Przez kilka sekund naprawdę nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Nie było to do mnie podobne, bo często mówiłem za szybko i zbyt pewnie, nawet wtedy, gdy nie miałem zielonego pojęcia, co właściwie czuję. Akurat rozmowa była jedną z tych rzeczy, które zawsze przychodziły mi naturalnie. Lubiłem żartować, zaczepiać kogoś albo rzucać jakąś bezczelną uwagę. Robiłem to po to, aby osoby, z którymi rozmawiałem nie dotarli do mojego wnętrza zbyt głęboko.
A Reeve? No cóż, on patrzył na mnie właśnie w taki sposób, jakby wszystkie moje sztuczki wcale na niego nie działały. Jego słowa trafiły w samą dziesiątkę, czyli sam środek mojego serca. Nawet nie przypuszczałem, że kiedykolwiek coś takiego poczuję, ponieważ starałem się przyjmować takie rzeczy na chłodno. Ciężko było mi zdecydować, które słowa wywarły na mnie największe wrażenie. Chociaż wiem, bo to, że powiedział, że mam jego utkwiło mi w głowie najbardziej.
Miałem jego, co brzmiało dla mnie nierealnie. Były to dwa proste słowa, ale robiły mi środku ogromne spustoszenie. Przez sekundę zacisnąłem moje palce mocniej na jego dłoni. Trochę się speszyłem, ale ciepło jego skóry pod moimi palcami było bardzo przyjemne i jednocześnie absurdalnie ważne. Cała moja uwaga skupiła się wyłącznie na nim i nie zamierzałem się już cofnąć.
-
Nienawidzę, kiedy mówisz rzeczy, na które nie da się odpowiedzieć czymś głupim - odezwałem się w końcu cicho. Uśmiechnąłem się do niego, ale tym razem nie był to uśmiech, którym próbowałem coś ukryć. W sumie to pojawił się on mimowolnie i był trochę bezradny. -
To znaczy, pewnie dałoby się. Zawsze da się powiedzieć coś głupiego. Akurat w tym to jestem w tym świetny, ale teraz chyba nawet ja czuję, że byłoby to trochę tchórzliwe.
Spojrzałem na nasze dłonie, a potem podniosłem wzrok na Reeve’a. Nie uciekłem, co kosztowało mnie więcej niż chciałem przyznać. Miałem wrażenie, że jeśli teraz odwrócę wszystko w żart, to stracę coś, czego już nigdy później mogłem nie otrzymać.
-
Nie jestem gotowy - powiedziałem po chwili szczerze. -
Nie w taki sposób, w jaki pewnie powinienem być. Nie planowałem tego, że pójdę na kręgle, złapię cię za rękę i nagle stanę się kimś, kto wie, jak mówić o uczuciach bez robienia z siebie idioty.
Przełknąłem ślinę i parsknąłem cicho pod nosem, bo samo wypowiedzenie tego na głos było jednocześnie straszne i trochę śmieszne. - Ale chyba jestem gotowy przestać udawać, że nic się nie dzieje.
To ostatnie zdanie wypowiedziałem troszkę ciszej, ale za to pewniej. Jednak najważniejsze było to, że słowa te były w stu procentach prawdziwe. Może nie byłem gotowy na wszystko i nie wiedziałem, co będzie dalej oraz jak nazwiemy tę relację. Byłem jednak gotowy na wykonanie tego jednego kroku i przyznanie, że coś między nami było. I że nie był to wytwór mojej wyobraźni tylko dlatego, że za bardzo potrzebowałem bliskości.
-
Bo ja naprawdę coś czuję - dodałem, a po tych słowach gardło od razu ścisnęło mi się mocniej. -
I to mnie wkurwia i przeraża jednocześnie, bo mam ochotę powiedzieć coś bardzo głupiego, żebyśmy obaj mogli udawać, że tego nie powiedziałem. - Przesunąłem ostrożnie i trochę nieśmiało kciukiem po jego palcach. To było dziwne, jak bardzo nie pasowała do mnie taka delikatność. Wynikało to najprawdopodobniej z tego, że nigdy wcześniej nie dawałem sobie okazji, żeby sprawdzić, czy jednak ją mam. -
Ale nie zamierzam cofać tego co powiedziałem.
Odchyliłem się minimalnie, żeby złapać oddech, ale nie zabrałem swojej dłoni. To było chyba najważniejsze. Mogłem się denerwować i mówić nieporadnie, a przy tym wyglądać jak ktoś, kto zaraz pożałuje własnej szczerości, ale nadal trzymałem jego rękę. I za każdym razem, kiedy próbowałem znaleźć w sobie impuls do ucieczki, to ten gest był powodem, który sprawiał, że zostawałem przy nim.
