ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
168 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Szanowni Państwo, witamy w Toronto. Lokalny czas to 15:45, a temperatura wynosi 22 stopnie Celsjusza. Prosimy o pozostanie na miejscach z zapiętymi pasami do momentu całkowitego zatrzymania samolotu i wyłączenia sygnalizacji pasów bezpieczeństwa. Dziękujemy za podróż z nami i życzymy miłego pobytu w Toronto.. Samolot gładko usiadł na płycie lotniska, przypominając brutalnie że poza chmurami istnieje prawdziwe życie. Toronto pachniało inaczej. Pachniało domem, który w brutalny sposób został odebrany. Pachniało dzieciństwem i dobrymi wspomnieniami, których próbowała się kurczowo łapać w trudnych chwilach. Pachniało też żalem którego nie sposób było wymazać. Ale było coś jeszcze. Toronto było oddechem, który mogła złapać po 3 latach. Choroba matki nie była łatwą wiadomością, ale dobrym pretekstem by zaszyć się tu na kilka miesięcy i dokończyć staż w szpitalu….
Dom niewiele się zmienił od jej wyjazdu. Wszystko pozostawione prawie tak jak w trakcie wyjazdu, oprócz jej pokoju który zamienił się w gabinet ojca. Idealne podkreślenie tego, że miała tu już nigdy nie wrócić. Nie lubiła pytań o życie w Chicago, o narzeczonego i o cholerną datę ślubu, którą przekłada w nieskończoność bojąc się zostać panią Stones. Brzmiało to samolubnie, ale choroba matki była jej na rękę. Kochała ją całym sercem, jak dziecko rodzica. Wiadomo. Ale kiedy zaawansowany rak przykuł ją do łóżka, nagle każdy z nich miał w sobie tyle wyczucia by przestać pytać o ślub. Nawet Philip, który nie zaprotestował kiedy poprosiła by mogła przylecieć na parę miesięcy do domu. Pierwszy raz od 3 lat…. Wszyscy wiedzieli, że Iris Ravenheart była w złym stanie i to były ostatnie miesiące jej życia i nawet człowiek pokroju Philipa miał w sobie dość szacunku by pozwolić jej się pożegnać.
Kolejne dwa tygodnie w mieście wyglądały tak samo. Szpital, dom i spacery z Cezarem - Chartem, którego ojciec kupił sobie by sprawiać wrażenie bogatego. Zawsze kochała zwierzęta, a Cezar był dobrym pretekstem by wyjść z domu, w którym zapach choroby, żalu i niesprawiedliwości unosił się zbyt mocno by się nim nie dusić..
Dyżur był spokojny, nic nie zwiastowało huraganu który zaraz miał nadejść. Czekała na wyniki pacjenta spod trójki który został pobity i przywieziony w obstawie dwóch policjantów i Honey nie mogła skłamać, że jej myśli uciekły do osoby, o której myśleć nie mogła. Nie łudziła się nawet, że jest w mieście. Philip przecież wiedziałby doskonale i nigdy nie pozwoliłby jej tu wrócić. Raz próbowała podpytać mamę, kiedy ta miała lepszy dzień ale Iris pokręciła głową i cicho błagała córkę by zostawiła ten temat za sobą….
