znaczy, pewnie dałoby się. Zawsze da się powiedzieć coś głupiego. Akurat w tym to jestem w tym świetny, ale teraz chyba nawet ja czuję, że byłoby to trochę tchórzliwe.
Spojrzałem na nasze dłonie, a potem podniosłem wzrok na Reeve’a. Nie uciekłem, co kosztowało mnie więcej niż chciałem przyznać. Miałem wrażenie, że jeśli teraz odwrócę wszystko w żart, to stracę coś, czego już nigdy później mogłem nie otrzymać.
- Nie jestem gotowy - powiedziałem po chwili szczerze. - Nie w taki sposób, w jaki pewnie powinienem być. Nie planowałem tego, że pójdę na kręgle, złapię cię za rękę i nagle stanę się kimś, kto wie, jak mówić o uczuciach bez robienia z siebie idioty.
Przełknąłem ślinę i parsknąłem cicho pod nosem, bo samo wypowiedzenie tego na głos było jednocześnie straszne i trochę śmieszne. - Ale chyba jestem gotowy przestać udawać, że nic się nie dzieje.
To ostatnie zdanie wypowiedziałem troszkę ciszej, ale za to pewniej. Jednak najważniejsze było to, że słowa te były w stu procentach prawdziwe. Może nie byłem gotowy na wszystko i nie wiedziałem, co będzie dalej oraz jak nazwiemy tę relację. Byłem jednak gotowy na wykonanie tego jednego kroku i przyznanie, że coś między nami było. I że nie był to wytwór mojej wyobraźni tylko dlatego, że za bardzo potrzebowałem bliskości.
- Bo ja naprawdę coś czuję - dodałem, a po tych słowach gardło od razu ścisnęło mi się mocniej. - I to mnie wkurwia i przeraża jednocześnie, bo mam ochotę powiedzieć coś bardzo głupiego, żebyśmy obaj mogli udawać, że tego nie powiedziałem. - Przesunąłem ostrożnie i trochę nieśmiało kciukiem po jego palcach. To było dziwne, jak bardzo nie pasowała do mnie taka delikatność. Wynikało to najprawdopodobniej z tego, że nigdy wcześniej nie dawałem sobie okazji, żeby sprawdzić, czy jednak ją mam. - Ale nie zamierzam cofać tego co powiedziałem.
Odchyliłem się minimalnie, żeby złapać oddech, ale nie zabrałem swojej dłoni. To było chyba najważniejsze. Mogłem się denerwować i mówić nieporadnie, a przy tym wyglądać jak ktoś, kto zaraz pożałuje własnej szczerości, ale nadal trzymałem jego rękę. I za każdym razem, kiedy próbowałem znaleźć w sobie impuls do ucieczki, to ten gest był powodem, który sprawiał, że zostawałem przy nim.
- Wiesz, co jest dla mnie najgorsze? – zapytałem i znów próbowałem się uśmiechnąć. - Że przez cały czas myślałem, że jeśli kiedyś dojdzie do takiej rozmowy, to będę miał nad nią większą kontrolę. I że będę bardziej... no nie wiem, imponujący. I z pewnością mniej żałosny.
Zmarszczyłem brwi i pokręciłem głową, próbując samego siebie zatrzymać przed pójściem w tę stronę. - Dobra, nie. Cofam żałosny. Próbuję właśnie nie obrażać samego siebie przez pięć minut i to chyba mój osobisty rekord.
Wypuściłem powietrze i pozwoliłem sobie na odrobinę lżejszy uśmiech. Ten krótki przebłysk normalności nie zniszczył jednak tej chwili. Wręcz przeciwnie, bo sprawił, że poczułem się trochę bardziej sobą, a nie osobą, którą musiałem przed nim chować.
