Nie był to jeszcze żaden przełom. Daleko było im do postawienia komukolwiek zarzutów. Wciąż mogły podążać całkowicie błędnym tropem. Mimo wszystko po raz pierwszy od dłuższego czasu miały przed sobą coś, co mogło doprowadzić je do jakichś konkretów. Nie kolejną teorię ani przypuszczenie, ale nazwiska. Ludzi, których można było sprawdzić i prześwietlić. Nie była policjantką, ale przez lata pracy przy śledztwach nauczyła się jednego - najwięcej błędów popełniało się wtedy, gdy zbyt szybko uznawało się jakieś informacje za nieważne.
—
Im więcej danych dostaniemy, tym lepiej — przytaknęła. Automatycznie sięgnęła do swojej torebki, z której chciała wyciągnąć paczkę papierosów. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że znajdują się przecież wewnątrz budynku, więc cofnęła ręką i machnęła nią niedbale. Papieros musiał jeszcze poczekać.
Oparła się ramieniem o ścianę i jeszcze raz przejrzała dokumenty, które trzymała pod pachą. Niepełne rozpiski od McKay zaczęły ją irytować. Zupełnie jak fakt, że utknęły przez procedury. Oczywiście rozumiała stanowisko Sophii McKay. Sama na jej miejscu postąpiłaby identycznie. Gdyby ktoś pojawił się w prosektorium i zażądał dostępu do dokumentacji bez odpowiednich uprawnień, Miller również kazałaby mu wrócić z nakazem. To nie oznaczało jednak, że musiała to lubić. Cierpliwość nie była jej mocną stroną. A morderca nadal był na wolności. Każdy kolejny dzień oznaczał kolejną szansę, że znowu zaatakuje. Przez chwilę sprawdziła telefon. Nic nowego. Żadnych wiadomości od laboratorium, ani żadnych aktualizacji od techników.
Schowała urządzenie z powrotem do kieszeni dokładnie w momencie, gdy ciszę przerwały podniesione głosy dobiegające z dalszej części korytarza. Zmarszczyła lekko brwi. Nie musiała nawet widzieć Susie, żeby wiedzieć, że to właśnie ona bierze udział w tej wymianie zdań. Miała do czynienia z nią przez kilka minut, a rozpoznałaby ją po głosie szybciej niż potwarzy. Po chwili po korytarzu poniosły się ciężkie kroki, a wraz z nimi pojawił się mężczyzna. Brzmiał jak typowy prokurator, który już niejednokrotnie miał styczność z detektywką. I tak, jakby Swanson nie raz napsuła mu krwi. Łatwo to wywnioskować po tym, jakie słowa padły na powitanie. Nie miały zbyt wiele wspólnego z uprzejmością.
—
Czyli jednak nie zmarnowałyśmy całego popołudnia — zauważyła, wtrącając się w krótką wymianę zdań. —
Doktor Zaylee Miller. Koronerka pracująca dla TPSH. Chyba nie mieliśmy okazji się poznać — rzuciła i nawet wyciągnęła rękę, żeby uścisnąć mężczyźnie dłoń. Ten przyjrzał się jej podejrzliwie, ale w końcu przywitał się z nią. Uścisk był tak lekki, że to Wellington powinien otrzymać miano pizdy, a nie McKay z logistyki.
Ruszyła za Eviną i Wellingtonem w stronę działu logistyki. Tym razem nie musiały już zastanawiać się, jak przekonać McKay do współpracy ani szukać kolejnych argumentów. Sprawa była znacznie prostsza. Procedury, które jeszcze kilka minut temu skutecznie blokowały im dostęp do dokumentacji, teraz działały na ich korzyść.
—
Dzień dobry — Wellington postanowił od razu przejść do rzeczy. —
Mark Wellington, biuro prokuratora. Przywieźliśmy nakaz umożliwiający dostęp do dokumentacji, o którą prosiła detektyw Swanson — położył dokument na biurku i obrócił go w stronę kobiety.
McKay ssięgnęła po nakaz i przez chwilę uważnie go czytała.
—
Rozumiem — odezwała się ze stoickim spokojem. — W takim razie przygotuję wszystko, czego państwo potrzebują — uśmiechnęła się i to było prawdopodobnie najbardziej entuzjastyczne potwierdzenie współpracy, jakie mogły od niej otrzymać.
—
Potrzebujemy pełnej dokumentacji dotyczącej pracowników przypisanych do parków objętych śledztwem — przypomniała jej Zaylee. —
Historii zmian, harmonogramów, informacji o urlopach, zwolnieniach lekarskich i wszelkich zastępstwach. Interesuje nas również grafik na najbliższe tygodnie — wyjaśniła skrupultanie, tak na wszelki wypadek, gdy Sophie miała pamięć złotej rybki.
McKay skinęła głową.
—
To trochę potrwa — uprzedziła.
—
Nie szkodzi — odparła natcyhmiast Miller. Bo naprawdę nie szkodziło. Po raz pierwszy od dawna miała poczucie, że nie stoją w miejscu. Nawet jeśli za chwilę czekało je kilka godzin przekopywania się przez tabele, nazwiska i harmonogramy, wolała to od bezczynnego czekania na kolejny ruch mordercy. A jeśli odpowiedź faktycznie znajdowała się gdzieś w tych dokumentach, zamierzała ją znaleźć. Choćby musiała przejrzeć każdą pierdoloną stronę osobiście.
Evina J. Swanson