Skierowała się do pacjenta przywiezionego po bójce, z wynikami badań w dłoni. Przewieszony przez szyje stetoskop odznaczał się czernią na granatowym uniformie który miała na sobie, a długie blond włosy upiętę były w kitkę, która lekko podskakiwała w rytm jej kroków kiedy przemierzała szpitalny korytarz. Do sali weszła po cichu, wpatrzona w badania na tyle mocno, że nie zauważyła osób trzecich. Wyniki toksykologii było jednoznaczne i już chciała zbesztać pacjenta za kłamstwo na temat narkotyków, ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Mózg rejestrował obraz z opóźnieniem, a serce zwolniło swoją pracę jakby bało się, że zbyt szybkie bicie doprowadzi Honey do udaru. Dobrze zbudowane ciało schowane pod policyjnym mundurem było, ciemne włosy i jasna karnacja. Nie musiał się odwracać by wiedziała, że to on. Uczucie, które rozlało się w jej wnętrzu na widok chłopaka było mieszanką czegoś, czego nie czuła jeszcze nigdy. Ból i strach znów zapanował w jej wnętrzu, a jednocześnie uczucie ciepła która niemal błagało by skrócić między nimi dystans. Ciało spięło się mimowolnie gotowe na polecenie ale nie mogła tego zrobić. Nie mogła nic zrobić. Poruszyć się nawet o pół kroku, złapać oddech którego tak cholernie jej zaczęło brakować, ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Ręce odmówiły posłuszeństwa, a trzymana w dłoniach karta pacjenta wypadła, uderzając z głuchym łoskotem o płytki szpitalnej sali. Dźwięk ten mimowolnie zwrócił na nią uwagę. Nie tylko leżącego na szpitalnym łóżku pacjenta i podpinającej kroplówkę pielęgniarki. Przede wszystkim zwrócił jego. A kiedy spojrzał na nią świat się zatrzymał. Jej serce na ułamek sekundy zabiło szybciej, bo nie ważne ile lat minęło. Jak bardzo Philip starał się wymazać z niej to uczucie. Ona nie potrafiła go zapomnieć…
Sama nie wiedziała co wymalowało się na jego twarzy. Zdziwienie? To na pewno. Oprócz tego cała mieszanka uczuć, która dosięgnęła oczu, bo twarz została bez wyrazu.
- Honey skarbie, dobrze się czujesz? - Głos Cassandry, starszej pielęgniarki dobiegał do niej jakby z oddali. Przez ułamek sekundy trwała jeszcze w zawieszeniu, zanim zmartwiona twarz kobiety pojawiła się przed jej oczami, brutalnie wzywając ją z powrotem do stanu świadomości. - Mówiłam Ci, że nie powinnaś brać kolejnego dyżuru po nocce. Wykończysz się.. - Mruknęła kręcąc głową, ale w jej głosie brzmiała wyraźna troska. Zaraz jednak z ciepłym uśmiechem opuściła salę, a Honey była pewna że jeśli nie zrobi tego samego to zaraz zemdleje. Schyliła się po badania i mrucząc niewyraźne zaraz wracam z prędkością światła opuściła salę. Oparła się niedaleko drzwi o chłodną ścianę, której zimno przyjemnie koiło rozgrzane od emocji ciało. Nie wiedziała co miała zrobić. A głos w głowie, który brutalnie przypominał ten należący do Philipa stał się niezwykle wyraźny i głośny. Niemal krzyczał na krótką chwilę znów odcinając ją od świata. Jeden twój niewłaściwy krok Honey i zniszczę mu życie. Obiecuję.. Znów poczuła się jak trzy lata temu, kiedy płuca ściskały się w strachu, ciało drżało a ona czuła się jakby przygniatał ją ogromny kamień. Po chwili jednak wszystko ustało. Gwizd w uszach minął, odrętwiałe ciało znów mogło się ruszać, a oddech dostarczył płucom wyczekiwanego tlenu. I kiedy odwróciła się, chcąc zachować się choć trochę profesjonalnie, wpadła prosto w niego…. A całe trzy lata starań by o nim zapomnieć właśnie poszły na marne….