- Chcę sprawdzić - powiedziałem w końcu. - Nie wiem jeszcze jak i czy będę w tym dobry. Pewnie będę fatalny i za dużo analizował, a potem udawał, że wcale nie analizuję i na koniec obrażę się na samego siebie, że mi zależy. - Uniosłem lekko brwi. Próbowałem nadać temu odrobinę zaczepności, chociaż głos nadal miałem zbyt miękki. - Brzmi zachęcająco, wiem.
Zamilkłem na moment, bo następne słowa były już dla mnie trudniejsze. - Ale jeśli naprawdę masz cierpliwość do tej wersji mnie, którą masz przed sobą... to ja chcę spróbować. Z tobą.
Serce znowu zaczęło bić mi szybciej. Miałem wrażenie, że ciało próbowało nadążyć za czymś, czego głowa jeszcze nie potrafiła w pełni nazwać. Czułem się zawstydzony, odsłonięty i dziwnie spokojny jednocześnie.
Spojrzałem w stronę toru, gdzie nasza gra wciąż formalnie trwała, chociaż dla mnie już dawno straciła jakiekolwiek znaczenie. W normalnej sytuacji pewnie upierałbym się, żeby dograć do końca i wygrać. Chcąc przy tym udowodnić, że jestem lepszy, nawet jeśli chodziło tylko o głupie kręgle. Teraz jednak zwycięstwo wydawało mi się śmiesznie małe w porównaniu z tym, co działo się przy tym lepkim stoliku.
- I szczerze? - dodałem trochę ciszej, przenosząc wzrok na Reeve’a. - Ja też już trochę zapomniałem, gdzie zostawiłem swoje rzeczy. - Tym razem uśmiechnąłem się szerzej, ale zaraz ten uśmiech złagodniał. - Mogę nawet zapomnieć o wyniku, a to już naprawdę poważna sprawa.
Przez chwilę bawiłem się tą myślą, czując, jak napięcie między nami zmienia się w coś cieplejszego. Nadal nie było mi łatwo i część mnie panikowała, że po wyjściu stąd wszystko stanie się bardziej prawdziwe, a przez to bardziej ryzykowne. Ale może właśnie o to chodziło. Bo nie dało się sprawdzić niczego ważnego, jeśli cały czas stało się jedną nogą przy wyjściu awaryjnym.
Ścisnąłem delikatnie jego dłoń, tym razem bez udawania przypadkowości. - Możemy stąd wyjść - powiedziałem po chwili. – Ale nie dlatego, że uciekam. Tym razem nie.
To było ważne, więc powiedziałem to wyraźniej. - Po prostu chyba nie chcę już rozmawiać z tobą o tym wszystkim między kolejnymi rzutami i cudzymi okrzykami. Chcę usłyszeć własne myśli. A w szczególności twoje. Nawet jeśli moje będą chaotyczne, a twoje pewnie znowu irytująco rozsądne.
Uśmiechnąłem się pod nosem, ale zaraz spoważniałem. - A jeśli zostaniemy tutaj jeszcze chwilę, to też dobrze. Tylko... nie chcę już wracać do udawania. Ani dzisiaj, ani następnym razem.
Przesunąłem się odrobinę bliżej, na tyle, na ile pozwalał stolik, i po raz pierwszy tego wieczoru nie próbowałem nadać temu żadnego innego znaczenia niż to oczywiste. - Więc tak - powiedziałem cicho. - Chcę sprawdzić, jak to jest. Chcę sprawdzić, jak to jest z tobą. I jeśli mam być szczery, to chyba boję się tego prawie tak samo mocno, jak bardzo tego chcę.
Na końcu spuściłem wzrok na nasze dłonie i poczułem, że mimo całego lęku nie żałowałem ani jednego wypowiedzianego słowa. - A to już chyba znaczy, że naprawdę przegrałem tę swoją głupią grę - dodałem ciszej. - Tylko że pierwszy raz mam wrażenie, że może właśnie o to chodziło.
