-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyglądało na to, że prokurator Wellington faktycznie mógł odmienić ich los, gdy tylko przybędzie z wystawionym nakazem. Chyba jeszcze nigdy nie trzymała tak za niego kciuków. Po prostu ta cała sprawa coraz bardziej działała jej na nerwy i w żaden sposób Evina nie była w stanie tego zmienić. Odkąd zdecydowały się na adopcję Sama i przywiązały się do chłopca to każda sprawa, która dotyczyła dzieci w wieku szkolnym wydawała się być jeszcze bardziej dobijająca dla nich obu. Nie wspominając już o tym, że tutaj była mowa o seryjnym.
Może i faktycznie McKay miała w tej chwili związane ręce, ale detektywka miała nieodparte wrażenie, że mimo wszystko mogłaby zdziałać coś więcej, gdyby tylko tego chciała. Zresztą i tak za jakieś pół godziny (o ile wszystko dobrze pójdzie) będzie musiała im wszystko udostępnić. Z błogosławieństwem prokuratory będą mogły sobie zagarnąć, co tylko chciały, a tak pragnęły tylko kilku konkretnych wykazów. Czy naprawdę warto było tak się upierać przy tym, że nic więcej nie można zrobić?
- Mhmm... To mamy - przytaknęła i zgodnie z sugestią żony, postanowiła ulotnić się z pomieszczenia, aby kierowniczka logistyki nie mogła podsłuchać ich dalszej rozmowy.
Może i faktycznie nie miała żadnych ukrytych motywów, ale sam fakt, że przysłuchiwała się bacznie temu, co mówiły między sobą wystarczył do tego,aby nagle zapragnęły odrobiny prywatności. Nigdy nie było wiadomo, co takim ludziom chodziło po głowie.
- Zauważyłam. Mamy dwójkę solidnych podejrzanych. Piątkę jeśli weźmiemy pod uwagę również pozostałych członków ekipy, którzy z tego czy innego powodu ominęli chociaż jedno sprzątanie... Wciąż jednak nie wiemy, gdzie jeszcze pracowali, a to może być potencjalne miejsce kolejnej zbrodni. Nie sądzę, aby nasz przyjemniaczek przeszedł w permanentne uśpienie po tym jak tak drażnił się z Langford.
Może i na ten moment nie działo się nic niepokojącego, ale musiały zdawać sobie sprawę z tego, że spokój nie będzie trwał wiecznie. Musiały zbadać nowe tropy oraz w miarę możliwości objąć wzmożonymi patrolami parki, w których mogło dojść do kolejnych porwań, a następnie porzucenia zwłok.
- Wellington już tu jedzie. Powinnyśmy mieć zaraz nakaz - dodała jeszcze, bo znajdowała się w stałym kontakcie z prokuratorem.
Był ich nadzieją na to, że jeszcze tego samego dnia załatwią wszystko, co tylko chciały. Już i tak zdołały zgarnąć całkiem sporo nowych informacji, a jeszcze więcej czekało na to, aby trafić w ich ręce. Następne kilka dni na pewno będzie znajdowało się pod znakiem zintensyfikowanej pracy. Co do tego nie miała wątpliwości.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zestawienie może nie dawało im pełnych informacji, ale dawało jakiś punkt zaczepienia. Mogły na początku skupić się na dwójce podejrzanych, a przy okazji sprawdzić tych, którzy również widnieli na liście skończonych zleceń. W takiej sytuacji lepiej nikogo nie wykluczać. Głupio popełnić taki amatorski błąd, gdy okaże się, że jednak nie wzięły pod uwagę innych pracowników, a potem okaże się, że jednym z nich był seryjny morderca.
— Potrzebujemy też grafiku przynajmniej na najbliższy miesiąc — skinęła głową na wszystko, co powiedziała Swanson. — A najlepiej na kilka w przód. I jeszcze listy osób, które w tamtym czasie przebywały na urlopach i zwolnieniach lekarskich — dodała, bo wcale nie było powiedziane, że sprawcą nie mógł być ktoś z firmy, kto akurat nie pracował, ale posiadał dostęp do sprzętu.
Evina miała rację - morderca mógł zaatakować w każdym momencie. Na razie skutecznie sprawiał wrażenie, jakby zakończył swoje działania. Obie wiedziały jednak, że to tylko cisza przed kolejnym ruchem. Czekał. I prędzej czy później znów uderzy. Mogło to być jutro, za tydzień, miesiąc albo nawet pół roku. Dla niego czas nie miał tu większego znaczenia. Dla nich tak. A dopóki nie zostanie schwytany, nic nie było pewne, a każde założenie mogło okazać się błędne.