Danielius Stones
gall anonim
23 y/o
For good luck!
186 cm
pan policjant porządku pilnuje Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Two


Późnym popołudniem na skrzyżowaniu ulic Kingston Road i Midland Avenue w Toronto doszło do wypadku drogowego, którego okoliczności nie były do końca jasne. Choć służby ratunkowe szybko zabezpieczyły miejsce zdarzenia, relacje uczestników różniły się od siebie, a przebieg wydarzeń pozostawał przedmiotem ustaleń. W związku z prowadzonym postępowaniem rozpoczęto poszukiwania świadków, którzy mogli znajdować się w okolicy w chwili wypadku lub posiadać nagrania z kamer samochodowych mogące pomóc w odtworzeniu przebiegu zdarzenia.



Komunikat nadawany w radiu i w telewizji od chwili, w której prasa dowiedziała się o incydencie, wwiercał mu się w głowę. Zwłaszcza skrzekliwy ton dziennikarki, która swoim zachowaniem i ekspresyjnością, przypominała stażystkę, która zwęszyła temat — nie profesjonalistkę. Przełączał z jednej stacji radiowej, na drugą, przekładając ze znużeniem dłoń przez uchylone okno samochodu. Zamierzał wrócić teraz do domu, zjeść coś i rozpocząć falę przesłuchań. Za dziesięć minut powinien znaleźć się we własnym mieszkaniu. Korki były znacznie mniejsze, niż wcześniej, a policjant siedzący obok — kolega zaczynający służbę — wydawał się niecierpliwić. Nic dziwnego. W końcu, zamiast zająć się czymś ambitnym, właśnie robił za szofera, bo Stones nie przyjechał tego dnia na komisariat ani własnym samochodem, ani motocyklem. Przyszedł, bo poprzednią noc spędził w mieszkaniu nieopodal i tak było łatwiej, niż wracać do siebie po motocykl i przyjeżdżać z powrotem na komisariat. Cieszył się, że mógł zakończyć ten dzień, ale obiecał sobie, że wieczorem wpadnie jeszcze do szpitala, w celu przesłuchania osoby, która brała udział w wypadku. Niestety była to jedna z ofiar. Na szczęście stan tego mężczyzny był na tyle stabilny, że mógł rozmawiać — obrażenia jego ciała były mniej poważne, niż kierowcy drugiego samochodu.
Po przekroczeniu progu swojego mieszkania zapalił światło, rozmasowując dłonią nieco obolały kark.
Ciche westchnięcie, które wyrwało się z jego ust, świadczyło o zmęczeniu. Nie sypiał ostatnio zbyt dobrze, a ciągnące się dwunastogodzinne zmiany, których ostatnio było dużo, dawały mu w kość. W mieszkaniu nic się nie zmieniło. Wszystko leżało w tym samym miejscu. Sterta ubrań przewieszonych przez oparcie kanapy (obiecał sobie, że jak znajdzie chwile, to te ciuchy poskłada), pusty zlew (bo zdążył w nim ogarnąć, wbrew pozorom nie lubił syfu) i ten cholerny kubek z kawą, o którym zapomniał. Stał na szafce i go drażnił. Po zjedzeniu szybkiej kolacji — pizzy mrożonej, oczywiście — i wzięciu gorącego, odprężającego prysznica, wsunął na siebie czarny, basicowy t-shirt. Nie widziało mu się ponowne wskakiwanie w mundur — choć ten wiszący w szafie był świeżo wyprany — wolał swoje bluzy i poprzecierane, szerokie spodnie. Opierając dłonie o umywalkę, zacisnął mocno palce na jej brzegach, unosząc głowę, by zerknąć na swoje odbicie w lustrze. Przeczesał palcami włosy, pozwalając, by ciemne kosmyki rozsunęły się pod jego dotykiem i wróciły na swoje miejsce — miękko rozchodząc się od przedziałka. Kilka pasm opadło bliżej oczu, łagodząc nieco surowość rysów, choć nie odbierało mu to pewności siebie. Fryzura wyglądała swobodnie, niemal niedbale, a jednak każdy kosmyk zdawał się układać dokładnie tak, jak powinien. Dawaj Stones. Przecież wiesz, z jakiego powodu pracujesz w policji. Musisz wziąć się w garść, bo przed tobą jeszcze daleka droga. — motywował się w myślach, zbierając siły do włożenia munduru i wyjścia z mieszkania.
Zrobił to po mniej więcej dwudziestu minutach i trzydziestu dwóch sekundach.