Przez chwilę patrzyłem na Reeve’a i chyba czekałem, aż rozsądek zdąży mnie dogonić i odciągnąć od tego, co właśnie zamierzałem zrobić. Tylko tym razem rozsądek milczał, albo po prostu ja pierwszy raz od dawna nie chciałem go słuchać.
Przesunąłem się bliżej i powoli, bez tej swojej zwyczajowej gwałtowności. Nie chciałem zrobić z tego kolejnej sceny, w której wygrywał impuls. Musiałem być pewien, że tym razem naprawdę sam wybieram. Zatrzymałem się na moment bardzo blisko niego. Byłem na tyle blisko, że cały hałas na kręgielni stał się jeszcze bardziej odległy. Czułem wypieki na twarzy, to że mam nierówny oddech oraz serce, które biło tka mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że może powinienem jeszcze coś powiedzieć lub ostrzec go, że zaraz zrobię coś, czego nie da się już łatwo odwrócić.
Nie powiedziałem nic. Pochyliłem się odrobinę i pocałowałem go. Najpierw ostrożnie i prawie niepewnie, tak jakbym nie dowierzał, że naprawdę mogę. Zamknąłem oczy, bo nagle patrzenie było zbyt trudne, ale za to wszystko inne stało się prostsze. Będąc blisko niego i trzymając go za rękę, czułem jak napięcie w gardle, zaczęło powoli puszczać.
Nie wiedziałem, czy robię to dobrze. Czy powinienem być pewniejszy, spokojniejszy lub mniej zachłanny na tę jedną chwilę. Wiedziałem tylko, że nie chciałem odsunąć się za szybko. Kiedy w końcu przerwałem pocałunek, to zostałem jeszcze blisko niego. Nie uciekłem też od niego wzrokiem, chociaż wszystko we mnie krzyczało, że powinienem jakoś rozładować ciszę.
Byłem za bardzo przejęty tym, co właśnie zrobiłem, żeby powiedzieć coś sensownego. Nie odsunąłem się jednak od niego. Zostałem przy nim, być może trochę za blisko, ale pierwszy raz nie miałem ochoty tego poprawiać. Przez jakiś czas po prostu patrzyłem w jego piękne oczy i nie potrafiłem udawać obojętności.
- Chyba powinienem powiedzieć coś bardzo pewnego siebie - mruknąłem cicho. - Ale prawda jest taka, że trochę nie wiem, co teraz zrobić. - Przesunąłem kciukiem po jego dłoni i nadal trzymałem ją ostrożnie, próbując zatrzymać się w tamtej jednej chwili. - Wiem tylko, że nie żałuję - dodałem po chwili, już bardziej poważnie. - Ani trochę.
I chyba właśnie to było dla mnie najdziwniejsze, że nie żałowałem. Nawet przez sekundę. Zazwyczaj po takich impulsywnych decyzjach od razu zaczynałem analizować wszystko od początku i szukać błędu albo miejsca, w którym mogłem zachować się inaczej. Tym razem również czułem napięcie, ale nie miało ono w sobie paniki.
Przesunąłem spojrzeniem po jego twarzy i starałem się dokładnie zapamiętać tę chwilę. - Chyba nie chcę już wracać do gry - powiedziałem ciszej, z lekkim, zawstydzonym uśmiechem. - I naprawdę ciężko mi przyznać, że kręgle właśnie przegrały z czymś innym, bo miałem bardzo dobry wynik.
Zacisnąłem palce na jego dłoni jeszcze odrobinę mocniej. - Możemy wyjść na chwilę? - zapytałem. - Nie daleko. Po prostu… gdzieś, gdzie nie będę musiał udawać, że myślę o następnym rzucie, kiedy myślę tylko o tym, że cię pocałowałem.
Urwałem na moment i spuściłem wzrok. Czułem, że robi mi się głupio od własnej otwartości. Zaraz jednak znów spojrzałem przed siebie, bo przecież właśnie o to chodziło, żeby nie uciekać. - I o tym, że chyba chcę to zrobić jeszcze raz.
Reeve LeBlanc