— Ten twój prokurator porusza się w tempie konduktu pogrzebowego — mruknęła, bo przecież już dawno powinien tutaj być. Najwyraźniej wcale mu się nie spieszyło. Może utknął w korku. Albo chciał utrzeć Evinie nosa, żeby nie myślała sobie, że będzie na każde jej kiwnięcie palcem. Miał pewnie swoje widzimisię i wszystko zależało od jego aktualnego nastroju. Byłoby miło, gdyby przynajmniej on niczego nie utrudniał.
Evina J. Swanson
-
Dream, if you can, a courtyard
An ocean of violets in bloom
Animals strike curious poses
They feel the heat
The heat between me and you
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie dało się zaprzeczyć temu, że Sam stał się teraz praktycznie stałym elementem ich życia. Lada moment miały już oficjalnie zostać jego adopcyjnymi matkami, a to znaczyło naprawdę wiele. Przez to coraz bardziej zastanawiały się czy nie nadejdzie kiedyś dzień, gdy to one bezskutecznie będą go szukać po znajomych i wyczekiwać bez przerwy powrotu ze szkoły. Na pewno nie chciały znajdować się w tym miejscu, gdzie cała reszta rodziców, którzy stracili swoje dzieci.
Punkt zaczepienia nie był czymś na co liczyły. O wiele więcej dowiedziały się dzięki mężczyźnie pracującemu w kadrach niż od jego koleżanki, która zajmowała się logistyką. Inaczej za nic nie umiałyby rozszyfrować tego wszystkiego, co znajdowało się na tych niepełnych rozpiskach podsuniętym im przez McKay.
- Potrzebujemy praktycznie wszystkiego związanego, co najmniej z tą piątką, która ostatnio pracowała w naszych parkach - przytaknęła, bo jeśli faktycznie morderca mógł się ukrywać pośród nich to chciała prześwietlić ich pod każdym możliwym kątem.
Mogły rzecz jasna się mylić. Może tak naprawdę zabójca nie miał nic wspólnego z firmą sprzątającą poza faktem, że zdołał zapoznać się w jakiś sposób z grafikiem prac porządkowych przez co widok charakterystycznej furgonetki w godzinach porannych nie wzbudziłby większej sensacji wśród potencjalnych świadków.
Chwilowa cisza mogła wynikać z kilku czynników. Mógł zacząć zachowywać większą ostrożność po tym jak skontaktował się z Brenną Langford, bo nie chciał ryzykować wpadką, która mogłaby je do niego zaprowadzić... Mogły też go pochłonąć sprawy rodzinne lub coś przeszkodziło mu w prowadzeniu dalszych działań. Na pewno nie zamierzał poprzestać po tej odważnej i udanej próbie zwrócenia na siebie uwagi pewnej reporterki.
- Takie już nasze szczęście - mruknęła z pewnym niezadowoleniem, sprawdzając raz jeszcze status powiadomień na swoim telefonie.
Musiały odczekać jeszcze jakiś czas nim w końcu z odległego zakątka korytarza dobiegły je dźwięki wykłócających się dwóch głosów (z czego jeden należał do Susie), a następnie ciężkie dudnienie zbliżających się do nich kroków.
- Swanson - odezwał się Wellington, który spieszył już do nich, a jego nieco przydługie już szpakowate włosy zawały się być w lekkim nieładzie. - Niech cię szlag.
- Ciebie też miło widzieć, Mark - przywitała się z pewną nonszalancją, odrywając się od ściany, o którą zdążyła się oprzeć parę minut wcześniej. - Masz co trzeba? Pizda z logistyki nie chce nam nic pokazać bez nakazu.
Prokurator skrzywił się nieznacznie, ale skinął głową na znak, że posiada wszelkie potrzebne dokumenty, a Evina bez ociągania się, chwyciła za pobliską klamkę, aby otworzyć im wszystkim drzwi do odpowiedniego działu. Teraz już naprawdę mogli swobodnie działać.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Im więcej danych dostaniemy, tym lepiej — przytaknęła. Automatycznie sięgnęła do swojej torebki, z której chciała wyciągnąć paczkę papierosów. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że znajdują się przecież wewnątrz budynku, więc cofnęła ręką i machnęła nią niedbale. Papieros musiał jeszcze poczekać.