Zamknął za sobą drzwi i skierował w stronę parkingu, na którym stał duży, czarny motocykl przysłonięty płachtą zabezpieczającą przed deszczem i resztą nieprzyjemnych zjawisk pogodowych. Zsunął ją z maszyny, zwijając i odkładając do niewielkiego garażu. Włożył na głowę kask, wsiadł na motocykl i przekręcił kluczyk. Maszyna zadrżała, wydając z siebie przyjemne dla ucha właściciela pomruki i ruszyła przed siebie. Lubił Toronto wieczorem. Najbardziej z motocykla. Wszystko wydawało się tak cholernie inne niż za dnia, lub podziwiane przed szybę radiowozu. Może to zabawne, ale dopiero teraz czuł i rozumiał to miasto; jakby uderzające o boki ciała i motocykla powietrze, przypominało mu, czym jest to cholerne życie i czym jest Toronto po zmroku.
I właśnie wtedy, gdy przeciął główną ulicę i odbił w prawo, chcąc jechać na skróty, musiał zmierzyć się z ludźmi, którzy wychodzili po zmroku. Mężczyzna okładający pięściami innego faceta, nie był widokiem, którego chciał doświadczyć po służbie. Nim zareagował, przedzwonił do chłopaka patrolującego tę okolicę o tej godzinie. Rozmowa trwała krótko. Nie był przygotowany na to spotkanie, ani odpowiednio zaopatrzony — musiał poradzić sobie bez narzędzi, mając do dyspozycji tylko własną siłę i wyuczone chwyty obezwładniające. Zareagował niemal natychmiast, starając się opanować sytuację i przegonić napastnika. Mężczyzna stawiał opór, lecz nie był na tyle nierozsądny, by wchodzić w sparing z mundurowym. Zwłaszcza że chwilę po Stonesie, podjechał samochód policyjny. Chłopaka leżącego na drodze, który zwijał się z bólu; krwawił z ust i miał rozciętą brew, ale nie był w ciężkim stanie, zgarnięto to radiowozu i przewieziono do szpitala. Danny dojechał zajechał pod szpital chwilę po dwudziestej, tuż za radiowozem. Zajął się zgłoszeniem incydentu i wyjaśnieniem stanu pacjenta. Lekarka oznajmiła, że nim zaczną przesłuchanie, facet powinien zostać przebadany. Procedury. Musiał mierzyć się z nimi codziennie i wiedział, że nim zostaną dopuszczeni do rozmowy, może to zająć sporo czasu.
I faktycznie tak było.
Przestał liczyć czas. Nie opłacało mu się wracać do domu. W tym czasie udało mu się zebrać zeznania od poszkodowanego, który wziął udział w wypadku drogowym. Zanotował potrzebne informacje, a po dostaniu zielonego światła od lekarki, skierował się do sali numer 3. Wspomniał znajomemu, że może wrócić na służbę, a mężczyznę — Henry’ego Miller, jak się okazało — mógł zostawić pod jego opieką. Ten skinął głową, wymijając go. Minął również jasnowłosą, młodą praktykantkę, która w jego odczuciu, wyglądała bardzo blado. Nic dziwnego, w końcu cała dokumentacja wypadła jej z rąk, a ona przez moment wyglądała, jakby zobaczyła ducha. I może w pewnym sensie nawet tak było?

Honey zwróciła na siebie uwagę Azjaty. Ściągnął ciemne brwi, gdy usłyszał hałas dochodzący zza pleców i mimowolnie odwrócił się w stronę jego źródła. Ujrzał jasnowłosą kobietę. Stracił przez chwilę kontakt z rzeczywistością, intensywnie przyglądając się przyjaciółce sprzed kilku lat. Serce chłopaka przyspieszyło niebezpiecznie. Ujrzenie jej, dorosłej, w tym fartuchu, przywołało wszystkie wspomnienia; zarówno te przyjemne, jak i gorzkie. Pierwszy raz nie wiedział, jak zareagować. Stał przed nim duch przeszłości, a on, choć wewnątrz drżał od niewypowiedzianych słów i gorzkich pytań, cisnących się na usta, nie mógł ich zadać. Był na służbie. Musiał zachowywać się przede wszystkim profesjonalnie. Z wyuczonym dystansem. Posłał w stronę Honey spojrzenie rzucone przez ramię; jedno z tych ostrych, buntowniczych, po czym wrócił wzrokiem do lekarki, kontynuując z nią rozmowę. Obecność jasnowłosej ciążyła mu na duszy mimo tego, że wyszła z pomieszczenia. Przytłaczające wspomnienia zostały tutaj z nim, wywołując suchość w ustach. Odpowiadał zdawkowo, choć dokładnie. Pytał również w ten sam sposób. Po zebraniu wywiadu podziękował za rozmowę i wyszedł z sali. Prawa dłoń ciemnowłosego oparła się o zewnętrzną stronę drzwi, gdy wychodził z pokoju pacjenta. Głowa Danny’ego, ciemne włosy i górna część jego torsu, wysunęły się zza drzwi jako pierwsze. Rozejrzał się po korytarzu, szukając spojrzeniem kobiety, która wywołała całe to zamieszanie i zniszczyła jego dotychczasową stabilność emocjonalną. Wpadła na niego, gdy taksował wzrokiem lewą stronę korytarza. Cofnął się mimowolnie; tak jak zawsze to robił, gdy ktoś narażał go na niechciany fizyczny kontakt. Ciemne oczy Azjaty zatrzymały się na tych należących do niej. Błękit jej oczu wrył się w jego pamięci już lata temu i mimo upływu czasu, wciąż pamiętał ten odcień. Błękitny, z domieszką zieleni. Nie chciał pamiętać koloru jej oczu, pragnął wyprzeć go z pamięci. Z tym błękitem wiązały się bolesne wspomnienia, od których chciał się odciąć. Przerażało go to, że jedno spojrzenie na jej twarz; kształt nosa, pełność ust i kształt oczu, wystarczyło, by przypomniał sobie gładkość jej skóry, smak ust i tę cholerną zieleń zmieszaną z błękitem, gdy…