-
Wiesz, co jest dla mnie najgorsze? – zapytałem i znów próbowałem się uśmiechnąć. -
Że przez cały czas myślałem, że jeśli kiedyś dojdzie do takiej rozmowy, to będę miał nad nią większą kontrolę. I że będę bardziej... no nie wiem, imponujący. I z pewnością mniej żałosny.
Zmarszczyłem brwi i pokręciłem głową, próbując samego siebie zatrzymać przed pójściem w tę stronę. - Dobra, nie. Cofam żałosny. Próbuję właśnie nie obrażać samego siebie przez pięć minut i to chyba mój osobisty rekord.
Wypuściłem powietrze i pozwoliłem sobie na odrobinę lżejszy uśmiech. Ten krótki przebłysk normalności nie zniszczył jednak tej chwili. Wręcz przeciwnie, bo sprawił, że poczułem się trochę bardziej sobą, a nie osobą, którą musiałem przed nim chować.
-
Chcę sprawdzić - powiedziałem w końcu. -
Nie wiem jeszcze jak i czy będę w tym dobry. Pewnie będę fatalny i za dużo analizował, a potem udawał, że wcale nie analizuję i na koniec obrażę się na samego siebie, że mi zależy. - Uniosłem lekko brwi. Próbowałem nadać temu odrobinę zaczepności, chociaż głos nadal miałem zbyt miękki. -
Brzmi zachęcająco, wiem.
Zamilkłem na moment, bo następne słowa były już dla mnie trudniejsze. -
Ale jeśli naprawdę masz cierpliwość do tej wersji mnie, którą masz przed sobą... to ja chcę spróbować. Z tobą.
Serce znowu zaczęło bić mi szybciej. Miałem wrażenie, że ciało próbowało nadążyć za czymś, czego głowa jeszcze nie potrafiła w pełni nazwać. Czułem się zawstydzony, odsłonięty i dziwnie spokojny jednocześnie.
Spojrzałem w stronę toru, gdzie nasza gra wciąż formalnie trwała, chociaż dla mnie już dawno straciła jakiekolwiek znaczenie. W normalnej sytuacji pewnie upierałbym się, żeby dograć do końca i wygrać. Chcąc przy tym udowodnić, że jestem lepszy, nawet jeśli chodziło tylko o głupie kręgle. Teraz jednak zwycięstwo wydawało mi się śmiesznie małe w porównaniu z tym, co działo się przy tym lepkim stoliku.
-
I szczerze? - dodałem trochę ciszej, przenosząc wzrok na Reeve’a. -
Ja też już trochę zapomniałem, gdzie zostawiłem swoje rzeczy. - Tym razem uśmiechnąłem się szerzej, ale zaraz ten uśmiech złagodniał. -
Mogę nawet zapomnieć o wyniku, a to już naprawdę poważna sprawa.
Przez chwilę bawiłem się tą myślą, czując, jak napięcie między nami zmienia się w coś cieplejszego. Nadal nie było mi łatwo i część mnie panikowała, że po wyjściu stąd wszystko stanie się bardziej prawdziwe, a przez to bardziej ryzykowne. Ale może właśnie o to chodziło. Bo nie dało się sprawdzić niczego ważnego, jeśli cały czas stało się jedną nogą przy wyjściu awaryjnym.
Ścisnąłem delikatnie jego dłoń, tym razem bez udawania przypadkowości. -
Możemy stąd wyjść - powiedziałem po chwili. –
Ale nie dlatego, że uciekam. Tym razem nie.
To było ważne, więc powiedziałem to wyraźniej. -
Po prostu chyba nie chcę już rozmawiać z tobą o tym wszystkim między kolejnymi rzutami i cudzymi okrzykami. Chcę usłyszeć własne myśli. A w szczególności twoje. Nawet jeśli moje będą chaotyczne, a twoje pewnie znowu irytująco rozsądne.
Uśmiechnąłem się pod nosem, ale zaraz spoważniałem. -
A jeśli zostaniemy tutaj jeszcze chwilę, to też dobrze. Tylko... nie chcę już wracać do udawania. Ani dzisiaj, ani następnym razem.
Przesunąłem się odrobinę bliżej, na tyle, na ile pozwalał stolik, i po raz pierwszy tego wieczoru nie próbowałem nadać temu żadnego innego znaczenia niż to oczywiste. -
Więc tak - powiedziałem cicho. -
Chcę sprawdzić, jak to jest. Chcę sprawdzić, jak to jest z tobą. I jeśli mam być szczery, to chyba boję się tego prawie tak samo mocno, jak bardzo tego chcę.