Oparła się ramieniem o ścianę i jeszcze raz przejrzała dokumenty, które trzymała pod pachą. Niepełne rozpiski od McKay zaczęły ją irytować. Zupełnie jak fakt, że utknęły przez procedury. Oczywiście rozumiała stanowisko Sophii McKay. Sama na jej miejscu postąpiłaby identycznie. Gdyby ktoś pojawił się w prosektorium i zażądał dostępu do dokumentacji bez odpowiednich uprawnień, Miller również kazałaby mu wrócić z nakazem. To nie oznaczało jednak, że musiała to lubić. Cierpliwość nie była jej mocną stroną. A morderca nadal był na wolności. Każdy kolejny dzień oznaczał kolejną szansę, że znowu zaatakuje. Przez chwilę sprawdziła telefon. Nic nowego. Żadnych wiadomości od laboratorium, ani żadnych aktualizacji od techników.
Schowała urządzenie z powrotem do kieszeni dokładnie w momencie, gdy ciszę przerwały podniesione głosy dobiegające z dalszej części korytarza. Zmarszczyła lekko brwi. Nie musiała nawet widzieć Susie, żeby wiedzieć, że to właśnie ona bierze udział w tej wymianie zdań. Miała do czynienia z nią przez kilka minut, a rozpoznałaby ją po głosie szybciej niż potwarzy. Po chwili po korytarzu poniosły się ciężkie kroki, a wraz z nimi pojawił się mężczyzna. Brzmiał jak typowy prokurator, który już niejednokrotnie miał styczność z detektywką. I tak, jakby Swanson nie raz napsuła mu krwi. Łatwo to wywnioskować po tym, jakie słowa padły na powitanie. Nie miały zbyt wiele wspólnego z uprzejmością.
— Czyli jednak nie zmarnowałyśmy całego popołudnia — zauważyła, wtrącając się w krótką wymianę zdań. — Doktor Zaylee Miller. Koronerka pracująca dla TPSH. Chyba nie mieliśmy okazji się poznać — rzuciła i nawet wyciągnęła rękę, żeby uścisnąć mężczyźnie dłoń. Ten przyjrzał się jej podejrzliwie, ale w końcu przywitał się z nią. Uścisk był tak lekki, że to Wellington powinien otrzymać miano pizdy, a nie McKay z logistyki.
Ruszyła za Eviną i Wellingtonem w stronę działu logistyki. Tym razem nie musiały już zastanawiać się, jak przekonać McKay do współpracy ani szukać kolejnych argumentów. Sprawa była znacznie prostsza. Procedury, które jeszcze kilka minut temu skutecznie blokowały im dostęp do dokumentacji, teraz działały na ich korzyść.
— Dzień dobry — Wellington postanowił od razu przejść do rzeczy. — Mark Wellington, biuro prokuratora. Przywieźliśmy nakaz umożliwiający dostęp do dokumentacji, o którą prosiła detektyw Swanson — położył dokument na biurku i obrócił go w stronę kobiety.
McKay ssięgnęła po nakaz i przez chwilę uważnie go czytała.
— Rozumiem — odezwała się ze stoickim spokojem. — W takim razie przygotuję wszystko, czego państwo potrzebują — uśmiechnęła się i to było prawdopodobnie najbardziej entuzjastyczne potwierdzenie współpracy, jakie mogły od niej otrzymać.
— Potrzebujemy pełnej dokumentacji dotyczącej pracowników przypisanych do parków objętych śledztwem — przypomniała jej Zaylee. — Historii zmian, harmonogramów, informacji o urlopach, zwolnieniach lekarskich i wszelkich zastępstwach. Interesuje nas również grafik na najbliższe tygodnie — wyjaśniła skrupultanie, tak na wszelki wypadek, gdy Sophie miała pamięć złotej rybki.
McKay skinęła głową.
— To trochę potrwa — uprzedziła.
— Nie szkodzi — odparła natcyhmiast Miller. Bo naprawdę nie szkodziło. Po raz pierwszy od dawna miała poczucie, że nie stoją w miejscu. Nawet jeśli za chwilę czekało je kilka godzin przekopywania się przez tabele, nazwiska i harmonogramy, wolała to od bezczynnego czekania na kolejny ruch mordercy. A jeśli odpowiedź faktycznie znajdowała się gdzieś w tych dokumentach, zamierzała ją znaleźć. Choćby musiała przejrzeć każdą pierdoloną stronę osobiście.
Evina J. Swanson