Ja pierdole.


Nie pozwolił jej wejść do sali. Odwrócił się w stronę gabinetu, rzucając pielęgniarce, która została w środku przepraszające spojrzenie i wyjaśnienie, że Honey jej w tym momencie nie pomoże, bo musi z nią porozmawiać na temat pacjenta przyjętego poprzedniego wieczora. Kobieta kiwnęła głową, wydając bezsłowne pozwolenie — jak inaczej miałaby zareagować? Praca w policji dawała mu przywileje i kompetencje, których nikt nie mógł podważyć. Skoro potrzebował Ravenheart, to jej p o t r z e b o w a ł. Zamknął za sobą drzwi, zmuszając jasnowłosą do cofnięcia w głąb korytarza i przechwytując rękaw jej fartucha, zaprosił ją pod ścianę na profesjonalną rozmowę. Stanął obok niej, opierając się o płaszczyznę pomalowaną jasną farbą. W niektórych miejscach ta odchodziła już od ściany.
— Honey… Dlaczego wróciłaś? — zapytał cicho, choć dosadnie, posyłając jej zmartwione spojrzenie. Czy ona wiedziała, co w ogóle robi? Po cholerę wracała? Czy już zapomniała, że zarówno jej ojciec, jak i ojciec Philipa wyrazili się tak cholernie jasno? Mieli się nigdy więcej nie spotkać. Mieli iść w swoje strony. Mieli zakończyć łączącą ich relację i zerwać tę bliską więź.

Niezależnie od tego, jak silna była.

Niezależnie od tego, czy przez chwilę byli dla siebie czymś więcej niż przyjaciółmi.

Bez względu na cenę.


Tymczasem Honey wróciła do Toronto, a on nie został o tym przez nikogo poinformowany, co wywołało w nim frustrację i niezadowolenie. Rozumiał, że miał się nigdy nie dowiedzieć o jej przyjeździe... Pewnie ojciec Honey mocno by się tym zmartwił, bo co, jeśli te uczucia, z którymi tak zawzięcie walczył, nie zniknęły mimo upływu czasu?