Na końcu spuściłem wzrok na nasze dłonie i poczułem, że mimo całego lęku nie żałowałem ani jednego wypowiedzianego słowa. -
A to już chyba znaczy, że naprawdę przegrałem tę swoją głupią grę - dodałem ciszej. -
Tylko że pierwszy raz mam wrażenie, że może właśnie o to chodziło.
Przez chwilę patrzyłem na Reeve’a i chyba czekałem, aż rozsądek zdąży mnie dogonić i odciągnąć od tego, co właśnie zamierzałem zrobić. Tylko tym razem rozsądek milczał, albo po prostu ja pierwszy raz od dawna nie chciałem go słuchać.
Przesunąłem się bliżej i powoli, bez tej swojej zwyczajowej gwałtowności. Nie chciałem zrobić z tego kolejnej sceny, w której wygrywał impuls. Musiałem być pewien, że tym razem naprawdę sam wybieram. Zatrzymałem się na moment bardzo blisko niego. Byłem na tyle blisko, że cały hałas na kręgielni stał się jeszcze bardziej odległy. Czułem wypieki na twarzy, to że mam nierówny oddech oraz serce, które biło tka mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że może powinienem jeszcze coś powiedzieć lub ostrzec go, że zaraz zrobię coś, czego nie da się już łatwo odwrócić.
Nie powiedziałem nic. Pochyliłem się odrobinę i pocałowałem go. Najpierw ostrożnie i prawie niepewnie, tak jakbym nie dowierzał, że naprawdę mogę. Zamknąłem oczy, bo nagle patrzenie było zbyt trudne, ale za to wszystko inne stało się prostsze. Będąc blisko niego i trzymając go za rękę, czułem jak napięcie w gardle, zaczęło powoli puszczać.
Nie wiedziałem, czy robię to dobrze. Czy powinienem być pewniejszy, spokojniejszy lub mniej zachłanny na tę jedną chwilę. Wiedziałem tylko, że nie chciałem odsunąć się za szybko. Kiedy w końcu przerwałem pocałunek, to zostałem jeszcze blisko niego. Nie uciekłem też od niego wzrokiem, chociaż wszystko we mnie krzyczało, że powinienem jakoś rozładować ciszę.
Byłem za bardzo przejęty tym, co właśnie zrobiłem, żeby powiedzieć coś sensownego. Nie odsunąłem się jednak od niego. Zostałem przy nim, być może trochę za blisko, ale pierwszy raz nie miałem ochoty tego poprawiać. Przez jakiś czas po prostu patrzyłem w jego piękne oczy i nie potrafiłem udawać obojętności.
-
Chyba powinienem powiedzieć coś bardzo pewnego siebie - mruknąłem cicho. -
Ale prawda jest taka, że trochę nie wiem, co teraz zrobić. - Przesunąłem kciukiem po jego dłoni i nadal trzymałem ją ostrożnie, próbując zatrzymać się w tamtej jednej chwili. -
Wiem tylko, że nie żałuję - dodałem po chwili, już bardziej poważnie. -
Ani trochę.
I chyba właśnie to było dla mnie najdziwniejsze, że nie żałowałem. Nawet przez sekundę. Zazwyczaj po takich impulsywnych decyzjach od razu zaczynałem analizować wszystko od początku i szukać błędu albo miejsca, w którym mogłem zachować się inaczej. Tym razem również czułem napięcie, ale nie miało ono w sobie paniki.
Przesunąłem spojrzeniem po jego twarzy i starałem się dokładnie zapamiętać tę chwilę. -
Chyba nie chcę już wracać do gry - powiedziałem ciszej, z lekkim, zawstydzonym uśmiechem. -
I naprawdę ciężko mi przyznać, że kręgle właśnie przegrały z czymś innym, bo miałem bardzo dobry wynik.
Zacisnąłem palce na jego dłoni jeszcze odrobinę mocniej. -
Możemy wyjść na chwilę? - zapytałem. -
Nie daleko. Po prostu… gdzieś, gdzie nie będę musiał udawać, że myślę o następnym rzucie, kiedy myślę tylko o tym, że cię pocałowałem.
Urwałem na moment i spuściłem wzrok. Czułem, że robi mi się głupio od własnej otwartości. Zaraz jednak znów spojrzałem przed siebie, bo przecież właśnie o to chodziło, żeby nie uciekać. -
I o tym, że chyba chcę to zrobić jeszcze raz.
Reeve LeBlanc