Sweetie Honey
Kasia/Blueberry
Widzimy sie na boisku Pioter, pokaż jak ciśniesz w gałe.
23 y/o
For good luck!
168 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćtak
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Lekarzem chciała zostać od dziecka. Chciała robić coś, by pomagać ludziom. Choć ten zawód wiązał się nie tylko z życiem ale i śmiercią, wiedziała że to jest to, co chce robić. Skrupulatnie dążyła do celu, z pomocą rodziców. Miała wiele złego do powiedzenia o ojcu, ale przynajmniej w tym jednym ją wspierał. Dziecięce marzenie okazało się jednak nie tylko sposobem na pracę, ale na ucieczkę. Od zaczęcia studiów medycznych w Chicago, dość szybko nauczyła się funkcjonować na litrach kawy i nieprzespanych nocach. A gdy zaczęła praktyki w szpitalu - brała każdy możliwy dyżur. To był jej sposób na pogodzenie się z rzeczywistością, w której musiała żyć. To był jej sposób by zapomnieć. Ostatnie trzy lata były jak nauka chodzenia. Od czołgania się w poszarpanych strzępach uczuć, przez bolesną akceptację, do momentu w którym uciszyła uczucia. Przez pierwsze pół roku nie potrafiła sobie poradzić. Nie mogła odnaleźć się w absurdalnej rzeczywistości. Tęskniła za mamą, z którą też ograniczyli jej kontakt. Tęskniła za Dannym, przy którym czuła się bezpiecznie. Nocami dławiła się łzami, starając się nie wydać z siebie najmniejszego dźwięku. Płacz był karany. Każda wzmianka o Toronto była karana. Każda cholerna próba ucieczki była karana. Zakrywała siniaki, maskowała ból i ścierała własną krew tyle razy, że w końcu odpuściła. Zaakceptowała, że musi być z Philipem i grać w tą grę najlepiej jak potrafi. To był moment, w którym jakaś część jej umarła. Przestała odczuwać radość, przestała czuć cokolwiek poza strachem i smutkiem. Muzyka przestała być dla niej ważna, ciało nie było zdolne do tańca. Funkcjonowała, bo musiała. Bo nie miała w sobie tyle odwagi by to wszystko skończyć. Bo wiedziała, że mama by tego nie przeżyła…. Więc trwała w swoim własnym horrorze. Okrutnej bajce, z której nie było ucieczki.
Nie brała pod uwagę, że może go spotkać. W zasadzie przyjęła, że musiał wyjechać z miasta skoro zarówno Philip jak i ojciec tak chętnie przystali na jej przyjazd na parę miesięcy. Ojciec bez słowa załatwił jej staż w szpitalu, a narzeczony przez ostatnie dni przed jej wylotem był całkiem miły i sam przyznał, że powinna spędzić czas z Iris. Nic nie wskazywało na to, że mogła napatoczyć się na Stones’a gdzieś w Toronto. Myślała o nim od chwili wylądowania w Kanadzie, ale zduszała w sobie chęć napisania do niego. Wiedziała, że nie mogła tego zrobić. Trzy lata to szmat czasu. Na tyle długi, że mogło wydarzyć się wszystko a jednocześnie tak krótki, że nie zdążyła wyleczyć się z niego całkiem. W życiu pojawiali się ludzię, którzy już na zawsze zajmowali szczególne miejsce w naszych sercach. On był taką osobą, która już zawsze miała podrywać motyle w jej sercu ale tylko w myślach. Dlatego nie potrafiła opisać tego, co poczuła gdy go zobaczyła. Tsunami uczuć, uderzające z taką siłą że niemal ją zmiotło. Chyba tylko resztki zdrowego rozsądku utrzymały ją na nogach. Nie była przekonana, czy chciała z nim rozmawiać. Przede wszystkim dlatego, że nie wiedziała czy jakieś słowo opuści jej gardło. Czy będzie pamiętała jak się składa logiczne zdania. Jego widok był czymś sprzecznym. Z jednej strony, serce zrobiło fikołka, a z drugiej żołądek ścisnął się w niebezpiecznym geście. Zastanawiała się, czy to może nie jakieś omamy spowodowane zmęczeniem, ale kiedy zderzyła się z jego ciałem - wiedziała że był prawdziwy. Poczuła jak zalewa ją fala gorąca i to wcale nie spowodowana tym, jak cholernie dobrze wyglądał. Przez krótką chwilę toczyli bitwe na spojrzenia, a może w zasadzie tonęli we własnym oczach, które kiedyś tak dobrze znali. Oczy, które witały ją gdy tylko zamykała swoje i które tak usilnie próbowała wymazać.
Zagrodził jej wejście do sali, dając do zrozumienia że czas na przemyślenie co robić dalej minął. Musiała z nim porozmawiać. Wiedziała o tym. Ale jego obecność, bliskość i cholerny zapach perfum odbierał jej logiczne myślenie. Pytanie, które zawisło między nimi miało swoisty ból. Nie jak dobrze Cię widzieć, nie kope lat, tylko cholerne dlaczego wróciłaś.
- Chodź, porozmawiamy w spokojniejszym miejscu. - Odezwała się w końcu, a jej głos był słaby i cichy. Tak jakby ktoś wyszarpał z niego całą siłę i emocje jakie może posiadać człowiek.Odepchnęła się od ściany, ale widząc jego nieprzekonaną minę i fakt, że dalej stał twardo w swoim miejscu westchnęła cicho. - Nie będziemy rozmawiać na korytarzu… Poza tym, przecież Cię pogryzę. - Mruknęła. Ewentualnie tylko na Ciebie zwymiotuje ze stresu…. . Ale tego już mu nie powiedziała… Weszli do lekarskiego pokoju, w którym przydymionym światłem paliła się mała lampka. Cichy szczęk zamka, który Honey zdążyła przekręcić, boleśnie uświadomił że zostali sam na sam. Z demonami przeszłości. W komediach romantycznych w takich chwilach główni bohaterowie rzucali się na siebie, całując do jakiejś ckliwej piosenki. Ale oni nie byli w komedii. Stali naprzeciw siebie, a powietrze gęstniało z każdą sekundą. Widziała w jego oczach pytanie.
- Mama jest chora. - Jej melodyjny głos wypełnij przestrzeń między nimi. - Zostało jej parę miesięcy… może tygodni. - Wruszyła lekko ramionami i sama na siebie była zła, że to brzmiało tak lakonicznie w jej ustach. Ściągnęła z szyi stetoskop i położyła go na małym stoliczku. Następnie znów podniosła spojrzenie na azjatę. Dzielił ich cały pokój. Przestrzeń między nimi wydawała się krzyczeć, żeby ją zmniejszyć. Ale żadne nie było gotowe by się poruszyć. Przetarła dłonią zmęczoną twarz, wzdychając cicho. - Byłam pewna, że Cię tu nie ma. - Odezwała się znów po chwili, spoglądając na niego. Lampka rzucała na niego delikatne światło, przez co wydawał się jeszcze bledszy niz zwykle. - Że skoro nikt się nie sprzeciwił żebym tu przyjechała na parę miesięcy, to znaczy że Ciebie nie ma w mieście. - Ciało decydowało samo za siebie, kiedy powolnie stawiało kroki w jego stronę. - Wydawało mi się, że niemożliwym jest byśmy na siebe wpadli. Inaczej nie mogłabym tu być… - Głos lekko jej zadrżał, gdy zatrzymała się przy nim. Był na wyciągnięcie ręki. Wciąż zbyt daleko, a jednocześnie tak blisko… że ich zapachy znów mieszały się ze sobą, tworząc własną kompozycję…. Nie mogła uwierzyć, że go widzi. Że nagle był tuż obok. Żywy i prawdziwy. Że jego ciemne oczy skanowały jej twarz. Czy możliwe było, że przeznaczenie istnieje? Że nie ważne jak ktoś próbuje ich rozdzielić.. zawsze się znajdą, prędzej czy później….
W końcu parsknęła cicho, kręcąc głową i w końcu oderwała od niego wzrok. Obrzuciła spojrzeniem pomieszczenie, czując jak jej myśli wirują. Czy było mozliwe, że Philip po prostu jej zaufał? Nie sądziła. W takim razie, czy był tak pewny że udało mu się w niej wzbudzić strach na tyle by nie dopuścić do spotkania?
Jeden Twój niewłaściwy krok Honey i zniszczę mu życie. Znów zabrzęczało jej w głowie. Wbiła w niego spojrzenie, przez które krótko przetoczył się lęk. Ale tu, teraz. Teraz nikt ich nie widział. Może mieli widzieć się po tylu latach po raz pierwszy i ostatni. I zamierzała to wykorzystać..
- Pieprzyć to - Odezwała się pewniej niż przed chwilą i pokonała dzielącą ich odległość. Nikt ich tu nie widział. Nie było kamer. Nie było świadków. Byli tylko oni. Jej szczupłe ręce owinęły się wokół jego ciała. Poczuła jak sztywnieje w jej objęciach…. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale cholernie potrzebowała go przytulić. Na krótką chwilę zapomnieć o tym wszystkim. O całym głównie jakie się wydarzyło. O szepczących w podświadomości groźbach Philipa… Potrzebowała go. Potrzebowała go jak cholera, zwłaszcza w tej chwili. - Tęskniłam za Tobą Dani.. - Szepnęła, nawet nie wiedząc czy ją usłyszał. A wstrzymywana łza, powoli potoczyła się po jej policzku. Cholera jasna. Nie ważne ile lat minęło, ile dzieliło ich kilometrów. Zawsze był i będzie dla niej ważny.

Danielis Stones
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”